opracował:
JAKUB WASIAK

<< Moda na aktywny wypoczynek nadal ma się świetnie wśród Polaków. Szczególnie niektóre sposoby takiego spędzania wolnego czasu zyskały sobie dużą popularność w naszym kraju. Gdy nadchodzi wiosna, z garażów i piwnic wyciągamy jeden z ulubionych środków transportu na całym świecie – tani w eksploatacji, w pełni ekologiczny i łatwy do przewożenia rower. Nic tak nie poprawia samopoczucia po mroźnej zimie i jednocześnie nie wzmacnia kondycji fizycznej jak wycieczka jednośladem wśród przepięknych polskich i europejskich krajobrazów. >>

Urlop na dwóch kółkach stanowi znakomitą propozycję nie tylko dla wielbicieli kolarstwa, lecz także dla rowerzystów rekreacyjnych, w tym rodzin z dziećmi. W naszym kraju nietrudno się zarazić pasją, jaką potrafi być ten rodzaj sportu. Sprzyjają temu m.in. liczne imprezy odbywające się co roku w Polsce. Od kibicowania jedynie mały krok dzieli nas od wyruszenia na malownicze rodzime szlaki. Kiedy już zasmakujemy takiej przygody, śmiało możemy przekroczyć granicę, żeby odkrywać wyjątkowe trasy w pozostałych częściach kontynentu europejskiego.
W tym wiosennym wydaniu magazynu All Inclusive 12 najlepszych miejsc na wycieczki rowerowe w Polsce i Europie prezentuje specjalnie dla nas Czesław Lang – wicemistrz olimpijski z Moskwy z 1980 r., dwukrotny medalista mistrzostw świata i pierwszy zawodowy kolarz z całego bloku wschodniego (od 1982 r.), a obecnie – już od 22 lat – organizator Tour de Pologne, który dzięki niemu znalazł się w gronie najważniejszych wyścigów świata, należących do prestiżowego cyklu UCI World Tour. Przyjrzyjmy się zatem liście stworzonej przez dyrektora generalnego Lang Team, pełniącego jednocześnie funkcję prezesa Krajowej Izby Sportu.

 

KASZUBY
To kraina bliska mojemu sercu, ponieważ w niej się wychowałem i wyrosłem. Znam tu niemal każdą ścieżkę i drogę, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić Kaszuby nie tylko wszystkim zapalonym rowerzystom, lecz także miłośnikom natury. Nie ma już zbyt wielu miejsc w Polsce z tak dziewiczą przyrodą – rozległe lasy sąsiadują z pięknymi jeziorami i krystalicznie przejrzystymi rzekami, a wśród tych uroczych krajobrazów ciągną się malownicze szlaki. Wspaniałe jest to, że te trasy są właściwie puste. Istnieją takie odcinki, na których przez dwie godziny nie spotyka się żadnego samochodu. Osoby nie znające tego rejonu naszego kraju może zaskoczyć pagórkowate ukształtowanie jego terenu. Wydawałoby się, że nad morzem powinno być płasko, a tutaj wciąż natrafiamy na drogi wymagające podjazdów i zjazdów.

FOT. SZYMON GRUCHALSKI

Rynek w Bytowie w czasie zawodów Skandia Maraton Lang Team


     Kaszuby nadal czekają na odkrycie przez turystów. Doskonale nadają się do wycieczek krajoznawczych zarówno na rowerze szosowym, jak i górskim. Podczas wyprawy zawsze możemy skręcić w las, aby podziwiać wiekowe dęby i buki czy sosnowe zagajniki nad jeziorami. Mój ulubiony szlak liczy ok. 60 km i wiedzie przez Bytów, Kołczygłowy, Górki, Unichowo i dalej drogą na Bytów. Na tej trasie znajduje się podjazd, który nazywaliśmy „Małe Alpy”. Podczas ścigania się w tym właśnie miejscu przypuszczałem atak i często odjeżdżałem rywalom. W Bytowie odbywają się też imprezy rowerowe Lang Team. Przez ostatnie lata organizowaliśmy w tym mieście niezmiernie popularny Skandia Maraton Lang Team, a na 30 sierpnia br. zaplanowaliśmy edycję Tauron Lang Team Race – nowego wyścigu szosowego dla amatorów.

