Anna Benicewicz-Miazga 1Kielce

Pałac Biskupów Krakowskich na Wzgórzu Katedralnym w Kielcach

© ANNA BENICEWICZ-MIAZGA/URZĄD MIASTA KIELCE

 

GRZEGORZ MICUŁA

 

Świętokrzyskie to jeden z najciekawszych regionów Polski. Kraina niewysokich pasm górskich pokrytych ciemnym lasem lub podchodzącymi pod szczyty wąskimi polami, tworzącymi charakterystyczne pasiaki, od lat przyciąga turystów swoją tajemniczością i bogatą historią. Można tu znaleźć niesamowite miejsca osnute legendami o diabłach i czarownicach. Góry Świętokrzyskie znane są większości Polaków, bo wielu z nich było w tym regionie na wycieczce szkolnej lub rajdzie harcerskim. Do tej łatwo dostępnej krainy warto wybrać się o każdej porze roku.

 

Znajdują się tutaj najstarsze w naszym kraju góry fałdowe, odsłaniają się skały sprzed ponad 500 mln lat, a w kamieniołomie Zachełmie pod Kielcami odkryto niedawno najstarsze na świecie tropy czworonożnych zwierząt, które wyszły z wody na ląd! Ostatnio w regionie świętokrzyskim odnaleziono mnóstwo śladów dinozaurów. W pobliżu Ostrowca Świętokrzyskiego natknięto się na podziemne kopalnie krzemienia z okresu neolitu. Pod Łysą Górą (594,3 m n.p.m.) w czasach rzymskich funkcjonowało jedno z największych zagłębi hutniczych w Europie. Przemysł rozwijał się w tym rejonie także i później, kiedy powstawały kopalnie, huty i zakłady metalowe Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego.

 

Benedyktyńskie opactwo na Świętym Krzyżu (Łysej Górze) założono na miejscu odprawiania rytuałów pogańskich, z którymi związane są legendy o sabatach czarownic. Świętokrzyski klasztor przez stulecia promieniował kulturą na całą okolicę i był jednym z najważniejszych polskich sanktuariów stanowiących cel pielgrzymek królów. Nieco później powstały opactwa cysterskie w Jędrzejowie, Wąchocku i Koprzywnicy. Przyczyniły się one do rozwoju rolnictwa i przemysłu na tych ziemiach. W Bodzentynie biskupi krakowscy wybudowali zamek, a w Kielcach – wspaniały pałac o stylu łączącym elementy manieryzmu i wczesnego baroku. W oficynie tego ostatniego niemal dwa wieki później funkcjonowała krótko (od 1816 do 1826 r.) pierwsza polska uczelnia techniczna – Szkoła Akademiczno-Górnicza kształcąca inżynierów górnictwa i metalurgii.

 

STOLICA REGIONU

 

Najciekawszym zabytkiem Kielc jest wspomniany Pałac Biskupów Krakowskich zbudowany w pierwszej połowie XVII w. z polecenia biskupa Jakuba Zadzika (1582–1642). Prowadzi do niego okazała trójarkadowa loggia. W reprezentacyjnych komnatach na piętrze sufity ozdobione są plafonami z namalowanymi scenami historycznymi wiążącymi się z działalnością fundatora. Zebrano tu meble, gobeliny i broń z epoki. Uwagę zwraca też Sala Portretowa (Izba Stołowa Górna) z wizerunkami biskupów krakowskich, będących przez kilka stuleci właścicielami miasta. W bocznym skrzydle mieści się Galeria Malarstwa Polskiego i Europejskiej Sztuki Zdobniczej Muzeum Narodowego w Kielcach z ciekawą kolekcją obrazów autorstwa m.in. Olgi Boznańskiej, Józefa Chełmońskiego, Józefa Pankiewicza, Juliana Fałata, Aleksandra Gierymskiego, Juliusza Kossaka, Jacka Malczewskiego, Stanisława Wyspiańskiego i pochodzącego z pobliskiego Bodzentyna Józefa Szermentowskiego. Do wiosny 2019 r. w pałacu trwa remont, niektóre pomieszczenia są więc niedostępne dla turystów.

