O swojej wizycie na Kubie w maju 2018 r. opowiada Victor Borsuk, siedmiokrotny mistrz Polski i czterokrotny wicemistrz Polski w kitesurfingu, wielokrotnie stający na podium w Pucharze Polski, Świata i Europy, doświadczony trener szkolący amatorów i profesjonalistów, z zamiłowania podróżnik, współpracujący ściśle z magazynem All Inclusive, z którym był ostatnio na 38. Międzynarodowych Targach Turystyki – FITCuba 2018 odbywających się na Los Cayos de Villa Clara.
Jest godzina 4.00, a ja nie mogę spać. Wczoraj wróciłem z najlepszej podróży w moim życiu. Teraz ekscytacja walczy we mnie z jet lagiem. Kiedy inni śpią, ja dopiero zaczynam swój dzień, gdy oni wstają do pracy, ja właśnie się kładę.
Przed wyjazdem starałem się załatwić wszystkie sprawy zawodowe, żeby na Kubie już o nich nie myśleć. W każdym przewodniku czytałem, że dostęp do internetu na wyspie jest przywilejem. Okazało się to prawdą. Po kilku nieprzespanych nocach byłem gotowy na wyprawę. W końcu po trzech miesiącach leczenia kontuzji zapakowałem sprzęt do uprawiania kitesurfingu i z niecierpliwością czekałem na to, co spotka mnie na Kubie.
Każdy dzień na wyspie był inny. Od samego początku nie mogłem uwierzyć, że w końcu na nią dotarłem. Ten niewielki kraj ze względu na swoją burzliwą historię (lata niewolnictwa, dyktaturę Fulgencia Batisty, rewolucję Fidela Castro i Ernesta „Che” Guevary) znany jest na całym świecie. Można odnieść wrażenie, iż czas zatrzymał się tutaj 60 lat temu. Odkąd pamiętam, wszyscy mówili mi, że to już ostatni moment, aby pojechać na Kubę i zobaczyć jej prawdziwe oblicze. Na szczęście odwiedziłem ją w porę i bardzo się z tego cieszę. Ta wyspa jest po prostu magiczna. Nigdy w życiu nie byłem jeszcze w miejscu, w którym ludzie są tak przyjaźni, roztańczeni i utalentowani. O Kubie krąży wiele opowieści. Zgodnie z nimi Kubanki tańczą na ulicach, rum płynie tu strumieniami, wszyscy palą cygara, podczas wyjazdu z miasta kierowcy obowiązkowo zabierają autostopowiczów. Przekonałem się, że to wszystko prawda! Każdy fragment kraju wygląda jak wyjęty z lat 50. XX w. Po ulicach jeżdżą stare cadillaki, chevrolety, dodge’e, buicki, niczym w amerykańskich filmach. Budynki są kolorowe, a ludzie uśmiechnięci. Choć ze względu na ustrój polityczny i wszelkie jego konsekwencje Kubańczycy nie mają łatwego życia, oni sami zrobili na mnie ogromne wrażenie. Zawsze czułem się wśród nich bezpiecznie i naprawdę dobrze.
Moją największą pasją jest jednak kitesurfing i dlatego podczas swoich podróży zwracam przede wszystkim uwagę na to, czy w danym zakątku świata można uprawiać ten sport. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że na Kubie znajduje się jedno z najpiękniejszych na naszym globie miejsc idealnych dla kitesurferów. Na Cayo Guillermo, bo o tej niewielkiej wysepce mowa, pojechałem, sprawdziwszy dzień wcześniej prognozę pogody. Zapowiadały się świetne warunki i równy wiatr. Sama wyprawa tutaj jest bardzo ekscytująca. Na wysepkę można się dostać z jej nieco większej sąsiadki Cayo Coco, na którą droga prowadzi specjalnie usypanym wałem. Kiedy dojechałem na Cayo Guillermo, ujrzałem pierwsze latawce. Nie było ich dużo, ale to wystarczyło, żebym poczuł przyjemne podekscytowanie. Gdy dotarłem na plażę (można tu pływać właściwie w każdym miejscu), moim oczom ukazał się rajski widok. Szedłem po białym piasku, po obu moich stronach wznosiły się wysokie palmy, które uginały się na wietrze, na jasnoniebieskim niebie świeciło słońce, a przezroczysta woda miała turkusową barwę. Ten obraz nie został przepuszczony przez żadne filtry, po prostu patrzyłem na prawdziwy eden. Od razu zacząłem pompować sprzęt, a wzrokiem już szukałem miejsca, w którym chciałbym popływać. Po chwili je znalazłem. W oddali zobaczyłem biały pomost z wiatą pokrytą słomą. Wyszedłem latawcem na 12 m. Wiatr wiał z siłą ok. 16 węzłów, a po południu stał się jeszcze silniejszy. Muszę przyznać, że było to jedno z najciekawszych miejsc, w których pływałem. Na Cayo Guillermo mamy 50 proc. szans na odpowiednie warunki wiatrowe, ale na tej wysepce można przeżyć tyle magicznych chwil, że gdybym mógł pojechać na nią drugi raz, wcale bym się nie zastanawiał.
Na koniec chciałbym wymienić 10 rzeczy, które według mnie trzeba zrobić na Kubie. Koniecznie należy wybrać się do Castillo del Morro (Castillo de los Tres Reyes Magos del Morro) na wieczorny wystrzał z armat, przejechać się taksówką z lat 50. XX w. po Hawanie, spróbować swoich sił w kitesurfingu u brzegów Cayo Guillermo, pójść na kubańską imprezę i w rytm salsy ruszyć do tańca, wysłuchać piosenek „Guantanamera” i „Sarandonga”, odwiedzić zabytkowy Trinidad, odbyć przejażdżkę starymi radzieckimi autami terenowymi po Wielkim Parku Naturalnym Topes de Collantes i zjeść w nim obiad w towarzystwie kolibrów, wypalić kubańskie cygaro i wypić drink „canchánchara” przygotowywany na bazie „aguardiente” (lokalnego rumu po pierwszej destylacji), miodu, soku z limonki i lodu, zjechać na najdłuższej linie na wyspie oraz zrobić sobie zdjęcie z maluchem, czyli legendarnym polskim Fiatem 126p – w tym kraju natkniemy się na te samochody niemal na każdej ulicy.