 

BUKOWINA TATRZAŃSKA
3-tysięczna Bukowina Tatrzańska z kompleksem BUKOVINA Terma Hotel Spa stanowi centrum kolarstwa na Podhalu. Jej okolica to typowo górski region z dużą liczbą podjazdów. Jeśli ktoś szuka mocnych wrażeń, morderczych wspinaczek i szybkich zjazdów, to urokliwe miejsce w powiecie tatrzańskim na pewno przypadnie mu do gustu. Za wielką atrakcję uchodzi tu oznakowana trasa królewskiego etapu Tour de Pologne o długości ponad 38 km. Jej początek znajduje się przy hotelu. Potem prowadzi w dół do Poronina. Na pierwszym podjeździe pod Ząb wspinamy się na wysokość 986 m n.p.m. Następnie zjeżdżamy na Leszczyny i znów pniemy się w górę do Gliczarowa Górnego. Tutaj problemy mają nawet najlepsi kolarze świata, bowiem nachylenie terenu sięga aż 22 proc., przez co niekiedy ciężko pokonać wzniesienie samochodem, a co dopiero na rowerze. Cykliści, którzy dokonają tej sztuki, mogą odsapnąć chwilę przy tablicy pamiątkowej kultowego już podjazdu Tour de Pologne. Na najwytrwalszych czeka jeszcze finałowy odcinek do Bukowiny Tatrzańskiej. Słynna runda królewskiego etapu stanowi również trasę coraz popularniejszego Tour de Pologne Amatorów. Najlepszym uczestnikom wyścigu udaje się przejechać ją w czasie poniżej 1 godz., mnie zajęło to 1 godz. i 7 min.
     Ta podhalańska miejscowość to także świetny punkt wypadowy. Można wybrać się z niej na Słowację, choćby do Szczyrbskiego Jeziora (Štrbské Pleso), gdzie kończył się jeden z etapów Tour de Pologne w 2014 r. Innym ciekawym miejscem jest Czorsztyn i urocze Pieniny. Dodatkowym atutem w tym rejonie są niezbyt zatłoczone drogi, życzliwi kierowcy i przyjaźnie nastawieni do turystów mieszkańcy, którzy zawsze chętnie pomagają cyklistom w potrzebie. Do jazdy po Podhalu polecam rower szosowy.

 

JEZIORO GARDA
Największe włoskie jezioro (ok. 370 km² powierzchni) – Garda (Lago di Garda) – dzięki swojemu urokliwemu położeniu, w połowie drogi między Brescią i Weroną, stało się prawdziwym zagłębiem turystycznym z mnóstwem kurortów. Jego okolice oferują dużo możliwości kolarzom, zarówno tym jeżdżącym rekreacyjnie i krajoznawczo, jak i bardziej doświadczonym i szukającym większych wyzwań. Trasa wokół zbiornika liczy mniej więcej 150 km. W kilku miejscach, zwłaszcza na północy, trzeba przejechać przez nieoświetlone tunele, więc jeszcze przed rozpoczęciem wycieczki warto kupić dobrej jakości lampy. Pokonanie całego szlaku daje ogromną satysfakcję, ponieważ po drodze mija się wiele malowniczo położonych miejscowości, a sama panorama Gardy zapiera dech w piersiach. W rejonie południowym panuje większy ruch samochodowy. W pobliże Werony turyści ściągają do parków rozrywki (Gardaland) i na safari (w Parco Natura Viva). Nie ma jednak powodów do obaw, we Włoszech kultura rowerowa stoi na wysokim poziomie. Kierowcy, przyzwyczajeni do widoku rowerzystów, szanują ich i prowadzą swoje auta niezmiernie uważnie.

FOT. TRENTINO MARKETING/RONNY KIAULEHN

Wycieczka rowerowa wzdłuż Gardy


     Tym osobom, które nie będą w stanie okrążyć Gardy, polecam odjechać od jeziora na 20–30 km w okolicach miasteczka Salò, a odkryją piękne podjazdy, zapory i interesujące szlaki. Ludność tego regionu Italii jest niezwykle gościnna. Mieszkałem w nim przez ponad 10 lat, do tej pory posiadam tutaj dom i chętnie do niego wracam. Pogoda w tym pięknym zakątku Włoch zazwyczaj dopisuje, szybko robi się ciepło, więc grupy zawodowe często organizują w nim zgrupowania. Zresztą nad Gardą mieszka wielu kolarzy. W pobliżu jeziora mają do wyboru płaskie drogi i strome wzniesienia, a poza tym mogą się delektować doskonałym włoskim jedzeniem. Czego im więcej potrzeba do szczęścia…?