 

Sąsiednia bazylika katedralna ufundowana została w 1171 r. przez biskupa krakowskiego Gedeona (Gedkę). W południowej nawie znajduje się cudowny obraz Matki Boskiej Łaskawej i wspaniały renesansowy nagrobek Elżbiety Zebrzydowskiej wyrzeźbiony w czerwonym marmurze najprawdopodobniej w warsztacie włoskiego artysty Jana Marii Padovana. Ołtarz główny zdobi cenny obraz Szymona Czechowicza przedstawiający wniebowzięcie Najświętszej Marii Panny. Warto odwiedzić tu także skarbiec katedralny z pięknymi dziełami sztuki sakralnej.

 

Nieopodal znajduje się gmach dawnego gimnazjum, do którego uczęszczali ks. Piotr Ściegienny, Adolf Dygasiński, Bolesław Prus (Aleksander Głowacki), Stefan Żeromski i Gustaw Herling-Grudziński. Obecnie mieści się w nim Muzeum Lat Szkolnych Stefana Żeromskiego. Atrakcją dla dzieci jest w stolicy województwa świętokrzyskiego największe polskie Muzeum Zabawek i Zabawy.

 

Warto też wybrać się na wycieczkę do pobliskiej Jaskini Raj z najpiękniejszą w Polsce szatą naciekową czy do Chęcin, historycznego miasteczka z dwoma rynkami i ruinami średniowiecznego zamku królewskiego na wapiennym wzgórzu. Miłośnicy drewnianego budownictwa ludowego powinni odwiedzić świętokrzyski Park Etnograficzny w Tokarni (należący do Muzeum Wsi Kieleckiej).

 

018 Swietokrzyskie Checiny fot Krzysztof Peczalski

Zamek w Chęcinach z przełomu XIII i XIV w.

© KRZYSZTOF PĘCZALSKI/ARCHIWUM URZĘDU MARSZAŁKOWSKIEGO WOJEWÓDZTWA ŚWIĘTOKRZYSKIEGO

 

Geologiczny raj

 

Kielce należą do najciekawszych geologicznie miast w Polsce. Na ich terenie występują skały paleozoiczne z okresów od kambru do dewonu (mające mniej więcej od 500 do 350 mln lat). Najbardziej interesujący jest Rezerwat przyrody Kadzielnia, gdzie na obszarze starego kamieniołomu odkryto w masywie dewońskiego wapienia rafowego jaskinie z licznymi skamieniałościami. Do zwiedzania udostępniono system trzech połączonych ze sobą grot: Szczelina na Kadzielni, Prochownia i Jaskinia Odkrywców. W rejonie Rezerwatu przyrody Wietrznia im. Zbigniewa Rubinowskiego znajduje się nowoczesne Centrum Geoedukacji, które prezentuje geologiczną historię Ziemi i zachodzące na przestrzeni milionów lat procesy. W dawnym kamieniołomie wapieni dewońskich w Ślichowicach, w zachodniej części miasta, zachował się w znakomitym stanie fałd obalony. Jego zdjęcia umieszcza się w podręcznikach do geografii i geologii. W lesie na wzgórzu Karczówka (340 m n.p.m.) znaleźć można ślady po dawnych szybach górniczych. Wydobywano tu galenę – siarczek ołowiu z domieszką srebra. Poza tym w Kielcach warto obejrzeć bogate zbiory geologiczne w Muzeum Geologicznym Oddziału Świętokrzyskiego Państwowego Instytutu Geologicznego.

 

KRAINA W PASKI

 

Stoki wzgórz w Krainie Świętokrzyskiej pokrywają charakterystyczne wąskie, różnokolorowe pasy pól uprawnych. Taki podział ziemi wynika z rozdrobnienia majątku w licznych chłopskich rodzinach. Tutejsze małe uprawy nie są raczej efektywne, ale za to tworzą piękne krajobrazy, zwłaszcza latem i jesienią. Wśród tych malowniczych pól leżą spokojne, sielskie miejscowości.

 

W Ciekotach w Dolinie Wilkowskiej mieszkał młody Stefan Żeromski (w latach 1871–1883), a w Świętej Katarzynie położonej u podnóża Łysicy (611,8 m n.p.m.), najwyższego szczytu Gór Świętokrzyskich, stoi owiany legendami klasztor bernardynek. Przy czerwonym szlaku turystycznym, wiodącym przez Łysogóry, obok drewnianej kapliczki bije źródełko św. Franciszka z cudowną wodą, która ponoć pomaga na choroby oczu.

