(…) Jesteśmy wiernymi czytelnikami All Inclusive, więc w pełni przekonaliśmy się co do jego zalet:-)

Kalina Kaczmarek
Junior Account Manager Turystyka i Transport Ciszewski MSL

.

(…) Osobiście jestem fanką ALL INCLUSIVE, wysoko oceniam umieszczane w nim artykuły oraz zdjęcia(…).

Barbara Ostaszewska-Sanchez, dyrektor generalna biura AMARANTO TOURS z Meksyku

.

(...) Pięknie się rozwijacie, gratuluję.

Małgorzata Gulińska, właścicielka biura Margot Travel

.

(…) Gratuluję wspaniałego rozwoju. Lista dystrybucyjna jest imponująca, a tematyka Waszego pisma jest mi osobiście bardzo bliska. (…) Jestem sympatykiem Pana pisma i mam nadzieję na współpracę w niedalekiej przyszłości.

 Stan Guzinski, dyrektor generalny australink.pl z Australii

.

(…) Dziękuję za kopię magazynu – muszę przyznać, że wyśmienicie się czyta. (…)

Agnieszka Czekańska, menedżer ds. sprzedaży i marketingu Cara Hotel Marketing Ltd. z Wielkiej Brytanii

.

(…) Magazyn z naszą reklamą bardzo mi się podoba! J

Justyna Dziegiel, menedżer ds. sprzedaży i marketingu SI Tours z Tajlandii

.

(...) Dziękuję serdecznie za przesłanie egzemplarza czasopisma All Inclusive. Wydanie bardzo ciekawe, tym razem dużo też o Ameryce Łacińskiej. Czyta się z przyjemnością. J

Lucyna Grobicka, Ambasada Brazylii w Warszawie, Dział Promocji Handlu

 

Artykuły wybrane losowo

WAKACJE Z PERSPEKTYWY SIODEŁKA

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. TOURISMUSVERBAND MECKLEMBURG-VORPOMMERN

Aktywny wypoczynek staje się coraz bardziej popularną formą spędzania wolnego czasu. Z roku na rok przybywa w Polsce zwolenników turystyki rowerowej. Zamiana czterech kółek na dwa jest korzystna nie tylko ze względu na nasze zdrowie czy ochronę środowiska naturalnego. Rowerem można często dotrzeć w miejsca, do których samochodem nie da się po prostu dojechać, i to na dodatek dużo tańszym kosztem. Nie bez znaczenia pozostaje też fakt, że zamknięci w aucie tracimy możliwość nawiązania więzi z otoczeniem. Rowerzysta ma szansę na bezpośredni kontakt z przyrodą, a także przypadkowo spotkanymi na trasie ludźmi, co często staje się okazją do przełamania barier kulturowych i językowych. Wszystko, czego potrzebujemy do uprawiania tego rodzaju turystyki, to solidny rower. Podróżując w ten sposób, nie tylko oszczędzamy pieniądze, które musielibyśmy przeznaczyć na paliwo, i dbamy o nasze samopoczucie, lecz także poznajemy świat z zupełnie innej, niezmiernie interesującej perspektywy.

Więcej…

Kolumbia – na granicy magii i rzeczywistości

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Od Amazonii przez szczyty Andów i aksamitnie zielone wzgórza aż po piaszczyste wybrzeże i pustynię – Kolumbia to kraj intensywnych kolorów, fantastycznych krajobrazów oraz chyba najbardziej radosnych i życzliwych ludzi w całej Ameryce Południowej. Choć wciąż jeszcze zmaga się z łatką miejsca niebezpiecznego, opanowanego przez kartele narkotykowe i partyzantów, z roku na rok staje się coraz bardziej popularnym celem wyjazdów turystów. Przyciągają ich piękne plaże otoczone bujną, tropikalną roślinnością oraz urocze miasteczka, gdzie w powietrzu unosi się zapach świeżo parzonej kawy i egzotycznych owoców, a wieczorami rozbrzmiewa zmysłowa muzyka. >>

To jedyne państwo kontynentu południowoamerykańskiego, które ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i nad Atlantykiem (a dokładnie Morzem Karaibskim). Na południu przez jego terytorium przechodzi linia równika (90 proc. kraju leży na półkuli północnej, a departament Amazonas – na półkuli południowej). Na północy wznoszą się dwa najwyższe, bliźniacze szczyty w tej republice – Pico Cristóbal Colón, czyli Szczyt Krzysztofa Kolumba (5775 m n.p.m.), i Pico Simón Bolívar (ok. 5775 m n.p.m.).

 

Luksusowa Hacienda Buenavista w regionie kawy

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

Kolumbia zachwyca swoją wielką bioróżnorodnością. Pod tym względem w rankingach wyprzedza ją jedynie kilkukrotnie większa Brazylia. Różnorodne ekosystemy zapewniają idealne warunki rozwoju dla imponującej liczby zwierząt i roślin. To przede wszystkim prawdziwy raj dla miłośników ptaków – według naukowców występuje tu niemal 1950 ich gatunków (blisko 90 z nich to endemity).

 

ZŁOTA BRAMA AMERYKI

Naszym pierwszym przystankiem jest piękna i romantyczna Perła Karaibów – Cartagena. Pełna nazwa miasta brzmi Cartagena de Indias. Zostało założone 1 czerwca 1533 r. przez konkwistadora Pedra de Heredię i przez lata było najważniejszym hiszpańskim portem na wybrzeżu karaibskim. Dzięki temu stanowiło łakomy kąsek dla piratów i padło ofiarą wielu ataków. Świadectwem tej dramatycznej przeszłości jest rozbudowany system murów obronnych, które powstały wokół najstarszej części Cartageny (nazywanej Ciudad Amurallada, czyli Miastem za Murami) w kilku etapach na przestrzeni dwóch wieków. Spacerujemy po nich, obserwując, jak ognista kula zachodzącego słońca powoli znika w morzu. Wokół nas panuje gwar. To jedno z ulubionych miejsc spotkań nie tylko turystów, ale też mieszkańców. Mamy tutaj świetny widok zarówno na pokryte dachówką kolonialne budynki, jak i na strzeliste wieżowce nowoczesnej dzielnicy Bocagrande. Z pobliskiej restauracji dobiega muzyka, a siedząca obok nas zakochana para odpływa w tańcu. Z podziwem przyglądamy się ich lekkim ruchom i ruszamy w plątaninę wąskich uliczek otoczonych kolorowymi kamieniczkami.

Mimo iż zapadł już zmrok, ulice miasta tętnią życiem. Plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo) jest szczelnie wypełniony kawiarnianymi stolikami. Nieprzyzwyczajeni do wysokich temperatur turyści mogą w końcu odetchnąć od upału. Czekają na nich liczne restauracje, bary i sklepy z pamiątkami. Uliczni artyści dbają o dobrą atmosferę – urozmaicają wieczór swoją muzyką, śpiewem, tańcem. W powietrzu czuć radość i beztroskę. Przysiadamy na jednym z placów i przyglądamy się nocnemu życiu Cartageny. Nad wybrukowanymi uliczkami głośne echo niesie stukot końskich kopyt – niektórzy zamiast spaceru wybierają przejazd dorożką. Niedaleko nas rozkładają się stoiska z jedzeniem. Są domowe hamburgery, dużym powodzeniem cieszą się też salchipapas – frytki z dodatkiem kiełbasy. Nasze zainteresowanie wzbudzają jednak arepas con queso. Arepa to nieduży kukurydziany placek przypominający tortillę. Może być różnych rozmiarów i grubości, w Kolumbii spożywa się go o każdej porze dnia i nocy, jako dodatek, przekąskę czy danie główne (wtedy znajdziemy w nim całe bogactwo składników). Nasz wypełniony jest białym, ziarnistym serem (queso) i polany słodkim mleczkiem.

 

KULTUROWA MIESZANKA

Następnego dnia zaczynamy zwiedzanie wcześnie. Na ulicach jest jeszcze pusto i spokojnie. Przechodzimy przez charakterystyczną żółtą Bramę Zegarową (Puerta del Reloj), nazywaną także Wieżą Zegarową (Torre del Reloj), i wkraczamy do historycznego serca miasta. Na centralnym placu, Plaza de los Coches, powoli gromadzą się sprzedawcy, pojawiają się pierwsi przechodnie i turyści. Kilkaset lat temu właśnie w tym miejscu odbywał się jeden z największych targów niewolników w Ameryce Południowej. Transportowani w podłych warunkach na statkach z Afryki, przybywali wycieńczeni i przerażeni do Cartageny, gdzie kupowano ich do pracy na okolicznych plantacjach lub w kopalniach w głębi kraju. Niewolnictwo zostało w Kolumbii zniesione 1 stycznia 1852 r. Dziś wpływy kultury afrykańskiej można dostrzec w wielu jej regionach – przede wszystkim właśnie na wybrzeżu karaibskim.

Jedną z wizytówek nie tylko Cartageny, ale i całego kraju są palenqueras. Czarnoskóre kobiety ubrane w kolorowe, rozłożyste suknie od lat sprzedają na ulicach miasta egzotyczne owoce oraz słodycze na bazie kokosa. Swoje towary zazwyczaj przenoszą w koszach lub miskach, które wdzięcznie trzymają na głowie. Wszyscy turyści chcą zrobić im zdjęcie, biada jednak temu, kto wyjmie aparat i spróbuje sfotografować je niepostrzeżenie. W takich momentach na twarzach sprzedawczyń pojawia się nieprzyjazny grymas, potrafią fuknąć, syknąć, a nawet rzucić soczystym przekleństwem. Ich podejście zupełnie się zmienia, jeśli kupimy od nich cokolwiek. Wtedy rozpływają się w uśmiechach i przybierają najróżniejsze pozy niczym profesjonalne modelki. Większość palenqueras nie mieszka w Cartagenie, a w oddalonym o ok. 50 km stąd San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio). Ta niewielka miejscowość w gminie Mahates (mniej więcej 3,5-tysięczna) została założona przez afrykańskich niewolników, którym udało się wyrwać z niewoli. Zasłynęła w świecie jako pierwsze wolne miasto w Amerykach. Jego dzisiejsi mieszkańcy pielęgnują zwyczaje i tradycje swoich przodków pochodzących z Afryki. Mają też własny język – palenquero (criollo palenquero), który stanowi mieszankę hiszpańskiego, portugalskiego i języków afrykańskich (głównie bantu). W 2008 r. przestrzeń kulturowa San Basilio de Palenque (Palenque de San Basilio) została wpisana na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Podczas spaceru uliczkami historycznego centrum Cartageny można przez chwilę poczuć się jak gość w bajkowym świecie. Zadbane, kolorowe budynki mają drewniane balkony ozdobione kwitnącymi pnączami. Niemal każdy zaułek wygląda jak perfekcyjnie przygotowana scenografia do sesji zdjęciowej. Jednak bardziej do gustu przypadła nam dzielnica Getsemaní. Nie jest aż tak wymuskana jak zabytkowe centrum, panuje w niej niezobowiązujący klimat i ceny są znacznie niższe. Jej mieszkańcy przesiadują na wąskich uliczkach, plotkując z sąsiadami i grając w karty. Podniszczone mury budynków pokrywają barwne murale, które nawiązują do tradycji miasta i kraju, często także poruszają ważne tematy społeczne, np. problem rasizmu lub przemocy wobec kobiet. Głównym centrum wydarzeń jest Plaza de la Trinidad, gdzie sprzedawcy rozkładają stoiska z przekąskami, a wieczorami występują uliczni artyści.

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Cartagena przyciąga turystów nie tylko zadbaną zabytkową zabudową, ale też tropikalną pogodą i możliwością błogiego wypoczynku na karaibskim wybrzeżu. Wystarczy jedynie godzina lub dwie rejsu motorówką i można spełnić swoje marzenie o raju. Piaszczysta plaża otoczona turkusową wodą i pyszne kokosy prosto z wysmukłej palmy – czego więcej potrzeba do szczęścia… Na popularną Białą Plażę (Playa Blanca) da się dotrzeć nawet drogą lądową, ale w tym miejscu najtrudniej również uciec od innych turystów. Warto więc poświęcić trochę więcej czasu i wybrać mniej oblegany zakątek w pobliskim archipelagu Wysp Różańcowych (Islas del Rosario). Poza leniwym plażowaniem zaglądamy także pod wodę i podziwiamy imponującą rafę koralową, która stanowi dom dla wielu gatunków kolorowych ryb. Kolejną ciekawą atrakcją jest zjawisko bioluminescencji – niezwykły pokaz świecącego planktonu w Zaczarowanej Lagunie (Laguna Encantada). Tysiące maleńkich organizmów rozświetla powierzchnię wody niczym gwiazdy, a my wpatrujemy się jak zahipnotyzowani.

Po kilku dniach w Cartagenie i okolicach ruszamy dalej wzdłuż wybrzeża w kierunku Santa Marty. Po drodze przejeżdżamy przez Barranquillę. To czwarte co do liczby mieszkańców miasto Kolumbii (po stołecznej Bogocie, Medellín i Cali) na pierwszy rzut oka wygląda raczej niepozornie i nieciekawie. Większe emocje wzbudza jedynie wśród fanów Shakiry – tu urodziła się ta najsłynniejsza kolumbijska piosenkarka. Na cztery dni w roku Barranquilla zmienia się nie do poznania. Ogarnia ją szaleństwo kolorów, tańca i śpiewu, a gorące rytmy cumbii nie milkną ani na chwilę. Właśnie w niej odbywa się drugi największy karnawał na świecie. Barranquilla ustępuje miejsca jedynie boskiemu Rio de Janeiro. Tutejszy karnawał to nie tylko świetna zabawa, ale również okazja do pielęgnowania wieloletnich tradycji i wierzeń przodków oraz wyraz niezwykłej różnorodności kulturowej Kolumbii. Mieszają się na nim wpływy lokalne, europejskie i afrykańskie.

Najstarsze miasto Kolumbii, Santa Marta (założona 29 lipca 1525 r. przez hiszpańskiego konkwistadora Rodriga de Bastidasa), jest malowniczo położone na wybrzeżu i otoczone imponującymi górami. Dla większości turystów stanowi jednak jedynie bramę do jednego z najbardziej znanych kolumbijskich parków narodowych. Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) skrywa nieziemsko piękny fragment wybrzeża u podnóża drugiego (zaraz po Górach Świętego Eliasza w Kanadzie i USA – 5959 m n.p.m.) najwyższego przybrzeżnego pasma górskiego na świecie – Sierra Nevada de Santa Marta (wznoszącego się na wysokość 5775 m n.p.m.). Bujna tropikalna roślinność wdziera się w tym miejscu na rajskie plaże otoczone wysmukłymi palmami, między gałęziami wędrują małpki i tukany, a na skałach wygrzewają się dorodne iguany. Można tutaj spędzić noc w hamaku, namiocie lub chatce z widokiem na morze. Choć wytyczone ścieżki prowadzą przez las deszczowy, trudno natknąć się na niebezpieczne zwierzęta. Największym zagrożeniem są spadające kokosy i silne prądy morskie – ze względu na nie na niektórych plażach obowiązuje zakaz kąpieli.

Te rejony to również obszar wciąż zamieszkiwany przez rdzenną ludność, która żyje na trudniej dostępnych terenach w prostych domach zbudowanych z kamieni, gliny i liści palmowych oraz zachowała swoje tradycyjne zwyczaje. Miłośnicy przygód mogą wyruszyć na wymagający trekking przez tropikalny las aż do Zaginionego Miasta (Ciudad Perdida). W latach świetności było ono stolicą państwa Taironów (Tayronas) i nosiło nazwę Teyuna. Obecnie uważane jest za jeden z najważniejszych zabytków prekolumbijskich w Ameryce Południowej. Składa się aż ze 169 kamiennych tarasów, ale jak na razie odkryto jedynie ich część. Wciąż trwają prace badaczy. Miasto odnalezione zostało w 1972 r. przez poszukiwaczy skarbów. Kilka lat później, kiedy na czarnym rynku zaczęły się pojawiać nieznanego pochodzenia złote artefakty i ceramiczne urny, do dzieła wkroczyli archeolodzy. Do Ciudad Perdida można dotrzeć jedynie z lokalnym przewodnikiem. Trzeba pokonać trasę o długości 42 km w upale, wśród gęstej roślinności tropikalnej selwy, często wiodącą przez rzekę Buritaca. Trudy wędrówki wynagradzają jednak wspaniałe widoki na miejscu.

 

Wieża Zegarowa, brama do centrum historycznego

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

CODZIENNOŚĆ MAGICZNA

Po dwóch tygodniach spędzonych na wybrzeżu czas ruszyć na południe, w głąb kraju. Naszym pierwszym przystankiem jest mikroskopijna kropka na mapie, niewielkie jak na Kolumbię, 40-tysięczne miasto Aracataca. Zjeżdżamy z głównej drogi na szeroką szutrówkę. Mijamy mężczyznę wolno sunącego na skrzypiącym rowerze. Wokół nas unosi się kurz, a powietrze jest aż lepkie od upału. Po kilku minutach kluczenia wąskimi uliczkami docieramy na miejsce. Zatrzymujemy się przed domem, w którym urodził się laureat Nagrody Nobla i jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez (1927–2014). Dziś działa w nim muzeum. Co prawda, jego opiekunka od razu ostudza atmosferę, mówiąc, że nie zachowały się żadne oryginalne sprzęty i wszystko jest repliką.

Ślady twórczości Márqueza można znaleźć w wielu miastach. Choćby w Cartagenie, w której toczy się akcja powieści Miłość w czasach zarazy (1985 r.). Nigdzie jednak nie mieliśmy tak silnego poczucia przebywania na granicy magii i rzeczywistości jak w Mompox. Oficjalna nazwa miasta brzmi Santa Cruz de Mompox. W przeszłości pełniło funkcję swoistego skarbca dla Hiszpanów. Wywożono tutaj złoto i kosztowności w obawie przed atakami piratów na wybrzeżu. Obecnie przypomina miejsce zagubione w czasie. Nie tak łatwo tu dojechać. Niewinnie wyglądająca na mapie droga zupełnie niespodziewanie zmienia się w spore wyboje. Asfalt znika, co znacznie wydłuża nam czas jazdy, i kiedy zapada zmrok, jesteśmy gdzieś pośrodku niczego. Wtedy następuje kolejna niespodzianka: trasa nagle się kończy, a przed nami rozciąga się w całej okazałości najważniejsza żeglowna rzeka Kolumbii – Magdalena (o długości ok. 1530 km). Most podobno gdzieś jest, ale kilka kilometrów dalej, a mieszkańcy podają nam sprzeczne informacje co do tego, w którym kierunku powinniśmy jechać. Pozostaje nam archaiczny prom mogący przetransportować kilka samochodów. Przedostajemy się na drugi brzeg i mamy wrażenie, że przekroczyliśmy bramę do innego świata.

Choć funkcjonujemy w tropikalnym klimacie już od kilku miesięcy i zdążyliśmy przyzwyczaić się do wysokich temperatur, upał w Mompox daje nam popalić. Miasto otoczone jest rozlewiskami, powietrze stoi, a ubrania lepią się do skóry. Nic dziwnego, że koło południa życie zamiera, mieszkańcy kryją się w hamakach i z wytęsknieniem wyczekują rześkiej bryzy znad rzeki. Na spacery po malowniczych kolonialnych uliczkach wybieramy się rano i późnym popołudniem, a resztę dnia spędzamy na ocienionym bulwarze, zajadając się soczystym ananasem. Nie musimy się nigdzie spieszyć, wszystkie najciekawsze miejsca w mieście leżą w rejonie trzech ulic. Z sennością pomaga walczyć aromatyczne tinto – kolumbijska mała czarna. Częstują nas nim właściciele naszego hostelu i kobiety w sklepach, a na placach mężczyźni rozlewają do kubeczków ciemny napój z termosów. Wcale nie tak łatwo trafić na dobrą kawę, częściej zdarza się słodki ulepek.

W Kolumbii magicznych miasteczek nie brakuje. Przekonaliśmy się o tym w trakcie tej podróży wielokrotnie. Niektóre są wyjątkowo ładne, urzekają urokliwym położeniem i kolorami. Inne prezentują się trochę mniej atrakcyjnie. Wszystkie jednak są estetyczne i zadbane, a życie ich mieszkańców skupia się na zazwyczaj skąpanym w zieleni głównym placu. Nie inaczej wygląda Villa de Leyva. To, co tu zaskakuje, to rozmiar samego brukowanego placu – ma on aż 14 tys. m2! Tym samym jest największy w całej Kolumbii (i według niektórych nawet w całej Ameryce Południowej), a jego ogromna powierzchnia wydaje się nieproporcjonalna w stosunku do wielkości tego zabytkowego, 17-tysięcznego miasteczka. Na tutejszym Plaza Mayor (Plaza Principal) próżno również szukać drzew dających odrobinę cienia i chroniących przed palącym słońcem. Villa de Leyva zachwyca brukowanymi uliczkami, bielonymi ścianami budynków, otaczającymi ją malowniczymi górami oraz życzliwością mieszkańców.

 

Malownicze wybrzeże w Parku Narodowym Tayrona otacza bujna, tropikalna roślinność

© PROCOLOMBIA

 

MIASTO WIECZNEJ WIOSNY

Tak jak uwielbiamy spokojne, niewielkie miejscowości, tak zdecydowanie mniejszą sympatią darzymy duże ośrodki i szybko z nich uciekamy. Medellín – ukochane miasto najsłynniejszego barona narkotykowego, Pabla Escobara (1949– 993) – jest wyjątkiem od tej reguły. Położone w dolinie Aburrá, między zielonymi wzgórzami, zostało rozsławione ostatnio przez serial Narcos (o którym mieszkańcy nie lubią rozmawiać). Jeszcze 20 lat temu zaliczane było do najniebezpieczniejszych miejsc na świecie. Dziś uchodzi za symbol przemian, miasto nowoczesnych inwestycji, inicjatyw społecznych i artystycznych oraz świetnego systemu komunikacji miejskiej – działa tu jedyne jak na razie w Kolumbii metro. Nieodłącznym elementem panoramy Medellín są kolejki linowe (Metrocable de Medellín). Pozwalają także spojrzeć na nie z innej perspektywy.

Większość turystów zatrzymuje się w El Poblado – dzielnicy szklanych wieżowców, modnych restauracji i zadbanych parków. My znaleźliśmy niewielkie mieszkanie w San Javier, słynnej Comunie 13. Jego największą zaletą było wyjście na dach i rozpościerający się z niego niesamowity widok na miasto. Comuna 13 stanowiła kiedyś siedlisko zła. Oprowadza nas po niej Laura – dziewczyna w naszym wieku, która tutaj się urodziła. Dawniej wstydziłam się przyznać, skąd pochodzę. Kiedy byłam mała, zdarzały się takie dni, że mama nie pozwalała nam wyjść, bo bała się, że zginiemy. Dziś z dumą przyprowadzam tu turystów, opowiadam naszą historię i pokazuję twórczość lokalnych artystów – opowiada. Sztuka uliczna jest tutaj bardzo ważną formą ekspresji. To nie tylko kolorowe malunki na ścianach, ale też historie o strachu, niesprawiedliwości, sile, nadziei i miłości. Nie znaczy to jednak, że przemoc i narkotyki całkowicie zniknęły z ulic. Mieszkańcy wciąż zmagają się z wieloma problemami.

Życie w metropolii może męczyć. W Medellín wystarczy jednak zaledwie pół godziny, żeby uciec od zgiełku wielkiego miasta. A jeżeli mamy trochę więcej czasu, zdecydowanie warto wybrać się do oddalonego o ok. 80 km Guatapé. Są aż trzy powody, aby odwiedzić to 10-tysięczne miasteczko: sztuczne jezioro o turkusowym kolorze, z rozsianymi na jego powierzchni wysepkami, El Peñón de Guatapé (Piedra del Peñol), czyli wysoka na 220 m skała, na której szczyt prowadzi blisko 660 schodów i skąd roztaczają się najlepsze widoki na okolicę, oraz chyba najbardziej kolorowe uliczki w całej Kolumbii (a konkurencja jest spora). Charakterystyczny element dekoracyjny stanowią tutaj zócalos, czyli barwne płaskorzeźby przedstawiające historię i tradycje właściciela domu. Nawet jak na wysokie kolumbijskie standardy Guatapé jest wyjątkowo urocze. W jego klimatycznych uliczkach można spokojnie zagubić się na ładnych parę godzin.

 

ZIELONE KRÓLESTWO KAWY

Eje Cafetero, czyli region kawy, który obejmuje departamenty Caldas, Risaralda i Quindío, skrywa tysiące odcieni zieleni, urokliwe miasteczka oraz jeden z największych skarbów kraju. Kolumbia jest trzecim na świecie producentem kawy zaraz za Brazylią i Wietnamem. Wiele osób uważa jednak, że to właśnie kolumbijskie ziarna są najlepsze pod względem jakości. Niestety, jeszcze do niedawna zwykli Kolumbijczycy mieli niewielkie szanse się o tym przekonać. Najlepsze ziarna zawsze szły na eksport, a w kraju zostawały tylko te najniższej jakości, które nazywamy „cafe basura” („kawowe odpady”) – opowiada nam don Leo, właściciel rodzinnej plantacji Finca Alsacia w niewielkim miasteczku Buenavista w departamencie Quindío. Kawy z nich nie da się pić, to właśnie dlatego dodaje się do niej tyle cukru. Trzeba zabić ten smak. Na szczęście teraz sytuacja znacznie się poprawiła, ale wciąż nie tak łatwo znaleźć dobrą kawę poza naszym regionem.

Staramy się w pełni wykorzystać pobyt w kawowym raju i wizytę w każdym nowym dla nas miasteczku zaczynamy od filiżanki tinto. Najbardziej popularne wśród turystów jest Salento. W kolorowych uliczkach można znaleźć wiele przytulnych kafejek, restauracji, sklepów z pamiątkami. Codziennie rano z głównego placu odjeżdżają charakterystyczne jeepy willysy, które zawożą chętnych do oddalonej o kilka kilometrów doliny – Valle de Cocora. To miejsce słynie z najwyższych na świecie palm woskowych (palma de cera del Quindío). Sięgają nawet 60 m, a przy tym są wyjątkowo smukłe. Ich wierzchołki często kryją się we mgle, co jedynie dodaje krajobrazom magii. Przez kilka godzin wędrujemy po malowniczej dolinie. Kiedy wychodzimy, jest ciepło i słonecznie, ale wkrótce widoczność znacznie słabnie. Gdy tylko dochodzimy do Domu Kolibrów – Rezerwatu Przyrody Acaime (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), zaczyna lekko padać. Uzupełniamy energię gorącą czekoladą z serem i podglądamy różne gatunki kolibrów. Droga powrotna ma w sobie coś z przygody – przeskakujemy przez strumienie, przechodzimy przez liczne linowe mostki i staramy się nie wpaść w błoto po kostki.

 

ZŁOTO I SZMARAGDY

Choć większość poznanych w Kolumbii osób odradzała nam wizytę w stołecznej Bogocie, na swój sposób polubiliśmy to miasto. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka nas nie zachwyciła. Jedyne, co dostrzegliśmy, to ogromna miejska dżungla i korki ciągnące się po horyzont. Sympatia przyszła z czasem. Turystycznym sercem stolicy kraju jest tętniąca życiem i kolorami zabytkowa La Candelaria. Tutaj można znaleźć wiele barwnych murali, klimatycznych knajpek i kafejek. Bogota najładniej prezentuje się z góry, szczególnie w promieniach popołudniowego słońca. Najlepsze widoki rozpościerają się ze szczytu Monseratte (3152 m n.p.m.), na który wjeżdża kolejka, oraz tarasu na Torre Colpatria – 196-metrowym drapaczu chmur. Jeśli komuś Kolumbia kojarzy się jedynie z tropikami, może przeżyć lekki szok. Miasto położone jest na wysokości ponad 2600 m n.p.m. i wieczory są tu dość chłodne. W razie niepogody dobrze ukryć się w jednym z licznych muzeów, np. słynnym Muzeum Złota (Museo del Oro). Nam jednak najbardziej przypadło do gustu muzeum kolumbijskiego malarza i rzeźbiarza Fernanda Botera (Museo Botero), który słynie z upodobania do charakterystycznie zaokrąglonych postaci. Imponującą kolekcję każdy może zobaczyć za darmo – taki był warunek artysty, zanim przekazał dzieła miastu.

Stołeczne lotnisko nie bez przyczyny nosi nazwę Aeropuerto Internacional El Dorado. Hiszpańscy konkwistadorzy, którzy przybyli na teren dzisiejszej Kolumbii w pierwszej połowie XVI stulecia, marzyli o złocie. Nietrudno sobie wyobrazić, jak podziałała na nich historia o świętym jeziorze, gdzie podczas lokalnych rytuałów zatapiano łodzie wypełnione złotem i szmaragdami. Przybyszom z Europy udało się je zlokalizować – była to położona ok. 70 km na północny wschód od Bogoty Guatavita (Laguna de Guatavita). Poświęcili wiele czasu na poszukiwania, próbowali nawet osuszyć jezioro. Niektóre źródła podają, że konkwistadorzy trudzili się bezskutecznie. Inne zapewniają, że kilku szczęśliwców znalazło kosztowności. Obecnie Bogota wciąż przyciąga wielbicieli drogocennych kamieni – to właśnie w Kolumbii wydobywa się najlepszej jakości szmaragdy na świecie. Na ulicach stolicy kupimy je w licznych butikach, a osoby z żyłką hazardzisty mogą spróbować szczęścia na czarnym rynku, który funkcjonuje nieopodal Muzeum Złota.

Po kilku dniach w Bogocie mamy już dość zgiełku i zimna. Kierujemy się do departamentu Huila na pustynię Tatacoa (Desierto de la Tatacoa). Choć w ostatnich latach to miejsce zaczyna być coraz bardziej popularne, wciąż pozostaje na uboczu turystycznego szlaku. Nazwa jest dość myląca. Tak naprawdę to nie pustynia, a suchy las tropikalny. Hiszpańscy konkwistadorzy z XVI w. nazywali ją również Doliną Smutków (Valle de las Tristezas). Tatacoa mieni się kolorami, wśród których dominują czerwony i szary. Fascynujące formacje skalne tworzą swoisty labirynt upstrzony wielkimi kaktusami. Żar leje się z nieba. Z radością znajdujemy niewielką oazę z basenem. Natychmiast wskakujemy do wody, aby się orzeźwić. Po południu temperatura staje się przyjemniejsza, a gra światła ożywia niezwykły krajobraz. Zupełnym przypadkiem trafiamy na pokaz tradycyjnego tańca w wykonaniu młodej pary. Wracamy do hostelu późnym wieczorem, obserwując rozgwieżdżone niebo.

 

Guatapé nazywa się miasteczkiem zócalos

© Jacek Śledziński /www.sledznas.pl

 

ROZTAŃCZONE CALI

Ostatnim przystankiem w naszej kolumbijskiej podróży jest Cali (pełna nazwa miasta to Santiago de Cali). Choć stanowi ważny ośrodek finansowy i przemysłowy, w świecie słynie raczej jako stolica salsy. Dźwięki muzyki wyznaczają tutaj rytm życia. Dwa razy w roku ulice Cali zamieniają się w wielki taneczny parkiet: we wrześniu w trakcie Światowego Festiwalu Salsy (Festival Mundial de Salsa de Cali) oraz w okolicy Bożego Narodzenia, kiedy odbywa się widowiskowe święto miasta (Feria de Cali).

Mimo iż w ubiegłych latach donoszono o wzroście przestępczości w Cali, wyczuwamy w nim dobrą energię. Cieszymy się smakiem świeżych egzotycznych owoców, przesiadujemy na placach i wdajemy się w rozmowy z życzliwymi mieszkańcami. Rozpromieniają się, kiedy mówimy, jak bardzo podoba nam się ich kraj. Dopytują, czy na pewno spróbowaliśmy wszystkich lokalnych specjałów i zaraz zamawiają coś, czego nie zdążyliśmy wcześniej posmakować. Te dni są pełne szczerego uśmiechu i spontanicznej radości. Bo właśnie ludzie to największy skarb Kolumbii.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Na południowym krańcu Szwecji

 

GRZEGORZ MICUŁA

 

Do Szwecji, położonej po drugiej stronie Morza Bałtyckiego, dość łatwo dostać się z Polski. Ze Świnoujścia kursują regularnie promy do Ystad i Trelleborga, z Gdyni pływają statki do Karlskrony, a z Gdańska – do Nynäshamn w regionie Sztokholm, linie Wizz Air i Ryanair oferują tanie loty do szwedzkich miast. Polacy chętnie szukają w tym skandynawskim kraju pracy, a często znajdują w nim swój nowy dom. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Szwecja jest piękna, przyjazna i szczyci się dbaniem o środowisko naturalne. Dlatego warto odwiedzić ją również w celu czysto turystycznym.

 

Południowe regiony kraju: Skania, Blekinge i leżący bardziej na zachód Halland, przez stulecia były kością niezgody pomiędzy Danią i Szwecją, które toczyły o nie krwawe wojny. Obecne szwedzkie tereny na południu Półwyspu Skandynawskiego stanowiły część państwa duńskiego aż do 1658 r., kiedy to Szwedzi przeszli po zamarzniętych cieśninach Bałtyku i zaatakowali zaskoczonych Duńczyków. Tym ostatnim próbował pomóc Stefan Czarniecki, który dowodził oddziałami polskimi w wyprawie sojuszniczej (brandenbursko-polsko-habsburskiej) przeciwko królowi Szwecji Karolowi X Gustawowi. W trakcie kampanii zdobył szturmem twierdzę Koldynga na Półwyspie Jutlandzkim i przeprawił się z jazdą przez morską cieśninę na wyspę Als.

 

W wyniku traktatu z Roskilde (1658 r.) prowincje Danii na Półwyspie Skandynawskim stały się częścią Szwecji. Mimo upływu kilku stuleci o tamtych czasach przypominają potężne, niegdyś graniczne twierdze, a wpływy duńskie są tu nadal widoczne, zarówno w języku i lokalnych nazwach, jak i architekturze.

 

URODZAJNA KRAINA

 

Skania to różnorodny i pełen kontrastów region rolniczy. Znajduje się w nim kilkaset kilometrów piaszczystych plaż. Można tutaj jeździć konno, rowerem, pływać kajakiem, żeglować czy łowić ryby, a także wybrać się na obserwowanie i fotografowanie ptaków i zwierząt. Ta najdalej na południe wysunięta część kraju różni się od reszty jego terytorium budową geologiczną. Występują w niej również niezłe, jak na Skandynawię, gleby, a ponieważ region ten leży w strefie łagodniejszego klimatu niż rozciągające się dalej na północ tereny Półwyspu Skandynawskiego, właśnie stąd pochodzi większość wytwarzanej przez Szwedów żywności. Skania bywa nawet nazywana spichlerzem Szwecji. Miejscowi cenią sobie dobre jedzenie. W regionalnej kuchni królują śledzie, węgorze, gęsi, szparagi czy jabłka. Poza tym do typowych specjałów należą omlety i spettkaka (spettekaka) – słodkie ciasto o smaku bezy, przypominające wyglądem nasz sękacz.

 

Tutejsze krajobrazy mają wiele uroku. Są też malowniczym tłem dla dawnych budowli obronnych, wiatraków i kościołów. W niewielkiej Skanii (niemal 11 tys. km² powierzchni) jest blisko 300 zamków, pałaców i dworów, będących w większości własnością prywatną, a przez to zwykle niedostępnych dla turystów.

 

W tym regionie Szwecji znajdują się także duże miasta, m.in. ponad 300-tysięczne Malmö (trzeci pod względem liczby ludności ośrodek miejski w kraju), kosmopolityczny Helsingborg czy Lund z jedną z najwspanialszych świątyń północnej Europy. Płaskie tereny półwyspu Bjäre (Bjärehalvön) doskonale nadają się na wycieczki piesze, rowerowe i konne. Jest tu również wiele profesjonalnych pól golfowych, a pobliskie miasteczko Båstad stało się szwedzką stolicą tenisa.

 

Na południowym wybrzeżu leży śliczne zabytkowe 20-tysięczne Ystad ze średniowiecznym układem ulic, do którego docierają promy ze Świnoujścia. Okolice pełne są śladów po walecznych wikingach. Warto zobaczyć najdalej na południe wysuniętą szwedzką miejscowość Smygehamn (w gminie Trelleborg), rybackie miasteczko Simrishamn, gdzie funkcjonuje połączenie promowe z duńskim Bornholmem, oraz otoczone sadami jabłoniowymi Kivik, niedaleko którego w 1748 r. odkryto kurhan z epoki brązu. W mieście Åhus produkowana jest słynna szwedzka wódka Absolut (należąca obecnie do francuskiego koncernu Pernod Ricard), a w pobliskim Kristianstad, wybudowanym w 1614 r. z rozkazu króla Danii i Norwegii Chrystiana IV Oldenburga, do dziś zachował się renesansowy układ urbanistyczny.

 

WŚRÓD SZACHULCOWYCH MURÓW

 

Ystad przez wieki miało status miasta królewskiego, dlatego w jego herbie znajduje się królewski lew. Przez 300 lat mieszkańcy utrzymywali się z połowu śledzi. Zachowało się tu ponad 300 starych, szachulcowych domów. Ze względu na korzystne położenie Ystad ma stałe połączenia z Malmö, Bornholmem i Świnoujściem (do tego ostatniego promy Unity Line i Polferries kursują codziennie).

 

W biurze informacji turystycznej usytuowanym w pobliżu portu, dworca kolejowego i autobusowego można zaopatrzyć się w mapy i foldery. W tym samym budynku mieści się Muzeum Sztuki Ystad (Ystads konstmuseum) specjalizujące się w gromadzeniu dzieł skandynawskich artystów. Na północny zachód stąd znajduje się Stortorget, główny plac miasta z Kościołem NMP, erygowanym ok. 1200 r. i pierwotnie romańskim, w XV stuleciu przebudowanym w stylu gotyckim, a później wielokrotnie przekształcanym. Ciekawie wygląda jego barokowa ambona, pod którą wyrzeźbiono przerażającą twarz, a także średniowieczny krucyfiks z głową Jezusa z prawdziwymi włosami.

 

Przy Stortorget stoi również Stary Ratusz (Gamla Rådhuset). Zaczęto go budować w XV w. Za wspomnianym kościołem, koło zabytkowej hali (Saluhallen) wzniesionej w miejscu, gdzie od stuleci handluje się produktami spożywczymi, zaczyna się malownicza Lilla Västergatan, jedna z głównych ulic w historycznym centrum Ystad. Zachowało się tutaj wiele zabytkowych domów kupieckich.

 

Przy ulicy Klasztornej (Klostergatan) znajduje się muzeum historyczno-kulturowe Klostret i Ystad, urządzone w założonym w 1267 r. opactwie franciszkańskim z Kościołem św. Piotra (Sankt Petri kyrka). Zebrane w nim eksponaty związane z historią miasta i regionu dobrze komponują się z zabytkowymi wnętrzami. W muzealnej kawiarence można odpocząć przy kawie i ciastku.

 

Dzisiejsze Ystad kojarzy się także z Kurtem Wallanderem – doświadczonym przez życie detektywem z powieści kryminalnych Henninga Mankella (1948–2015). Urodzony w Sztokholmie pisarz kupił w okolicy posiadłość, tutaj też umieszczał akcje swoich kryminałów.

 

Warto pamiętać, że to szwedzkie miasto jest kąpieliskiem morskim, a piękne plaże ciągną się zarówno na zachód, w kierunku Trelleborga, jak i na wschód, w stronę osady Kåseberga, gdzie na stromym klifie znajduje się Ales stenar – największy w Skandynawii kompleks megalityczny (o długości 67 m). Tworzące go wielkie głazy (w sumie 59!) zostały ułożone w kształt przypominający z lotu ptaka łódź.

 

Nocny trębacz z Ystad

 

W Ystad kultywuje się tradycję podobną do tej z naszego Krakowa, a sięgającą XVIII w. Strażnik (tornväktare) na wieży Kościoła NMP w nocy gra na trąbce hejnał co 15 min. od 21.15 do 1.00. Powtarzającą się co chwilę melodię słychać w całym centrum miasta. Niegdyś w ten sposób obywatele zyskiwali pewność, że strażnik nie śpi – aż do połowy XIX stulecia zaśnięcie na warcie karane było śmiercią. Kiedy zaniechano odgrywania hejnału w czasie II wojny światowej, mieszkańcy skarżyli się, że nie mogą zasnąć z powodu niczym nie przerywanej ciszy panującej w nocy.

 

OŚRODEK AKADEMICKI

 

Lund, najstarsze miasto Skanii, słynie z zabytków. O istniejącej w tym miejscu osadzie wspominały już normańskie sagi w 940 r., ale ośrodek zaczął się rozwijać w czasach króla Swena Widłobrodego. Jego syn – Knut Wielki – uczynił Lund jednym z najważniejszych miast północnej Europy, centrum religijnym, politycznym i handlowym Danii. W 1104 r. ustanowiono tu siedzibę arcybiskupstwa. W latach 80. XI stulecia rozpoczęto budowę wspaniałej romańskiej Katedry (Lunds domkyrka), którą konsekrowano w 1145 r. Po odebraniu Skanii Duńczykom w mieście założono w 1666 r. drugi po Uppsali uniwersytet w Szwecji – Lunds universitet. Obecnie studiuje na nim ok. 42 tys. osób.

 

Lund jest przyjemne i spokojne. Wiele uliczek w centrum ma jeszcze nawierzchnię ze starego bruku. Miasto zdobi mnóstwo kwiatów, zwłaszcza róż. Tuż obok Katedry znajduje się park Lundagård z głównym budynkiem uniwersyteckim (Universitetshuset) i Stortorget – główny plac Lund. Wspaniała architektura i interesujące muzea, a przede wszystkim liczni studenci nadają temu miastu niepowtarzalny urok.

 

Wspomniana romańska Katedra to najciekawszy tutejszy zabytek. Wzniesiona została z białego kamienia. Jej fasadę wieńczą dwie masywne wieże wysokie na 55 m, zwane Chłopcami z Lund, a od wschodu zamyka ją okazała absyda. Majestatyczne wnętrze jest zaskakująco skromne. W lewej nawie w pobliżu wejścia znajduje się kolorowy zegar astronomiczny Horologium Mirabile Lundense z 1425 r., który pokazuje godziny, dni i tygodnie oraz ruch słońca i księżyca na niebie. Co jakiś czas urządzenie ożywa i mechaniczne figurki zaczynają swoje przedstawienie: rycerze dmą w trąby, a trzej mędrcy okrążają Maryję z małym Jezusem. Katedralny ołtarz główny z 1398 r. pochodzi z północnych Niemiec. Ambona z 1592 r. jest jednym z najwspanialszych dzieł nordyckiego renesansu, a bogato rzeźbione, XIV-wieczne dębowe stalle należą do największych w Europie.

 

Pod głównym ołtarzem znajduje się krypta niezmieniona od niemal dziewięciu stuleci, wsparta na 23 kolumnach, z posadzką wyłożoną płytami nagrobnymi. Dwie kolumny obejmują kamienne postacie mężczyzny i kobiety z dzieckiem. Legenda mówi, że to olbrzym Finn i jego rodzina, którzy chcieli zniszczyć świątynię i zostali zamienieni w kamień.

 

Za katedrą mieści się Muzeum Historyczne (Historiska museet) należące do uniwersytetu. Szczyci się ono drugim co do wielkości zbiorem eksponatów archeologicznych w Szwecji oraz interesującą kolekcją średniowiecznych rzeźb. Niedaleko znajduje się Kulturen i Lund – pod gołym niebem ustawiono tu oryginalne budynki reprezentujące architekturę charakterystyczną dla czterech warstw społecznych: arystokracji, kleru, mieszczan i chłopów. Placówka liczy sobie ponad 125 lat, bo otwarto ją już w 1892 r.

 

 per pixel petersson-lund cathedral-5260

Ogromna romańska Katedra należy do najważniejszych zabytków Lund

© PER PIXEL PETERSSON/IMAGEBANK.SWEDEN.SE

 

EKOLOGICZNA METROPOLIA

 

Malmö, położone nad cieśniną Sund, przyciąga turystów średniowiecznym centrum z zamkniętymi dla ruchu kołowego ulicami. Nazywane bywa miastem parków, których znajduje się tutaj ok. 20. Prawie w samym centrum leżą też piaszczyste plaże (z 2,5-kilometrową Ribersborg na czele). W Malmö działa poza tym podobno najwięcej restauracji w Szwecji w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Oprócz turystów przyjeżdżają do niego na zakupy tłumy Duńczyków z pobliskiej Kopenhagi.

 

Stare Miasto, czyli Gamla staden, okala kanał, po którym można dziś przepłynąć się statkiem wycieczkowym lub łódką czy rowerem wodnym. Na zachodzie wśród zieleni stoi otoczony fosą zamek – Malmöhus. Jego okolica przywodzi na myśl Holandię. Nad rozległym parkiem góruje wiatrak (Slottsmöllan), a do zamkowej kawiarni („Slottsträdgårdens kafé”) prowadzą długie aleje kwiatów, głównie różnokolorowych tulipanów. W sąsiednim ogrodzie uprawiane są warzywa i zioła, wykorzystywane w kuchni w tym lokalu. Najlepiej zamówić tu rybę, zwłaszcza łososia serwowanego na rozmaite sposoby, albo tradycyjną szwedzką kanapkę z sałatą, krewetkami i jajkiem, polaną majonezem.

 

Niedaleko dworca centralnego stoi rzeźba przedstawiająca rewolwer z zawiązaną na węzeł lufą, która symbolizuje niechęć do używania przemocy. Umieszczono ją w pobliżu XIX-wiecznego gmachu dawnej giełdy. Z kolei przy Stortorget, głównym placu Starego Miasta, otoczonym zabytkowymi kamienicami, stoi Ratusz (Malmö rådhus) zbudowany w pierwszej połowie XVI w. w stylu niderlandzkiego renesansu. W jego wnętrzu na zainteresowanie zasługuje wspaniała sala gildii kupieckiej. W ratuszowych piwnicach od ponad czterech stuleci karmi się gości. Obecnie działa w nich znana restauracja „Rådhuskällaren”. Z konnego pomnika ustawionego pośrodku placu na przechodniów spogląda król szwedzki Karol X Gustaw, który odebrał Malmö Duńczykom.

 

Na dawnych terenach przemysłowych leżących nad brzegiem morza zbudowano nowoczesną i bardzo ekologiczną dzielnicę Västra Hamnen (Zachodnia Przystań). Uwagę zwraca w niej widoczny z daleka wieżowiec Turning Torso – najwyższy drapacz chmur w Skandynawii. Ma 190 m wysokości (54 piętra) i przypomina skręconą wieżę. W tym luksusowym gigancie znajdują się zarówno biura, jak i apartamenty.

 

Most nad cieśniną Sund

 

Przeprawa łącząca Szwecję z Danią została oficjalnie oddana do użytku w lipcu 2000 r. Zaczyna się w Lernacken leżącym w gminie Malmö. Mostem rozpiętym nad Sundem samochody i pociągi docierają do sztucznej wyspy – Peberholm – usypanej u wybrzeży Danii. Z niej dostają się do położonego pod wodą tunelu, z którego wyjeżdżają w pobliżu międzynarodowego portu lotniczego Kopenhaga-Kastrup. Sam most wiszący o długości 7845 m podtrzymują dwa ogromne, 203,5-metrowe pylony. Prześwit między nimi wynosi 57 m, dzięki czemu mogą tędy przepływać nawet największe statki. Przejazd samochodem przez most trwa zaledwie 10 min. i jest bardzo komfortowy.

 

justin brown-western harbour-672

Turning Torso zaprojektował znany hiszpański architekt Santiago Calatrava

© JUSTIN BROWN/IMAGEBANK.SWEDEN.SE

 

OGRÓD SZWECJI

 

Blekinge to druga po Olandii najmniejsza historyczna prowincja (landskap) w kraju (ma powierzchnię 2941 km²). Jej nazwa pochodzi od słowa bleke, co oznacza „spokojną wodę” lub „martwą ciszę” – są też tacy, którzy tłumaczą ją jako „odbicie słońca na wodzie”. Doskonale oddaje to poetycką atmosferę krainy zwanej ogrodem Szwecji. Wzdłuż wybrzeża ciągną się setki wygładzonych przez lodowiec granitowych wysepek tworzących rozległy archipelag. Stoją na nich pomalowane na ceglastoczerwony kolor wakacyjne domki, przy każdym zacumowana jest żaglówka lub łódka. Żeglowanie i łowienie ryb stanowią bez wątpienia najpopularniejsze zajęcia miejscowych.

 

To rejon stworzony dla rowerzystów. Niewielkie odległości i gęsta sieć dobrze utrzymanych szlaków rowerowych sprawiają, że zwiedzanie Blekinge na dwóch kółkach staje się bardzo przyjemne. Okolica wygląda zupełnie jak z książek szwedzkiej autorki Astrid Lindgren (1907–2002), która mieszkała w sąsiedniej Smalandii.

 

Do stolicy regionu – Karlskrony – kursują dwa lub trzy razy dziennie promy Stena Line z Gdyni. Dotarcie do samego serca Blekinge nie stanowi więc problemu. W miejscowej informacji turystycznej można dostać foldery i materiały w języku polskim.

 

MIASTO NA WYSPACH

 

Nazywana małym Sztokholmem Karlskrona, położona malowniczo na ponad 30 wyspach, jest jednym z głównychszwedzkich portów morskich, siedzibą dowództwa marynarki wojennej i akademii marynarki wojennej. W 1679 r. król Karol XI postanowił wznieść idealne miasto i bazę floty wojennej na wyspie Trossö, ale jej właściciel, rolnik Vittus Anderson, nie chciał sprzedać swojej ziemi. Władca wtrącił go do więzienia i trzymał w nim tak długo, aż ten zmienił zdanie. Przy projektowaniu Karlskrony wytyczono regularną siatkę szerokich traktów, po których mogły defilować oddziały marynarzy. Ulice noszą imiona szwedzkich admirałów, a najważniejsze tutejsze muzeum poświęcone jest – oczywiście – historii marynarki wojennej Królestwa Szwecji.

 

Zwiedzanie najlepiej rozpocząć od Stortorget, głównego placu miasta, ponoć największego i najpiękniejszego w całej północnej Europie. Stoi na nim pomnik Karola XI. Za plecami króla znajduje się Ratusz (Rådhuset) wzniesiony w końcu XVIII w. (obecnie mieści się w nim sąd), a przed nim – Kościół św.Fryderyka, elegancka budowla z dwiema wieżami. Świątynię, podobnie jak pobliski Kościół Świętej Trójcy, zaprojektował słynny szwedzki architekt Nicodemus Tessin młodszy (1654–1728), który ukończył królewską rezydencję Drottningholm pod Sztokholmem.

 

Najważniejszym zabytkiem Karlskrony jest stara stocznia – Karlskronavarvet. Założona została w 1679 r. i do dziś stanowi jedno z najważniejszych miejsc, gdzie produkuje się okręty wojenne w Szwecji. Do najciekawszych obiektów należą Femfingerdockan (Dok Pięciu Palców) – zespół pięciu suchych doków przypominający układem dłoń, zbudowany w latach 1758–1856; imponujący rozmiarami drewniany budynek Wasaskjulet (Hangar Wasa), wzniesiony w 1763 r., w którym powstawały okręty wojenne wyposażone w maksymalnie 70 dział; długa na ponad 300 m hala Repslagarbanan (Powrozownia), wykorzystywana do skręcania lin okrętowych, oraz Gamla mastkranen – stary ceglany żuraw o wysokości 42 m służący do montażu masztów.

 

Stocznię i bazę marynarki oddziela od miasta wysoki kamienny mur (Varvsmuren), również zabytkowy. Okoliczne forty oraz podmiejska rezydencja słynnego szwedzkiego konstruktora okrętów Fredrika Henrika Chapmana (Skärva herrgård) zachowały się w świetnym stanie. W 1998 r. znaczna część dawnych portowych zabudowań Karlskrony trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

MORSKIE TRADYCJE

 

Niedaleko portu w Karlskronie stoi Kościół Admiralicji, noszący też nazwę Ulrica Pia od imienia królowej Szwecji Ulryki Eleonory Wittelsbach (panującej w latach 1718–1720), która przyczyniła się do jego budowy. Imponujących rozmiarów świątynia o pięknych proporcjach konsekrowana została w 1685 r. Wzniesiono ją na planie krzyża greckiego i jest największym drewnianym kościołem w kraju. W pomalowanym na jasnoniebiesko skromnym wnętrzu znajdują się okazałe organy. Po naciśnięciu przycisku umieszczonego przy wejściu można posłuchać granych na nich melodii. Obok zainstalowano audioprzewodnik, m.in. w języku polskim.

 

Przed kościołem od niemal 300 lat stoi drewniana rzeźba dziadka Rosenboma, będąca skarbonką i uchodząca za symbol miasta (w 1956 r. oryginał przeniesiono do świątyni, a na zewnątrz ustawiono kopię). Przedstawia biedaka, który według legendy zamarzł, gdy w noc sylwestrową 1717 r. prosił o jałmużnę dla swojej rodziny. Zgodnie z tradycją każdy odwiedzający Karlskronę powinien złożyć w tym miejscu jakiś datek. Pieniądze wrzuca się do otworu pod kapeluszem dziadka Rosenboma.

 

W mieście koniecznie odwiedzić trzeba poza tym Muzeum Marynarki Wojennej (Marinmuseum), którego tradycja sięga 1752 r. (w obecnej lokalizacji działa od 1997 r.). Przed nowoczesnym budynkiem leżą wielkie kotwice okrętowe. W specjalnej hali znajduje się pierwszy szwedzki okręt podwodny HMS Hajen (Rekin) z 1904 r., przypominający Nautilusa kapitana Nemo. W placówce obok interesujących modeli żaglowców oraz elementów wyposażenia i uzbrojenia statków obejrzymy także galerię kilkunastu galionów – wielkich rzeźb, jakie umieszczano na dziobach. Pomieszczenie ma znakomitą akustykę, dlatego często odbywają się tu koncerty. Niesamowite wrażenie robią wpływające do portu wielkie statki widoczne przez przeszklone ściany. W muzeum powstała też ekspozycja poświęcona incydentowi ze szpiegowską wizytą radzieckiej łodzi podwodnej. W 1981 r. na wody silnie strzeżonego archipelagu Karlskrony wpłynęła należąca do ZSRR jednostka S-363 i utknęła na skałach przy wysepce Torhamnaskär.

 

Żeby odetchnąć atmosferą dawnego miasta, trzeba wybrać się do jego najstarszej dzielnicy Björkholmen (Brzozowa Wyspa), gdzie zachowało się kilkadziesiąt małych, drewnianych domków z ogródkami z początku XVIII stulecia, zbudowanych dla pracujących w stoczni wojennej robotników. Małe drzwi i okna z kwiatami, kołatki i rosnące pod ścianami malwy wyglądają uroczo. Warto zwrócić uwagę na wiatrowskazy w kształcie łódek żaglowych, czarownic czy ptaków w locie. Niektóre domki można wynająć. Niegdyś mówiono tutaj osobliwym dialektem björkholmska.

 

Amatorzy morskich pamiątek powinni odwiedzić wyspę Saltö. Przy ulicy Utövägen znajduje się nautykwariat z elementami wyposażenia okrętowego, m.in. starymi lampami żeglarskimi, chronometrami, mapami i dziełami sztuki marynistycznej. Po obejrzeniu najciekawszych atrakcji Karlskrony można wyruszyć na zwiedzanie okolicy. Na zainteresowanie w Blekinge zasługują stare kupieckie miasta Ronneby i Karlshamn oraz Växjö (szwedzka stolica szkła) i zabytkowy Kalmar w sąsiedniej historycznej prowincji Smalandia, a także spokojna wyspa Olandia.

 

 ty1s91pir0z3je98v3qwea

Wyspa Stumholmen wchodząca w skład Karlskrony

© VISIT KARLSKRONA/BIRGER LALLO

 

ZACHODNIA BRAMA KRAJU

 

Göteborg to drugie po Sztokholmie miasto Szwecji oraz największy port całej Skandynawii. Zbudowany został na początku XVII w. według planów architektów holenderskich pracujących na zlecenie króla Gustawa II Adolfa. Dziś mieszka w nim niemal 600 tys. ludzi. Swoje siedziby założyły tu takie firmy jak Volvo, SKF (producent łożysk) i Hasselblad (koncern fotograficzny). Ze względu na swoje znaczenie Göteborg stanowi poważną konkurencję dla stołecznego Sztokholmu.

 

Miasto jest doskonale zaprojektowane, przyjazne mieszkańcom i turystom. Znajdziemy w nim szerokie aleje, eleganckie place ozdobione pomnikami, malownicze kanały pamiętające czasy wytyczających je Holendrów. Jedna z najstarszych budowli Göteborga to Kronhuset (z lat 1643–1654), dawny arsenał miejski, obecnie placówka muzealna. Ciekawym zabytkiem jest też dawna siedziba Szwedzkiej Kompanii Wschodnioindyjskiej z połowy XVIII stulecia (Ostindiska huset), w której obecnie mieści się Muzeum Göteborga (Göteborgs stadsmuseum). W historycznej części miasta znajdują się także XVII-wieczny Ratusz (Göteborgs rådhus) oraz klasycystyczna Katedra z XIX w. (Göteborgs domkyrka). Przy wąskich uliczkach stoją tu zabytkowe kamienice. Koło portu funkcjonuje Maritiman – ciekawe muzeum morskie z zewnętrzną ekspozycją składającą się z ok. 20 statków i okrętów. Wśród nich jest niszczyciel HMS Småland, łódź podwodna HMS Nordkaparen, statek strażacki i latarniowiec Fladen z 1915 r.

 

Ważny punkt na mapie miasta stanowi Götaplatsen – główny plac współczesnego Göteborga, z fontanną ozdobioną pomnikiemPosejdona, dziełem szwedzkiego rzeźbiarza Carla Millesa (1875–1955). W jego okolicy znajduje się Konserthus (siedziba słynnej Göteborskiej Orkiestry Symfonicznej) i Muzeum Sztuki (Göteborgs konstmuseum) z najbogatszą w Szwecji kolekcją sztuki nordyckiej oraz wspaniałym zbiorem płócien holenderskich, francuskich i hiszpańskich mistrzów malarstwa: Rembrandta, Vincenta van Gogha, Claude’a Moneta i Pabla Picassa. Z dzieł współczesnych można zobaczyć m.in. prace stworzone przez znane w Szwecji artystki Charlottę Gyllenhammar, Klarę Kristalovą czy Cajsę von Zeipel. Rodziny z dziećmi powinny odwiedzić pełen atrakcji rozległy park rozrywki Liseberg (największe wesołe miasteczko w Skandynawii).

 

goteborg port bark Vikingfot

Czteromasztowy bark Viking z 1906 r. służy obecnie za hotel w Göteborgu

© GRZEGORZ MICUŁA