Festiwal filmowy „Crime and Punishment” powstał w Stambule, z inicjatywy prof. dr. Adema Sözüera i został zrealizowany przez Wydział Prawa na Uniwersytecie w Stambule, przy wsparciu i współpracy z twórcami filmowymi, pisarzami, krytykami, naukowcami, biznesmenami oraz organizacjami rządowymi i pozarządowymi. Co roku festiwal podejmuje ważne tematy społeczne z perspektywy sztuki filmowej i nauki.

Łączenie efektownej wizji kina międzynarodowego z głęboką perspektywą międzynarodowej nauki, a w szczególności prawa, sprawia, że to pierwsze tego rodzaju wydarzenie na świecie. Nadrzędnym celem festiwalu jest poprawa świadomości społecznej w kwestii przestępczości i sprawiedliwości – wszystko zaprezentowane za pomocą interesujących obrazów filmowych, poruszających tę tematykę.

 

Atrakcje filmowe i naukowe

Na uczestników wydarzenia czeka w tym roku ponad 50 filmów z całego świata, a pośród nich najlepsze przykłady kina poświęconego relacjom między prawem, społeczeństwem, sprawiedliwością i przestępczością. Pokazy filmowe to jednak nie wszystko! Nie zabraknie także bogatej oferty międzynarodowych dyskusji panelowych w duchu akademickim czy warsztatów podejmujących tematykę sprawiedliwości oraz jej ujęć w filmie. Po raz kolejny, podczas festiwalu, odbędą się także dwa, międzynarodowe konkursy filmów krótkometrażowych i fabularnych dotykające głównego tematu spotkania. Ważnym elementem podczas trwania wydarzenia będzie również przyznanie nagród za wybitne osiągnięcia naukowe w dziedzinie prawa.

Filmem otwarcia będzie włoski obraz z 2018 r. pt. „La terra dell’abbastanza” (ang. „Boys cry) opowiadający o losach dwóch nastolatków, którzy wplątują się w niebezpieczne kontakty z lokalną mafią.

 

 

Więcej informacji na stronie: http://www.icapff.com/en/

Najlepsze miejsca na długi weekend na przełomie maja i czerwca

Na przełomie maja i czerwca czeka na nas kolejny długi weekend – Boże Ciało w tym roku wypada 31 maja. Jeden dzień wolnego pozwoli na cztery dni wypoczynku.

Czytaj Więcej >>

Najlepsze pomysły na wyjazd rodzinny z okazji Dnia Dziecka

Wkrótce Międzynarodowy Dzień Dziecka. Wielu rodziców zastanawia się, w jaki sposób spędzić ten szczególny dzień ze swoimi pociechami, aby przyniósł jak najwięcej radości i pozostawił przyjemne wspomnienia. Możliwości na uczczenie tego święta jest naprawdę wiele. 

Czytaj Więcej >>

Najciekawsze pomysły na Majówkę

Już w marcu zaczynamy zastanawiać się, jak, a przede wszystkim, gdzie spędzimy Majówkę. W tym roku 1 maja wypada we wtorek, dodając do tego dwa weekendy plus 3 dni urlopu – szykuje się aż niemal 10 dni wypoczynku!  Czytaj więcej >

Najlepsze wiosenne wyjazdy typu city break

City break to alternatywna opcja dla tych wszystkich, którzy nie mają czasu wybrać się na dłuższy wypoczynek. Obejmuje ona wyjazdy weekendowe do najciekawszych miejsc w Europie. Krótkoterminowa wycieczka pozwala na wypoczynek oraz zapoznanie się z kulturą i kuchnią danego regionu.  Czytaj więcej >

Artykuły wybrane losowo

Rajskie wyspy Indonezji

 Prambanan temple

Hinduistyczny kompleks Prambanan na Jawie

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Według mnie Indonezja słynie z licznych wulkanów, tradycyjnego dania „nasi goreng”, orangutanów z Sumatry i Borneo oraz waranów z Komodo. Choć każdy z moich przykładów da się uzasadnić, większość osób kojarzy ją jednak z rajską Bali. Czy właśnie ta wyspa najlepiej reprezentuje cały kraj? Zdecydowanie nie i… trochę tak.