 

PROWINCJA TRYDENT (TRENTINO)
Przepiękne, ale i wymagające Dolomity stanowią wyzwanie dla każdego zawodnika, który chce spróbować swoich sił w wysokich górach. To dlatego właśnie przez nie niezmiernie często prowadzi trasa Giro d’Italia – prowincja Trydent na stałe wpisała się w historię tego słynnego włoskiego wyścigu. W 2013 r. wytyczono tu dwa pierwsze etapy Tour de Pologne. Jubileuszowa, 70. edycja tej imprezy odbyła się pod hasłem „Z ziemi włoskiej do Polski” i wiodła szlakami Jana Pawła II. 6 czerwca 2015 r. organizujemy w Trentino kolarski wyścig szosowy dla amatorów – Tour de Pologne Challenge Trentino. Każdy jego uczestnik będzie mógł przejechać finałowe 75 km trasy 2. odcinka Tour de Pologne z 2013 r. Czeka go jednak ciężka próba, bo do pokonania ma 3 trudne podjazdy: przełęcze Pampeago (1983 m n.p.m.), Costalunga (1745 m n.p.m.) i wreszcie Pordoi (2239 m n.p.m.), gdzie Francuz Christophe Riblon cieszył się z etapowego zwycięstwa, a Rafał Majka zdobył koszulkę lidera. Do innych interesujących miejsc należy choćby przełęcz Stelvio, położona na wysokości 2757 m n.p.m.
     Właściwie wszędzie w tym rejonie drogi rowerowe są doskonale przygotowane, a w najmniejszym nawet punkcie turystycznym można uzyskać wszystkie niezbędne informacje o szlakach i otrzymać mapy. Zimą Trydent oblegają narciarze, a wiosną i latem robi się w nim aż gęsto od rowerzystów.

 

ALICANTE
Jeden z najważniejszych portów Hiszpanii na Morzu Śródziemnym – ponad 330-tysięczne miasto Alicante – to z kolei mekka kolarzy zawodowych. Pierwszym Polakiem, który odkrył ten region, był bodajże Piotr Wadecki, od 2007 r. selekcjoner polskiej kadry szosowców. Potem w jego ślady poszli następni sportowcy z naszego kraju. Wiem, że mistrz świata w wyścigu ze startu wspólnego z 2014 r. Michał Kwiatkowski wynajmuje tutaj willę razem z innymi zawodnikami, z którymi wspólnie trenuje.
     W Alicante i jego okolicach znajdziemy niemal wszystko. Zgodnie z lokalnymi przepisami rowerzyści są uprzywilejowani wobec kierowców samochodów. To wzmacnia poczucie bezpieczeństwa i zachęca do wypraw na dwóch kółkach. Dlatego też do tego malowniczego hiszpańskiego miasta przyjeżdżają ludzie z całej Europy, nawet w grupach po 50–60 osób. Cykliści, którzy nie chcą wieźć sprzętu z daleka, bez problemu zakupią go w tutejszym sklepie lub wynajmą w wypożyczalni. Rowery zarezerwujemy wcześniej przez internet, w ten sposób będą już na nas czekać po naszym przybyciu. W weekendy często odbywają się również wycieczki dla miłośników jednośladów, wyjątkowo profesjonalnie zorganizowane. Wszystkim zajmuje się wyspecjalizowany instruktor, który dobiera dystans w zależności od charakteru grupy i oczekiwań uczestników. Szlaki są na ogół świetnie oznaczone i bardzo zróżnicowane. Do wyboru mamy płaskie drogi wzdłuż wybrzeża, skąd rozpościerają się zachwycające widoki, lub wymagające dużego wysiłku trasy górskie. W tej okolicy można się nawet zgubić! Sam pamiętam, jak kręciłem się po górach wokół Alicante i niemal zabłądziłem. Wróciłem dopiero po 10 godzinach.

