ANDRZEJ KLEMBA

WWW.SPORT.PL


W Polsce wielką popularnością cieszy się obecnie reprezentacja piłki nożnej prowadzona przez trenera Adama Nawałkę. W ciągu najbliższych dwunastu miesięcy Polacy powalczą o awans do XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018, które zaplanowano w Rosji. Mecze eliminacyjne odbędą się m.in. w Rumunii, Czarnogórze, Danii i Armenii. Należący do naszej  drużyny narodowej piłkarze grają w najlepszych klubach Europy, np. Bayernie Monachium czy Paris Saint-Germain. Podpowiadamy, gdzie warto pojechać w kolejnych miesiącach, a także co poza stadionami zobaczyć w odwiedzonych miastach.


Jak się okazuje, turystyka sportowa to jedna z najszybciej ostatnio rozwijających się gałęzi przemysłu turystycznego. Co roku setki kibiców postanawiają polecieć np. na drugi koniec Europy, aby zobaczyć mecz FC Barcelona – Real Madryt. Również dobre występy reprezentacji Polski sprawiły, że XV Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej 2016 (UEFA EURO 2016 France) przyciągnęły do Francji kilkadziesiąt tysięcy fanów naszej kadry. Na spotkaniu Polska – Ukraina w Marsylii na trybunach było ponad 30 tys. osób ubranych w biało-czerwone stroje.


Turystyka sportowa rozwija się coraz mocnej. Wzrost popularności wyjazdów na zawody rozpoczął się od tzw. małyszomanii. Potem przyczyniło się do niego Euro 2012 organizowane w Polsce i na Ukrainie, a także sukcesy polskich siatkarzy – uważa dr hab. Andrzej Hadzik z Zakładu Gospodarki Sportowej i Turystycznej Akademii Wychowania Fizycznego im. Jerzego Kukuczki w Katowicach. – Adam Nawałka zbudował zespół, który nie zawsze odnosi zwycięstwo, ale gra na tyle atrakcyjnie, że kibice widzą w nim potencjał i się z nim utożsamiają. Na Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej 2016 do Francji pojechało ich kilkadziesiąt tysięcy, choć ze względu na zamachy terrorystyczne w Europie ludzie obawiali się przecież o swoje bezpieczeństwo. Wygrywanie z aktualnymi mistrzami świata (Niemcami) integruje drużynę, a patrząc od strony marketingowej, pomaga budować produkt, jakim jest teraz reprezentacja Polski – twierdzi dr hab. Andrzej Hadzik.


RUMUNIA – POLSKA (BUKARESZT)

Mecz eliminacyjny między zespołami rumuńskim i polskim odbędzie się 11 listopada 2016 r. w Bukareszcie. Do stolicy Rumunii najłatwiej – oczywiście – dostać się samolotem. Bezpośredni lot z Warszawy (obsługiwany przez Polskie Linie Lotnicze LOT) trwa ok. 1 godz. 45 min. Jeśli zdecydujemy się na jazdę samochodem (do pokonania mamy mniej więcej 1700 km), to z powodu dość słabej jakości dróg musimy przeznaczyć na wyprawę cały dzień. Termin spotkania wypada w piątek, a jednocześnie ustawowo wolny od pracy Dzień Niepodległości, więc można wykorzystać tę okazję do zorganizowania przedłużonego weekendu za granicą.


Bukareszt był kiedyś nazywany „Paryżem Wschodu” lub „Małym Paryżem”. Ze stolicą Francji łączą go elementy architektury, np. Łuk Triumfalny (Arcul de Triumf). Największy wpływ na współczesny wygląd miasta miał jednak komunistyczny reżim Nicolae Ceauşescu (1965–1989). Zniszczono wówczas wiele zabytków, zamiast kilkunastu cerkwi wzniesiono betonowe gmachy. Centrum Bukaresztu stanowi plac Unii (Piața Unirii) z ogromną fontanną otoczony budynkami z okresu komunizmu. Z tzw. bukareszteńskich Pól Elizejskich, czyli alei Zwycięstwa (Calea Victoriei), dotrzemy do Pałacu Parlamentu (Palatul Parlamentului), jednego z największych budynków na świecie (o powierzchni aż 365 tys. m²). Ciekawym miejscem są pozostałości po dawnej siedzibie książąt wołoskich – Curtea Veche (Stary Dwór) – wybudowanej na polecenie hospodara Włada Palownika (Vlad Țepeș, 1431–1476), bardziej znanego z przydomka Drakula.