 

Indonezja leży w Azji Południowo-Wschodniej i częściowo Oceanii. To największe wyspiarskie państwo na świecie (o powierzchni ponad 1,9 mln km²). Swoimi granicami obejmuje 17 508 wysp, z czego mniej więcej 6 tys. pozostaje zamieszkanych. Ten rozległy kraj oddziela Pacyfik od Oceanu Indyjskiego.

 

Przy tak dużym wyborze naprawdę trudno zdecydować, gdzie zawitać podczas podróży po Indonezji. Mnóstwo jej wysp kusi turystów obietnicą rajskich wakacji. W tym ogromie znajduje się wiele prawdziwych perełek.

 

KRAINA BOGÓW

 

Bali z jednej strony jawi się jako turystyczny eden, egzotyczna kraina o wyjątkowej kulturze, z cudowną przyrodą, piaszczystymi plażami i idealną pogodą. Z drugiej strony wiele osób mówi, że wyspa jest przereklamowana, zatłoczona czy wręcz niewarta odwiedzenia, ponieważ w Indonezji znajduje się mnóstwo ciekawszych miejsc. Obie te opinie są słuszne. Na Bali funkcjonują rewelacyjne resorty, ale także kiepskiej jakości hotele. Rozwinęła się tu interesująca kultura i balijska odmiana hinduizmu, przetrwał odrębny język (balijski, basa bali), jednak inne rejony kraju też są wyjątkowe. Na wyspie leży dużo pięknych plaż, lecz wiele z nich jest zatłoczonych. W tym regionie panuje klimat równikowy z dwoma porami w roku: suchą i deszczową. W trakcie trwania tej drugiej (zazwyczaj od października do kwietnia) nie należy raczej spodziewać się idealnej pogody. Mnóstwo miejsc na Bali ma charakter typowo turystyczny, komercyjny, ale nie wszystkie, uchowało się tutaj również wiele urokliwych zakątków. Choć to nieduża wyspa (ma ponad 5,5 tys. km² powierzchni), jednak jest na tyle rozległa, że dzięki sporemu zróżnicowaniu prawie każdy znajdzie na niej coś dla siebie. Zdecydowanie warto ją odwiedzić i poznać rozmaite jej oblicza. W końcu nie bez przyczyny nazywana bywa krainą bogów.

 

Jednym z powodów, dla których turyści udają się na Bali, są jej przepiękne plaże. Wybrzeże wyspy w wielu miejscach pokrywa biały piasek. Natkniemy się też na czarne, wulkaniczne brzegi (plaża Lovina na północy), także bardzo malownicze. Amatorzy wszelkich sportów wodnych poczują się tu jak w raju. Ogromną popularnością cieszą się surfing i nurkowanie. Ciekawą atrakcję stanowi poza tym obserwowanie delfinów.

 

Indonezja jest w większości muzułmańska (powyżej 87 proc. ludności), jednak Balijczycy wyznają przede wszystkim lokalną odmianę hinduizmu (ok. 83,5 proc. mieszkańców wyspy), co w dużej mierze sprawiło, że kultura balijska tak bardzo różni się od tej z innych rejonów kraju. Na Bali znajduje się ponad 6 tys. świątyń hinduistycznych! Nie sposób ich wszystkich odwiedzić, ale do kilku koniecznie należy się wybrać, gdyż są dość specyficzne. Jedne z piękniejszych to np. Besakih na zboczu góry Agung (3031 m n.p.m.), Tirta Empul i Gunung Kawi w mieście Tampaksiring, sanktuarium Goa Gajah (Jaskinia Słonia) koło Ubud, zbudowana na klifie XI-wieczna świątynia Uluwatu (zwana również Luhur Uluwatu) oraz dwie najchętniej fotografowane budowle: Ulun Danu Bratan nad brzegiem jeziora Bratan i usytuowana na skale Tanah Lot niedaleko Denpasar.