 

Smutnym świadectwem ostatniej wojny jest Michniów – wieś, w której Niemcy przeprowadzili wyjątkowo okrutną pacyfikację ludności, aby ukarać ją za współpracę z partyzantami. W dniach 12 i 13 lipca 1943 r. hitlerowcy wymordowali prawie wszystkich tutejszych mieszkańców, czyli łącznie 204 osoby (w tym 103 mężczyzn, z których większość spalono żywcem, 53 kobiety i 48 dzieci – najmłodsze miało 9 dni). Dziś funkcjonuje w tej miejscowości Mauzoleum Martyrologii Wsi Polskich, upamiętniające setki spacyfikowanych polskich wsi. Na jego terenie znajduje się m.in. rzeźba Pieta Michniowska, zbiorowa mogiła ofiar pacyfikacji i niedokończony jeszcze z powodu braku środków obiekt architektoniczny złożony z betonowych brył o kształcie domu.

 

ZIEMIA PISARZY

 

Kraina Świętokrzyska ma też swoje miejsce w historii literatury polskiej. W Skrzypiowie pod Pińczowem mieszkał pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek, w klasztorze w Jędrzejowie spędził ostatnie lata życia bł. Wincenty Kadłubek (od 1217 do 1223 r.). Z tym regionem związani byli także Mikołaj Rej z Nagłowic, Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Witold Gombrowicz i Gustaw Herling-Grudziński.

 

Ale Kielecczyzna kojarzy się przede wszystkim ze Stefanem Żeromskim (1864–1925), który tu się urodził, wychował i chodził do szkoły. We wsi Ciekoty stał niegdyś dwór dzierżawiony przez jego rodziców. Dom spłonął w 1901 r. i dziś przypomina o nim płyta pamiątkowa. W pobliskim stawie odbija się Radostowa (451 m n.p.m.), którą pisarz nazywał Górą Domową, i Łysica. W 2010 r. powstało w tym miejscu centrum edukacyjne złożone z dwóch obiektów: stylizowanego Dworku Stefana Żeromskiego i Szklanego Domu pełniącego funkcję ośrodka kultury. 

 

Przez położoną na skraju Puszczy Jodłowej wieś Święta Katarzyna przebiega wspomniany czerwony szlak turystyczny. Stoi przy nim pomalowana na biało murowana kapliczka z wydrapanym w 1882 r. podpisem młodego Stefana Żeromskiego. Tutejszy zajmowany przez bernardynki zespół klasztorny założono w drugiej połowie XV w. We wnętrzu niewielkiego kościoła znajduje się figura św. Katarzyny, prawdopodobnie kopia wcześniejszej, wyrzeźbionej w drewnie cyprysowym. Warto zwrócić również uwagę na zasłonięty kratą chór, z którego zakonnice mogą słuchać mszy świętej, oraz krużganki zwane obchodami. W okolicy umieszczono kilkanaście kapliczek upamiętniających ponoć pustelnie zamieszkiwane niegdyś przez anachoretów. Na skraju lasu postawiono kamień z cytatem z poematu prozą Puszcza jodłowa Stefana Żeromskiego: Puszcza jest niczyja – nie moja ani twoja, ani nasza, jeno boża, święta!.

 

W Oblęgorku, w majątku ofiarowanym w 1900 r. Henrykowi Sienkiewiczowi przez naród, ten nasz noblista spędzał swoje letnie wakacje (1846–1916). Dzisiaj we wzniesionym tu pałacyku działa muzeum pisarza (oddział Muzeum Narodowego w Kielcach). Pokoje na parterze urządzone są tak jak za życia Henryka Sienkiewicza. W placówce można obejrzeć portrety i fotografie rodzinne, pamiątki z licznych podróży, ulubione obrazy i broń oraz liczne bibeloty, a także wydania jego dzieł w licznych, często orientalnych językach. Pałacyk otacza rozległy park, w którym na uwagę zasługuje ok. 15-metrowy tulipanowiec amerykański.