Arena Narodowa (Arena Naţională) nie nawiązuje do ery Nicolae Ceauşescu. Stadion powstały za rządów komunistów zburzono między grudniem 2007 a lutym 2008 r. Nowy, mający 55 634 miejsc dla kibiców futbolu, wzniesiono w trzy lata, a już w maju 2012 r. odbył się na nim finał Ligi Europy UEFA. W 2020 r. zostaną na nim rozegrane cztery mecze Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej (UEFA EURO 2020).


FC BARCELONA – REAL MADRYT (BARCELONA)


Camp Nou to największy stadion piłkarski w Europie i drugi na świecie

OLLAU 07 9019 HOR
© AGENCIA CATALANA DE TURISME

Spotkanie obu tych słynnych drużyn zaplanowano na 4 grudnia 2016 r. w Barcelonie (i 23 kwietnia 2017 r. w Madrycie). Z Polski najlepiej polecieć samolotem (z Warszawy połączenia obsługują Polskie Linie Lotnicze LOT, tani przewoźnicy oferują kursy m.in. z Krakowa, Poznania, Wrocławia, Modlina, Gdańska i Katowic).


Stolica Katalonii to dla wielu kibiców piłkarska mekka, stadion Fútbol Club Barcelona Camp Nou (mieści 99 354 widzów) stanowi jej najważniejszą świątynię, a meczem, który przynajmniej raz w życiu trzeba obejrzeć na żywo, jest właśnie El Clásico, u nas nazywany Gran Derbi. Do tej pory drużyny FC Barcelona i Real Madryt rozegrały 231 oficjalnych spotkań. Zwycięstwo odniosły odpowiednio 90 i 93 razy. Według tego bilansu Real Madryt utrzymuje się więc na prowadzeniu.


Bilety na El Clásico to spory wydatek – ceny zaczynają się od ok. 400–500 euro. Za miejsca VIP trzeba zapłacić co najmniej 2,1 tys. euro. Osoby, którym wystarczy samo zobaczenie Camp Nou, mogą wybrać się do jego multimedialnego muzeum – Museu del Fútbol Club Barcelona President Núñez (wstęp 23 euro z wycieczką na stadion), gdzie spędzą nawet cały dzień. Ta placówka ma 3,5 tys. m2 powierzchni, znajdują się w niej sale kinowe, w których wyświetlane są najważniejsze mecze, setki zdjęć i dokumentów, a także mnóstwo trofeów. W Barcelonie pod względem liczby odwiedzających ten obiekt prezentujący historię słynnego klubu konkuruje tylko z Muzeum Picassa (Museu Picasso).


Co ciekawe, budowę stadionu zakończono w 1957 r. i na inauguracji duma Katalonii zmierzyła się 24 września z Legią Warszawa. Gospodarze wygrali 4:2. Na Camp Nou polscy zawodnicy zdobyli za to srebrny medal na turnieju piłki nożnej w czasie XXV Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1992 r.


Barcelona uchodzi za jedno z najbardziej zabytkowych miast Hiszpanii. Wypełniają ją liczne atrakcje, które trzeba koniecznie zobaczyć. Warto wymienić wśród nich choćby modną promenadę La Rambla (Les Rambles), arcydzieła Antoniego Gaudíego (1852–1926) takie jak Sagrada Família, Park Güell i Casa Milà czy stworzoną w 1929 r. fontannę na placu Hiszpanii (Plaça d’Espanya). Fani sportu mogą wybrać się na Stadion Olimpijski Montjuïc Lluísa Companysa (Estadi Olímpic de Montjuïc Lluís Companys). Znajduje się on na Wzgórzu Żydowskim (Montjuïc), które z nabrzeżem łączy widowiskowa kolejka linowa (Telefèric del Port).


PARIS SAINT-GERMAIN – AS MONACO (PARYŻ)


Piramida na dziedzińcu Luwru w Paryżu

20128726
© ATOUT FRANCE/MAURICE SUBERVIE

Paris Saint-Germain i AS Monaco staną naprzeciw siebie 28 stycznia 2017 r. w Paryżu. Aby dojechać do stolicy Francji autem, trzeba pokonać mniej więcej 1,6 tys. km, co zajmie nam ok. 15 godz. Najwygodniej będzie skorzystać z połączenia lotniczego. Tanie linie zabierają pasażerów z Krakowa, Gdańska, Katowic, Warszawy, Modlina, Wrocławia i Poznania. Do Paryża latają również Polskie Linie Lotnicze LOT i Air France.


