|

Sri Lanka – wyspa u południowych brzegów Indii. Niegdyś brytyjska kolonia, obecnie niepodległe państwo. „Sri” oznacza piękno, Lanka to po prostu nazwa wyspy. Polacy wolą starą nazwę - nie da się ukryć, że Cejlon brzmi po polsku dużo lepiej.
Jakkolwiek by ją nazywać, to przysłowiowy raj na ziemi: wiatr kołysze palmami kokosowymi, ryż zbiera się 2-3 razy do roku, a wysoko w górach krzewy herbaciane co tydzień wypuszczają nowe pędy. Przez cały rok jest ciepło i zielono, a każdy skrawek pokrywa bujna roślinność. Uprawia się również ananasy, arbuzy, mango, marakuje, papaje, awokado, banany, liczi etc. oraz wszelakie przyprawy - pieprz, paprykę, imbir, goździki, gałkę muszkatołową, kardamon, cynamon, wszechobecne w miejscowych potrawach chili i curry. Niemniej wyspa słynie z herbaty. Niegdyś jej największy eksporter na świecie, wciąż trzyma się w czołówce.
Herbatę zaczęli uprawiać Anglicy, którzy władali wyspą do 1948 roku i zajęli się jej uprawą jedynie w wyniku zarazy, która zupełnie zniszczyła wszystkie plantacje kawy. Odkryto wówczas, że dla wiecznie zielonych krzewów herbacianych, potrzebujących ciepła i wilgoci, warunki na Cejlonie są wręcz idealne. Plantacje znajdują się wysoko w górach, powyżej 1000 metrów. Drzewa herbaciane mogą osiągać do 20 metrów wysokości, ale dla zapewnienia łatwego dostępu do młodych pędów starannie je się przycina i przeciętnie krzaki mają około 1 metra wysokości. Herbaciane listki zrywa się ręcznie - nie ma takiej maszyny, która zastąpiłaby zręczne ręce kobiet. Z każdego pędu zrywa się 2-3 listki, z których powstaje najlepszy gatunek herbaty. Herbata szybko rośnie, więc proces ten powtarzany jest co 2 tygodnie przez cały rok. Mnisi buddyjscy odkryli, że napar herbaciany znakomicie pomaga im wytrwać podczas wielogodzinnych medytacji. Jedna z legend głosi, że założyciel sekty zen nie mógł zapanować nad znużeniem w czasie medytacji. Ciągle zamykające się oczy tak go rozgniewały, że obciął sobie powieki i rzucił je na ziemię wyrosły z nich herbaciane krzewy. Zwiedzając wyspę, najlepiej nie zatrzymywać się w Kolombo i zacząć zwiedzanie od odwiedzin dawnych stolic – Anuradhapury i Polonnaruwy, gdzie znajdziemy olbrzymie posągi Buddy wykute w kamieniu, pozostałości pałaców i świątyń. W górach, w okolicach miejscowości Dambulla świątynie pełne kolorowych posągów Buddy skrywa olbrzymi nawis skalny. Strzegą ich również hasające wokół makaki.
Jednym z najciekawszych miejsc jest Sigriya – wysoka na 200 metrów skała o pionowych ścianach, na której wybudował twierdzę król – ojcobójca, bojący się zemsty brata – prawowitego następcy tronu. Z twierdzy niewiele się zachowało, ale ze szczytu roztaczają się wspaniałe widoki na dżunglę i pasma gór, przypominające krajobraz Pożegnania z Afryką.
Pieczołowicie przechowywana we wspaniałej świątynii relikwia - Ząb Buddy to jedna z atrakcji miejscowości Kandy – położonej w górach ostatniej stolicy cejlońskich królów. Zęba przechowywanego w siedmiu złotych relikwiarzach nikt go nigdy nie ogląda, nie był też poddawany żadnym badaniom. Podobno jego nadnaturalne rozmiary wskazują, że jest to raczej ząb krokodyli niż ludzki...
Dumą mieszkańców wyspy jest słoń. Powolne olbrzymy przyuczono do noszenia bali drewna – pracują na stromych zboczach, na które nie ma wstępu żaden traktor ani dźwig. Obecnie zamiast dźwigać bale coraz częściej stanowią atrakcję dla błyskających fleszami turystów. Ale na około 3 tysiące słoni zamieszkujących wyspę tylko 300 jest udomowionych. Nie dziwi to nikogo - nie dość, że słoń kosztuje tyle co niezły samochód, to jest jeszcze drogi „w eksploatacji”. Ogromny roślinożerca ma niezgorszy apetyt - potrafi zjeść nawet czterysta kilogramów paszy dziennie. Bywa też uciążliwy dla rolników. W kilka minut słoń może zniszczyć pole, będące jedynym źródłem utrzymania całej rodziny. Wieśniacy budują na drzewach „budki strażnicze” – trzymający wartę hałasują ile sił, żeby je odpędzić i uchronić pola przed niechybnym stratowaniem.
Rajski charakter wyspy zdają się odzwierciedlać charaktery mieszkańców. Są spokojni, uprzejmi, zawsze uśmiechnięci i uczynni, jakby obce były im problemy, z którymi my borykamy się na co dzień. Części trosk oszczędza im łaskawy klimat – zawsze jest ciepło, nie muszą więc troszczyć się o opał na zimę. Ubierają się tradycyjnie. Kobiety noszą sari, długie aż do ziemi, z wolnym końcem przewieszonym przez ramię. Wielobarwne stroje wspaniale podkreślają ich egzotyczną urodę. Mężczyźni noszą koszule i albo spodnie, albo wiązane w pasie chusty sięgające kolan, zwane sarongami. Obuwie też nie jest znaczącą pozycją w domowym budżecie – wszyscy noszą klapki na płaskich podeszwach, a wiele osób chodzi boso. Małe dzieci nosi się na rękach albo biodrze trudno dopatrzeć się choćby jednego wózka.
Mieszkańcy z zadziwiającą wirtuozerią prowadzą samochody po wąskich drogach, wymijając pieszych, dzieci, krowy, psy, rowery i śmieszne trójkołowe riksze z daszkiem zwane tuk-tuk. Cały czas trąbią lub dają sobie znaki światłami, ale nie ma w tym zdenerwowania ani agresji. Po prostu zaznaczają swoją obecność na drodze, by na przykład dać do zrozumienia, żeby jadący wolniej zjechał, a ten z naprzeciwka przyhamował, bo właśnie wyprzedzają. Wyglądają, jakby nigdy się nie denerwowali - do dobrego tonu należy nie okazywanie złego nastroju. Nie spieszą się, wszystko robią z uśmiechem i... w swoim tempie, co z kolei białych często doprowadza do szewskiej pasji. |