 

RELIKWIE I GOŁOBORZA

 

Na Łysej Górze, zwanej tak od rozległych kwarcytowych gołoborzy, kamiennych rumowisk skalnych zalegających na północnych stokach, odbywały się podobno sabaty czarownic. Według przekazów na jej szczycie stała świątynia pogańska. Okoliczna ludność oddawała w niej cześć trzem słowiańskim bogom o imionach Łada, Boda i Leli. Badania archeologiczne potwierdziły dawne podania i legendy mówiące o istnieniu tu we wczesnym średniowieczu pogańskiego ośrodka kultowego. Sensacją okazało się odkrycie składającego się z dwóch części wału z kamieni o łącznej długości ponad 1,5 tys. m, otaczającego szczyt Łysej Góry. Zgodnie z hipotezami badaczy w tym kamiennym kręgu gromadzili się okoliczni mieszkańcy podczas wielkich świąt. Góra miała być słowiańskim Olimpem dla ziem dzisiejszej środkowej i południowej Polski.

 

Od zarania naszej państwowości istniał tu benedyktyński klasztor (obecnie zajmowany przez oblatów). Jego założenie tradycja przypisuje królowi Bolesławowi Chrobremu (w 1006 r.) i wiąże je z przygodą księcia Emeryka, syna króla węgierskiego Stefana I Świętego. Miał on zabłądzić podczas polowania w Puszczy Świętokrzyskiej, gdy ruszył w pogoń za jeleniem ze świetlistym krzyżem pomiędzy rogami. Zwierzę wyprowadziło Emeryka na szczyt wysokiej góry. Książę przyrzekł, że jeśli odnajdzie swoich towarzyszy, pozostawi tu relikwię Krzyża Świętego. Ponieważ udało mu się wyjść cało z opresji, spełnił swoją obietnicę, a Bolesław Chrobry, aby ochronić cenny dar, zbudował na Łysej Górze kościół i sprowadził benedyktynów z klasztoru na Monte Cassino we Włoszech. Tak brzmi jedna z wersji legendy. Współcześni historycy sądzą raczej, że fundatorem klasztoru był Bolesław III Krzywousty (między latami 1102–1138). Sprowadził on zakonników z Węgier. Relikwię przekazał benedyktynom dopiero w 1306 r. Władysław I Łokietek.

 

Na Święty Krzyż pielgrzymował często Władysław Jagiełło. W 1410 r., przed walną bitwą z Krzyżakami, z obozu w Nowej Słupi chodził pieszo tzw. drogą królewską na modlitwę do klasztoru. Jagiellonowie nie szczędzili środków na upiększenie kościoła, którego wnętrza ozdobiono freskami.

 

Sanktuarium nie ominęły zawirowania historii. Zabudowania klasztorne niszczyli Tatarzy i Litwini. W 1620 r. ukończono budowę pięknej barokowej kaplicy zleconą przez wojewodę lubelskiego Mikołaja Oleśnickiego. W jej podziemiach obok fundatora i jego rodziny pochowano później pogromcę Kozaków, księcia Jeremiego Wiśniowieckiego (obecnie zmumifikowane zwłoki znajdują się w krypcie pod kościołem, ale po wykonanych badaniach część historyków wątpi w ich autentyczność). Podczas powstania styczniowego żołnierze Mariana Langiewicza walczyli tu z wojskami rosyjskimi. W latach 80. XIX w. Rosjanie utworzyli w tym miejscu ciężkie więzienie nazywane polskim Sachalinem. W okresie II wojny światowej hitlerowcy w założonym w budynkach klasztornych obozie zagłodzili i wymordowali kilka tysięcy jeńców sowieckich.

 

Dzisiaj relikwiarz z drzewem z Krzyża Świętego przechowywany jest w nowym, ogniotrwałym tabernakulum w Kaplicy Oleśnickich. Pielgrzymi i turyści mogą też odwiedzić muzeum misyjne oblatów z ciekawymi eksponatami przywiezionymi z misji w Afryce, Ameryce i Azji. W części zabudowań klasztornych urządzone zostało Muzeum Przyrodnicze Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Ze szczytu zrekonstruowanej wieży kościoła rozciąga się wspaniała panorama okolicy.