Jeszcze do niedawna polskiemu kibicowi trudno było wyobrazić sobie, że w czołowych francuskich klubach będą grali nasi piłkarze. Jednak już w trakcie UEFA EURO 2016 France okazało się, że we Francji reprezentanci Polski są rozchwytywani. Do Paris Saint-Germain, aktualnego mistrza tego kraju, przeszedł z hiszpańskiej Sevilli Grzegorz Krychowiak. Drużynę Olympique Lyon (Olympique lyonnais) zasilił Maciej Rybus, a AS Monaco (klub monakijski, ale grający w lidze francuskiej) przyjęło Kamila Glika.


Mecz klubu z Paryża to doskonała okazja do wizyty w stolicy Francji. Paris Saint-Germain od 2011 r. należy do Katarczyków (funduszu Qatar Sports Investments), którzy inwestują w niego miliony euro, aby spełnić marzenia o wygraniu Ligi Mistrzów UEFA (UEFA Champions League). Kibice w Paryżu muszą odwiedzić przede wszystkim dwie areny sportowe. Pierwszą jest Parc des Princes, czyli Park Książąt (może pomieścić nawet 50 tys. osób; pierwszy kompleks zbudowano w 1897 r.), na którym gra paryska drużyna. Druga – Stade de France (81 338 miejsc dla fanów futbolu) – znajduje się w miejscowości Saint-Denis w aglomeracji paryskiej. Podczas UEFA EURO 2016 France właśnie na nim Polacy zremisowali z Niemcami oraz odbył się mecz finałowy między Portugalią i Francją.

 
Nawet cały tydzień to za mało, żeby zwiedzić pełen wielkich atrakcji Paryż. Ja proponuję spacer od Łuku Triumfalnego Polami Elizejskimi do Luwru i dalej do Katedry Najświętszej Marii Panny (Cathédrale Notre-Dame de Paris). W ciągu takiej przechadzki można dostrzec z jednej strony wyjątkowe zabytkowe walory miasta, a z drugiej jego europejski charakter. Oczywiście, nie wolno też zapomnieć o wybraniu się na Pola Marsowe pod słynną Wieżę Eiffla.


CZARNOGÓRA – POLSKA (PODGORICA)

Z reprezentacją Czarnogóry powalczymy 26 marca 2017 r. w stołecznej Podgoricy. Jedyne, czego można w tym przypadku żałować, to fakt, że termin spotkania nie przypada na okres między czerwcem a wrześniem. Sportowe widowisko byłoby wtedy doskonałym urozmaiceniem urlopu. Polacy latem najczęściej jeżdżą do Czarnogóry samochodem. Samolotem dolecimy z Polski z przesiadką (np. w Wiedniu, Belgradzie, Lublanie czy Rzymie).


Na stadionie w Podgoricy (Stadion pod Goricom na ponad 15 tys. miejsc siedzących) bywa niezmiernie gorąco, nie tylko ze względu na bliskość trybun, które są oddalone od linii boiska zaledwie 4 m, ale także temperament miejscowych kibiców. Przekonali się o tym ostatnio m.in. reprezentanci Anglii, Polski i Rosji.


Stolica Czarnogóry to najmniejsze miasto w naszym małym sportowym przewodniku – mieszka w nim ok. 190 tys. osób. Podgorica leży między dwiema rzekami, z jednej strony u stóp Gór Dynarskich, a z drugiej blisko Morza Adriatyckiego. Wśród atrakcji turystycznych można wymienić nowoczesny most Millennium nad Moračą i stary kamienny most nad Ribnicą. Ten ostatni jest usytuowany w pobliżu ruin XV-wiecznej fortecy osmańskiej (Depedogen), która pełniła kiedyś funkcję magazynu broni – zniszczyła ją w 1878 r. eksplozja wywołana piorunem.


SSC NAPOLI – JUVENTUS FC (NEAPOL)

W Neapolu 2 kwietnia 2017 r. zagrają ze sobą SSC Napoli i Juventus FC (wcześniej, bo 30 października 2016 r., spotkają się na murawie w Turynie). Z Katowic, Krakowa i Warszawy dostaniemy się tu dzięki tanim liniom lotniczym. Podróż drogą lądową będzie z pewnością zdecydowanie dłuższa, ponieważ odległość od włoskiego miasta do np. Warszawy wynosi ok. 2 tys. km.