 

Zwiedzanie obiektów sakralnych na wyspie można połączyć z oglądaniem przedstawienia muzyczno-tanecznego. Mimo iż takie spektakle bywają zwykle przeznaczone głównie dla turystów, warto je zobaczyć, gdyż prezentują interesujące elementy balijskiej kultury. Do typowych widowisk należy pokaz tańca lwa (barong), ilustrującego wieczną walkę dobra ze złem.

 

Podczas pobytu na Bali albo w innej części Indonezji polecam zainteresować się także batikiem. To technika malowania tkanin polegająca na nakładaniu wielu warstw wosku na materiał, a następnie zanurzaniu go w barwniku, który farbuje jedynie nie pokryte niczym miejsca. Aby uzyskać rozmaite efekty, proces woskowania i farbowania powtarza się wielokrotnie. Ta metoda zdobienia znana jest w różnych krajach, np. w Indonezji, Malezji, Singapurze, Indiach, Bangladeszu, Nigerii, Senegalu, Mali, Chinach, Japonii, Iranie, na Sri Lance i Filipinach. Historia batiku sięga starożytności, już w IV w. p.n.e. w Egipcie używano podobnie dekorowanych tkanin do owijania zwłok. Co ciekawe, ten indonezyjski uchodzi za zdecydowanie najsłynniejszy. W 2009 r. batik z Indonezji wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od tego czasu tutejszy rząd zachęca obywateli, aby w piątki nosili ubrania wykonane z tak zdobionych tkanin, a 2 października obchodzi się w kraju Dzień Batiku.

 

Ciekawą atrakcją Bali jest również Małpi Las Ubud (Ubud Monkey Forest). To park o powierzchni ok. 12,5 ha. Żyje w nim mniej więcej 700 małp (makaków krabożernych), występują tutaj rozmaite gatunki roślin i znajdują się trzy świątynie. Wizyta w tym miejscu powinna być doznaniem duchowym, przynieść nam spokój i równowagę.

 

Jeden z moich ulubionych rejonów na wyspie stanowią tarasy ryżowe (Tegallalang lub Jatiluwih). Ryż jest podstawowym produktem spożywczym na Bali (jak i w całym kraju), częścią tutejszej kultury. Co więcej, jego uprawa to ważny element indonezyjskiej gospodarki. Indonezja znajduje się na trzecim miejscu wśród największych światowych producentów ryżu (po Chinach i Indiach). Niestety, uprawianie tej rośliny stanowi skomplikowane i trudne zajęcie. W Azji rolnicy coraz częściej rezygnują z pracy na polu, gdy widzą, że łatwiej czerpać dochody z branży turystycznej. Trudno im się dziwić, ale żal patrzeć na niszczejące tarasy ryżowe.

 

Bali szczyci się też typowo indonezyjską atrakcją, jaką są wulkany. Dwa najsłynniejsze to Batur (1717 m n.p.m.) i Agung (3031 m n.p.m.). Ze szczytu pierwszego z nich turyści często podziwiają zachwycający wschód słońca. Góra Agung jest wyższa i wspinaczka na nią wymaga dużo więcej wysiłku. Na dodatek od sierpnia 2017 r. aktywność tego wulkanu bardzo wzrosła i w listopadzie doszło do kilku znacznych wybuchów. Z tego powodu odwołano wszystkie loty z i na Bali, a wiele osób ewakuowano. Większa erupcja może całkowicie odmienić oblicze wyspy...

 

RAJ BEZ TURYSTÓW

 

Jeżeli wakacje na Bali ciągle nie brzmią do końca przekonująco, polecam wybrać się na Lombok. Obie wyspy są do siebie podobne pod względem przyrodniczym (niektóre miejsca nawet mają takie same nazwy, np. plaża Kuta). Lombok bywa jednak słusznie nazywana Bali bez tłumów. Warto się spieszyć, żeby ją odwiedzić, bo każdego roku przybywa na nią coraz więcej turystów.