 

025 MG 0663 Swietokrzyskie Swiety Krzyz K Peczalski

Pobenedyktyński zespół klasztorny z sanktuarium Krzyża Świętego

© KRZYSZTOF PĘCZALSKI/BANK ZDJĘĆ ROT WOJEWÓDZTWA ŚWIĘTOKRZYSKIEGO

 

KAMIENNY PIELGRZYM I DYMARKI

 

Szlakiem zwanym drogą królewską schodzi się ze Świętego Krzyża do Nowej Słupi, wsi leżącej u podnóża góry. Na skraju puszczy stoi kamienny pomnik Pielgrzyma, który jak mówi legenda przesuwa się co roku o ziarnko piasku w kierunku szczytu, a kiedy na niego dotrze, nastąpi koniec świata. Na szczęście ma jeszcze przed sobą jakieś 3 km.

 

U podnóża Łysej Góry już w starożytności wydobywano hematyt, minerał, z którego robiono po sproszkowaniu barwiący kosmetyk (używany przez ówczesne kobiety) i wytapiano żelazo w dymarkach. Pozostałości po dawnych piecach hutniczych znajdują się do dziś na polach w okolicy Nowej Słupi. Uzyskany metal sprzedawano później Rzymianom. W miejscu odkrycia dymarek z II w. powstało Muzeum Starożytnego Hutnictwa Świętokrzyskiego im. Mieczysława Radwana. Pod koniec lata, w sierpniu w pobliskim Centrum Kulturowo-Archeologicznym organizuje się Dymarki Świętokrzyskie, w trakcie których można zobaczyć wytop żelaza w prymitywnym piecu i poznać życie ówczesnych ludzi. W czasie tej barwnej imprezy odbywa się także jarmark świętokrzyski. Na stoiskach sprzedaje się wtedy regionalne pamiątki, m.in. figurki czarownic na miotłach.

 

MINIONA ŚWIETNOŚĆ

 

Bodzentyn był kiedyś niemal tak ważny jak Sandomierz i Kraków. To niewielkie, senne dziś miasto, znane z doskonałego pieczywa i słynnej w okolicy swojskiej kiełbasy, będące niegdyś stolicą rozległych dóbr biskupich, założył w 1355 r. biskup krakowski Jan Bodzanta (Bodzęta). Dziesięć lat później Florian z Mokrska wybudował tu zamek, a zabudowania otoczył murami obronnymi. W kolejnym stuleciu późniejszy arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski Zbigniew Oleśnicki wzniósł z kolei okazałą gotycką kolegiatę. Miasto bogaciło się na handlu, działały w nim manufaktury produkujące wyroby z żelaza, sukno, porcelanę i lustra. Wzniesiono nawet obszerny ratusz i wytyczono drugi rynek. Tutejsi mieszkańcy brali czynny udział w powstaniu styczniowym. W listopadzie 1869 r. na mocy ukazu carskiego Bodzentyn stracił prawa miejskie. Uzyskał je ponownie w 1994 r.

 

Z dawnej świetności pozostały okazałe ruiny zamku nad rzeką Psarką i wspomniana kolegiata oraz fragmenty miejskich murów obronnych. W renesansowym ołtarzu głównym należącym do świątyni umieszczono obraz przedstawiający scenę ukrzyżowania. Pierwotnie zdobił on katedrę wawelską, ale później został przeniesiony najpierw do Kielc, a ostatecznie do Bodzentyna. Ponoć biskupowi krakowskiemu nie spodobał się namalowany na nim odwrócony tyłem koń rzymskiego żołnierza i stwierdził, że nie będzie modlił się do końskiego zadu.

 

Dziś oprócz ruin zamku i zabytkowej kolegiaty można tu zwiedzić typową świętokrzyską Zagrodę Czernikiewiczów prezentującą życie średniozamożnych małomiasteczkowych chłopów. Raz w tygodniu, w poniedziałek rano odbywa się w Bodzentynie targ koński. Sprzedaje się na nim również jajka, drób czy świnie. To jeden z ostatnich autentycznych jarmarków w regionie. W sąsiednim Tarczku i niedalekich Grzegorzowicach w kępach drzew kryją się zabytkowe świątynie romańskie.