Mamy kilka powodów, dla których warto wybrać się właśnie do Neapolu, stolicy regionu Kampania. Przed sezonem 2016/2017 z SSC Napoli odszedł do Juventusu FC Gonzalo Higuaín. Choć turyński klub zapłacił za Argentyńczyka 90 mln euro, to kibice uważają ten transfer za zdradę. Mecz zapowiada się więc bardzo emocjonująco. Na boisku będzie można zobaczyć nawet dwóch Polaków, którzy przenieśli się do SSC Napoli. Gonzalo Higuaína ma w strzelaniu goli zastąpić Arkadiusz Milik, a piłki podawać mu Piotr Zieliński. Ważną postacią w historii neapolitańskiej drużyny był Argentyńczyk Diego Armando Maradona. To dzięki temu jednemu z piłkarzy wszechczasów klub zdobył swoje jedyne dwa mistrzostwa Włoch. W Neapolu do tej pory uchodzi on za boga. Stadion św. Pawła (Stadio San Paolo; z 1959 r.), nazywany także Stadionem Słońca (Stadio del Sole), może pomieścić 60 240 widzów (pierwotnie było na nim nawet 87,5 tys. miejsc). Rozgrywano tutaj mecze Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w 1990 r., m.in. spotkanie między Włochami i Argentyną. Diego Maradona jako gracz SSC Napoli jednocześnie występujący w reprezentacji argentyńskiej poprosił wówczas włoskich kibiców o wsparcie. Na trybunach pojawił się jednak transparent z napisem Diego, Neapol Cię kocha, ale Włochy to nasza ojczyzna. Niestety, Włosi nie zakwalifikowali się do finału. Słynny piłkarz wykonał w tym meczu rzut karny, który zadecydował o zwycięstwie Argentyny.


Sam Neapol jest przede wszystkim jednym z najpiękniejszych włoskich miast. Do najwspanialszych jego zabytków należą z pewnością Pałac Królewski (Palazzo Reale di Napoli), średniowieczno-renesansowy zamek zwany Castel Nuovo (Maschio Angioino), monumentalna Katedra (Duomo di Napoli) i barokowy klasztor Kartuzów (Certosa di San Martino). Warto tu również przejechać się kolejką linowo-terenową Montesanto do Zamku św. Elma (Castel Sant’Elmo), położonego niedaleko wspomnianych zabudowań klasztornych.


BAYERN MONACHIUM – BORUSSIA DORTMUND (MONACHIUM)


Stadion Allianz Arena podczas spotkania klubu Bayern Monachium

2919
© MÜNCHEN TOURISMUS/MARKUS DLOUHY

Natomiast 8 kwietnia 2017 r. Bayern Monachium zmierzy się z Borussią Dortmund w Monachium (tak jak 19 listopada 2016 r. dla odmiany w Dortmundzie). Bezpośrednie loty na monachijskie lotnisko odbywają się z wielu polskich miast, m.in. Warszawy, Łodzi, Gdańska, Krakowa, Poznania, Rzeszowa bądź Wrocławia. Wyprawa samochodem z kolei nie powinna też okazać się zbyt męcząca. Z Warszawy do przejechania mamy niecałe 1,1 tys. km.


Ten mecz to wyjątkowa okazja, aby zobaczyć na żywo pojedynek Roberta Lewandowskiego (Bayern Monachium) i Łukasza Piszczka (Borussia Dortmund). Poza tym władze klubów Bundesligi starają się zbytnio nie obciążać finansowo kibiców i bilety na takie spotkanie można kupić już w cenie od 15 euro. Do stolicy Bawarii warto wybrać się także dla stadionu Allianz Arena (wybudowany w 2005 r. na nawet 75 tys. widzów). To jeden z najbardziej atrakcyjnych i najnowocześniejszych obiektów piłkarskich na świecie. Największe wrażenie robi wieczorem, kiedy rozbłyska światłami. Gdy na jego murawę wychodzi Bayern Monachium, iluminacja ma kolor czerwony, podczas występu TSV 1860 Monachium – niebieski, a jeśli gości reprezentację Niemiec – biały. Na Allianz Arenie grają obydwa monachijskie zespoły, dlatego działają tu m.in. sklepy dla fanów każdej z drużyn. Oprócz tego są również np. restauracje, sale konferencyjne i kluby dziennej opieki dla maluchów.


Założone w 1158 r. Monachium szczyci się wieloma zabytkami. Centrum miasta wyznacza plac Mariacki (Marienplatz) z dwoma ratuszami (starym i nowym), wokół którego wytyczono strefę dla pieszych. O średniowiecznych fortyfikacjach przypominają trzy zachowane bramy miejskie: Isartor, Sendlinger Tor i Karlstor. W planie zwiedzania należy też uwzględnić liczne wspaniałe kościoły, muzea (na czele ze Starą i Nową Pinakoteką czy Gliptoteką), pałace i rezydencje.


FINAŁ LIGI EUROPY 2017 (SZTOKHOLM)

Najważniejsze wydarzenie Ligi Europy UEFA (UEFA Europa League) zaplanowano na 24 maja 2017 r. Gościć je będzie Sztokholm (a dokładniej Solna w regionie Sztokholm). Do stolicy Szwecji można dostać się tanimi liniami lotniczymi z Gdańska, Krakowa, Modlina, Warszawy, Wrocławia, Katowic, Lublina i Poznania. Do wyboru mamy poza tym wyprawę promem, który przewozi także samochody. Statki Polferries wypływają z Gdańska do podsztokholmskiej miejscowości Nynäshamn.


W rozgrywkach Ligi Europy UEFA (mniej prestiżowych niż Liga Mistrzów UEFA) w sezonie 2016/2017 bierze udział 188 drużyn z 54 federacji piłkarskich. Aby zagrać w Sztokholmie, zespół, który zaczynał od 1. rundy, musi uczestniczyć w 22 spotkaniach.


Friends Arena nad pięknym jeziorem Råstasjön w Solnie, gdzie odbędzie się finał, to największy i najnowocześniejszy stadion w krajach nordyckich. Oddano go do użytku w październiku 2012 r. Na trybunach może zasiąść 50 653 kibiców. Obiekt ma rozsuwany dach, a jego fasada jest podświetlana na różne kolory. Podczas meczów reprezentacji Szwecji przybiera – oczywiście – barwy żółto-niebieskie. W trakcie inauguracyjnego spotkania piłkarskiego na nowym stadionie wszystkie gole dla gospodarzy strzelił najsłynniejszy szwedzki piłkarz Zlatan Ibrahimović (w tym ze strzału z przewrotki z ok. 30 m). Szwedzi pokonali Anglików 4:2. Nazwa Friends Areny nawiązuje do organizacji non-profit zajmującej się zwalczaniem przemocy w szkołach.


Stare Miasto (Gamla stan) Sztokholmu leży na czterech wyspach. Do najczęściej odwiedzanych atrakcji turystycznych należą Kungliga slottet (Zamek Królewski) i Drottningholms slott, wzniesiona na dzisiejszych przedmieściach wspaniała rezydencja królewska, której początki sięgają końca XVI stulecia. W gmachu Filharmonii Sztokholmskiej (Stockholms konserthus) co roku 10 grudnia odbywa się ceremonia wręczenia Nagród Nobla. Na zainteresowanie zasługują oprócz tego Gröna Lund na malowniczej wyspie Djurgården (Zwierzyniec), najstarszy park rozrywki w kraju (otwarty w 1883 r.), czy ICEBAR by ICEHOTEL Stockholm, czyli bar ze stałą temperaturą -7°C, którego wnętrze, a nawet szklanki i kieliszki wykonano z lodu.


FINAŁ LIGI MISTRZÓW UEFA 2017 (CARDIFF)

Dla odmiany 3 czerwca 2017 r. w Cardiff w Walii (Wielka Brytania) odbędzie się finał Ligi Mistrzów UEFA. Z Polski najłatwiej najpierw polecieć tanimi liniami lotniczymi do Bristolu (z Warszawy, Katowic, Wrocławia, Rzeszowa, Poznania, Gdańska, Krakowa i Modlina), a potem – po pokonaniu odległości ok. 70 km – dotrzeć już do samej walijskiej stolicy.


Liga Mistrzów UEFA to najbardziej prestiżowe rozgrywki klubowe w Europie. W sezonie 2016/2017 bierze w nich udział 78 zespołów z 53 federacji piłkarskich. Dodatkowo najsilniejsze ligi otrzymują prawo do wystawienia większej liczby drużyn z kolejnych miejsc (np. Hiszpania może ich mieć pięć, Niemcy i Anglia – po cztery, a Włochy, Portugalia i Francja – trzy). O tym, jak wysoki poziom prezentują te piłkarskie zmagania, świadczy fakt, że Polacy do fazy grupowej nie dostali się od 1996 do 2016 r.


Dwa najlepsze zespoły klubowe Europy zagrają na Millennium Stadium (Principality Stadium; pojemność 74,5 tys. osób). Stanowi on przede wszystkim obiekt reprezentacji Walii w rugby. Należy do Walijskiej Unii Rugby (Welsh Rugby Union – WRU) i przynajmniej raz w roku organizuje się na nim ważną imprezę w tej dyscyplinie sportu. Na stadionie odbywały się też mecze piłkarzy walijskiej drużyny narodowej, gale bokserskie, zawody żużlowe, koncerty największych światowych gwiazd sceny muzycznej, a także super odcinek specjalny rajdu Walii – Wales Rally GB (we wrześniu 2005 r. pierwszy raz ścigano się tu pod dachem). Ta arena powstała na potrzeby IV Pucharu Świata w Rugby w 1999 r.