 

Na wyspie znajdują się wspaniałe plaże (w tym wyjątkowa różowa Tangsi), piękne wodospady (Benang Kelambu i Senaru), góry i wulkany. Jej okolica świetnie nadaje się do surfowania i nurkowania. Lombok to również znakomite miejsce na romantyczną podróż dla nowożeńców. Tutejsze tradycje i kulturę można poznać bliżej w wiosce grupy etnicznej Sasak.

 

Na północy wyspy wznosi się jeden z najwyższych i najbardziej aktywnych indonezyjskich wulkanów – Rinjani (3726 m n.p.m.). Wyprawa na jego szczyt zajmuje ok. dwa–trzy dni, mimo to przyciąga on wielu chętnych. Z góry rozpościera się wspaniała panorama na całą Lombok, widać nawet pobliską Bali.

 

U północno-zachodnich wybrzeży leżą tu trzy małe wysepki Gili. Dość długo ten archipelag był uznawany za rajski, idealny na idylliczne wakacje dla mniej zamożnych turystów. Obecnie wszystko się zmienia, jednak wysepki Gili ciągle wydają się być ciekawą propozycją turystyczną.

 

SEN NA JAWIE

 

bromo

Rozległa kaldera Tengger z dymiącym kraterem czynnego wulkanu Bromo

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Najbardziej zaludnioną wyspę na świecie stanowi indonezyjska Jawa. Zamieszkuje ją aż ok. 145 mln osób. Zdecydowanie nie brzmi to jak zachęta do jej odwiedzenia, ale jest tutaj kilka wspaniałych miejsc, bez zobaczenia których wizyta w Indonezji byłaby niepełna. To właśnie na Jawie znajdują się mistyczne świątynie Borobudur i Prambanan, zachwycające okolice z wulkanami Bromo (2329 m n.p.m.) i Ijen (2443 m n.p.m.) oraz Madakaripura – wodospad pozostający na długo w pamięci. Tutejsze cuda wbrew nazwie wyspy wydają się jak ze snu.

 

Zwiedzanie najlepiej zacząć od ponad 400-tysięcznej Yogyakarty (Jogyakarty). Uchodzi ona za centrum kultury i sztuki jawajskiej. Miasto jest warte zobaczenia, a do tego tutejsze restauracje kuszą smaczną kuchnią. Z Yogyakarty obowiązkowo trzeba wybrać się do wspomnianych wyjątkowych zabytków sakralnych.

 

Borobudur należy do największych buddyjskich świątyń na świecie. Pochodzi według szacunków z VIII–IX w. W 1991 r. obiekt ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Moim zdaniem to najpiękniejsza i najciekawsza świątynia w Indonezji, nie tylko ze względu na detale architektoniczne, liczne rzeźby (m.in. 504 posągi Buddy) i płaskorzeźby (2672 reliefy). Zachwyca także jej okolica. Jedynie ogromna popularność tego miejsca, a co za tym idzie, ściągające tu codziennie tłumy turystów, mogą odstręczać od wizyty. Co ciekawe, kompleks Borobudur przez kilka stuleci był ukryty pod pyłem wulkanicznym i porośnięty bujną roślinnością. Został opuszczony prawdopodobnie na przełomie X i XI w., ale dopiero w 1814 r. natrafiono na pierwsze ślady budowli. Przez kolejne lata odkrywano ją po kawałku, a obecnie jest jedną z głównych atrakcji kraju.

 

Prambanan to hinduistyczny zespół świątynny z połowy IX w. Ten największy tego typu obiekt w Indonezji umieszczono zresztą w 1991 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niestety, w wyniku trzęsień ziemi, zwłaszcza ostatniego z maja 2006 r., wiele miejscowych świątyń zostało zniszczonych. Niektóre z nich odbudowano, ale część nadal czeka na renowację. Prambanan również uchodzi za jedną z ważniejszych atrakcji kraju. Każdego dnia odwiedzają go rzesze turystów. Jednak i tu można znaleźć spokój i miejsce tylko dla siebie.

 

W Indonezji jest prawie 130 czynnych wulkanów. Na Jawie, o ile pozwalają na to względy bezpieczeństwa, polecam odwiedzić okolice Bromo i Ijen. Czasem z powodu dużej aktywności nie zaleca się wycieczek w ich rejony. Należy więc wcześniej sprawdzić aktualną sytuację.

 

Najpopularniejszy w Indonezji Bromo wchodzi w skład masywu Tengger. Najaktywniejszym i najwyższym wulkanem na Jawie jest jednak Semeru (zwany też Mahameru, 3676 m n.p.m.). Od 1967 r. regularnie (co ok. 20 min.) wydobywa się z niego dym, a czasem wydostają się również chmury pyłu lub kamienie. Bromo i Semeru położone są wewnątrz kaldery o średnicy mniej więcej 10 km i otoczone przez tzw. morze piasków (z drobnego piasku wulkanicznego). Okolica wulkanów stanowi popularne miejsce na podziwianie wschodu słońca. Jakkolwiek banalnie to brzmi, zapewniam, że jest cudownym doświadczeniem. Wyłaniający się spod pierzyny chmur krajobraz wygląda niesamowicie. Po przeżyciach natury estetycznej można pokrążyć w pobliżu i nawet zajrzeć do krateru. W drodze powrotnej trzeba koniecznie zobaczyć Madakaripurę – według mnie jeden z najwspanialszych wodospadów w Azji.

 

Równie wyjątkowo prezentuje się zespół czynnych wulkanów Ijen (Kawah Ijen, Gunung Iljen). W jednym z kraterów znajduje się największe na świecie kwaśne jezioro charakteryzujące się pięknym turkusowym kolorem. Ijen często bywa celem nocnych wycieczek, których uczestnicy chcą zobaczyć tzw. niebieski płomień. Zjawisko to zachodzi na skutek wysokiego stężenia związków siarki. Nie jest to jedyne miejsce na naszym globie, gdzie można je obserwować, jednak w Indonezji widuje się największe niebieskie ognie. Niestety, okolica słynie także z niezmiernie ciężkich warunków pracy. Mężczyźni wydobywający siarkę wspinają się po zboczu, aby dostać się do złóż. Nie mają żadnego specjalistycznego sprzętu, strojów ochronnych czy chociażby masek przeciwgazowych. Rozłupują ogromne bloki, a potem układają żółte bryły w dwóch sporych koszach i niosą je na plecach stromą i długą ścieżką. Mimo włożonego wielkiego wysiłku nie zarabiają zbyt dużo. Na ten temat nakręcono kilka filmów dokumentalnych, m.in. Śmierć człowieka pracy (Workingman’s Death) z 2005 r. w reżyserii Austriaka Michaela Glawoggera.

 

Na Jawie znajduje się również stolica, a zarazem największe miasto Indonezji – ponad 10-milionowa Dżakarta. Nie jest ona jednak zbyt ciekawa. Właściwie warto polecić w niej jedynie piękny park Taman Mini Indonesia Indah, który prezentuje w miniaturze rozmaite atrakcje kraju. Wizyta w nim może być swojego rodzaju inspiracją do odwiedzenia poszczególnych wysp. Dżakarta sprawia też wrażenie najbardziej holenderskiego miejsca w Indonezji. Przez kilka wieków nazywana była Batawią (od 1619 do 1949 r.) i stanowiła stolicę Holenderskich Indii Wschodnich (od 1800 do 1949 r.). Dziś w Holandii działa wiele restauracji indonezyjskich. W Indonezji można za to spotkać Holendrów i znaleźć wiatraki.

