KL Gora Parkowa 1937 1939 fotopolska.eu

 

Kolej prowadząca na szczyt góry Parkowej w Krynicy Zdroju ma już 80 lat. Była drugą koleją górską w Polsce i pierwszą typu linowo-terenowego. Tylko w pierwszym roku działalności z nowatorskiej atrakcji skorzystało ponad 145 tys. osób

 

Kolej linowo-terenową na Górę Parkową uruchomiono 8 grudnia 1937 r. Inicjatorem przedsięwzięcia była Liga Popierania Turystyki, na czele której stał ówczesny wiceminister komunikacji, inżynier Aleksander Bobkowski. To dzięki jego zaangażowaniu rok wcześniej otworzono pierwszą kolej górską w Polsce – prowadzącą na szczyt Kasprowego Wierchu. Był również pomysłodawcą m.in. wybudowania wyciągu saniowego w Kotle Gąsieniowcym oraz kolei na Gubałówkę.

 

Realizacja krynickiej inwestycji kosztowała 625 tys. ówczesnych złotych, a bilet dla jednego pasażera można było kupić za 80 gr. W ciągu pierwszych 10 dni od otwarcia z nowej atrakcji skorzystało prawie 3,5 tys. osób, a w ciągu roku wagonem na szczyt Góry Parkowej wjechało już ponad 145 tys. turystów. Zachęcona powodzeniem inwestycji, Liga Popierania Turystyki w 1938 r. rozpoczęła pracę nad uruchomieniem podobnego urządzenia na Gubałówce.

 

Podróż w czasie

 

Stacja dolna kolei znajdowała się w pobliżu dawnego toru saneczkowego, a  górna na szczycie Góry Parkowej, na wysokości 741 m n.p.m. Dwa wagoniki, mijające się pośrodku, trasę o długości 645 metrów pokonują w niecałe trzy minuty. Podróż niezmiennie przebiega przez malowniczy Park Zdrojowy, założony w 1810 r., który do dziś zachował pierwotny układ ścieżek. Na jego terenie znajdują się unikatowe gatunki roślin i drzew sprowadzone z całego świata.

 

- Przejażdżka na Górę Parkową przypomina podróż w czasie do przedwojennej Krynicy. Poza unowocześnieniem napędu, nic w urządzeniu nie zostało zmienione. Kolej po dziś zachowała unikatowy charakter - oryginalne wagoniki, którymi podróżują turyści pochodzą z 1937 r. - mówi Patryk Białokozowicz z Polskich Kolei Linowych.

 

Góra Parkowa była dodatkową atrakcją dla kuracjuszy wypoczywających w Krynicy Zdroju, ale również popularnym ośrodkiem sportów zimowych. Na górnej stacji znajdowały się kawiarnia, taras z  widokiem na panoramę krynicką i aż trzy trasy narciarskie o  długości ok. 800 metrów. Właśnie w  tym miejscu w 1924 r. zorganizowano V Narciarskie Mistrzostwa Polski. Do dyspozycji fanów mocniejszych wrażeń był tor saneczkowy o długości 1609 metrów, na którym można było rozpędzić się aż do 80 km/h. Na Górze Parkowej dalej istnieje również restauracja, w której przed wojną odbywały się słynne na całą Krynicę dancingi. Wracając do przedwojennej tradycji, do tej pory na szczycie góry, pod gołym niebem odbywają się tzw. „Five O’Clocki” dla miłośników tańca.

 

Niesłabnąca popularność

 

Góra Parkowa to przede wszystkim idealne miejsce na odpoczynek z rodziną. Na szczycie dla najmłodszych przygotowano wyciąg taśmowy „Sun-Kid”, na którym dzieci pod okiem doświadczonych instruktorów mogą uczyć się jazdy na nartach. Za to w cieplejsze dni rodziny i turyści mogą korzystać z kompleksu „Rajskich Ślizgawek”, zabawić się na zjeżdżalni pontonowej lub w nowo powstałym parku linowym.

 

– Mimo upływu lat, Góra Parkowa jest jednym z najpopularniejszych miejsc turystycznych Krynicy Zdroju oraz Beskidu Sądeckiego. Jak pokazały badania Polskich Kolei Linowych, 40 proc. ankietowanych podczas wizyty w Beskidach chciałoby wjechać koleją na szczyt Góry Parkowej – mówi Patryk Białokozowicz z Polskich Kolei Linowych.