 

PRZEMYSŁ I NATURA

 

W północno-zachodniej części województwa świętokrzyskiego leży przemysłowe miasto Końskie z zespołem pałacowo-parkowym założonym przez hrabiego Jana Małachowskiego w latach 40. XVIII stulecia. W pobliskiej Sielpi Wielkiejpołożonej nad zalewem na rzece Czarnej oraz Maleńcu i Starej Kuźnicy zachowały się zabytkowe zakłady metalowe z czasów Królestwa Polskiego. Inne podobne obiekty znajdują się w Kuźniakach, Bobrzy i Samsonowie. Poza tym w okolicy warto odwiedzić także rezerwaty: Skałki Piekło pod Niekłaniem i Gagaty Sołtykowskie oraz słynny pomnik przyrody dąb Bartek.

 

Ten ostatni, jedno z najstarszych drzew w Polsce, liczy sobie niemal 700 lat i jest niemym świadkiem dziejów naszego kraju. To pod nim według legendy król Kazimierz Wielki sprawował sądy, a powracający spod Wiednia Jan III Sobieski ukrył w jego dziupli szablę turecką, rusznicę i butelkę wina. Dziś ten wiekowy dąb ma wysokość prawie 30 m i ok. 13,4 m w obwodzie pnia przy ziemi. Aby go zabezpieczyć przed upadkiem, wnętrze uzupełniono plombami, a rozłożyste konary podparto teleskopowymi wspornikami.

 

OD PREHISTORII DO WSPÓŁCZESNOŚCI

 

Dolina rzeki Kamiennej pełna jest zabytków przemysłowych. W Starachowicach zachowały się zakłady wielkopiecowe z XIX w. Wówczas było to centrum Staropolskiego Zagłębia Przemysłowego. Uchronione przed rozbiórką obiekty (w tym wielki piec z 1899 r.) należą obecnie do Muzeum Przyrody i Techniki i są dziś jednym z najcenniejszych zabytków tego typu na świecie. Dodatkową atrakcją jest tu umieszczona w fabrycznych halach ekspozycja przedstawiająca kopalne tropy tekodontów, wielkich jaszczurów będących przodkami dinozaurów. Odkryte przez Tadeusza Ptaszyńskiego skamieliny stały się sensacją na skalę światową.

 

Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski, Pani Ziemi Świętokrzyskiej w Kałkowie-Godowie można nazwać miejscowym Licheniem. Obok niego znajduje się zwieńczona krzyżem Golgota – wysoka na 33 m budowla w formie zamczyska z czerwonego piaskowca z kilkunastoma tarczami z wizerunkami orła białego z różnych epok. Z jej szczytu rozciąga się piękny widok na okolicę z ciemniejącymi na północy Łysogórami i Pasmem Jeleniowskim. Jest tu kilkadziesiąt kaplic i oratoriów poświęconych m.in. św. Maksymilianowi Kolbemu, Polakom zamordowanym w Katyniu, ks. Jerzemu Popiełuszce, kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu czy stoczniowcom poległym w 1970 r. Warto zwrócić uwagę na kaplicę kolejarzy – jej ołtarz wykonano z zestawu kołowego lokomotywy, a drogę do niej wskazuje semafor.

 

U podnóża Golgoty znajduje się jeden z pierwszych pomników upamiętniających smoleńską katastrofę lotniczą – betonowa makieta prezydenckiego samolotu Tu-154M. W auli Domu Jana Pawła II wisi kopia wielkiego obrazu Polonia, namalowanego przez Antoniego Tańskiego (oryginał o wymiarach ok. 12 x 3 m przeniesiono do sanktuarium na Jasnej Górze). Autor uwiecznił na płótnie mniej więcej 200 postaci z historii Polski: królów i książąt, bohaterów narodowych i twórców kultury. Co ciekawe, nie ma tu Józefa Piłsudskiego, ponieważ malarz amator był sympatykiem Narodowej Demokracji i przeciwnikiem politycznym marszałka. Oprócz tego w tym miejscu jest też niewielkie zoo, które na pewno spodoba się dzieciom.