 

MAJORKA
Na Majorkę przybywa na wycieczki rowerowe niemal cały świat. Największa wyspa w archipelagu Balearów (3640 km² powierzchni) jest niezmiernie modna wśród miłośników dwóch kółek, ale ta popularność nie bierze się znikąd. Po prostu panują na niej doskonałe warunki do uprawiania kolarstwa, przede wszystkim szosowego. Na rowerze można zwiedzić wszystkie części lądu. Wystarczy kupić dobrą mapę, przestudiować ją spokojnie, wyznaczyć trasę i ruszać na szlak. Nie tylko ujrzymy tu przepiękne widoki, lecz także spotkamy przyjaciół albo nawiążemy nowe znajomości. Pamiętam, jak jechaliśmy któregoś dnia prostą drogą. W pewnej chwili podniosłem głowę i zobaczyłem przed sobą cały sznur kolarzy. Poczułem się jak w prawdziwym peletonie, których zresztą na Majorce napotkamy całkiem sporo. Każdy turysta znajdzie na niej odpowiedni dla siebie wyścig amatorski, poza tym organizuje się tutaj też imprezy dla zawodowców. Świetnie zaopatrzone są również wypożyczalnie sprzętu – widziałem takie na 500 albo nawet więcej rowerów.
     Tę hiszpańską wyspę pokrywają znakomicie oznaczone i wyjątkowo ciekawe trasy. Sezon trwa długo, bo słońce świeci w tym rejonie niemal cały rok. Dlatego wiele drużyn zawodowych właśnie na Majorce przygotowuje się do ważnych startów. Pojawiają się na niej także zorganizowane grupy z Polski. Sam bardzo lubię jeździć po tej części Balearów z przyjaciółmi. Piękne rowerowe wspomnienia mam z wyjazdów na wyspę z naszym wybitnym kolarzem szosowym Ryszardem Szurkowskim, Pawłem Ziembą (prezesem zarządu Skandia Życie Towarzystwo Ubezpieczeń S.A., sponsorem głównym wyścigu Tour de Pologne i cyklu Skandia Maraton Lang Team) i Henrykiem Charuckim (utytułowanym byłym zawodnikiem, a obecnie właścicielem firmy Harfa-Harryson).

 

JELENIA GÓRA
Jelenia Góra to wymarzone miejsce dla wielbicieli kolarstwa górskiego. W popularyzacji tego zakątka Polski zasłużyła się ogromnie Maja Włoszczowska, polska wicemistrzyni olimpijska z Pekinu z 2008 r. W tym mieście co roku rozgrywaliśmy Lang Team Grand Prix MTB. Zawody przyciągały światową czołówkę sportowców i były niezmiernie widowiskowe. Startowali w nich choćby Szwajcarka Jolanda Neff czy Szwed Karl Emil Lindgren, gwiazdy MTB. Wszyscy zawsze doceniali organizację i wspaniałą, bardzo wymagającą trasę wyścigu. W 2014 r. na jego potrzeby powstał specjalny tor przeszkód, dostępny również dla mieszkańców i turystów.
     Wokół Jeleniej Góry można znaleźć wiele szlaków dla amatorów kolarstwa górskiego, ale to także rejon doskonale znany kolarzom szosowym za sprawą Tour de Pologne. To miasto nad rzeką Bóbr oraz pobliski Karpacz są częścią historii naszego wyścigu. Słynny wznoszący się odcinek na Orlinek stanowił jego wielką ozdobę. Dziś jest jednym z najpopularniejszych podjazdów asfaltowych w Polsce. Rower stał się ważnym elementem turystyki i promocji regionu jeleniogórskiego. Wyruszymy stąd na wyprawy w Góry Izerskie, na Polanę Jakuszycką albo w Karkonosze. Do wspaniałych tutejszych atrakcji należą zabytkowa Wieża Książęca w Siedlęcinie bądź sala multimedialna Wirtualnego Muzeum Barokowych Fresków na Dolnym Śląsku w Jeleniej Górze. Poza tym aktywna lokalna społeczność systematycznie wzmacnia kolarski charakter rejonu. To wszystko powoduje, że wiosną i latem na okolicznych drogach nie brakuje rowerzystów.

 

BIESZCZADY
Te góry cieszą się wśród turystów wielką popularnością, ale mam poczucie, że ciągle pozostają nie do końca odkryte. Co prawda podróż na południowo-wschodnie krańce Polski z jej centrum zajmuje kilka godzin, ale miejscowe widoki wynagradzają trudy wyprawy. My organizowaliśmy tutaj jedne z pierwszych wyścigów w kolarstwie górskim – Tour de Bieszczady, ale miłośnicy odmiany szosowej też dadzą sobie radę.
     Bieszczady kojarzą mi się głównie ze znanym i atrakcyjnym szlakiem – Wielką Pętlą Bieszczadzką. Za punkt startu najczęściej uznaje się na niej Lesko, skąd można pojechać na wschód drogą na Olszanicę. Kolejnym przystankiem są Ustrzyki Dolne. Potem kierujemy się na Czarną, mijamy Lutowiska i dojeżdżamy do Ustrzyk Górnych – południowego krańca trasy. Podczas wycieczki warto robić sobie odpoczynki i kontemplować przyrodę, bo rozległe przestrzenie zapierają dech w piersiach. Powrót do Leska przez Wetlinę, Cisną i Baligród jest równie malowniczy. Taki rajd stanowi poważne kolarskie wyzwanie, bo liczy sobie niemal 150 km. Osoby o słabszej kondycji mogą przemierzyć małą pętlę o długości niespełna 100 km. W tym wariancie z Czarnej wyruszamy na zachód, mijamy przepiękne Jezioro Solińskie i przez Polańczyk wracamy do Leska. W sezonie w Bieszczadach odpoczywa sporo turystów, ale szlaki rowerowe wbrew pozorom nie są zbytnio zatłoczone. Na pewno warto się tu wybrać jesienią lub wiosną, kiedy mieniące się najpiękniejszymi barwami krajobrazy wyglądają naprawdę pocztówkowo.

 

WZDŁUŻ WISŁY
Ostatnia taka rzeka w Europie – tak mówi się o Wiśle, która na ogromnym obszarze pozostaje dzika, nieuregulowana i po prostu piękna. Może ona stanowić znakomitą oś wyprawy przez nasz kraj. Choć wydaje się to bardzo ambitnym wyzwaniem, tak naprawdę w 2014 r. podczas Tour de Pologne kolarze przejechali właśnie całą Polskę, częściowo wiślanymi brzegami. Ta 71. edycja wyścigu nawiązywała do 25-lecia wolnej ojczyzny Polaków, a jej trasa przebiegała od Bałtyku do Tatr m.in. przez takie miasta jak Toruń, Warszawa i Kraków.
     Osobiście za niezmiernie malownicze uważam nadwiślańskie okolice Sandomierza, a także Kazimierz Dolny. To ostatnie pełne magii miasteczko często odwiedzają amatorzy rowerów górskich. W tym rejonie znajduje się wiele ciekawych odcinków szutrowych i niesamowite lessowe wąwozy. Góra Trzech Krzyży (Wzgórze Trzech Krzyży) to znakomity punkt widokowy, z którego można podziwiać majestatycznie sunącą Wisłę. Z kolei wszystkim mieszkańcom Warszawy polecam wycieczkę na południe od stolicy. Najlepiej zacząć ją na Kabatach, gdzie wytyczono dużo ścieżek rowerowych. Po przemierzeniu Lasu Kabackiego im. Stefana Starzyńskiego trafiamy do Parku Kultury w Powsinie i następnie docieramy do uroczego Konstancina-Jeziorny. Stąd warto odbić w kierunku Wisły, aby już nad rzeką jechać w stronę Góry Kalwarii, mijając po drodze sady jabłkowe. Na końcu wyprawy czeka na nas Czersk z kilkusetletnim zamkiem książąt mazowieckich.

 

JURA KRAKOWSKO-CZĘSTOCHOWSKA
Niezwykła Wyżyna Krakowsko-Częstochowska rozciąga się na długości ok. 80 km pomiędzy Krakowem i Częstochową. Do najbardziej charakterystycznych elementów krajobrazu tego regionu zalicza się wapienne skały, które przyciągają miłośników wspinaczki i sportów ekstremalnych. To jednak również prawdziwy raj dla cyklistów. Obszar ten jest niezmiernie urozmaicony i różnorodny, dzięki czemu oferuje wiele atrakcyjnych dróg. Ja polecam szczególnie Szlak Orlich Gniazd, który pozwala zobaczyć najciekawsze tutejsze warownie. Te zabytkowe obiekty znajdują się w większości w ruinie, ale i tak prezentują się niesamowicie. Trasa liczy ponad 180 km. Jeśli będziemy chcieli odwiedzić wszystkie jej interesujące punkty, okaże się dłuższa. Najlepiej wyruszyć z Krakowa w kierunku zachodnim. Po mniej więcej 25 km dotrzemy do Zamku Tenczyn (Tęczyn), wybudowanego na wygasłym wulkanie. Spod niego odbijamy na północ do Parku Krajobrazowego „Dolinki Krakowskie”, jednej z jurajskich pereł. Ten teren wypełniają piękne doliny, strzeliste skały i tajemnicze jaskinie. Urodą dorównuje mu leżący nieco bardziej na wschód Ojcowski Park Narodowy ze słynną Maczugą Herkulesa i Zamkiem w Pieskowej Skale. Na północy z kolei czekają na nas choćby zamki Ogrodzieniec i Bobolice czy twierdza w Olsztynie koło Częstochowy. Można tu też zahaczyć o wzgórze Czubatka, skąd rozciąga się piękny widok na Pustynię Błędowską. Na jurajską wyprawę rowerową warto poświęcić przynajmniej kilka dni, a wcześniej ją starannie zaplanować. Bez problemów poradzą sobie na wyżynie kolarze szosowi i górscy. Wszyscy jednak muszą się liczyć z mnóstwem podjazdów.

FOT. ŚLĄSKA ORGANIZACJA TURYSTYCZNA

Zamek Ogrodzieniec wznosi się we wsi Podzamcze koło Ogrodzieńca

 

KROKOWA
Urocza miejscowość Krokowa leży na Kaszubach w bliskim sąsiedztwie Morza Bałtyckiego. Pełna atrakcji i zabytków wieś stanowi świetny punkt wypadowy do różnego rodzaju wycieczek dla cyklistów. Najlepiej poruszać się tutaj na rowerze górskim, ponieważ dzięki temu uda nam się dotrzeć do najpiękniejszych miejsc w tym rejonie, np. Nadmorskiego Parku Krajobrazowego. Z Krokowej niedaleko jest już do Jeziora Żarnowieckiego – dużego zbiornika (14,31 km² powierzchni) słynącego przede wszystkim z nigdy niedokończonej budowy pierwszej w Polsce elektrowni jądrowej. Akwen objedziemy od południa. Po południowo-zachodniej jego stronie powinniśmy wstąpić do Gniewina. Znajduje się w nim Wieża Widokowa (w Kompleksie Turystyczno-Rekreacyjnym „Kaszubskie Oko”), z której można podziwiać panoramę okolicy. Bardziej wytrwali turyści mają szansę pomknąć na północ aż do Dębek i zatrzymać się dopiero na wspaniałej bałtyckiej plaży. Od wspomnianej miejscowości oddziela ją pas sosnowego lasu, dlatego nie panuje na niej tłok i w spokoju uda nam się rozkoszować kolorami, jakie maluje na niebie zachodzące słońce. Z Dębek przez Karwieńskie Błota dojedziemy aż do przylądka Rozewie, szczycącego się latarnią morską. Ciekawym pomysłem będzie również odwiedzenie Helu, zwłaszcza że przez całą Mierzeję Helską biegnie ścieżka rowerowa. Rozpoczyna się ona już w Gdyni i prowadzi przez Puck, Władysławowo aż do krańca półwyspu. Trasa ta jest nie tylko interesująca, lecz także niezmiernie malownicza.
     Rowerzyści z sezonu na sezon coraz chętniej przyjeżdżają do Krokowej. Widzę, jak wielką popularnością cieszy się odbywający się w niej Skandia Maraton Lang Team dla kolarzy górskich. W lipcu 2015 r. po raz pierwszy zorganizujemy tu wyścig szosowy dla amatorów z cyklu Tauron Lang Team Race, który zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

 

WZDŁUŻ DUNAJU
Na koniec pragnę polecić wyjazd nad jedną z najpiękniejszych rzek Europy. Naddunajska Trasa Rowerowa (Donauradweg) stanowi świetny pomysł na wakacje, szczególnie że oferuje wiele możliwych wariantów. Najbardziej wytrwali cykliści mogą pokonać cały szlak prowadzący aż do Rumunii (ok. 2850 km). Jednak za najpopularniejszy uchodzi odcinek z Pasawy do Wiednia (mniej więcej 300 km). Ten pierwszy bawarski ośrodek, leżący przy granicy z Austrią, nazywa się „miastem trzech rzek”, bowiem zbiegają się w tym punkcie Dunaj, Inn i Ilz. Chętnie odwiedzają go nie tylko rowerzyści, ale też zwykli turyści. Z Pasawy przez przepiękne wioski, bajeczne doliny i obok średniowiecznych klasztorów jedziemy w stronę austriackiego Linzu. Wijący się malowniczo Dunaj tworzy zapierającą dech w piersiach pętlę Schlögener Schlinge. To obowiązkowy przystanek każdej wycieczki – koniecznie trzeba zrobić sobie w tym miejscu pamiątkowe zdjęcie. Kolejną atrakcją jest bogaty w zabytki Linz, w którym warto spędzić choćby kilka godzin. Gdy wyruszamy dalej na zachód, w okolicznym krajobrazie zaczynają dominować sady i winnice. Po drodze należy zajrzeć do wspaniałego Opactwa Benedyktynów Göttweig niedaleko Krems. Na koniec docieramy do Wiednia, który zdecydowanie nie potrzebuje reklamy. W austriackiej stolicy można spędzić nie parę godzin, ale kilka dni!

FOT. DONAU OÖ/WEISSENBRUNNER

Pętla Dunaju Schlögener Schlinge


     Wycieczka rowerowa wzdłuż modrego Dunaju będzie idealną propozycją na wakacje dla całej rodziny. Tym szlakiem podróżuje się komfortowo, bezpiecznie i w doskonałych warunkach. W Austrii nie ma również problemu ze znalezieniem noclegu w pensjonatach czy na kempingach i to w całkiem rozsądnych cenach.

Artykuły wybrane losowo

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM

 

Z wizytą na rajskim Zanzibarze

EWA WORSOWICZ

                                                                                    

Afryka od lat fascynuje podróżników z całego świata. To kontynent pełen kontrastów – jego wybrzeże oblewają szmaragdowy Ocean Indyjski i błękitny Atlantyk, rajskie plaże pokrywa biały jak mąka piasek, wśród krytych strzechą z palmowych liści domków dla gości unosi się atmosfera błogiego relaksu, a jednocześnie wielu Afrykańczyków żyje w biedzie i nie ma szans na polepszenie swojej sytuacji. Właśnie za te skrajności Czarny Ląd można kochać lub go nienawidzić.

Więcej…

Peru – w krainie czarów

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Peru jest prawdziwą perełką dla podróżników, magicznym, fascynującym i olbrzymim państwem – trzecim pod względem wielkości w Ameryce Południowej (ma prawie 1,3 mln km2). Ten piękny andyjski kraj przyciąga wytrawnych globtroterów m.in. majestatycznymi i malowniczymi górami, bajkowym jeziorem Titicaca z pływającymi po nim trzcinowymi wyspami Indian Uro, zachwycającymi rysunkami z Nasca (Nazca), pełnymi zagadek ruinami dawnych budowli Inków (na czele ze słynnym Machu Picchu), barwnymi targami, zabytkowymi kolonialnymi miastami, dziewiczą przyrodą i zapierającymi dech w piersiach krajobrazami. Magia Peru tkwi w tym, że tutaj każde miejsce, choć oblegane przez turystów, pokazywane tysiące razy na pocztówkach, zdjęciach czy w filmach, opisywane w licznych książkach i artykułach, wciąż pozostaje tajemnicze i nie do końca odkryte. Mimo rozwoju techniki, nadal nierozwiązaną zagadką pozostają rysunki z Nasca. Wciąż zadajemy sobie także pytanie, jak prymitywni wydawałoby się Inkowie stworzyli prawdziwy cud architektury – cytadelę Machu Picchu… Peru jest bez wątpienia krainą nieodkrytych tajemnic, dlatego też przyciąga niczym magnes podróżników z całego świata. Specjalnie dla Państwa poprosiliśmy osoby, które znają doskonale tę ojczyznę Inków, o krótkie wypowiedzi na temat – ich zdaniem – najbardziej magicznych, zniewalających miejsc w tym górzystym, andyjskim państwie. Z rozmów z nimi wynika, że wyprawa do Peru zmienia życie… To jest właśnie wielka siła tego niepowtarzalnego kraju!   

Więcej…