 

Z okazji rocznicy, Polskie Koleje Linowe przygotowały dodatkowe atrakcje dla mieszkańców i  turystów. Od Świąt Bożego Narodzenia do końca ferii na szczycie Góry Parkowej będzie można podziwiać pokaz wyjątkowych rzeźb świetlnych, a w noc sylwestrową na miłośników dobrej zabawy czeka impreza noworoczna z muzyką na żywo i pokazem sztucznych ogni.

 

Polskie Koleje Linowe to przedsiębiorstwo z 80-letnią tradycją działające w branży turystycznej, operator kolei linowych w kluczowych lokalizacjach turystycznych w  Polsce. Spółka oferuje całoroczny, kompleksowy zakres usług turystyczno-wypoczynkowych oraz posiada własną bazę noclegową i restauracyjną. Obecnie PKL działa w siedmiu ośrodkach w Tatrach i Beskidach: Kasprowy Wierch, Gubałówka, Jaworzyna Krynicka, Góra Parkowa, Mosorny Groń, Palenica oraz Góra Żar. PKL jest jednym z największych pracodawców na Podhalu, zatrudniającym ponad 200 osób. Priorytetem PKL jest zrównoważony rozwój, łączący w sobie dalsze inwestycje i poszerzanie oferty turystycznej z jednoczesnym zachowaniem dbałości o środowisko naturalne.

 

Najlepsze miejsca na długi weekend na przełomie maja i czerwca

Na przełomie maja i czerwca czeka na nas kolejny długi weekend – Boże Ciało w tym roku wypada 31 maja. Jeden dzień wolnego pozwoli na cztery dni wypoczynku.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze pomysły na wyjazd rodzinny z okazji Dnia Dziecka

Wkrótce Międzynarodowy Dzień Dziecka. Wielu rodziców zastanawia się, w jaki sposób spędzić ten szczególny dzień ze swoimi pociechami, aby przyniósł jak najwięcej radości i pozostawił przyjemne wspomnienia. Możliwości na uczczenie tego święta jest naprawdę wiele. 

Czytaj Więcej >>

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

Brazylia – odliczanie do mundialu

ANNA GRZEŚKOWIAK
<< Brazylia kojarzy się wielu osobom głównie z karnawałem, pięknymi plażami, pyszną kawą, sambą i… piłką nożną. Gdy umilkną już uderzenia bębnów i letnia bryza rozwieje tysiące piór i cekinów pozostałych na ulicach po karnawałowym szaleństwie, przygotowania do drugiego największego wydarzenia sportowego na świecie, zaraz po Letnich Igrzyskach Olimpijskich, wejdą w ostatnią fazę. To właśnie ten południowoamerykański kraj będzie w tym roku po raz drugi w historii gospodarzem Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. >>

 Rio de Janeiro leży malowniczo nad brzegiem zatoki Guanabara

Więcej…

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.

Nieprzewidywalna Islandia

MICHAŁ MOC

www.icelandic.pl

 

<< Islandia, patetycznie nazywana krainą ognia i lodu, w rzeczywistości okazuje się przede wszystkim mozaiką kolorowych krajobrazów, zadziwiającej roślinności bohatersko wdzierającej się na pola lawy i miejscem, gdzie nawet najbardziej doświadczony obieżyświat musi odrzucić swoje przyzwyczajenia. Tutaj zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej racji może narazić na śmieszność, a nawet sprowadzić na przybysza poważne kłopoty. Za to na uważnych obserwatorów, podróżników otwartych i wyrozumiałych (głównie wobec siebie) i osoby, które właściwie przygotowały się do wyprawy, czeka rzeczywistość nadająca życiu nowy wymiar. >>

 

Wycieczka w głąb południowej części wyspy

©MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Na Islandii będziemy podziwiać widoki, jakich nie widzieliśmy nawet w snach, spotkamy ludzi silnych i potrafiących walczyć z przeciwnościami losu jak nikt inny w Europie oraz zwierzęta (konie islandzkie, owce, maskonury, wieloryby, lisy polarne, renifery, ogrom ptaków) żyjące z nimi w niezwykłej symbiozie. Kraj ten stał się nowym turystycznym rajem, a jego popularność wciąż rośnie. I trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na swoją wysoką pozycję w rankingach na idealny cel podróży życia!

Na wyspę można dotrzeć bez przesiadek samolotem z kilku miast Polski (Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Gdańska) – lot trwa od 3,5 do 4 godz. Jedyne międzynarodowe lotnisko to Port Lotniczy Keflavík, który zapewnia blisko 100 bezpośrednich połączeń, w tym z większością europejskich stolic.

 

PO PRZYLOCIE

Na miejscu warto wypożyczyć samochód. Oprócz znanych światowych korporacji na Islandii działają też cieszące się dobrą opinią firmy lokalne, w których łatwo trafić na polskich pracowników, a nawet… właścicieli. Wybór pojazdu, obok zakwaterowania, należy do strategicznych decyzji osób planujących zwiedzanie. Wielkość budżetu wyprawy determinuje sposób eksplorowania wyspy. Koszty są bardzo mocno zróżnicowane w zależności od miesiąca i typu wypożyczanego samochodu. Od połowy czerwca do mniej więcej połowy września za wynajem na tydzień małego auta odpowiedniego do poruszania się po głównych drogach asfaltowych trzeba zapłacić kilkaset euro. Wypożyczenie standardowego samochodu z napędem na cztery koła i prześwitem większym niż 20 cm, umożliwiającego wjazd na drogi wewnątrz lądu (w szczególności te oznaczone literą F, zarezerwowaną dla traktów trudniejszych, górskich, kamienistych lub poprzecinanych brodami i rzekami) kosztuje już… kilka tysięcy euro. Z nastaniem chłodniejszych i bardziej deszczowych miesięcy ceny wynajmu stopniowo maleją, aby osiągnąć poziom europejski, ale równocześnie – szczególnie w zimie – rośnie ryzyko znacznego pogorszenia się warunków pogodowych (zdarzają się silne opady śniegu i huraganowe wiatry). Wiele dróg, w tym głównych i wydawałoby się zawsze przejezdnych, może wówczas być zamkniętych. Czasem nie sposób nawet wyjechać ze stołecznego Reykjavíku.

                Pierwszą noc po przylocie warto spędzić w Keflavíku lub okolicach (np. Grindavíku – portowym miasteczku na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes, ze świetnym basenem, komfortowym kempingiem, a także knajpką „Bryggjan Kaffihús” słynącą z niesamowitej… zupy z owoców morza). Ceny są tu niższe niż w Reykjavíku, można zacząć się aklimatyzować i przyjrzeć nieco otoczeniu, a poza tym w przypadku większości korzystnych cenowo połączeń przylot zaplanowany jest na późny wieczór. Następny dzień dobrze rozpocząć od wizyty w tutejszych sklepach tanich sieci Bonus lub Netto. Wbrew obiegowym opiniom nie warto zapełniać bagażu zabieranego z Polski dużymi zapasami jedzenia (istnieją zresztą istotne prawne ograniczenia dotyczące wwożenia na wyspę produktów spożywczych). Korzystniej postawić na zdrową i niewiele droższą islandzką żywność kupowaną na miejscu. Owszem, cena bagietki (w przeliczeniu ok. 6–9 złotych) czy bochenka chleba (10–24 złotych) nie wydaje się zbyt zachęcająca, ale jakość większości produktów (pieczywo bywa niechlubnym wyjątkiem od tej zasady) jest porównywalna do tych kupowanych w ekskluzywnych sklepach spożywczych w naszym kraju. Warto jedynie zwrócić uwagę, czy artykuły w koszyku są faktycznie lokalne, a nie importowane z Danii, Norwegii, USA lub… Polski (jak popularny tutaj od lat znany polski batonik w złotym opakowaniu). Produkty, które rzeczywiście kosztują więcej, to przede wszystkim alkohol (dostępny w niezbyt dużym wyborze w specjalnych sklepach Vínbúðin) i wyroby tytoniowe. Szczęśliwie używki nie stanowią o magnetycznej sile Islandii. Na spożywanie trunków w trakcie zwiedzania zwykle nie wystarcza czasu (choć smak lokalnych piw bywa niezapomniany, podobnie jak wysokość rachunku), a palenie rzucić tu szczególnie łatwo – przekonują do tego ceny papierosów i znakomita jakość islandzkiego powietrza. Po zakupach pozostaje zadbać o pełen bak paliwa (najtańsze stacje to Orkan oraz Olís i ÓB – w czerwcu 2018 r. litr benzyny bezołowiowej kosztował na nich w przeliczeniu ok. 8 zł).

 

WŁASNYMI SIŁAMI

Alternatywą dla podróży samolotem i wypożyczenia auta na miejscu jest przyjazd własnym samochodem (jedyny prom M/S Norröna, przewoźnika Smyril Line z Wysp Owczych, pływa z duńskiego Hirtshals do portu Seyðisfjörður na wschodzie Islandii raz na tydzień). Podróż trwa niemal 3 doby w jedną stronę, a pod jej koniec można podziwiać niezmiernie urokliwe, ociekające dziesiątkami wodospadów wschodnie fiordy. Niemniej na niekorzyść tego rozwiązania przemawiają koszty takiej przeprawy (szczególnie w lecie), jej czas (należy jeszcze doliczyć dojazd z Polski do północnej Danii) oraz ryzyko ekstremalnych przeżyć na morzu (głównie poza sezonem). Jest to więc dobry pomysł dla osób zakochanych w Islandii i odwiedzających ją po raz kolejny. Dzięki własnemu autu mają szansę poznać ją lepiej, odkryć skarby ukryte przed oczami większości turystów i wejść w bliski kontakt z tutejszą naturą.

                Oczywiście, można spotkać śmiałków przemierzających wyspę na własnych nogach. Gdzieniegdzie podróżowanie autostopem jest popularne lub wręcz oficjalnie sugerowane za pomocą specjalnych znaków drogowych. Jednak poza turystycznym południem ten sposób zwiedzania może też wymagać spędzania na poboczach w trudnym do opisania deszczu i przy huraganowym wietrze wielu godzin, szczególnie jeśli nie sprawdzimy wcześniej, ile aut przejeżdża wybraną drogą. Ogromna dobowa zmienność islandzkiej pogody i występowanie skrajnych zjawisk wyjątkowo silnie kłócą się z nieprzewidzianymi postojami w oczekiwaniu na okazję. Poprzedzone przygotowaniami i poważnym rozeznaniem modne na Islandii letnie wędrówki są warte polecenia, ale wycieczki stopem na wschód, północ albo Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) poza sezonem lub w przypadku osób bez dużego doświadczenia łatwo mogą przerodzić się w walkę z czasem, ciężkimi warunkami pogodowymi i własnymi słabościami. Respekt budzi przemierzanie kraju na rowerze (głośnym wyczynem była wyprawa Kuby Witka z 2016 r., po której w kolejnym roku powstał Isoland – wyreżyserowany przez niego film dokumentalny o polskich emigrantach), ale to już zdecydowanie propozycja dla osób z doświadczeniem, siłą woli i świetną kondycją. Niemniej rowerzystów na wyspie spotyka się w wielu rejonach więcej niż autostopowiczów i można odnieść wrażenie, że ten sposób jej poznawania, choć ambitny i nieco ekstremalny, zyskuje na popularności.

 

W RĘKACH LOSU

Zamiast wypożyczać samochód po przylocie mamy wreszcie możliwość wykupienia wycieczek (pojedynczych lub w pakiecie) w lokalnych biurach podroży. To bardzo rozsądna propozycja, w szczególności dla osób, które doceniają, że tutejszy przewodnik trafia od razu we właściwe miejsca, wie, ile czasu na nie poświęcić, zna aktualny stan ścieżek, szlaków i dróg, stale obserwuje najdokładniejszą prognozę pogody oraz przekazuje więcej informacji niż przewodniki książkowe. Podróż po Islandii jest trudna do planowania. Choć wydany w minionym roku przewodnik informuje, że jedyna w promieniu 50 km restauracja serwuje posiłki do 21.00, to może się zdarzyć, iż o 18.30 zastaniemy zamknięte drzwi. Na wyspie wszystko cały czas się zmienia. Droga do konkretnej atrakcji staje się nieprzejezdna, lodowa jaskinia zawala się pod wpływem skoków temperatury, a właściciel gruntu, na którym leży słynny wrak samolotu, ogradza go ze względu na zniszczenia powodowane przez turystów. Niewiele ponad 350 tys. mieszkańców nie jest w stanie sprawnie obsługiwać milionów gości z całego świata, szybko naprawiać bocznych dróg i zużytych samochodów czy remontować hoteli. Jednak to nie komfort stanowi o wyjątkowości tego kraju. Lokalny przewodnik lub farmer oferujący pokój w swoim gospodarstwie zawsze poradzi sobie z codziennymi niedogodnościami albo sprawi, żeby były one jak najmniej uciążliwe. O ostrzeżeniu przed powodzią lodowcową poinformuje swoich gości, zanim otrzymają mrożące krew w żyłach oficjalne SMS-y o niebezpieczeństwie, podpowie też, gdzie widziano renifery, obudzi przyjezdnych podczas zimowego spektaklu zorzy polarnej i wskaże najlepsze miejsce do jej podziwiania.

Samodzielny, nawet najbardziej oczytany turysta (lub korzystający z europejskiego biura podróży z niezbyt zorientowanym przewodnikiem) ma na poznanie prawdziwej Islandii mniejsze szanse. Potwierdzającym to przykładem niech będzie stosunek do pogody i planu wyprawy. Myślący po europejsku przybysze rozplanowują zwiedzanie z dokładnością co do godziny – wyliczają, jak szybko zamierzają się przemieszczać i na jak długo się zatrzymywać. Zakładają, że najpierw dotrą do interesującego ich miejsca, a potem je dokładnie obejrzą. Jednak na Islandii nie podróżuje się od punktu do punktu, tu po prostu się jest!

Warto więc nastawić się na pogodzenie się z warunkami pogodowymi i odkrywanie widoków za kolejnym zakrętem. Na stronie internetowej www.vedur.is dostępna jest najdokładniejsza islandzka prognoza pogody, zawierająca szczegóły dotyczące prędkości wiatru, stopnia zachmurzenia, prawdopodobieństwa opadów czy też… pojawienia się zorzy. Obok www.vegagerdin.is –z podglądem dróg i wiadomościami o ich przejezdności – to podstawowe źródło niezbędnych codziennych informacji dla Islandczyków. Dzięki tej wiedzy można często spędzić w słońcu (lub przynajmniej nie w deszczu) większą część pobytu, ciesząc wzrok cudownymi kolorami i krajobrazami. Prawdziwy urok Islandii tkwi w tym, że chłonie się chwilę, zostaje na dłużej tam, gdzie nam się spodoba, zatrzymuje się w miejscach rozświetlonych promieniami słońca. Często takie spontaniczne, niezaplanowane postoje zapisują się w pamięci jako najpiękniejsze momenty podróży, nie mniej emocjonujące niż oglądanie atrakcji znanych z pocztówek i przyciągających ludzi z całego świata. Przemierzać wyspę i przyglądać się jej to najlepszy sposób na zwiedzanie. Czasem gdy upartemu turyście trudno porzucić przyzwyczajenia, natura sama go ogrywa: akurat na te pół godziny zasłania lodowiec, przemacza poziomym deszczem trzy warstwy podobno nieprzemakalnej odzieży, boleśnie przewraca spontanicznym podmuchem o prędkości 90 km/godz. na nieutwardzonej (a jakże!) ścieżce lub z pomocą silnego wiatru… wyrywa z auta drzwi, zaledwie lekko uchylone z myślą o otwarciu. Śledzenie prognozy pogody, rozsądek i dbanie o swoje bezpieczeństwo są tu ważniejsze niż plan, a nawet pozorne oszczędności. Nagrodą za poddanie się siłom natury jest niezapomniana przygoda na Islandii, która ze sloganowej krainy ognia i lodu zmienia się w krainę marzeń i niesamowitości!

 

CENNE ATRAKCJE

Dzięki temu, że w czasie turystycznego sezonu słońce potrafi świecić niemal całą dobę (na początku lata przy dobrej pogodzie ciemno nie robi się wcale), kluczowe islandzkie atrakcje można odwiedzać w porach innych niż robią to autokary biur podróży, szczególnie iż nie ma tutaj bram, płotów, kas itp. Oferowane na miejscu wycieczki z doświadczonymi lokalnymi przewodnikami nie są tanie (od kilkuset złotych np. za rejs połączony z obserwowaniem wielorybów, spacer po lodowcu czy nurkowanie w międzykontynentalnej szczelinie pomiędzy płytami tektonicznymi, do 1,5 tys. złotych za wyjazd w interior lub pokonanie oszałamiającej górskiej drogi i przejażdżkę śnieżnymi skuterami). Jednak warto ponieść te koszty. Na Islandii turysta zostawia zazwyczaj znacznie więcej pieniędzy niż zakładał, przy czym trzeba przyznać, że wcale tego nie żałuje, a nawet – w miarę możliwości – usiłuje ów wyczyn z nie mniejszym rozmachem powtórzyć. Z kolei Islandczycy uważają, że ceny są takie, jakie być powinny: po prostu rzecz lub usługa kosztuje tyle, ile jest warta i ile ktoś chce za nią otrzymać, zatem właśnie tyle należy mu zapłacić. Poza stołecznym Reykjavíkiemzniżki – afsláttur – stosuje się tu dużo rzadziej niż w kontynentalnej Europie, najczęściej w sklepach spożywczych przy żywności z kończącym się terminem przydatności do spożycia.

