Reklama
Reklama

 
JAMBO KENIA!

Ten afrykański kraj stał się drugim domem dla Ernesta Hemingwaya i Karen Blixen. Ma to, co większość świata już utraciła – wolność, dziką przyrodę, wiecznie uśmiechniętych ludzi... Nic więc dziwnego, że Kenia przyciąga jak magnes!


Do ekskluzywnych hoteli pod Mombasą wjeżdża się szeroką asfaltową aleją obsadzoną palmami po obu stronach. Trzy razy autokar zatrzymuje się przy budkach ze strażnikami, którzy podnoszą szlaban do raju, niedostępnego dla zwykłych Kenijczyków. Egzotyczne drinki czekają na nas na powitanie, potem ruszamy do swoich pokoi. Klimatyzacja działa wewnątrz bez zarzutu, a mój balkon plądruje wesoły koczkodan.

Z hotelu jest kilka kroków nad Ocean Indyjski. Od razu jednak wpadamy w sidła zakupów. – English, Deutsche, French? – namolnie zagadują nas właściciele straganów na plaży. – Mama kupić – próbują wepchnąć drewniane słonie, żyrafy, bransoletki z koralików, kolorowe chusty. – Papa kupić – ten sam towar podtykają koledze, który usilnie tłumaczy, że nie ma jeszcze dzieci. Na twarzach czarnych sprzedawców maluje się rozbawienie. Dla nich każda kobieta to Mama, a każdy mężczyzna to Papa.
Język suahili zaczyna mi się nawet podobać. Wiem już, że jambo (czyt. dżambo) to „dzień dobry”, asante sana to „dziękuję bardzo”, a sawa, sawa – w porządku. Zresztą, jak się szybko okazało, wszystko na wybrzeżu Kenii jest sawa… Poczynając od obsługi hotelowej, która za każdym razem przyjaźnie cię wita, więc czujesz się cząstką tego świata, a kończąc na wspaniałej pogodzie, zachęcającej każdego ranka do życia, czy też wesołej małpiej rodzinie rozpanoszonej na pobliskich drzewach...

MOMBASA – PRZYPŁYWY I ODPŁYWY OCEANU
Mombasa w południe jest pełna ludzi na ulicach, ale nikomu się nigdzie nie śpieszy. Czas w Afryce, o czym się szybko przekonam, jest pojęciem względnym. Zegarek można tu wrzucić do kosza. W Mombasie liczą się przypływy i odpływy oceanu, wschody i zachody słońca... Te ostatnie zresztą bywają tutaj niewiarygodnie piękne i na zawsze pozostają w pamięci. Na równiku dzień jest tak samo długi jak noc. Niczego nie da się tu przyśpieszyć… 
Karen Blixen w Pożegnaniu z Afryką pisała: Mombasa wygląda jak obraz raju, namalowany przez małe dziecko. W porównaniu do początków XX w. trochę się tu ostatnio zmieniło… Powstał nowoczesny port, a centrum przecinają ruchliwe ulice. Przy głównej arterii Mombasy – Moi Avenue (nazwanej tak na cześć prezydenta Kenii z lat 1978-2002 ) – stoją rzędy straganów oraz sklepy z pamiątkami. Niektóre z nich prowadzą młode kobiety. Każdego dnia liczą na swoje szczęście. Największą radością dla nich jest bogaty klient, który kupi maskę afrykańskiego wodza, ręcznie wykonany kindżał, czy też korale dla żony. Prawdziwe życie toczy się jednak z dala od wielkich miast i wygląda inaczej…  

NA SAFARI
Ernest Hemingway po pobycie w Kenii napisał: Dla wielu podróżników Afryka jest obiektem pożądania, miłości od pierwszego wejrzenia, miejscem przebudzenia i ponownych narodzin. Idziemy jego afrykańskim śladem i ruszamy z aparatami fotograficznymi na wyprawę w celu podpatrywania bogatego świata dzikich zwierząt...
Niektórzy mówią, że kto nie przeżył safari, to jakby nie był w Kenii! Nie możemy więc tego przegapić. Na lotnisku pod Mombasą jesteśmy bladym świtem. Czeka nas dwugodzinny lot do największego kenijskiego rezerwatu przyrody – Masai Mara (1510 km2 powierzchni). Startujemy, a spoza chmur ukazuje się nam ośnieżony szczyt Kilimandżaro...
Lądujemy po dwóch godzinach i ruszamy do miejsca zakwaterowania. Mara Buffalo Camp, ekskluzywny obóz położony na wysokości 1670 m n.p.m., wita nas schłodzonym szampanem. Jest tutaj wszystko, co niezbędne dla gości – wygodne domki, ciepła woda w bojlerach, a nawet bieżąca prasa. Jest też rzeka Mara, w której pływają hipopotamy. Godzinami można się wpatrywać, jak prychają wodą, wynurzają wielkie łby, rozdziawiając paszcze w miłosnych zalotach. Ich ryk rozchodzi się po całym obozie…
- To najgroźniejsze zwierzęta w Afryce – ostrzega Nadia, z wykształcenia lekarka, zarządzająca Mara Buffalo Camp. – Ale nie atakują pierwsze, chyba, że czują się zagrożone. A wówczas dwutonowa masa lecąca z prędkością 40 km na godzinę potrafi staranować wszystko po drodze.

