ROMAN WARSZEWSKI

www.warszewski.info

« Wielkie, bezkresne kraje i ziemie wydają nam się zazwyczaj bardziej atrakcyjne, gwarantują niewyobrażalne możliwości ekspansji i kuszą obietnicą bogactwa. Panama zdaje się zadawać kłam temu przeświadczeniu i swą atrakcyjność zbudowała na… znikomości. Zajmuje obszar „zaledwie” 75 tys. km² i śmiało można powiedzieć, że w przypadku tego środkowoamerykańskiego kraju prawdziwe jest twierdzenie „small is beautiful”, czyli „małe jest piękne”. W czasach, gdy dostrzegano walory wynikające ze znikomości tej ziemi, na naszym globie dominował jednak jeszcze język hiszpański (raczej kastylijski – „castellano”), a potęga angielszczyzny była zaledwie w planach. »

Stolicę Panamy nazywa się Miami Ameryki Środkowej

Od początku było jasne, że filigranowość tej części Ameryki Środkowej nosi w sobie niepowtarzalną obietnicę… zaskakującego skrótu i jakże zaskakującego połączenia. Obietnicę nadzwyczaj ważnego szlaku, jakby tunelu, przekopu… Możliwość powstania niezmiernie ważnego kanału, który połączy ze sobą dwie półkule, dwa oddzielone światy.

Już chyba wszystko jasne. Chodzi o Istmo de Panamá – Przesmyk Panamski, ok. 700-kilometrowy wąski pas ziemi między zatokami Moskitów i Chiriquí oraz Zatoką Panamską, który oddziela Atlantyk od Pacyfiku. Gdy w 1513 r. – idąc od strony Morza Karaibskiego – po jego pacyficznej stronie jako pierwszy stanął hiszpański konkwistador Vasco Núñez de Balboa (ok. 1475–1519), zaniemówił. Zobaczył coś, czego w ogóle się nie spodziewał – drugi ocean, który praktycznie dotykał pierwszego. Czy jego zdumienie i niewysłowiona radość wynikały z tego, że podświadomie wyczuł niebagatelne znaczenie swego odkrycia…?

 

ALE KANAŁ!

Być może… Choć z drugiej strony, mimo swej wyjątkowości i heroicznej historii, będącej uosobieniem zmagań czystej siły z możliwościami rozumu (o czym za chwilę), Kanał Panamski w świadomości Europejczyków nigdy tak naprawdę nie zagościł. Na Starym Kontynencie w dużej mierze traktuje się go jako coś naturalnego, niczym jeszcze jedna rzeka (i to wcale nie najdłuższa), której tak naprawdę nie warto się przyglądać. Rozpatruje się go jako coś, co istnieje w zasadzie od zawsze. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, iż Kanał (będę pisał wielką literą) otwarty został oficjalnie 15 sierpnia 1914 r., czyli niemal w tym samym czasie, w którym wybuchła I wojna światowa (28 lipca). Uwaga Europy była więc wtedy skupiona na czymś zupełnie innym. Z kolei 31 grudnia 1999 r., kiedy przechodził z rąk amerykańskich pod administrację Panamy, na Starym Kontynencie Borys Jelcyn (1931–2007) złożył dymisję ze stanowiska prezydenta Rosji, a jego obowiązki przejął ówczesny premier Władimir Putin, Europa znów żyła całkiem innymi sprawami.

Tak naprawdę jednak Kanał to niezwykły twór. Jest czymś znacznie większym i ważniejszym niż słynny kompleks piramid w Gizie, niż olbrzymich rozmiarów posąg Heliosa (Kolos Rodyjski), mający w starożytności wznosić się na wyspie Rodos. Na równi z tymi budowlami zasługuje na miano cudu świata. Cudu współczesności. Last but not least – stanowi doskonałą ilustrację przemian, które zachodziły na naszym globie na styku XIX i XX w. i następnie XX i XXI a także tego, jak zawodziły wola i siła, a na znaczeniu – krok po kroku – zyskiwał rozum.

Archipelag Bocas del Toro na Morzu Karaibskim

WOLA…

I odwaga. Mówimy tu o tym etapie istnienia Kanału Panamskiego, kiedy nie był on jeszcze kanałem, lecz tylko drogą (ścieżką) wiodącą przez selwę, góry, malaryczne bagna i przeprawy przez porywiste rzeki. To okres od momentu odkrycia przesmyku (istmo) aż do czasów gorączki złota w Kalifornii w połowie XIX w. Wtedy Kanałem była Złota Droga (Camino de Oro) lub Droga Tranzytu (Camino de Cruces – akurat w tym wypadku cruces nie oznacza „krzyże”) łącząca Portobelo nad Morzem Karaibskim z Panamą (Ciudad de Panamá) na wybrzeżu Pacyfiku.

To niezmiernie romantyczny i awanturniczy etap w dziejach Przesmyku Panamskiego. Jego – nazwijmy to tak – złota epoka. U jej zarania – co wymagało niezwykłego samozaparcia i odwagi – znad Pacyfiku przewożono na grzbietach mułów na atlantyckie wybrzeże złoto Azteków, a następnie złoto i srebro Inków, żeby w Portobelo lub Nombre de Dios ładować je na hiszpańskie galeony (na które czyhali angielscy korsarze i francuscy piraci). Z kolei u jej schyłku, w czasie złotego boomu w Kalifornii w połowie XIX stulecia, szlakiem tym transportowano wszystko i wszystkich, którzy chcieli stamtąd dotrzeć na wschodnie wybrzeże USA i do Europy. W końcowej fazie tego okresu nieistniejący jeszcze międzyoceaniczny przekop staje się linią kolejową (Ferrocarril de Panamá) z… najdroższymi biletami na świecie (25 dolarów za osobę za 76-kilometrowy odcinek)! Jej trasa biegnie w skrajnie niegościnnych warunkach, dokładnie tym samym szlakiem, który w przyszłości przywłaszczy sobie Kanał.

 

SIŁA

To etap, kiedy żywa przez wieki idea budowy Kanału (bo mówili już o niej odkrywca Przesmyku Panamskiego Vasco Núñez de Balboa, a wiele lat później słynny niemiecki przyrodnik i podróżnik Alexander von Humboldt) jako szlaku wodnego, z uwagi na pojawienie się na tym terenie silnych wpływów mocarstw, staje się bardziej możliwa do realizacji. Rozpoczyna się rywalizacja, przeciąganie liny między Francuzami a Amerykanami. Ostatecznie koncesję na budowę od kolumbijskiego rządu (wszak Przesmyk Panamski jest wtedy częścią Kolumbii, tzw. Wielkiej Kolumbii) otrzymują Francuzi. Prace projektowe, a następnie ziemne, prowadzi Ferdinand de Lesseps (1805–1894), wsławiony budową Kanału Sueskiego. Francuska idea jest prosta, czysto siłowa. Kanał trzeba kopać bardzo głęboko, można powiedzieć – aż po samo dno. Ziemię, bez względu na wysiłek, jaki trzeba w to włożyć, należy wydrążyć do poziomu obu oceanów, tak żeby ich wody wlały się do przekopu, a statki mogły swobodnie przepływać przez wielki międzyoceaniczny rów.

To pomysł prosty jak budowa cepa, ale szybko okazuje się nierealny. Możliwości technicznych, owszem, nie brakuje, ale nie są one aż tak wielkie. Sił i woli budowniczowie też mają pod dostatkiem, lecz jest ich za mało do realizacji tak olbrzymiego projektu. Budowa kanału pośród piasków płaskiej pustyni to nie to samo, co wgryzanie się na dziesiątki metrów w głąb ziemi w malarycznej selwie. Kopiący gigantyczny rów robotnicy mrą jak muchy – od żółtej febry i malarii. Ludzie są dziesiątkowani. Mimo najlepszych chęci nic z tego nie będzie. W ziemi powstaje szrama po gigantycznym wykopie, ale do tego, żeby popłynęła nią woda, jest jeszcze niewyobrażalnie daleko. Francuzi kapitulują w 1889 r., wycofują się, ale idea budowy Kanału nie umiera.

 

ROZUM

Na arenę powracają Amerykanie. Główka im pracuje… Mają inny pomysł, jak zrealizować to transoceaniczne przedsięwzięcie. Ale zanim wcielą go w życie i zainwestują miliony dolarów, chcą zagwarantować sobie prawa do przyszłego Kanału. Na tym etapie – niespodziewanie – budowa Kanału jest zamachem stanu! Znowu siła i przemoc wysuwają się na pierwszy plan… Amerykanie podsycają najpierw miejscowy separatyzm, wynikający z odizolowania tego regionu kraju od Bogoty (bo tzw. Tapón del Darién – zarośnięty przesmyk Darién – stanowi trudną do pokonania bagnisto-leśną zaporę), a następnie umiejętnie wspierają jednodniowy zamach stanu na początku listopada 1903 r. W jego efekcie na mapie świata pojawia się Panama: mały kraj między oceanami. To jeden z najsłabiej poznanych epizodów postkolonialnej historii Ameryki Łacińskiej. Kosztował on życie aż 3 tys. Panamczyków (miasto Panama w tym czasie miało ok. 25 tys. mieszkańców).

Teraz – w końcu – szrama w ziemi będzie mogła stać się Kanałem. Amerykanie korzystają z francuskiego wykopu, ale ich podejście jest całkiem inne. Nie będą nic robić na siłę. Zamiast przeciwstawiania siłom przyrody, postarają się je wykorzystać.

Po pierwsze – kanał ma być płytki. Nie będzie przebiegał na poziomie obu oceanów. Dzięki temu będzie zdecydowanie mniej kopania. Zbudowane zostaną trzy pary śluz, aby podnieść statki o 25,9 m, na wysokość jeziora Gatún. Po drugie – Amerykanie do tego sztucznego akwenu skierują wody rzeki Chagres (Francuzi chcieli zmieniać jej bieg). Jezioro stanie się dzięki temu większe. Tak, Kanał na większości swojej długości stanie się jeziorem. Łatwiej jest powiększyć taki akwen (poprzez zbudowanie zapory na rzece – tzw. represa de Gatún), niż wgryzać się bez końca w tutejsze skaliste podłoże.

W jeszcze jednym punkcie bardzo pomocne stają się myśl i rozum… Otóż amerykański doktor William C. Gorgas (1854–1920), dzięki badaniom kubańskiego naukowca i lekarza Carlosa Finlaya (1833–1915), udowadnia, że żółta febra roznoszona jest przez komary. I proponuje, w jaki sposób pozbyć się tej plagi. Na obszarze całego Przesmyku Panamskiego rozpylone zostają środki owadobójcze. Komary w ciągu kilku miesięcy giną. Roboty mogą więc ruszyć z kopyta w 1904 r. Trwają 10 lat. W 1914 r., 15 sierpnia, przez Kanał przepływa pierwszy statek – amerykański SS Ancon.

Kolejny ważny etap w dziejach Kanału to przełom XX i XXI w., kiedy w wyniku studenckich protestów (na podstawie układu Torrijos–Carter podpisanego w Waszyngtonie 7 września 1977 r.) droga wodna między oceanami wraca w ręce Panamczyków. Następną istotną datę stanowi 26 czerwca 2016 r., gdy do użytku zostaje oddana dodatkowa nitka Kanału prowadząca do jeziora Gatún. Dzięki niej przez Kanał mogą przepływać jednostki o tonażu znacznie wyższym niż dotychczas. Kładzie to kres chińskim zakusom, żeby w Nikaragui zbudować nowy kanał wodny.

Śluzy Kanału Panamskiego podnoszą statki o 25,9 m

ALE STOLICA!

Barwną historię tej unikatowej drogi morskiej najlepiej poznać albo w niewielkim muzeum zorganizowanym na zapleczu pierwszej śluzy od strony Oceanu Atlantyckiego o dźwięcznej nazwie Miraflores (Centro de Visitantes de Miraflores), albo w zrekonstruowanej starej części miasta Panama: w Museo del Canal Interoceánico w Casco Antiguo (Casco Viejo) – tak nazywa się dzielnica, gdzie znajduje się ta interesująca placówka. To bez wątpienia najpiękniejszy obszar panamskiej stolicy, jedna z niespodzianek, które ma ona w zanadrzu. Niezmiernie starannie zrekonstruowane Stare Miasto (Casco Antiguo), świeżo odmalowane, zaskakuje swoją urodą i kameralnością. Jakbyśmy nagle znaleźli się w starej, przepięknej Hawanie… Z tą różnicą, że kubańska stolica – mimo swej niewątpliwej wielkiej urody – w większości sypie się i straszy brudnymi liszajami na zabytkowych ścianach. Tu jest zdecydowanie inaczej. Tutaj widać, jak miasto wyglądało przed stuleciami, jego zaułki zachęcają do zatopienia się w burzliwych dziejach Morza Karaibskiego. Nie można ominąć Placu Niepodległości (Plaza de la Independencia), Pałacu Prezydenckiego (Palacio Presidencial de Panamá lub Palacio de Las Garzas), Katedry Metropolitalnej pw. św. Marii (Catedral Primada Basílica Santa María la Antigua) czy XVII-wiecznego Kościoła św. Józefa (Iglesia de San José). Ważny jest też Plac Francji (Plaza de Francia), gdzie zwykle wszyscy robią sobie zdjęcia, aby zaraz potem kamiennymi schodami udać się na pobliski bulwar do straganów obsługiwanych przez Indian Guna (Kuna). Sprzedają oni najbardziej charakterystyczne panamskie pamiątki – tradycyjne tkaniny molas przedstawiające najróżniejsze sceny z tubylczej mitologii (co dla kupujących nie ma zbyt wielkiego znaczenia – liczą się przede wszystkim egzotyczne kształty i bijące po oczach jaskrawe kolory).

To jedno z oblicz miasta (i pierwsza z zapowiadanych przeze mnie niespodzianek). Są jednak jeszcze co najmniej dwie inne jego twarze. Druga z nich (i jednocześnie druga niespodzianka) to supernowoczesne centrum panamskiej metropolii widoczne z bulwaru stanowiącego front Casco Viejo – pełne strzelistych drapaczy chmur, mających w sobie niepowtarzalną grację i lekkość. Wieżowce mają delikatną konstrukcję – która jakże dobrze współgra ze słońcem, lekkimi sportowymi strojami przechodniów oraz ich roześmianymi twarzami – z oddali wyglądają niczym kłosy smukłych tropikalnych traw. Można odnieść wrażenie, iż podmuchy wiatru znad oceanu – kiedy pod wieczór stają się coraz silniejsze – będą nimi kołysać niczym trzcinami. Na tle coraz bardziej zalewanego purpurą nieba trudno wtedy oderwać od nich wzrok.

Supernowoczesne centrum to z jednej strony dzielnica mieszkalna lokalnych yuppies (którzy akurat tu nadal są na fali), a z drugiej – siedziba wielu międzynarodowych korporacji, instytucji finansowych oraz banków. Jest ich tutaj znacznie więcej niż w Miami i co najmniej tyle samo, co na Manhattanie. Stało się o nich głośno przy okazji afery Panama Papers (Kwity z Panamy). Okazało się, że wielu czołowych polityków i prominentnych urzędników właśnie tu, w Panamie, ma swoje ukryte konta bankowe, na które wpływają gigantyczne sumy z pół- lub całkowicie nielegalnych transakcji. Dlatego – obok ludzi odzianych w lekkie, letnie stroje – na ulicach widać tutaj również całe oddziały „sztywniaków” zakutych w eleganckie garnitury (najpewniej od Armaniego) i zniewolonych nienagannie zawiązanymi krawatami. Cóż, wysokokalibrowy biznes, mimo tropiku, ma pewne nieprzekraczalne ramy, których nawet upalne, radosne słońce nie jest w stanie zmienić.

Trzecie oblicze miasta (nasza niespodzianka numer trzy) to Panamá Viejo (Panamá la Vieja), czyli Stara Panama. Nazwy tej w żadnym razie nie należy mylić z Casco Viejo, o którym przed chwilą wspominałem. To jeszcze starsza część dzisiejszej stolicy Panamy, jej faktyczne pierwociny. Panamá Viejo jest jednym z najstarszych miejskich przyczółków w Nowym Świecie. I to jakżeż ważnym!

Miasto założono w 1519 r., kiedy Hernán Cortés (1485–1547) wyruszył z Kuby na podbój Meksyku. Jego fundatorem był Pedro Arias Dávila (Pedro Arias de Ávila, 1440–1531), znany pod pseudonimem Pedrarias. Stara Panama była bardzo potrzebna. Szybko przerodziła się w główną bazę wypadową Hiszpanii w drodze na południe i stała się stolicą prowincji Castilla del Oro. To właśnie stąd w latach 20. XVI w. najpierw na poszukiwanie królestwa Birú (inkaskiego imperium), a następnie na jego podbój wyruszał wraz z braćmi na ziemie dzisiejszego Peru Francisco Pizarro (1478–1541). Bez Panamá Viejo nie byłoby podboju państwa Inków (Tahuantinsuyu, Tawantinsuyu – Imperium Czterech Części) i upartych poszukiwań legendarnego Eldorado. Złoto z Cusco (Cuzco) via Lima (która została założona niedługo potem, w 1535 r.), zanim docierało do Europy, najpierw trafiało do Panamy, skąd na grzbietach mułów przenoszone było albo do Chagres (na terenie współczesnej prowincji Colón), albo do Portobelo (lub Nombre de Dios). To wtedy po raz pierwszy ludziom w głowach zaświtała myśl, że w tym miejscu, na tym przesmyku, zamiast wyboistej ścieżki przydałby się kanał.

Dziś, gdy chodzi się pozostałościami po głównej ulicy Panamá Viejo, trudno nie pomyśleć: Tędy przed wiekami przechadzał się Francisco Pizarro. Tu planował zdobycie Peru. Niejednemu wtedy przejdą ciarki po plecach. I trudno temu się dziwić. Rzadko się zdarza, aby tak blisko i tak namacalnie móc obcować z Wielką Historią… Namacalnie, bo przez podeszwy butów jakże wyraźnie czuje się kocie łby sprzed stuleci.

Wznoszą się tu ruiny m.in. dawnej katedry, kościoła i klasztoru, dużej cysterny na wodę (aljibe), szpitala, fortecy, wieży obserwacyjnej oraz resztki tego, co niegdyś było głównym budynkiem administracyjnym osiedla (cabildo). Są też położone wzdłuż głównej drogi zabudowania mieszkalne oraz pozostałości kamiennych konstrukcji wokół dawnego Placu Głównego – Plaza Mayor. Warto to wszystko zobaczyć, wejść do Museo de la Plaza Mayor Samuel Lewis García de Paredes, pooddychać tutejszym powietrzem, które – jako że Panamá Viejo leży w pewnej odległości od centrum stolicy, a więc z dala od spalin – jest aromatyczne i przesycone, nazwijmy to tak, zapachem historii. Kto odwiedzi ten cenny zespół archeologiczny, z pewnością nie będzie żałować.

Wieża obserwacyjna była istotna i do dziś pozostaje ważnym znakiem i świadectwem minionej świetności. W związku z tym, że w mieście okresowo przechowywano duże ilości złota z Peru, Panamá Viejo stanowiła łakomy kąsek dla piratów. Pośród wielu innych najbardziej spektakularnego ataku dokonał walijski bukanier Henry Morgan (ok. 1635–1688). Dowodząc ponad tysiącem ludzi, w styczniu 1671 r. zdobył miasto i doszczętnie je spalił. Oczywiście odbudowano je, bo nadal było nieodzowne, a wręcz konieczne, ale już w innym miejscu – kilka kilometrów dalej na południowy zachód. Uczyniono to na łatwiejszym do obrony cyplu – tam, gdzie dziś wznosi się Casco Viejo.

Casco Antiguo (Casco Viejo) to nazwa nadana miejscu, gdzie w 1673 r. zostało przeniesione miasto Panama

ALE KRAJ I… RAJ!

Kolejną, czwartą już niespodzianką, którą ma do zaoferowania Panama, jest jej interior – to, co znajdujemy poza strefą Kanału Panamskiego i poza stolicą. Różnorodność tego niewielkiego państwa naprawdę zaskakuje. Ktoś, kto tu przyjeżdża po raz pierwszy, może być tym zdumiony. To Ameryka Środkowa, a właściwie cała Ameryka Łacińska w pigułce, w miniaturze. To właśnie m.in. dlatego Panamczycy zwykli mawiać o swoim kraju: Jesteśmy najprawdziwszym środkiem świata.

 

Po pierwsze – Darién

Prowincja położona na wschodnim krańcu państwa, przy granicy z Kolumbią. Rośnie tutaj tropikalny, malaryczny las, który jest tak potężny i tak nieprzebyty, że nie dała mu rady nawet słynna Droga Panamerykańska (Carretera Panamericana). To jedyna przeszkoda na trasie od północy Alaski w USA po Ziemię Ognistą na południu Argentyny, której nie zdołała pokonać. Jeżeli ktoś chce samochodem kontynuować podróż dalej na południe, musi skorzystać z jednego z promów, które odchodzą z atlantyckiego wybrzeża Panamy w stronę pięknej Cartageny de Indias w Kolumbii. Innej drogi nie ma. Dokładnie to sprawdziłem. Między bajki należy włożyć opowieści tych, którzy w przeszłości twierdzili, iż przez przesmyk Darién (słynny Tapón del Darién) udało im się przedrzeć jakimś dżipem. A w gronie tych osób był, niestety, co najmniej jeden bardzo znany polski podróżnik. Ten sam, który twierdził, iż za nakręcenie filmu dostał Nagrodę Pulitzera, choć nigdy jej nie otrzymał, i że zlokalizował w dzisiejszym Peru ostatnią stolicę Inków – Vilcabambę, choć ta dawno już została odkryta.

Dzikość Darién jest jednocześnie wielką zaletą tego rejonu Panamy. Można tu uprawiać ekoturystykę w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. W 5-tysięcznej miejscowości Yaviza, gdzie kończy się północny odcinek Panamericany, w ostatnich latach jak grzyby po deszczu (w dodatku tropikalnym!) wyrastają agencje, które organizują kilkudniowe wyprawy do dziewiczej selwy, w kierunku położonej przy granicy z Kolumbią osady Boca de Cupe (gdzie, podobnie jak ja, zostaniecie na pewno zatrzymani i wylegitymowani przez panamskich żołnierzy z granicznego posterunku). Mimo iż ceny takich eskapad nie należą do najniższych, warto skonfrontować się z takim przeżyciem. Naprawdę jest ono niezapomniane. Można tutaj godzinami podziwiać tropikalne, różnokolorowe ptaki, a przy odrobinie szczęścia ujrzeć nawet jaguara. Zwierzęta te, wbrew temu, co się powszechnie sądzi, nie są groźne, a obserwowanie ich przez lornetkę z pewnej odległości jest doprawdy czymś fascynującym. Darién to doskonały przykład na to, że dzika przyroda nadal istnieje i miejscami ma się względnie dobrze. To część Panamy, której z pewnością nie wolno przegapić.

 

Po drugie – La Palma

To niezapomniana miejscowość na brzegach głęboko wciętej w ląd zatoki San Miguel (część Zatoki Panamskiej), stolica prowincji Darién leżąca nad wodami Oceanu Spokojnego. La Palma to w rzeczywistości wąski pas zabudowań wzdłuż piętrzącej się nad nimi skarpy. Poza tym jest tu port i główna ulica z domami na wysokich drewnianych palach. Dzięki temu to niezwykłe pueblo wygląda, jakby stało na szczudłach, oczywiście w czasie odpływu, bo gdy morza przybywa, widok się zmienia: już tylko „po kolana” stoi w wodzie.

To miasteczko, jakby żywcem wyjęte z opowiadań Gabriela Garcíi Márqueza (1927–2014). Te same twarze, ta sama atmosfera, te same biegające po ulicy rasowe koguty – gallos de pelea, te same zapachy, taka sama kuchnia, oczywiście nieodłączne żółte motyle oraz cumbia, wylewająca się z barów potokiem trudnych do pomylenia rytmów i dźwięków. Kto tutaj był, nie musi jechać do północnej Kolumbii – już wie niemal wszystko o tamtejszym karaibskim regionie (región Caribe). A tu jest bezpieczniej, bliżej (szczególnie wyruszając ze Ciudad de Panamá) i taniej. La Palmy nie omijajcie więc, proszę, na panamskim szlaku.

 

Po trzecie – wyspy Bocas del Toro

Właściwie są to wysepki. To przeciwny biegun kraju – północny zachód Panamy, basen Morza Karaibskiego, blisko granicy z Kostaryką. Po trudach wyprawy po prowincji Darién na pewno warto tutaj się udać, żeby odpocząć, zaleczyć zadrapania i ukłucia wyniesione z tropikalnego, malarycznego lasu oraz zakosztować słońca i turkusowej karaibskiej wody. Jeśli Darién jest rajem dziewiczej selwy, wyspy Bocas del Toro stanowią królestwo morskich kąpieli.

Sceneria jest tu niepowtarzalna. Można odnieść wrażenie, że wysepek są tysiące, choć tak naprawdę jest ich tylko kilkadziesiąt. Do najważniejszych tutejszych miejscowości należą Old Bank Town na wyspie Bastimentos (nazwa tego miasteczka to pamiątka jeszcze z czasów angielskich piratów, którzy odpoczywali w tym miejscu po kolejnych morskich potyczkach i… planowali następne) oraz blisko 15-tysięczne miasto na wyspie Colón noszące taką samą nazwę jak cały archipelag – Bocas del Toro. Wyspy, dzięki temu, że dość odległe od kontynentu, przez stulecia stanowiły azyl dla czarnoskórych niewolników uciekających z plantacji trzciny cukrowej. Do dziś pozostał po tym bardzo wyraźny ślad. Rdzenna ludność jest tutaj w większości ciemnoskóra, dzięki czemu panująca na archipelagu atmosfera przypomina nieco klimaty Jamajki albo regionów Hondurasu, Belize, Gwatemali i Nikaragui, gdzie mieszkają przedstawiciele niepowtarzalnej grupy etnicznej Garifuna, tzw. Czarni Karibowie. Miejscowa kuchnia pod wieloma względami przypomina afrykańską.

Łatwo tu wypocząć i to za stosunkowo niewielkie pieniądze. Wysepki oferują niezmiernie malowniczą, piaszczystą linię brzegową i niezliczone cabañas. Te proste chaty na palach, usytuowane tuż przy albo nawet na samej plaży, coraz częściej pokrywane są ekologicznie trzciną, a nie blachą falistą (jak bywało w przeszłości). Każda cabaña dysponuje zwykle płaskodenną łódką wiosłową, którą można pływać pomiędzy wysepkami. Płaskodenną, bo fal tutaj prawie nie ma, a dzięki małemu zanurzeniu wpłyniemy bez problemu w estuaria rzeczek i strumieni, które wpadają do morza. Na Bocas del Toro wody Morza Karaibskiego praktycznie łączą się z bujną zielenią. Po prostu żyć nie umierać! A jeśli dodać do tego wszystkiego możliwość nurkowania lub prostego snorkelingu – chyba nic więcej nie trzeba do błogiego wypoczynku.

 

Po czwarte – jezioro Bayano

To panamski zbiornik zaporowy, jeszcze mało znany, utworzony w 1976 r., ale jakże niepowtarzalny. Jezioro Bayano leży między Darién a stolicą kraju (w prowincji Panama). Na nim również znajdują się niezliczone wysepki, na których można bez żadnego specjalnego pozwolenia wylądować i jeśli ma się jakiś sprzęt turystyczny – obozować. Na południowym krańcu Bayano czeka nas kolejna niespodzianka. Najpierw długa i bardzo głęboka jaskinia – pierwsza z trzech tworzących tzw. Cuevas de Bayano. Nieco dalej wody jeziora wpływają w spektakularne wapienne wąwozy. Zewsząd opada nas atmosfera grozy i wiszącej w powietrzu tajemnicy. Można by tu kręcić wiele hollywoodzkich filmów, opowiadających o eksploracji nieznanych obszarów. Gdyby Francis Ford Coppola odpowiednio wcześniej wiedział o istnieniu tych kanionów i jeziora Bayano, na pewno nakręciłby tutaj niejedną ze scen Czasu apokalipsy (1979 r.) – z korzyścią dla tego niezwykłego dzieła kinematografii.

 

Po piąte – wulkan Barú

Volcán Barú (znany też jako Volcán de Chiriquí – od nazwy prowincji, w której się wznosi) to najwyższy szczyt kraju (3475 m n.p.m.). Warto tu przyjechać, choćby dlatego, aby się przekonać, iż w Panamie nie wszędzie jest parno i gorąco, i że znajdziemy w niej także obszary o temperaturach zdecydowanie umiarkowanych, gdzie odetchniemy od wszechobecnych upałów. Najpierw mijamy blisko 150-tysięczne miasto David, stolicę prowincji Chiriquí, a następnie Boquete (Bajo Boquete). Na każdym postoju pijemy oczywiście wyśmienitą kawę, bo to centrum kawowego zagłębia Panamy. A potem, po wzmocnieniu małą czarną, nic już nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć piąć się ku wulkanicznemu szczytowi. Ta wspinaczka ma wielki walor. Otóż przy odrobinie szczęścia, gdy panuje dobra widoczność i opadną już poranne mgły (po spektakularnym wschodzie słońca porównywalnym z tym na Górze Mojżesza lub w tzw. Sanktuarium Annapurny), wierzchołek Barú jest chyba jedynym miejscem w Panamie, skąd jednocześnie można podziwiać dwa oceaniczne brzegi: wybrzeże Atlantyku, a po drugiej stronie Pacyfiku. Stąd na własne oczy przekonamy się, że ten środkowoamerykański kraj to tylko wąski pas ziemi, który nie tyle dzieli, co łączy (o czym była już mowa), i gdzie – jak mawiają Panamczycy – dwa oceany wpadają sobie w ramiona i czule się całują. A niech się całują… Zresztą oby jak najdłużej, żeby było dokąd podróżować!

Na koniec pragnę nadmienić, iż mój artykuł nie powstałby, gdyby nie Eduardo Osorio Irigoyen, który pomógł mi mocno przy penetrowaniu panamskich bezdroży, za co chciałbym mu serdecznie podziękować. Muchas gracias, Eduardo, por tu gran ayuda!