 

NA POŁUDNIE, NA ZACHÓD

W przypadku pobytu na wyspie trwającego od pięciu do siedmiu dni, zorganizowanego samodzielnie, mamy do wyboru właściwie dwa kierunki zwiedzania – wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża lub w stronę półwyspu Snæfellsnespołożonego na zachodzie. W ich trakcie nie trzeba wjeżdżać w głąb wyspy ani przekraczać rzek. Żadna z nich generalnie nie wymaga poruszania się autem z napędem na cztery koła (korzystanie z takiego samochodu rekomendowane jest od listopada do marca z uwagi na możliwe oblodzenie dróg, silne wiatry i zmienny stan nawierzchni). W przypadku obu wypraw można po drodze odwiedzić słynne kąpielisko termalne Błękitna Laguna (Blue Lagoon), Reykjavík i Golden Circle – Złoty Krąg. Na ten ostatni składają się trzy główne popularne atrakcje: obszar Þingvellir (gdzie w 930 r. po raz pierwszy obradował narodowy parlament Althing), gejzery – Geysir (to od niego wzięła się nazwa tego typu gorącego źródła) i Strokkur (w przeciwieństwie do pierwszego ten wciąż jest aktywny i regularnie wyrzuca strumień wody) – i w końcu Gullfoss, jeden z najbardziej znanych islandzkich wodospadów (ogląda się go zarówno z platform widokowych, jak i – w miesiącach letnich – z głazów wcinających się w przyspieszającą przed kipielą wodę).

Wyprawę po regionie południowym kontynuuje się, podążając drogą nr 1 ponad 300 km na wschód wzdłuż wybrzeża aż do słynnych lodowcowych zatok. Warte obejrzenia są m.in. wodospady: Seljalandsfoss, który obchodzi się ścieżką wokół, Gljúfrabúi (Gljúfrafoss) ukryty w szczelinie skalnej czy Skógafoss tworzący opadającą ścianę wody o wymiarach ok. 15 x 60 m, wciąż czynny wulkan Eyjafjallajökull, wrak samolotu Douglas C-47 Skytrain (zwanego Dakotą) spoczywający na plaży Sólheimasandur, klify na półwyspie Dyrhólaey i sąsiednia czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi skałami, grotą i wystającymi z wody ostańcami znanymi z teledysków islandzkiej piosenkarki Björk. Za Vík í Mýrdal zachwycają: spektakularny, niezmiernie fotogeniczny kanion Fjaðrárgljúfur, pola mchu, Skaftafell (rejon popularnych pieszych wędrówek wokół jęzorów lodowca Vatnajökull i po nich, gdzie można też – poza sezonem letnim – wykupić wycieczki do jaskiń lodowych), jezioro Fjallsárlón, a nieco dalej laguna Jökulsárlón (to tutaj pływa się amfibią lub pontonem wśród gór lodowych z cielącego się lodowca, a po przeciwnej stronie drogi, od strony morza, przechadza się między lśniącymi bryłami lodu o futurystycznych kształtach).

Do wypadów w południowym regionie wyspy dobrą bazą są okolice miejscowości Hella. Na tle nielicznych (i zazwyczaj absurdalnie drogich) ofert zakwaterowania gdzieś wzdłuż lodowców te wypadają zdecydowanie korzystniej pod względem ceny i dostępności. Odpocząć lub przeczekać złą pogodę można w otwartym w 2017 r. nowoczesnym interaktywnym muzeum LAVA Centre w Hvolsvöllur. Godny uwagi jest także znajdujący się obok dobrze wyposażony sklep z islandzkim rękodziełem. W razie niesprzyjających prognoz dla odleglejszych części wybrzeża warto wybrać się na krótki rejs na malowniczo piętrzący się archipelag Vestmannaeyjar. Główna z wysp – Heimaey – wciąż pozostaje zamieszkana mimo widocznych do dziś skutków wybuchu tutejszego wulkanu Eldfell w styczniu 1973 r.

Jeśli zamiast eksplorowania południa Islandii wybraliśmy wycieczkę na Snæfellsnes, wówczas z okolic obszaru Þingvellir warto wyruszyć na północ nowym asfaltowym fragmentem drogi 550 (na niektórych mapach 52) z widokiem na interior. Po ok. 25 km najlepiej odbić w lewo w stronę Borgarnes i podążać dalej na północny zachód w kierunku półwyspu. Jeszcze przed wspomnianym miasteczkiem (dobrym miejscem na nocleg i zakupy) można odwiedzić pola geotermalne Deildartunguhver, wzgórze trolli w Fossatún lub drogą 520 dotrzeć na okalającą pobliski fiord – Hvalfjörður – trasę 47, skąd prowadzi dość wymagająca, ale bardzo ceniona przez piechurów ścieżka do wysokiego na 198 m wodospadu Glymur. Na Snæfellsnes czekają za to kolonie fok (m.in. na prawo od parkingu przy plaży Ytri Tunga), lawowa jaskinia Vatnshellir, niezliczone ptaki wokół przepięknych, postrzępionych nadbrzeżnych skał w wiosce Arnarstapi, urokliwe zatoki pamiętające świetność niewidocznych dziś osad rybackich, których historie znaczą wraki statków. Po północnej stronie półwyspu na wyróżnienie zasługują malownicze pole lawowe Berserkjahraun, Muzeum Rekina (na farmie Bjarnarhöfn, gdzie można spróbować specyficznego sfermentowanego mięsa z tej ryby), prom Baldur ze Stykkishólmur pływający na odizolowaną wysepkę Flatey i Fiordy Zachodnie czy znana z wielu turystycznych folderów góra Kirkjufell (463 m n.p.m.). W drodze powrotnej warto zajrzeć nieco w głąb lądu nad rozłożysty wodospad Hraunfossar oraz skorzystać z najpopularniejszej z nowych islandzkich atrakcji – wycieczki na lodowiec Langjökull potężnym busem z napędem na wszystkie osiem kół i spaceru do wnętrza lodowca specjalnie wyżłobionym tunelem (Into the Glacier).

 

Kirkjufellsfoss, wodospad w sąsiedztwie góry Kirkjufell na półwyspie Snæfellsnes

© PROMOTE ICELAND

 

GORĄCA ZIEMIA

Kto ma 10–14 dni na zwiedzanie Islandii, może już pokusić się o objechanie wyspy dookoła niemal w pełni wyasfaltowaną drogą nr 1. Jeśli jest się gotowym na planowanie noclegów na bieżąco, przy wyborze kierunku najrozsądniej zdać się na… pogodę. Wydaje się to rozwiązaniem nieco droższym, ale w rzeczywistości uwalnia od kłopotliwego pokonywania dziesiątek lub setek kilometrów do zarezerwowanych wcześniej miejsc zakwaterowania i pozwala zobaczyć wiele atrakcji przy akurat sprzyjających warunkach pogodowych. Wschodnie i północne rejony Islandii są światami dalece odmiennymi od turystycznego południa. Należałoby im poświęcać odrębne przewodniki. Fiordy wschodnie czy księżycowe krajobrazy między miastem Egilsstaðir a jeziorem Mývatn, potężny wodospad Dettifoss na rzece Jökulsá á Fjöllum, wulkaniczne obszary wokół miejscowości Reykjahlíð – widoki przekraczają tu możliwości wyobraźni, choć wizyta na południu wyspy już była dla niej ogromną dawką inspiracji. Nieograniczone przestrzenie przynoszą szczególne poczucie wolności, ale i uświadamiają małość i kruchość człowieka. Gdzieniegdzie odnosi się wrażenie, że dane miejsce aż po horyzont zostało przygotowane… tylko dla nas. Tutaj, zaraz za wzniesieniami oddzielającymi zabudowania od gorących jeszcze pól lawowych Krafla i bulgoczącej ziemi Hverarönd (Hverir), znajduje się konkurujące ze słynną Błękitną Laguną (ceną, widokami i kameralnym charakterem) kąpielisko termalne Jarðböðin (Mývatn Nature Baths). Nad jeziorem Mývatn lub w Akureyri (wspaniałym, młodym duchem akademickim mieście, gdzie zamiast czerwonych świateł na skrzyżowaniach zapalają się czerwone serduszka) wykupimy niezapomnianą wycieczkę do wnętrza lądu, np. do kaldery Askja, aby po przeprawie specjalnym busem przez rzeki i marsjańskie krajobrazy podziwiać polodowcowe jezioro Öskjuvatn, wykąpać się w ciepłej, mlecznej wodzie wypełniającej wulkaniczny krater, a nieopodal obejrzeć rozległe pola lawy Holuhraun powstałe w wyniku erupcji wulkanu Bárðarbunga z lat 2014–2015. Jeżeli ktoś ma więcej czasu, w trakcie wyprawy wokół Islandii powinien też rozważyć wypłynięcie na obserwowanie wielorybów ze słynącego z tej atrakcji Húsavíku, choć trzeba przyznać, że podobne rejsy oferuje się w wielu islandzkich portach otwartych na północne wody i to najczęściej w niższej cenie.