 

 Sunrise at Kawah Ijen

Turkusowe kwaśne jezioro wulkaniczne w aktywnym kraterze Kawah Iljen

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

U ORANGUTANÓW

 

Sumatra to szósta pod względem wielkości wyspa na świecie (ma powierzchnię ponad 443 tys. km²) i największa należąca w całości do Indonezji. Słynie ona przede wszystkim z przepięknej przyrody. Znajdziemy tutaj tropikalne lasy, wulkany i jeziora. Poza tym wyspę zamieszkuje także endemiczny gatunek orangutana (orangutan sumatrzański). Polecam szczególnie dwa akweny na Sumatrze – Toba i rzekę Bahorok.

 

Pierwszy z nich to największe jezioro wulkaniczne na świecie, które powstało po wybuchu ogromnego wulkanu, prawdopodobnie ok. 75–80 tys. lat temu. Toba ma powierzchnię 1130 km². Znajduje się na nim wyspa o nazwie Samosir. Okolica cieszy się dużą popularnością wśród Indonezyjczyków, ale niewielu obcokrajowców słyszało o tym miejscu. Muszę przyznać, że otoczenie jeziora wygląda całkiem przyjemnie, wokół wznoszą się majestatyczne góry, jest tu spokojnie (prawie nie ma turystów) i można wypocząć. Jednak bardzo rozczarowała mnie jakość wody. Niestety, obecnie Toba nie nadaje się nawet do pływania. Widok ludzi myjących w nim kanistry na benzynę zdecydowanie nie polepsza sytuacji. Może kiedyś się to zmieni.

 

Lasy deszczowe na Borneo i Sumatrze zamieszkują orangutany. Te wyjątkowe zwierzęta są dziś zagrożone wyginięciem. Ich populacja zmniejsza się ze względu na wycinanie drzew i wypalanie skupisk leśnych (często nielegalne). Uważam, że podczas podróżowania po świecie trzeba zachowywać się odpowiedzialnie i starać się jak najmniej wpływać na miejsca, do których się trafia. Dotyczy to szczególnie środowiska naturalnego. Polecam więc odwiedzać rezerwaty (a nie ogrody zoologiczne), gdzie można nauczyć się czegoś o ich mieszkańcach i dowiedzieć się, jak pomóc przetrwać zagrożonym gatunkom. Jednym z takich obszarów specjalnej ochrony jest sanktuarium w miejscowości Bukit Lawang na Sumatrze. Ośrodek nad rzeką Bahorok został założony w 1973 r. właśnie z myślą o osieroconych, rannych lub urodzonych w niewoli orangutanach. To wspaniałe centrum rehabilitacji leży na wschodnim skraju Parku Narodowego Gunung Leuser.

 

NA GRANICY

 

Trzecią co do wielkości wyspę na świecie stanowi Borneo (ma blisko 750 tys. km² powierzchni). Jej terytorium jest podzielone między trzy kraje: Malezję, Brunei i Indonezję. Do tego ostatniego należy największy obszar (ok. 73 proc. powierzchni wyspy). Borneo po indonezyjsku nazywa się Kalimantan. Co ciekawe, nie ma na niej wulkanów (z wyjątkiem Bombalai w malezyjskiej części), nie występuje również zagrożenie tsunami. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wyspę pokrywały głównie lasy deszczowe. Niestety, ten stan bardzo drastycznie się zmienił. Niemniej dla turystów Borneo wciąż jest wielkim tropikalnym lasem z rozmaitymi gatunkami roślin i zwierząt. W indonezyjskiej części wyspy obowiązkowo trzeba odwiedzić Park Narodowy Tanjung Puting słynący z ochrony orangutanów i nosaczy sundajskich.