 

PORCELANA I KAMIENNE SIEKIERY

 

W położonym w pobliżu Ostrowca Świętokrzyskiego niewielkim, 3-tysięcznym Ćmielowie znajduje się obecnie Fabryka Porcelany AS Ćmielów produkująca porcelanę luksusową. W 1790 r. miejscowy garncarz Wojtas założył tu manufakturę wytwarzającą garnki gliniane i fajans. Natomiast w 1804 r. hrabia Jacek Małachowski stworzył w Ćmielowie fajansarnię. W kolejnych latach fabryka zmieniała właścicieli, a w 1838 r. rozpoczęto w niej produkowanie porcelany. W 1996 r. starą manufakturę, część znacjonalizowanych po II wojnie światowej zakładów, kupił Adam Spała i podźwignął ją z ruiny. Powstała wówczas Fabryka Porcelany AS Ćmielów kontynuuje ręczne tradycje produkcji porcelany w przedwojennej wytwórni Świt.

 

Nowy właściciel nawiązał także kontakt z dawnymi projektantami. Dzisiaj w Żywym Muzeum Porcelany w Ćmielowie można zapoznać się z procesem wytwarzania (od projektu po gotowy produkt), obejrzeć film w wyjątkowym wielkim starym piecu do wypalania ceramiki, wysokim na 22 m, oraz podziwiać eksponaty na Wystawie Starej Porcelany i w Galerii van Rij (m.in. z pracami malarza i rzeźbiarza Lubomira Tomaszewskiego). Ciekawą propozycją są również warsztaty ceramiczne. W tutejszej kawiarni „Leżąca Kotka” w ćmielowskich filiżankach podaje się m.in. najdroższą kawę świata (kopi luwak) oraz kawę porcelanową z odrobiną glinki kaolinowej– jednego ze składników mieszaniny, z której powstaje porcelana.

 

Zabytkiem na skalę europejską jest pobliski zespół neolitycznych kopalń krzemienia w Krzemionkach Opatowskich, odkryty w 1922 r. przez geologa Jana Samsonowicza (1888–1959). Na tym terenie zachowało się niemal 3 tys. szybów o głębokości paru metrów, od których odchodzą promieniście niskie chodniki. Wydobywano tu krzemień pasiasty, wykorzystywany w różnych narzędziach: toporkach, siekierach, strzałach i włóczniach, nożach, skrobakach i przecinakach. Krzemienne buły tkwią w białej skale wapiennej. Po zapoznaniu się z ekspozycją muzealną można przemierzyć podziemną trasę turystyczną i odwiedzić zrekonstruowaną na powierzchni neolityczną osadę. Tutejsze muzeum jest jednym z najciekawszych obiektów tego typu w Europie.

 

Sala Marmurowa

Sklep firmowy Fabryki Porcelany AS Ćmielów

© FABRYKA PORCELANY AS ĆMIELÓW

 

WOJENNA HISTORIA

 

Miasto Skarżysko-Kamienna (powstałe w 1928 r.) rozwinęło się przed II wojną światową jako ośrodek Centralnego Okręgu Przemysłowego i do dziś produkuje się w nim zaawansowane uzbrojenie, m.in. rakiety. Po wkroczeniu wojsk niemieckich we wrześniu 1939 r. prawie natychmiast zawiązał się na tym terenie ruch oporu. Wokół miejscowych struktur Organizacji Orła Białego (Tajnej Organizacji Wojskowej „Związek Orła Białego”) skupiali się m.in. inteligenci, robotnicy i harcerze. Niemcy wkrótce wpadli na trop działalności konspiracyjnej. W lutym i czerwcu 1940 r. aresztowali i po brutalnym śledztwie wymordowali w egzekucjach ponad tysiąc Polaków. Ofiary upamiętniają pomniki umieszczone na miejscu kaźni w lasku na Brzasku i osiedlu Bór w Skarżysku-Kamiennej oraz tablica na dawnym budynku Szkoły Podstawowej nr 2, ówczesnej siedzibie gestapo.

 

Pamiątki związane z wojskiem i działaniami partyzanckimi można obejrzeć w Muzeum im. Orła Białego znajdującym się w pobliżu zalewu na rzece Kamionce na Rejowie. Zgromadzono w nim dokumenty, broń, wyposażenie wojskowe (np. radiostacje), mundury czy odznaczenia. Największą atrakcją jest ekspozycja plenerowa, na którą składają się czołgi, działa, wyrzutnie rakietowe, transportery opancerzone, samochody wojskowe, samoloty bojowe (myśliwce i helikoptery) i wielki kuter torpedowy otoczony przez działa morskie, miny i torpedy.