NIEPRZYSTĘPNA KRAINA

Najbardziej odizolowane i tajemnicze są imponujące ogromem przewyższeń i klifów, wzbudzające szczególne emocje w oglądających Fiordy Zachodnie, według miejscowych legend kraina… magii i czarów (Strandagaldur, Museum of Icelandic Sorcery & Witchcraft – Muzeum Islandzkiej Magii i Czarów znajduje się w miasteczku Hólmavík). Północno-zachodnie krańce wyspy, jeszcze kilkanaście lat temu niemal niedostępne przez znaczną część roku ze względu na strome i zasypywane śniegiem szutrowe drogi wijące się wzdłuż brzegu morza i przez wysoko położone przełęcze, obecnie stały się nieco łatwiejsze do przemierzania (za wyjątkiem wyłączonego z ruchu i działalności człowieka Rezerwatu Naturalnego Hornstrandir) dzięki prawie w całości utwardzonym drogom 60 i 61. To chyba najbardziej lubiany cel wycieczek samych Islandczyków. Znajdują się tu gorące baseny i naturalne oczka kąpielowe, głębokie fiordy (które można oglądać także z perspektywy kajaka, wypożyczonego np. w Ísafjörður, albo końskiego grzbietu), najrzadziej odwiedzane jary i wodospady, małe rybackie osady i w końcu opuszczone przetwórnie rybne czy wraki (statków, samochodów i samolotów). To Islandia ze wspomnień, bez śladów przemysłu, ufna i prosta – z jajkami i marmoladami wystawianymi na sprzedaż w okolicy samotnych farm, jagodowymi krzewami opanowującymi we wrześniu ciągnące się kilometrami zbocza, pokazująca jak zwyczajne było życie dawniej. To raj dla ptaków i wolnych ludzi, a jednocześnie koniec świata, który jesienna lub wiosenna śnieżyca potrafi odciąć od reszty wyspy albo podzielić na odizolowane od siebie enklawy na długie dni. Mieszkańcy tej części kraju traktują jej trudne warunki jako zwykłą kolej rzeczy, wielu z nich lubi tę surowość, ciszę i siłę, również w niełatwych zimowych miesiącach, mimo szczególnie depresyjnego wówczas nastroju. Z perspektywy turystów magia Fiordów Zachodnich może jednak wyglądać inaczej. Utknąć w śniegu na 10 godz. lub w zapomnianym hoteliku na cztery nieplanowane dni tylko dlatego, że nie śledziło się kilka razy dziennie zmieniającej się dynamicznie prognozy pogody, to nie dla wszystkich atrakcyjne doświadczenie.

 

WIELKA SIŁA PRZYCIĄGANIA

Na turystycznej mapie świata łatwo znaleźć wiele miejsc, gdzie za określoną kwotę można się zrelaksować, wygrzać w słońcu, zaznać komfortu i spokoju, wyłączyć myśli. Jest to formuła tak popularna, jak przewidywalna – kierując się doświadczeniami przyjaciół, opiniami z internetu, artykułu lub przewodnika, decydujemy się na sprawdzoną wycieczkę organizowaną samodzielnie lub przez biuro podróży w formie pakietu all inclusive, dopasowaną do naszych gustów i możliwości. Islandia zachęca do uprawiania zupełnie innego typu turystyki, opartej na eksploracji, ruszaniu w nieznane, odmienności i zmienności. To znamienne, że trudno trafić na osoby, które odwiedziły ten kraj i nie chciałyby do niego wrócić. Nawet 10 lat regularnych turystycznych wypraw w te strony nie daje przekonania, iż poznało się wszystkie malownicze zakątki, a magnetyczna moc wyspy – nigdy ponownie takiej samej – potrafi wielu zawrócić w głowie. Islandia zmienia się jak topniejące lodowce: rok po roku traci odrobinę północnego charakteru, ale równocześnie gdzie może walczy, aby czas i turyści nie pokonali jej zbyt łatwo. Warto przyjechać tu, żeby spojrzeć na świat z szerszej perspektywy i poznać… samego siebie. Nie wolno zwlekać zbyt długo, bo Islandczycy coraz dotkliwiej odczuwają skutki popularności swojej ojczyzny, którą nie każdy przybysz należycie szanuje, czym wywołuje niekiedy frustrację właścicieli tutejszych terenów i doprowadza do zamknięcia czy ogrodzenia kolejnych atrakcji. Mimo dużego zainteresowania Islandią wśród obcokrajowców oraz wysokich cen lokalnych usług i towarów jej mieszkańcy wciąż nie traktują turystów jako dostawców świeżej gotówki lub co gorsza intruzów. Pozostaje więc tylko życzyć sobie odpowiedzialnych przygotowań i dobrej pogody oraz aby wspomnianego ognia i lodu nigdy nie spotkać w jednym miejscu i czasie. Po wizycie na tej niesamowitej wyspie postrzeganie świata i podróżowanie nie jest już takie jak wcześniej. I wyjątkowo często korci, żeby znów stanąć wśród lawy i mchów, oko w oko ze zdziwionymi baranami, wyłuskując z kieszeni grubej kurtki kolejnego lukrecjowego cukierka.

 

Fiordy Zachodnie są jednym z najmniej zaludnionych obszarów wyspy

© MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Wydanie Lato 2018