WIELKA PIĄTKA
Safari należy do udanych, jeśli ujrzy się tzw. Wielką Piątkę: lwa, lamparta, słonia, bawoła i czarnego nosorożca. – Lepiej jednak nie wychodzić z jeepów i nie fotografować zwierząt z bliska, bo może to być ostatnie zdjęcie w życiu –  opowiada nam barwnie Nadia, nie szczędząc przy tym mrożących krew w żyłach przykładów. Zdarzały się w przeszłości wypadki, kiedy turyści, porwani widokiem wspaniałych afrykańskich zwierząt, próbowali się do nich zbliżyć. Finał tego był – niestety – tragiczny. – To jest busz. Żyje tu kilka tysięcy gatunków węży, wśród nich pytony. Pamiętajcie o zabraniu zakrytych butów! – dodaje na końcu. Po takiej przedmowie przyszłych hunterów (myśliwych, łowców) opuszcza odwaga. Do najbliższego sklepu jest 150 km, do Nairobi – 260, a do Mombasy, z której przylecieliśmy, prawie 600... Trzeba więc uważać!
Mweti, kierowca naszego jeepa, przeszywa wzrokiem sawannę. Nic nie widzę, a on nagle naciska gaz do dechy i pędzi na złamanie karku… Okazało się, że wśród wysokich traw przemyka lampart.

Mweti jest bystrym Masajem, zna zwyczaje i żerowiska zwierząt. Umie je podejść w taki sposób, że niemal cmokamy z zachwytu. Tak jak wówczas, kiedy wypatrzył cztery małe lwiątka, czy też gdy dopadł ogromne stado słoni… Stały jak wryte, wyraźnie zaniepokojone naszą wizytą. Były wielkie i majestatyczne... Stado bawołów afrykańskich, które Mweti również wypatrzył, skubało trawę. Zwierzęta te nie wyglądały zbyt przyjaźnie. Ich groźne, ciemne łby z rogami nie wzbudzały sympatii. A jednak żal byłoby je zabić... Z uczuciem ulgi pomyślałem, jak to dobrze, iż rząd Kenii zakazał polowania na dzikie zwierzęta, że nie ma już takich myśliwskich safari, o jakich pisał kiedyś Hemingway.

SIMBA, CZYLI SAM KRÓL LEW
- Tomorrow simba, jutro oglądać lwy – obiecał Mweti, czekając przy tym na nasze reakcje. Simba to najważniejsze zwierzę, sam król. Kiedy Masaj chce pojąć dziewczynę za żonę, wpierw musi pójść w busz i upolować lwa. Pokazać całej wiosce, że jest prawdziwym mężczyzną. W rezerwatach zwierzęta są pod ochroną, więc tradycja powoli zamiera. Mweti pokazuje nam, jak zabić lwa. Klęka na jednej nodze i robi szybki zamach długą, ostrą dzidą.
Wyruszamy z naszego obozu wraz ze wschodem słońca. Czerwona łuna rozciąga się nad Afryką. Jest trochę chłodno, nasz jeep wpada w głębokie koleiny na wyboistej drodze. Co kilka chwil grzęźniemy w błocie, ale jakimś cudem wydostajemy się i znów pędzimy na spotkanie z simbą… Wreszcie jest, widzimy go! Zajęty jest poranną toaletą i okazuje nam zupełną obojętność.

Nie zrażeni tym dalej przeczesujemy sawannę. Na naszych oczach lwy dopadają gazelę, która odłączyła się od stada. W kilka sekund rozszarpują biedne zwierzę. W pobliżu pojawiają się od razu hieny i sępy, które cierpliwie czekają na resztki. Wkrótce z dużej gazeli zostaną tylko kości. To także Afryka – tu przetrwają najsilniejsi...

W WIOSCE MASAJÓW

Mweti obiecuje zabrać nas do pobliskiej masajskiej wioski. Po dobrej godzinie jazdy sawanną docieramy na miejsce. Młody wódz, przepasany czerwoną chustą, w peruce koloru buraka, śmiesznie spiętej z przodu plastikowym talerzykiem, pozwala zrobić zdjęcia kobietom. Ustawiają się one w długim szeregu. W słońcu błyszczą ich wygolone głowy i ozdoby zatknięte w ogromnych dziurach zrobionych w uszach.

Wódz prowadzi do swojej chaty, która jest najlepsza w całej wiosce. W ciemnym pomieszczeniu z maleńkim oknem gotuje się i śpi, a za posłanie służą skóry zwierząt. W jednej z chat stoi zdezelowany rower i archaiczny gramofon na korbkę. Na podwórku leży krowie łajno, którego nikt nie sprząta. Bo krowa to dla Masajów święte zwierzę, jedyna żywicielka. Jej krew zmieszana z mlekiem dodaje siły i uchodzi za przysmak.

Jedyne zabezpieczenie przed dzikimi zwierzętami stanowi tutaj wysoka palisada z gałęzi. Kiedy mężczyźni polują, pasą bydło lub owce, kobiety siedzą w wiosce i zabawiają potomstwo. – Powinny rodzić dużo dzieci, a mężczyźni mieć dużo żon – śmieje się wódz, który ma sześć małżonek i nie zamierza na tym poprzestać.
Czy takich Masajów opisał Hemingway w Zielonych wzgórzach Afryki? Był to najroślejszy i najdorodniejszy lud, jaki kiedykolwiek widziałem. Pierwsi naprawdę weseli ludzie, jakich spotkałem w Afryce. Kiedy się oddalaliśmy, zaczęli biec obok samochodu śmiejąc się i pokazując, z jaką łatwością potrafią biegać. A biegli nie byle jak, z szybkością konia wyścigowego, trzymając przy tym włócznie.

Robert Pawełek


 

Reklama

design: Marek Łaba

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama