Ola Synowiec
mexicomagicoblog.blogspot.com
« 7 lipca 2007 r. strefa archeologiczna Chichén Itzá na półwyspie Jukatan została uznana za jeden z siedmiu nowych cudów świata. Najbliższe otoczenie ruin dawnego miasta Majów jest jednak pełne innych niezwykłości. Oto siedem klejnotów, które znajdziecie w Meksyku. »

Tulum było otoczonym murem miastem Majów, większość tutejszych budowli powstała między 1200 a 1450 r.
To miał być tylko przedłużony urlop. Chciałam tu spędzić dwa miesiące, a zostałam… dziewięć lat. To była miłość od pierwszego wejrzenia, zakochałam się w tym kraju po same uszy. Z każdym dniem, miesiącem i rokiem oczarowywał i zaskakiwał mnie coraz bardziej.
Pragnęłam wykrzyczeć całemu światu, że Meksyk to nie tylko to, o czym trąbią sensacyjne nagłówki gazet i wiadomości telewizyjne. Chciałam pokazać inną jego twarz, dlatego zaczęłam pisać blog o nazwie Mexico Magico. Słowo „magia” wcale nie jest tutaj na wyrost, bo to północnoamerykańskie państwo jest w rzeczywistości magiczne. Odkrywając meksykańskie cuda, wreszcie tak naprawdę poczułam całą sobą, że samo życie to cud, a ja należę do najszczęśliwszych osób na świecie.
RAJSKIE PLAŻE
To jest definicja raju – myślę sobie, gdy pierwszy raz staję na plaży w Tulum. Woda jest tak turkusowa, aż wydaje się nierealna, niczym podkręcona w Photoshopie. Piasek tak biały, że wygląda jak śnieg. A do tego wysmukłe palmy kokosowe i ich kojący cień. Wówczas Tulum jest jeszcze małą, rybacką plażą, bez rozbudowanej infrastruktury turystycznej. Zatrzymujemy się w drewnianej chatce pokrytej liśćmi palmowymi, płacimy w dolarach mniej więcej 50 zł za noc. Dzisiaj ceny zaczynają się już od 50 dol. Jednak wieść o tym raju szybko rozeszła się po świecie.
Jeszcze w latach 60. XX w. praktycznie nikt nie przyjeżdżał na meksykańskie wybrzeże Morza Karaibskiego. Cancún było wtedy zamieszkane jedynie przez ok. 20 rybackich rodzin. Decyzja o utworzeniu tutaj kurortu turystycznego zapadła w 1969 r. Rok później rozpoczęto budowę lotniska (Aeropuerto Internacional de Cancún – CUN, otwarte w 1974 r.) i pierwszych hoteli, które zaczęły powstawać na malowniczej piaszczystej mierzei wbijającej się w morze. W 1990 r. miasto liczyło już prawie 170 tys. mieszkańców (obecnie ok. 900 tys.), a wczasowicze szukający spokojniejszych miejsc na wypoczynek zaczęli odkrywać wioski rybackie położone nieco dalej w kierunku południowym. Tak narodziła się Riviera Maya, czyli Riwiera Majów, jak dziś określa się kilka turystycznych miasteczek leżących na wybrzeżu Morza Karaibskiego, na południe od Cancún.
Najpopularniejszy kurort, czyli Playa del Carmen, w latach 90. też był małą rybacką miejscowością, która zaczęła rozwijać się w lawinowym tempie. W zaledwie 15 lat liczba mieszkańców wzrosła tu niemalże dziesięciokrotnie (aktualnie wynosi ponad 250 tys.). Turyści, którzy odwiedzili to miejsce jakiś czas temu, liczą na to, że i dzisiaj zastaną tę samą hipisowską wioskę, a zamiast tego znajdują dynamiczne, gwarne miasto. Hipisi w poszukiwaniu spokoju przenieśli się jeszcze dalej na południe – do Tulum. Wprawdzie przez kilka ostatnich lat miejscowe hotele przestały być odpowiednie na kieszeń budżetowych podróżników, ale wciąż zachowują swoisty styl – nie ma tutaj wielopiętrowych budynków ani ogromnych resortów, sympatyczne ekohoteliki w dalszym ciągu przyciągają intymnym, butikowym klimatem. Stawia się tu wciąż na noclegi w cabañas, czyli drewnianych domkach na plaży, ale w już o wiele lepszym standardzie niż tamta chatka, w której zatrzymałam się ponad dziesięć lat temu. Popularne są tutaj także glampingi, czyli kempingi w luksusowym stylu. Za taki wypoczynek blisko natury wielu jest w stanie dobrze zapłacić, dlatego Tulum uchodzi dzisiaj nawet za droższe miejsce niż Cancún.
Ci, którzy są spragnieni dziewiczych plaż i ucieczki od masowej turystyki, szukają dalej. Odkrycie ostatnich lat stanowi wyspa Holbox (zajmująca blisko 56 km² powierzchni i zamieszkana przez jedynie ok. 2 tys. osób), która leży na północny zachód od Cancún. Nie ma na niej asfaltu, po nieutwardzonych drogach poruszamy się wózkami golfowymi, a na jej brzegach możemy się opalać w towarzystwie… flamingów. Za nowy hit uchodzi również Bacalar, czyli jezioro zwane Laguną Siedmiu Kolorów (Laguna de los Siete Colores), określane tak w związku z liczbą odcieni, którymi olśniewają jego wody.
Każdy kurort na tutejszym wybrzeżu Morza Karaibskiego jest inny, każdy pod inne gusta. Cancún to przede wszystkim luksusowe resorty all inclusive w Zona Hotelera, Playa del Carmen to bliskość plaży i słynne klubowe życie nocne, Tulum – boho szyk i muzyka na żywo w klimatycznych restauracjach, Bacalar – spokój toni jeziora, Isla Holbox i Isla Mujeres – sielskie życie na małych wysepkach. Są też jeszcze swojskie Puerto Morelos oraz Mahahual (Majahual), które żyje głównie z krótkich wizyt wielkich statków wycieczkowych. Choć każda z plaż w tych rajskich miejscowościach zapiera dech w piersiach, to dla mnie wciąż najpiękniejsza pozostaje ta w Tulum. Tak szerokiej, usianej wysmukłymi palmami nie ma nigdzie indziej. No i to miejsce ma jeszcze coś absolutnie wyjątkowego – wspaniałe pozostałości majańskiego miasta tuż przy brzegu morza!

Cenote Zací w Valladolid w stanie Jukatan, malownicza studnia przyciągająca nie tylko fanów pływania
MISTYCZNE RUINY
Populacja Meksyku to w blisko 22 proc. ludność rdzenna (ok. 26 mln ludzi), a oprócz języka hiszpańskiego za oficjalne uznaje się 68 języków tubylczych. Trzy meksykańskie stany leżące na półwyspie Jukatan (Campeche, Jukatan i Quintana Roo) należą do tych o największym odsetku ludności rdzennej. Tubylczym językiem maya yucateco – drugim najpopularniejszym w kraju (po nahuatl, języku Azteków) – posługuje się tu niemal 900 tys. osób. To z niego wywodzi się większość nazw miejscowości na półwyspie: Cancún to „gniazdo węży”, Tulum to „mur”, Holbox to „czarna dziura” (zważywszy na to, że zawsze ciężko mi stamtąd wyjeżdżać, coś w tym musi być!).
Przodkowie dzisiejszych Majów przed przybyciem Hiszpanów stworzyli tutaj wielką cywilizację oraz niezwykłe miasta-państwa, których pozostałości możemy podziwiać obecnie w strefach archeologicznych. Tylko na terenie półwyspu Jukatan znajduje się ich ok. 150, z czego nieco ponad 50 udostępnionych jest do zwiedzania. Najpopularniejsze z nich to: monumentalna Chichén Itzá ze słynną piramidą Kukulkana (Templo de Kukulkán) i największym w Mezoameryce boiskiem do ukochanej gry w przedhiszpańskich kulturach zwanej pelota lub pok ta’ pok w języku maya yucateco (tzw. Gran Juego de Pelota o wymiarach 96,5 m na 30 m), Tulum – jedyne ruiny majańskiego miasta położone tuż nad morzem, Uxmal – z owalną Świątynią Wróżbity (Pirámide del Adivino) oraz Cobá – z drugą najwyższą na Jukatanie piramidą, 42-metrową Ixmoją w grupie budowli Nohoch Mul, po tej z Calakmul (tzw. Estructura II o wysokości 55 m).
W całym Meksyku można zwiedzać obecnie 193 strefy archeologiczne – miasta zbudowane przez Majów, ale także przez Azteków, Olmeków, Tolteków, Zapoteków, lud P’urhépecha (Purepecha, dawniej określany jako Taraskowie) czy inne cywilizacje. W przypadku niektórych, jak np. najczęściej odwiedzanego w kraju stanowiska Teotihuacán ze słynnymi piramidami Słońca i Księżyca (pirámides del Sol y de la Luna), nie do końca nawet wiadomo, która prekolumbijska cywilizacja wybudowała to miejsce. Stanowiło ono zresztą zagadkę dla samych Azteków (Meszików). Ruiny już wówczas opuszczonego miasta uczynili oni swoim świętym miejscem, a powstanie budynków przypisywali olbrzymom zwanym quinametzin, którzy żyli jeszcze przed pojawieniem się ludzi. Wielkie piramidy miały być właśnie ich grobowcami. To tu miał narodzić się świat, to tutaj oddzielono światło od ciemności, powstały Słońce i Księżyc.
W odróżnieniu od stolicy Azteków (Tenochtitlán), która została zdobyta i zburzona przez Hiszpanów w 1521 r., żeby z pozyskanego w ten sposób budulca postawić w tym miejscu nowe hiszpańskie miasto – Ciudad de México, większość majańskich miast-państw w momencie przybycia konkwistadorów była już opuszczona. Przyczyny ich upadku ok. 900–1200 r. nie są do końca jasne. Podejrzewa się, że Majowie wyeksploatowali środowisko naturalne i wyjałowili glebę do tego stopnia, że nie byli już w stanie wyżywić olbrzymiej populacji swoich metropolii, co zmusiło ich do dalszej migracji.
Wiele ze starożytnych majańskich miast nadal skrytych jest w gąszczu lasu tropikalnego, a część budynków w strefach archeologicznych, wciąż niezrekonstruowanych, „zjada” otaczająca je bujna selwa. Takie na wpół dzikie miejsca lubię najbardziej – te rzadziej odwiedzane jukatańskie miasta, takie jak Calakmul, Kohunlich czy Becán, gdzie nie ma tłumów turystów, a najczęściej jestem zupełnie sama. Tu w zadumie i wśród szalonych odgłosów tutejszej przyrody mogę wyobrażać sobie życie w tych ośrodkach Majów w czasach ich dawnej świetności i ze szczytu piramid nie widzieć nic poza ciągnącą się aż po horyzont tropikalną puszczą.
„CENOTES” – WEJŚCIA DO ŚWIATA ZMARŁYCH
Ze szczytu majańskich budowli widać, że Jukatan jest płaski niczym patelnia. Drogi biegną tutaj prosto jak strzała. To dlatego, że cały półwysep ma bardzo miękkie podłoże wapienne, które łatwo modelowane jest przez wodę. Na terenie tym praktycznie nie ma również żadnych rzek. Jedynym źródłem słodkiej wody są tu cenotes, czyli studnie krasowe. Przez wapienne skały tutejszego lądu zaczęły pod jego powierzchnię spływać deszcze, tworząc podziemne jeziora, a strumienie i korzenie drzew przebiły do nich otwory.
Słowo cenote pochodzi od majańskiego dzonot (ts’ono’ot) oznaczającego „studnię”, gdyż stąd dawni mieszkańcy Jukatanu czerpali wodę, a swoje miasta budowali właśnie w ich pobliżu. Na terenie Chichén Itzá odkryto do tej pory pięć studni krasowych – w tym jedną bezpośrednio pod piramidą Kukulkana (w 2016 r.). Starożytni Majowie wierzyli, że cenotes stanowią wejście do świata nadchodzącego po śmierci, Xibalby. Składano w nich też ofiary: dla bogów zmarłych oraz dla boga deszczu Chaka (Chaaca), który ze względu na suchy klimat i ograniczony dostęp do wody pitnej na półwyspie często pojawiał się w majańskiej ornamentyce. Jego wizerunek, z charakterystycznym haczykowatym nosem, jest popularnym motywem zdobniczym w Chichén Itzá, dominuje także w Uxmal, gdzie Chak wciąż wydaje się żywy i nieustannie aktywny. Pod koniec lutego 1975 r. doszło tu do niecodziennej sytuacji. Strefę archeologiczną zwiedzała wówczas królowa brytyjska Elżbieta II. Z tej okazji potomkowie dynastii Xiu, niegdyś rządzącej w Uxmal, odprawili majańską modlitwę do Chaka. Mimo iż był środek pory suchej, z nieba nagle lunął deszcz.
Na terenie półwyspu Jukatan znajduje się ponad 6 tys. cenotes, z czego zarejestrowanych i widocznych na mapach jest tylko 2,4 tys. W ok. 65 proc. z nich odnaleziono ślady po przedhiszpańskich kulturach majańskich. Cenotes mogą być zarówno zamkniętymi jaskiniami, jak i przypominać ogromne, mniej lub bardziej otwarte studnie albo jeziora. Im bliżej Riwiery Majów i Morza Karaibskiego, tym będą one płytsze. Do tych najpiękniejszych należą: położone 3 km od Chichén Itzá Ik Kil czy Oxmán i Suytún niedaleko Valladolid. Oczywiście zachęcam do odwiedzania również mniej popularnych cenotes, gdzie możemy być zupełnie sami. Z tego powodu zakochałam się w Cenote Palomitas w miejscowości Yalcobá pod Valladolid. Wypełniająca studnie krasowe woda, filtrowana przez wapień, jest niezwykle czysta, a podziemne jeziora zamieszkują różne interesujące zwierzęta, jak np. małe rybki, które podczas kąpieli zrobią nam darmowy peeling. Żyją tutaj też endemiczne gatunki ryb i skorupiaków, które na skutek niedoboru światła stały się wtórnie ślepe, a następnie w wyniku ewolucji utraciły nawet oczy (m.in. tzw. ślepa biała dama, po hiszpańsku dama blanca ciega, a po łacinie Typhliasina pearsei, albo ślepy węgorz jukatański, anguila ciega yucateca lub anguila ciega de cenote, Ophisternon infernale).
Cenotes to także prawdziwy raj dla nurków. Dostępne z powierzchni jeziora łączą się podziemnymi korytarzami, można więc przepływać między jednymi a drugimi. To właśnie tu znajduje się aktualnie najdłuższa podwodna jaskinia na świecie – system Sac Actun, liczący jeszcze cztery lata temu „jedynie” 263 km. Łączy się on jednak z innym – 84-kilometrowym Dos Ojos, co udowodnili nurkowie 10 stycznia 2018 r., po 10 miesiącach intensywnej pracy. Ten połączony system ma w sumie aż 347 km długości i średnią głębokość 20 m.

Obchody Día de Muertos wpisano na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO
OSZAŁAMIAJĄCA PRZYRODA
Miłośnicy nurkowania również będą zachwyceni, jeśli zamiast w głąb lądu wypłyną w morze, żeby oglądać rafę koralową położoną praktycznie na całej długości wybrzeża stanu Quintana Roo (tzw. Gran Arrecife Maya). Tutejszy podwodny świat warto też podziwiać z maską, fajką i płetwami do snorkelingu, i to nawet zaraz przy brzegu, kąpiąc się w towarzystwie ogromnych żółwi zielonych w Akumalu. Na pełnym morzu można dostrzec także rekiny wielorybie, które w miesiącach letnich przypływają w okolice wybrzeża.
Podczas wycieczki łodzią przez malownicze lasy namorzynowe główną atrakcją będzie możliwość zobaczenia wielu gatunków zwierząt, np. krokodyli (w rezerwacie Ría Lagartos) czy manatów (w Reserva de la Biosfera de Sian Ka’an). W obu tych miejscach oraz w rezerwacie Celestún można również oglądać flamingi, a konkretnie flaminga karaibskiego (karmazynowego), uważanego za najpiękniejszy gatunek z rodziny tych długoszyich, czerwonawych ptaków. Co ciekawe, rodzą się one białe, a swoją „nabytą” barwę zawdzięczają pożywieniu – maleńkim skorupiakom artemia (słonaczkom, solowcom, solankowcom), bogatym w czerwony barwnik, oraz planktonowi. Żyjątka te zamieszkują też różową lagunę – Las Coloradas, gdzie woda ma tak intensywny kolor, że wydaje się wręcz nierealna. Jednakże różowa plaża istnieje naprawdę, a za barwę oblewającej ją wody „odpowiedzialna” jest funkcjonująca w tym miejscu fabryka soli. Zgromadzona w specjalnych zbiornikach woda morska odparowuje pod wpływem ciepła, co sprawia, że nabiera koloru naturalnie występujących tu czerwonawych organizmów.
Królem zwierząt jest tutaj jaguar, święte zwierzę dawnych ludów przedhiszpańskich. Już przedstawiciele najprawdopodobniej najstarszej miejscowej kultury, czyli Olmekowie, czcili go jak boga, a majańskie dynastie przybierały dumnie jego imię. Dawni wojownicy należeli także do zakonu jaguara – przebierali się w jego skórę, gdyż wierzyli, że dzięki temu nabierają jego sił. Innym świętym zwierzęciem Majów był kwezal herbowy (po hiszpańsku quetzal, od słowa quetzalli w języku nahuatl), przepiękny zielono-karmazynowy ptak, któremu nazwę zawdzięcza waluta Gwatemali – quetzal (GTQ). Jego pióra stanowiły jedną z najcenniejszych ozdób, na którą mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi. Jeżeli ktoś zabił kwezala, władca Majów skazywał go na karę śmierci. W tutejszej przyrodzie ważne miejsce zajmowała również ceiba, czyli puchowiec – drzewo, które było swoistym axis mundi (osią świata) i łączyło trzy jego poziomy: ziemski, zaświaty oraz krainę umarłych.
Bogactwo gatunkowe przyrody meksykańskiej jest wprost oszałamiające, żyje tu też ponad 19 tys. endemitów, czyli zwierząt i roślin występujących tylko na terenie tego kraju. Najbardziej niezwykłym z nich jest aksolotl meksykański, czyli inaczej ambystoma meksykańska. To mały płaz, który ma trzy pary skrzeli zewnętrznych umiejscowione po obu stronach szerokiej głowy, w jej tylnej części. W przypadku urazu skrzela te samodzielnie powracają do pełnego zdrowia. Aksolotl meksykański ma zdolność do regeneracji także innych części ciała. Niedobór jodu w jaskiniach jeziora Xochimilco niedaleko miasta Meksyk, w których ten płaz żyje w warunkach naturalnych, sprawia, że funkcjonuje on wyłącznie w fazie larwalnej, a co więcej, jako larwa może rozmnażać się w najlepsze (zjawisko neotenii). W wyniku podawania aksolotlom hormonu tarczycy (tyroidyny z mięsem) osiągnęły one już po kilku dawkach postać dorosłą, przystosowaną do życia na lądzie. Badaczką, która po raz pierwszy tego dokonała (w 1917 r.), była polska uczona, wybitny biolog-genetyk Laura Kaufmann (1889–1972). Z Meksyku pochodzą również rozmaite rośliny jadalne, które kraj ten miał do zaoferowania gastronomii na całym globie.
1001 POTRAW MEKSYKAŃSKIEJ KUCHNI
Kukurydza, czekolada, awokado, orzeszki ziemne, chia (szałwia hiszpańska), wanilia, chili, guma do żucia – te wszystkie rzeczy świat zawdzięcza Meksykowi. Samo słowo chili pochodzi zresztą z języka Azteków, nahuatl (chīlli), podobnie jak „czekolada”, która wywodzi się od wyrazu xocolātl oznaczającego „cierpką wodę”. Dla dawnych Majów ziarna kakaowca pełniły funkcję środka płatniczego, a w Katedrze Metropolitalnej w mieście Meksyk wierni nadal składają z nich ofiary pod jedną z figur Chrystusa. Dieta przedhiszpańskich mieszkańców tych ziem bazowała na czterech głównych roślinach: kukurydzy, fasoli, dyni oraz chili, które wciąż pozostają zresztą podstawą kuchni meksykańskiej. Te trzy pierwsze jeszcze od czasów prekolumbijskich uprawia się w podobny sposób zwany milpa. Inaczej mówi się o nim „trzy siostry”, a to za sprawą tego, że gatunki „wspierają się” nawzajem i nie dopuszczają do rozwoju chwastów. Poza tym rośliny te są tak dobrane, że pobierają składniki pokarmowe z różnych poziomów, a dodatkowo kukurydza stanowi świetną „tyczkę” do wzrostu fasoli.
To właśnie kukurydza (po hiszpańsku maíz, a po łacinie Zea mays), wyhodowana przez mieszkańców tych ziem z niepozornej odmiany trawy zwanej teosinte, jest bez wątpienia filarem meksykańskiej kuchni oraz całej narodowej tożsamości. Spożywano ją już ok. 10 tys. lat temu, co czyni ją jedną z najstarszych roślin uprawnych na ziemi. Dawni Majowie wierzyli, że człowiek został ulepiony z kukurydzy, a sami starali się jak najbardziej do niej upodobnić – była dla nich ideałem piękna. Szacuje się, że dzisiejsza kuchnia meksykańska zawiera mniej więcej 600 dań na bazie tego przysmaku. Wśród nich są te najbardziej kojarzone z Meksykiem i najczęściej tutaj spożywane: tacos, quesadillas, enchiladas, enfrijoladas czy tamales. Każdy region, a nawet miasteczko ma swoje własne kukurydziane potrawy lub napoje, takie jak atole czy pozol. Jest nawet kukurydziana gorzałka – pox, spożywana przez rdzenną ludność ze stanu Chiapas.
Półwysep Jukatan też może poszczycić się jedyną w swoim rodzaju kuchnią, rozpoznawalną w całym Meksyku i na świecie. Za najsłynniejsze jej danie uchodzi cochinita pibil, czyli mięso wieprzowe marynowane w soku z cytrusów i tradycyjnie długo pieczone w liściach bananowca w kamiennym piecu wkopanym w ziemię. Gotową potrawę najczęściej serwuje się w formie tacos lub w kanapkach albo jako osobne danie. Innym znanym specjałem mięsnym jest tu poc chuc, także wieprzowina zamoczona w soku z cytrusów, ale tym razem smażona na grillu. Całą konsumpcję warto zacząć od sopa de lima, czyli zupy z limonki, podawanej najczęściej z kurczakiem (lub indykiem) i kukurydzianymi chipsami. Dobrym aperitifem będzie xtabentún – alkohol na bazie słynnego miejscowego miodu wytwarzanego przez pszczoły z nektaru rośliny o tej samej nazwie (xtabentún w języku maya yucateco oznacza „pnącze, które rośnie w skale”), przypominającej smakiem i zapachem anyż. Ciekawym elementem tutejszej kuchni jest też chaya – roślina lecznicza poprawiająca krążenie, a także obniżająca cholesterol, używana jako składnik do lemoniad, zup i tamales, stanowiąca również świetny dodatek do mięs.
WSZYSTKIE KOLORY MEKSYKAŃSKIEJ KULTURY

Pyszne tradycyjne meksykańskie enchiladas z sosami
Różnorodność kulinarna to bezpośrednia pochodna różnorodności kulturowej Meksyku. Jest on ogromnym krajem (jego powierzchnia wynosi prawie 2 mln km², co odpowiada mniej więcej 45 proc. całego terytorium Unii Europejskiej), gdzie żyje kilkadziesiąt grup etnicznych i mówi się kilkudziesięcioma językami. Istnieje tutaj też ogromna liczba strojów ludowych, które zmieniają się z miejscowości na miejscowość, a nawet z wioski na wioskę. Dzięki temu po ubraniach można niemal ze stuprocentową skutecznością powiedzieć, skąd pochodzi dana osoba. Dla przykładu w San Juan Chamula w stanie Chiapas mężczyźni noszą grube kamizelki, a kobiety spódnice z czarnej wełny baraniej o długim włosiu, a zaledwie ok. 10 km dalej, w mieście Zinacantán, chodzi się w znacznie lżejszych, wyszywanych w kwiaty tkaninach w różowo-fioletowych barwach. Co ciekawe, te stroje nie są takie same od pokoleń, a współczesne kobiety wcale nie zakładają tego, co wcześniej przywdziewały ich matki i babki – tradycyjne ubrania także podlegają prawom mody, a ta zmienia się średnio dwa razy do roku przy okazji głównych uroczystości w miasteczku. Dziewczyny, które mają na sobie coś „z zeszłego sezonu”, od razu brane są na języki.
Również święta różnią się od siebie w poszczególnych miejscowościach, mimo iż są organizowane z tej samej okazji. W Zinacantanie, czyli tam, gdzie nosi się kwieciste wzory, z okazji obchodów Dnia św. Sebastiana (Día de San Sebastián Mártir – fiesta trwająca od 18 do 22 stycznia) mężczyźni przebierają się za jaguary, papugi i leśny mech, a jedną z tradycji jest rzucanie się… wypchanymi wiewiórkami. Z kolei 55 km dalej na zachód, w Chiapa de Corzo, panowie podczas tzw. Fiesty Grande de Enero (odbywającej się w okresie od 8 do 23 stycznia) upodabniają się do kobiet, żeby przejść w typowych dla nich strojach barwnymi procesjami przez miasto, od kościoła do kościoła.
Jest także okres Las Posadas, czyli dziewięciu imprez odbywających się przez dziewięć kolejnych dni poprzedzających Boże Narodzenie (od 16 do 24 grudnia). Tradycja ta ma swój początek w obchodach święta ku czci boga wojny Huitzilopochtli, bóstwa opiekuńczego Azteków. Były one na tyle ważne, że misjonarzom nie udało się później tych zwyczajów wyplenić. Dzisiaj nieodłącznym elementem posadas jest piniata (po hiszpańsku piñata), czyli zabawa polegająca na strąceniu i rozbiciu kijem kuli wypełnionej słodyczami. Ważne są również święta narodowe – Dzień Niepodległości (15–16 września, Día de la Independencia de México) oraz rocznica rewolucji meksykańskiej 20 listopada (wybuchła ona w 1910 i trwała oficjalnie do 1917 r.), kiedy to dzieci przyprawiają sobie wąsy i przebierają się za małych rewolucjonistów. Huczne imprezy organizuje się też z powodu obchodów dnia patronów miasteczek, innych ważnych świętych czy Wielkiego Tygodnia (Semana Santa).
KARNAWAŁ W MEKSYKU
Haab – kalendarz solarny dawnych Majów – składał się z 18 okresów („miesięcy”) liczących po 20 dni. Pozostałe pięć był to swoisty czas poza czasem. Dodawano je na końcu kalendarza w postaci „miesiąca” o nazwie Wayeb, który uznawano za pechowy. To okres, kiedy czas – płynący tu cyklicznie, a nie linearnie – wracał do punktu wyjścia; kiedy wszystko mogło się wydarzyć. Po przybyciu Hiszpanów Wayeb zaczęto utożsamiać z karnawałem i do dziś pozostaje on jednym z najważniejszych wydarzeń w meksykańskim kalendarzu. Fiesty karnawałowe w kraju trwają nawet do tygodnia i w każdej okolicy wyglądają nieco inaczej. Najsłynniejsze imprezy odbywają się w nadmorskich kurortach – Veracruz (głośny Carnaval de Veracruz) oraz Mazatlanie, określanym mianem perły Pacyfiku. Na półwyspie Jukatan najpopularniejsze są te w Meridzie, blisko milionowej stolicy stanu Jukatan, oraz na wyspie Cozumel, gdzie program obejmuje m.in. taneczne parady, wybory królowej karnawału (Reina del Carnaval de Cozumel), a także koncerty i imprezy do białego rana. Poza najbardziej znanymi obchodami warto jednak zwrócić uwagę na mniej medialne karnawały ludowe. Praktycznie każda meksykańska miejscowość zamieszkana przez rdzenną ludność świętuje ten czas na swój własny, oryginalny sposób. Zakorzenione w lokalnych wierzeniach fiesty charakteryzują się zazwyczaj szeregiem typowych dla danego miejsca przebrań i masek. Mieszkańcy na czas karnawału przebierają się przykładowo za jaguary, diabły, małpy albo za… pijanych Hiszpanów.
MAGICZNE ŚWIĘTO ZMARŁYCH
Jak świat długi i szeroki, tak Meksyk kojarzy się głównie z hucznymi obchodami Dnia Zmarłych. I rzeczywiście, jego mieszkańcy, zapytani o ulubione święto w roku, wymieniają zazwyczaj Día de Muertos. To czas spotkań z rodziną, zarówno tą, którą ma się wśród żywych, ale również tą jej częścią, która już odeszła. Dzień ten spędza się na czuwaniu na cmentarzu, rozmowach, wspólnym jedzeniu i piciu. Niektóre familie wynajmują też orkiestrę muzyków mariachis, żeby zagrała zmarłemu jego ulubione piosenki. W domach, a także w szkołach, biurach czy zakładach pracy wznosi się również specjalne ołtarze dla zmarłych bliskich. Symbolicznie mają oni odwiedzić nas na krótką chwilę podczas tej nocy, więc na ofrendas del Día de Muertos (ołtarzykach), oprócz ich zdjęcia, umieszcza się też rzeczy, które podczas tej wizyty chcieliby dostać. Ustawia się na nich np. owoce oraz ich ulubione potrawy. Czasem stawia się kieliszek tequili albo butelkę coca-coli. Są także pomarańczowe aksamitki, czyli kwiaty rosnące o tej porze roku. Dusze zmarłych podobno bardzo je lubią.
Podczas Día de Muertos wszechobecny jest tutaj symbol czaszki, który stał się swoistym totemem Meksyku. Cukrowe czaszki stawia się na ołtarzykach dla zmarłych, żeby się nimi pożywili i mieli siłę wrócić do krainy, skąd przybyli (cukier to w końcu energia w skondensowanej formie). Daje się je również najbliższym, wypisując na czole imię obdarowywanego – mają przynosić szczęście. Coraz modniejsze staje się też malowanie twarzy „na Catrinę”, czyli kościstą damę, która stała się jednym z najczęściej spotykanych motywów meksykańskiej sztuki popularnej. Początki sławy tej figury datuje się na przełom XIX i XX w., a za jej pomysłodawcę uznaje się meksykańskiego rysownika i karykaturzystę José Guadalupe Posadę (1852–1913). Stworzony przez niego w 1910 r. wizerunek La Catriny miał być satyrą na ówczesne „żony modne”, Meksykanki, które nosiły się na modłę europejską. Posada dał także nowe życie meksykańskim kościotrupom i na stałe włączył je do narodowej ornamentyki.
Wszechobecność czaszek w Meksyku ma być niejako oswojeniem śmierci, potraktowaniem jej ze śmiechem, a nie lękiem. To również zaduma nad odchodzeniem, memento mori – przypomnienie, że wszyscy umrzemy. Nieistotne, jak ważni, bogaci czy popularni jesteśmy w doczesnym świecie – wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi. Meksykanie mówią, że przywołanie śmierci to też przywołanie życia, bo jak pisał meksykański noblista w dziedzinie literatury Octavio Paz (1914–1998): Cywilizacja, która neguje śmierć, zacznie negować także życie. Kiedy jest się w pełni świadomym śmierci, zaczyna się żyć pełnią życia. A Meksykanie kochają brać życie pełnymi garściami, kochają kochać i wyciskają do cna każdy dzień. To właśnie w Dzień Zmarłych, pośrodku barwnego Meksyku, spacerując po gwarnym i kolorowym cmentarzu wypełnionym muzyką mariachis, chce się krzyknąć: Kocham cię, życie!
Bezpieczeństwo i obostrzenia covidowe
Meksyk jest ogromnym państwem i kwestie bezpieczeństwa w każdym regionie wyglądają trochę inaczej. Za najbezpieczniejszy obszar w kraju uchodzi na ogół Jukatan. Popularne wśród turystów miejsca, takie jak stany Chiapas i Oaxaca, również uważa się za jedne z najspokojniejszych. Zawsze warto pytać mieszkańców o aktualną sytuację w okolicy. Poza tym należy uważać na bagaż, zwłaszcza podczas długich podróży autobusami. Ostatnio dość często dochodzi do kradzieży bagażu podręcznego zostawionego na górnej półce na pokładzie pojazdu (rabunki z bagażnika raczej się nie zdarzają).
Meksyk od początku pandemii koronawirusa nigdy nie zamknął swoich granic ani nie wprowadził obowiązkowych testów przy wjeździe, przez co stał się w ostatnim czasie jednym z popularniejszych kierunków wakacyjnych. Obostrzenia zmieniają się w poszczególnych stanach co dwa tygodnie (tzw. semáforos, czyli sygnalizacja świetlna), ale w tym momencie nie przeszkadzają one turystyce. Jedyne utrudnienie mogą stanowić dzienne limity osób w strefach archeologicznych. W związku z tym warto być tam jak najwcześniej. Przy ewentualnym znacznym wzroście liczby zakażeń można spodziewać się zamknięcia muzeów oraz odwołania części corocznych wydarzeń i imprez.