 

WSPANIAŁY OGRÓD

 

Sulawesi (Celebes) leży między Borneo i Molukami (Wyspami Korzennymi). Jest jedną z głównych wysp Indonezji (ma ponad 180 tys. km² powierzchni), ale ciągle pozostaje niemal nieodkrytą perełką. Znajdują się na niej piękne plaże, góry, tarasy ryżowe czy lasy deszczowe. Rozwinęła się tutaj także bogata kultura i tradycje. Na Sulawesi można spotkać wiele endemicznych gatunków zwierząt, np. anoa nizinnego, babirussę sulaweską, łaskuniaka (łaskuna) brązowego, wyraka karłowatego, nogala hełmiastego, makaka czarnego czy makaka czubatego (który przeniósł się też na sąsiednie mniejsze wyspy). Okoliczne wody budzą duże zainteresowanie wśród miłośników nurkowania, ponieważ rozciąga się w nich przepiękna kolorowa rafa koralowa (m.in. w rejonie wysepki Bunaken, archipelagu Wakatobi lub Togian).

 

Sulawesi ma bardzo specyficzny kształt – składa się z czterech półwyspów. Na poszczególnych jej obszarach występuje charakterystyczna dla nich fauna i flora. Mieszkańcy każdego półwyspu wymieniają tysiące powodów, dla których turyści powinni odwiedzić właśnie ich region. Ja jednak ograniczyłabym się do kilku najpiękniejszych miejsc (np. jeziora Tondano, obszaru Tana Toraja), chyba że czas pozwala komuś na dłuższy pobyt.

 

Wyspę zamieszkują różne grupy etniczne, w tym m.in. Toradżowie (Toraja), którzy zajmują się od lat uprawą ryżu, rybołówstwem i myślistwem. Warto rozważyć wizytę w rejonie Tana Toraja, aby poznać zwyczaje jego mieszkańców, ich styl życia czy specyficzne podejście do śmierci i oryginalne tradycje pogrzebowe. Poza tym to wyjątkowo malownicza okolica z zielonymi dolinami i górami.

 

Na Sulawesi nie bez powodu przyciągają wielu turystów dwa obszary chronione. W końcu przyroda jest najpiękniejszym skarbem tej wyspy. W Parku Narodowym Bogani Nani Wartabone żyje mnóstwo endemicznych gatunków zwierząt, w tym anoa nizinny, niezmiernie rzadko widywana sowica cynobrowa, babirussa sulaweska, świnia celebeska czy jego symbol – nogal hełmiasty. Podobnym bogactwem fauny szczyci się pięknie usytuowany Rezerwat Naturalny Tangkoko Batuangus, gdzie ujrzymy choćby makaka czubatego i wyraka upiornego.

 

NIEZNANY SKARB

 

Flores przez wielu uważana jest za najpiękniejszą i najbardziej fascynującą wyspę Indonezji. Długo pozostawała w cieniu np. dużo popularniejszej Bali i dzięki temu nie została jeszcze zalana przez tłumy turystów. Dlatego tym bardziej polecam rozważyć zatrzymanie się na niej podczas planowania wakacji w tym fascynującym kraju. Flores reklamuje się jako wyspa dla osób aktywnych, ze wspaniałymi miejscami do nurkowania i snorkelingu oraz spektakularnymi wulkanami idealnymi na trekkingi. Poza tym kładzie się tu też nacisk na ekoturystykę, promowanie lokalnych tradycji i kultury.

 

Największą atrakcją wyspy jest zdecydowanie góra Kelimutu (1639 m n.p.m.). Zdjęcia prezentujące trzy tutejsze niesamowite wulkaniczne jeziora zdecydowanie zachęcają do odwiedzenia Flores. Widoki w tej okolicy rzeczywiście zapierają dech w piersiach. W przeszłości trzy jeziora w kraterze często zmieniały swój kolor. Obecnie jedno jest czarnobrązowe, drugie – turkusowoniebieskie, a trzecie ma barwę przechodzącą z zielonej w czerwoną. Ich woda wybarwia się prawdopodobnie za sprawą minerałów, które nasycają ją w różnej ilości w zależności od aktywności wulkanu. Ze względu na występowanie tego zjawiska lokalna ludność uważa to miejsce za święte. Okolica wulkanu Kelimutu zachwyca o każdej porze dnia, jednak najwięcej ludzi przyciąga o wschodzie słońca lub wcześnie rano.

 

Aby poznać kulturę Flores i jej mieszkańców, najlepiej wybrać się do wioski Wae Rebo. Żyją w niej przedstawiciele grupy etnicznej Manggarai. Osada jest ukryta wśród malowniczych gór i żeby się do niej dostać, trzeba maszerować przez ok. 3–4 godz. Nagrodę za ten wysiłek stanowi wyjątkowe doświadczenie obcowania z rdzenną ludnością Indonezji. Co więcej, w Wae Rebo można także spędzić noc w charakterystycznym domu w kształcie stożka.

 

Całkowicie inną wioską, niemniej fascynującą, jest Bena. To najbardziej znana i najczęściej odwiedzana tradycyjna osada na Flores. Podobnie jak Wae Rebo ona również leży w pięknej scenerii. Wizyta w niej będzie więc nie tylko poznawaniem kultury grupy etnicznej Ngada (Ngadha), ale też doznaniem estetycznym.

 

Inne ciekawe miejsce na wyspie stanowi jaskinia Liang Bua. Sama w sobie jest warta odwiedzenia, ale cieszy się obecnie zainteresowaniem głównie ze względu na cenne znalezisko. W 2003 r. odkryto tutaj szczątki Homo floresiensis, czyli człowieka z Flores. Naukowcy wciąż spierają się, czy był to osobny gatunek, czy odnaleziony osobnik cierpiał na jakąś chorobę, np. genetycznie uwarunkowany zespół Downa bądź zespół Larona. Niezależnie od tego, jakie okaże się wyjaśnienie tej zagadki, Flores jest dumna ze swojego hobbita, jak potocznie nazywa się hominida, którego szczątki zachowały się w Liang Bua. W okolicy warto również odwiedzić dwie pobliskie jaskinie – Gua Galang i Gua Tanah.

 

 Wae Rebo

Wioska Wae Rebo na wyspie Flores z domami mbaru niang w kształcie stożka

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

INDONEZYJSKIE SMOKI

 

Na zakończenie należy dodać chociaż kilka słów o jednym z symboli Indonezji – waranie (smoku) z Komodo. To największa współcześnie żyjąca jaszczurka. Dorosły osobnik może ważyć ponad 70 kg i osiągnąć 3 m długości. Co ciekawe, warany z Komodo nie mają naturalnych wrogów, przynajmniej wśród innych zwierząt, ale zdarza się, że zjadają młode swojego gatunku. Potrafią być też dość agresywne i choć zdarza się to wyjątkowo rzadko, mogą zaatakować człowieka. Muszę przyznać, że gdy kiedyś spotkałam jednego z nich na plaży (akurat wyszedł zza krzaków, wydając charakterystyczne odgłosy), bardzo szybko przeniosłam się w inne, bezpieczniej wyglądające miejsce. W celu ochrony warana w 1980 r. założono Park Narodowy Komodo (od 1991 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Zajmuje on powierzchnię 1817 km² i obejmuje wiele wysp i wysepek, m.in. Komodo, Padar i Rincę (Rindję).

 

Kolumbia – piękna, kusząca i egzotyczna

SYLWIA JEDLAK

 

<<Polakom ciągle jeszcze Kolumbia kojarzy się dość stereotypowo. Dlatego dużo rzadziej wybierają ją jako kierunek swoich podróży niż inne dalekie kraje. W ten sposób jednak tracą szansę na to, aby przekonać się, jak bardzo błędne są powszechnie powtarzane opinie o tym południowoamerykańskim państwie. Tylko ten, kto odwiedzi pachnącą kawą kolumbijską ziemię, na której rozbrzmiewają rytmy salsy, wznoszą się kolorowe miasta z zabytkami architektury kolonialnej i żyją otwarci, serdeczni ludzie, pozna prawdę. Nie wierzmy więc powtarzanym często stereotypom, nie bójmy się poznać rzeczywistości i z ufnością ruszajmy odkrywać urzekającą Kolumbię! >>

FOT. PROEXPORT COLOMBIA

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.