 

Przy drodze ze Skarżyska-Kamiennej do Warszawy stoi znak kierujący do Sanktuarium Matki Boskiej Ostrobramskiej. Zbudowana tu została wierna kopia wileńskiej Ostrej Bramy, w której zawisł obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej namalowany przez pochodzącą z Wilna Izabelę Borowską.

 

MIASTO ŚMIECHU

 

Do Wąchocka łatwo trafić – miasteczko leży niedaleko Starachowic nad rzeką Kamienną, która zgodnie z dowcipami jest tak wąska, że jak dwie ryby się mijają, to jedna musi wyskakiwać na brzeg, a wiry są w niej tak silne, że jak krowa chciała się napić, to jej łeb ukręciło. W tym znanym z żartów mieście już w XI w. znajdowało się książęce palatium z kaplicą, a w kolejnym stuleciu w podmokłej dolinie wybudowano opactwo cysterskie. Przybyli z Zachodu mnisi szerzyli kulturę rolną i przemysłową. Zespół klasztorny cystersów to dużej klasy zabytek – jeden z najciekawszych przykładów architektury romańskiej w Polsce.

 

Krakowski biskup Gedeon (Gedko) osiedlił mnichów w 1179 r. nad rzeką, której siłę wykorzystywano np. do napędzania młyna. Romańskie budynki opactwa wzniesiono na przełomie XII i XIII w. Do dziś zachowały się: wspaniały kapitularz wsparty na czterech romańskich kolumnach, zabytkowy refektarz (jadalnia zakonników) i fraternia (sala pracy). Kościół klasztorny św. Floriana, powstały w latach 1218–1239, nawiązuje do architektury włoskiej. Jest to najstarsza sygnowana świątynia w Polsce, na fasadzie podpisał się mistrz Simon z Casamari.

 

W klasztorze działa niewielkie Muzeum Pamięci Walki o Niepodległość Narodu ze zbiorami ks. ppłk. Walentego Ślusarczyka (1904–1981). Można w nim obejrzeć pamiątki np. po powstaniach listopadowym i styczniowym, II wojnie światowej oraz zapoznać się z historią wąchockiego opactwa i zakonu cystersów. Na dziedzińcu przed kościołem znajduje się Pomnik Polskiego Państwa Podziemnego i tzw. Panteon – mur pamięci z tablicami poświęconymi żołnierzom Armii Krajowej. W klasztorze pochowany został komendant świętokrzyskich zgrupowań Armii Krajowej kapitan Jan Piwnik Ponury (1912–1944), którego oddziały stacjonowały na pobliskim uroczysku Wykus (326 m n.p.m.), gdzie stoczono dwie bitwy z hitlerowcami. Akowski dowódca zginął w walce z Niemcami na Nowogródczyźnie. Jego pomnik stoi na wąchockim rynku, a powtórny pogrzeb Ponurego w czerwcu 1988 r. zgromadził tysiące ludzi, którzy przez trzy dni wędrowali z Janowic, rodzinnej wsi Jana Piwnika (pośmiertnie awansowanego na majora, a następnie w 2012 r. na pułkownika), do Wąchocka za konnym wozem wiozącym trumnę z jego szczątkami.

 

Artykuły wybrane losowo

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.

 

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

Dumna Katalonia

WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                              FOT. PATRONAT DE TURISMEDE LA DIPUTACIO DE SALOU 

<< Jeśli ktoś chciałby na symbolicznym obrazie przedstawić Hiszpanię i Katalonię, ta pierwsza musiałaby przybrać postać czarnego byka z muskularną sylwetką i groźnie wyglądającymi rogami, oznaczającego uświęconą władzę, potęgę i siłę, zaś druga – poczciwego osła, utożsamianego z mądrością i powolnym, lecz upartym dążeniem do celu. Tylko od nas zależy, po której stronie znajdzie się nasza sympatia… >>

Autonomiczna wspólnota Hiszpanii Katalonia ze stolicą w Barcelonie leży w północno-wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego. Tu żyje naród, który mimo podziału jego terytorium oficjalnymi granicami państwowymi zachował język kataloński i własną świadomość i nigdy nie poddał się procesowi asymilacji.

Więcej…