Cardiff leży malowniczo nad rzeką Taff, u jej ujścia do Kanału Bristolskiego, zatoki Oceanu Atlantyckiego. W I w. n.e. założono tu warowne osiedle rzymskie, które było zamieszkane co najmniej aż do końca IV stulecia. Rzymianie opuścili miejscowy fort, kiedy ostatnie legiony otrzymały od cesarza Magnusa Maksymusa rozkaz wycofania się z prowincji Brytania. Później – od drugiej połowy XI w. – Cardiff mocno rozbudowywali Normanowie (już za panowania króla Anglii Wilhelma I Zdobywcy). Tutejszy port, znany jako Tiger Bay, przez wiele lat należał do największych na naszym globie. Warto tu zobaczyć m.in. biedną niegdyś dzielnicę Cardiff Docks zmienioną w Atlantic Wharf z luksusowymi domami i apartamentami, Wales Millennium Centre – wspaniałe centrum sztuki – i plac Roalda Dahla (Roald Dahl Plass), Ratusz w Cardiff w Cathays Park, gdzie w kwietniu 2007 r. Komitet Wykonawczy UEFA ogłosił, że Polska i Ukraina będą razem organizowały Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej w 2012 r., średniowieczny zamek Normanów (Cardiff Castle) czy uniwersytet (Cardiff University).


FINAŁ MISTRZOSTW EUROPY U-21 (KRAKÓW)


Zamek Normanów w Cardiff słynie z bogato zdobionej Sali Bankietowej

Banqueting Hall Cardiff Castle  Crown copyright 2013 Visit Wales
© CROWN COPYRIGHT (2013) VISIT WALES

Kraków zaprasza kibiców natomiast 30 czerwca 2017 r. na finał Mistrzostw Europy U-21 (UEFA Under 21 Championship Poland 2017). Do dawnej stolicy Polski prowadzi autostrada A4 (ciągnie się od granicy niemieckiej do ukraińskiej). Na dworcu Kraków Główny zatrzymują się pociągi z całego kraju oraz z zagranicy. Lotnisko w podkrakowskich Balicach obsługuje loty z Gdańska, Warszawy czy Szyman (Portu Lotniczego Olsztyn-Mazury).


Europejskie mistrzostwa dla drużyn złożonych z piłkarzy w wieku do 21. roku życia przeprowadzone zostaną w dniach 16–30 czerwca 2017 r. w sześciu polskich miastach. Jednak najważniejsze mecze – jeden z półfinałów (drugi zaplanowano w odległych o niecałe 90 km Tychach) i finał – będą miały miejsce w Krakowie. Istnieje szansa, że zobaczymy na nich reprezentację Polski. Trener Biało-Czerwonych Marcin Dorna będzie mógł wystawić pięciu piłkarzy (urodzonych po 1 stycznia 1994 r.), którzy zasilili naszą kadrę na UEFA EURO 2016 we Francji, czyli Karola Linettego z Sampdorii, Bartosza Kapustkę z Leicester City, Mariusza Stępińskiego z FC Nantes, Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika – dwóch ostatnich z SSC Napoli.


To wiekowe małopolskie miasto od kilku lat zdobywa coraz większe doświadczenie w organizacji imprez sportowych i nie tylko. W lipcu br. gościło Światowe Dni Młodzieży. W najnowocześniejszej wielofunkcyjnej hali widowiskowo-sportowej w tej części Europy (TAURON Arena Kraków) rozgrywano mecze Mistrzostw Europy w Piłce Ręcznej Mężczyzn 2016, Mistrzostw Świata w Piłce Siatkowej Mężczyzn 2014, odbywały się gale bokserskie i MMA (mieszanych sztuk walki) oraz liczne koncerty zagranicznych gwiazd. Spotkania Mistrzostw Europy U-21 zaplanowano na nowym, kameralnym i funkcjonalnym stadionie Cracovii (15 016 miejsc).


W Krakowie trzeba koniecznie zwiedzić Rynek Główny, Zamek Królewski na Wawelu i dawną dzielnicę żydowską Kazimierz. Warto przejść się Plantami i Bulwarami Wiślanymi, dotrzeć na Błonia, a także wspiąć się na ponad 34-metrowy Kopiec Kościuszki. W okolicy turyści wybierają się m.in. do historycznych kopalń soli w Wieliczce i Bochni oraz hitlerowskich obozów zagłady zespołu Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.


SUPERPUCHAR UEFA (SKOPJE)

Na Superpuchar UEFA (UEFA Super Cup) w 2017 r. musimy udać się do Skopje. Wydarzenie to zaplanowano w macedońskiej stolicy na 8 sierpnia. Z Polski dostaniemy się tu samolotem tylko z przesiadką (tanie linie latają bezpośrednio np. z Berlina lub Bratysławy). Podróż autem z Warszawy zajmie nam cały dzień (ok. 1700 km).


Niektórym osobom miejsce wytypowane do rozegrania meczu może wydawać się nieco zaskakujące, tym bardziej, że to spotkanie pomiędzy triumfatorami Ligi Mistrzów UEFA i Ligi Europy UEFA. Nie będzie więc przesadą uznać jego zwycięzcę za klubowego mistrza Europy. W tym roku Real Madryt pokonał po dogrywce w norweskim Trondheim Sevillę FC.


Skopje wypełniają niezliczone pomniki. Centrum miasta sprawia wrażenie nieco kiczowatego, a to ze względu na nagromadzenie różnorodnych obiektów, takich jak nowoczesne budynki ze szkła, ozdobne mosty z lampionami, olbrzymia fontanna z pomnikiem Wojownik na koniu (przedstawiającym Aleksandra Wielkiego), atrapy pirackich statków, kolorowa karuzela i gmachy z kolumnami. Prawdziwym miejscem z duszą jest Stary Bazar. Wieczorem przepięknie wyglądają pochodzący z czasów osmańskich Kamienny Most nad rzeką Wardar, potężna twierdza Skopsko Kale czy łuk triumfalny Porta Macedonia, ukończony w styczniu 2012 r. Poza tym znajdziemy tu też Dom Pamięci Matki Teresy z Kalkuty, która urodziła się 26 sierpnia 1910 r. w Skopje.


Macedończycy nie muszą z pewnością wstydzić się swojego stadionu. Choć z zewnątrz Narodowa Arena „Filip II Macedoński” (przebudowana w latach 2008–2013) może nie zachwyca, ale w środku robi duże wrażenie. Charakterystycznego wyglądu nadaje jej falisty kształt żółto-czerwonych trybun, które pomieszczą 33 460 widzów.


DANIA – POLSKA (KOPENHAGA)

Reprezentacje Danii i Polski spotkają się na meczu eliminacyjnym 1 września 2017 r. w Kopenhadze. Do duńskiej stolicy można wygodnie dojechać samochodem – odległość ok. 1 tys. km z Warszawy pokonamy w większości autostradami. Bezpośrednie połączenia do tej nadmorskiej metropolii obsługują lotniska w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku i Poznaniu. Promy Polferries ze Świnoujścia kursują do Kopenhagi przez szwedzki Ystad.


Kopenhaski stadion Telia Parken, otwarty we wrześniu 1992 r., nie jest zwykłym obiektem piłkarskim. Odbywały się na nim w latach 2003–2014 turnieje Grand Prix Danii na żużlu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że wokół boiska nie ma toru. Na czas zawodów murawę zasłaniano specjalnymi materiałami. Na nich usypywano sztuczną nawierzchnię, po której ścigali się żużlowcy. Warunki do oglądania meczów są znakomite – obiekt bez problemu pomieści 38 065 kibiców, a najbardziej oddalone miejsce siedzące od środka boiska dzieli niespełna 100 m. Na tym stadionie odbędą się cztery spotkania UEFA EURO 2020.


Po Kopenhadze najłatwiej (bo za darmo) poruszać się rowerami. Kilka tysięcy bezpłatnych jednośladów czeka w ponad 100 oznaczonych punktach. Jedną z największych atrakcji stolicy Danii są Ogrody Tivoli (Tivoli) – park rozrywki leżący w jej centrum, czy też XVII-wieczna dzielnica Christianshavn z licznymi kanałami i klimatyczna Christiania (znana także jako Wolne Miasto Christiania). Nie wypada również wrócić stąd bez zdjęcia przy znajdującym się w porcie pomniku Małej Syrenki (Den lille havfrue), postaci pochodzącej z baśni Hansa Christiana Andersena.     


ARMENIA – POLSKA (ERYWAŃ)

Jesienią, 5 października 2017 r. polscy piłkarze staną do rywalizacji z drużyną armeńską w Erywaniu. To chyba najbardziej egzotyczna podróż w naszym futbolowym przewodniku. Polskie Linie Lotnicze LOT oferują bezpośrednie przeloty do stolicy Armenii z lotniska w Warszawie. Można też najpierw dolecieć do Tbilisi w Gruzji i stamtąd transportem zbiorowym, tzw. marszrutkami, wyruszyć do Erywania (ok. 270 km).


Stadion Republikański imienia Wazgena Sarkisjana (zamordowanego w 1999 r. premiera kraju) raczej nie rzuci kibiców na kolana. Stanowi on jeden z najmniejszych obiektów, na których zagra w eliminacjach do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 2018 reprezentacja Adama Nawałki (na niemal 14,5 tys. miejsc), ale atmosfera bywa na nim zazwyczaj gorąca. Będzie to dla Polaków przedostatnie spotkanie eliminacyjne (przed kończącym rywalizację meczem z Czarnogórą w dniu 8 października 2017 r. w Warszawie), więc może decydować o awansie do rozgrywek mundialowych w Rosji. Dodatkowo Polacy dwa razy wychodzili już na boisko w Erywaniu, ale w obu przypadkach nie udało im się odnieść zwycięstwa.


Stolica Armenii leży nad rzeką Hrazdan. Właściwie z każdego punktu widać tu najważniejszą dla Ormian górę Ararat (5137 m n.p.m.), obecnie położoną na terytorium Turcji, ok. 30 km od armeńskiej granicy. Jej ośnieżony szczyt bieleje na tle błękitnego nieba. Choć początki Erywania datuje się na VIII w. p.n.e., starożytnych zabytków zachowało się w nim niewiele. Warto odwiedzić XVIII-wieczny Błękitny Meczet, wspaniały Plac Republiki z Narodową Galerią Armenii i Muzeum Historii Armenii oraz wejść na tzw. Kaskady, czyli ozdobione rzeźbami 572-stopniowe schody o szerokości 50 m, pod którymi znajdują się spektakularne sale wystawowe (Muzeum Sztuki Cafesjiana). Większość zabudowań pochodzi z czasów komunistycznych. Wznoszono je często z różowego kamienia, dlatego miasto nie przytłacza smutną szarością. W stolicy założono także sporo malowniczych parków. Jeden z nich nazwano Parkiem Kochanków, bo stanowił popularne miejsce randek zakochanych par.

Artykuły wybrane losowo

Z czym kojarzy się Peru…?

opracował

MICHAŁ DOMAŃSKI

Zapytaliśmy o to pięciu wybranych ekspertów, którzy znają doskonale tę magiczną krainę Inków… Poniżej znajdują się ich krótkie wypowiedzi na ten temat.

 

JUSTYNA CEMPEL-RYBICKA

PREZES DELUXE TRAVEL CLUB

Tajemnicze, dzikie, bogate w historię i fascynujące Peru kojarzę przede wszystkim z Cuzco, które uznawane jest za najstarsze wciąż zamieszkane miasto kontynentu oraz za archeologiczną stolicę Ameryki. Dzieje świetności i upadku imperium Inków można poznać podczas zwiedzania pobliskich ruin – Sacsayhuamán. Mimo iż Cuzco w języku keczua (miejscowych Indian) oznacza pępek świata, to jednak – moim zdaniem – określenie to pasuje dzisiaj bardziej do wprawiającego w zachwyt, otulonego mgłą i owianego tajemnicą Machu Picchu. Jest to najlepiej zachowane inkaskie miasto. Wzniesiono je w XV w., kiedy cywilizacja Inków znajdowała się u szczytu potęgi. Po ok. 100 latach zostało jednak opuszczone w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach. Machu Picchu podzielone jest na dwie części – rolniczą oraz mieszkalną ze Świątynią Słońca, Pałacem Królewskim, Świętym Placem i obserwatorium astronomicznym Intihuatana. W lipcu 2007 r. ogłoszono je jednym z siedmiu cudów świata nowożytnego.

Więcej…

WAKACJE Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. TOURISMUSVERBAND MECKLEMBURG-VORPOMMERN

Aktywny wypoczynek staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Z roku na rok przybywa w Polsce zwolenników turystyki rowerowej. Zamiana czterech kółek na dwa jest korzystna nie tylko ze względu na nasze zdrowie czy ochronę środowiska naturalnego. Rowerem można często dotrzeć w miejsca, do których samochodem nie da się po prostu dojechać, i to na dodatek dużo tańszym kosztem. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że zamknięci w aucie tracimy możliwość nawiązania więzi z otoczeniem. Rowerzysta ma szansę na bezpośredni kontakt z przyrodą, a także przypadkowo spotkanymi na trasie ludźmi, co często staje się okazją do przełamania barier kulturowych i językowych. Wszystko, czego potrzebujemy do uprawiania tego rodzaju turystyki, to solidny rower. Podróżując w ten sposób, nie tylko oszczędzamy pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na paliwo, i dbamy o nasze samopoczucie, lecz także poznajemy świat z zupełnie innej, niezmiernie interesującej perspektywy.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM