KAMILA KOWALEWSKA
www.kaminacabo.pl
« Szerokie piaszczyste plaże, wysokie, strzeliste wulkany, zielone, żyzne doliny, klimatyczne miasteczka pamiętające czasy portugalskiej kolonii, bary tętniące kabowerdeńską muzyką… Na Wyspach Zielonego Przylądka króluje różnorodność! »

Plaża z łodziami rybackimi w mieście Tarrafal
Dziewięć spośród piętnastu wysp archipelagu jest zamieszkałych i podzielić je można na dwie grupy – północne Wyspy Zawietrzne (Ilhas de Barlavento, do których należą Boa Vista, Sal, São Nicolau, São Vicente i Santo Antão) i południowe Wyspy Podwietrzne (Ilhas de Sotavento, czyli Santiago, Maio, Fogo i Brava). Do tych pierwszych zalicza się jeszcze bezludna Santa Luzia (zajmująca powierzchnię 34 km²), objęta od 1990 r. ochroną rezerwatu przyrody (Reserva Natural Integral de Santa Luzia).
Republika Zielonego Przylądka to dawna portugalska kolonia. Niepodległość uzyskała 5 lipca 1975 r., ale nawet dziś śladami po minionych czasach są nie tylko zabytkowe, kolonialne budynki. Chociaż na ten temat od wielu lat toczą się debaty, wciąż urzędowy język w kraju stanowi portugalski. Jednak dość rzadko można go usłyszeć na ulicach archipelagu, gdyż mieszkańcy na co dzień posługują się kabowerdeńskim kreolskim (kriolu kabuverdianu). Powstał on na bazie portugalskiego i języków z Afryki Zachodniej. Wyróżniamy dwa warianty kriolu kabuverdianu: badiu na Wyspach Podwietrznych oraz sampadjudu na Wyspach Zawietrznych. Poza tym na każdej wyspie rozwinął się nieco inny dialekt.
NIE DO KOŃCA ZIELONE
To tak wyglądają Wyspy Zielonego Przylądka? Wielu turystów przeciera oczy ze zdumienia przed lądowaniem na wyspie Sal. Ukazuje się im wówczas z pozoru płaska beżowa półpustynia, którą oblewają turkusowe wody Oceanu Atlantyckiego. Faktycznie, jeśli ktoś myślał, że wszystkie z Wysp Zielonego Przylądka porośnięte są bujną tropikalną roślinnością, to może się zawieść.
Legenda głosi, że Bóg ostatniego dnia po stworzeniu świata otrzepał dłonie z gliny i w ten sposób powstało Cabo Verde. W rzeczywistości wyspy mają pochodzenie wulkaniczne i wypiętrzyły się w różnych okresach historycznych, co wiele mówi o ich zróżnicowaniu.
Powstanie najstarszych z nich, najbardziej płaskich, o półpustynnym klimacie – Sal, Boa Vista i Maio – datowane jest na dwadzieścia kilka milionów lat. To właśnie na nich znajdziemy szerokie piaszczyste plaże oraz idealne warunki do uprawiania kite- czy windsurfingu. Najmłodsza wyspa Cabo Verde – Fogo – ma zaledwie 100 tys. lat. To nad nią góruje wysoki na 2829 m n.p.m. czynny wulkan (Pico do Fogo). Sprawia on, że tutejsza ziemia należy do najbardziej żyznych na całym archipelagu.
Większość wysp, które powstały w międzyczasie – Santiago, Santo Antão, São Nicolau – charakteryzuje się łańcuchami górskimi mającymi wysokość powyżej 1000 m n.p.m., pomiędzy którymi znajdują się żyzne, zielone doliny pełne upraw tropikalnych owoców. Z kolei najmniejsza z zamieszkanych wysp – Brava (zajmująca powierzchnię 67 km²) – ma specyficzny mikroklimat i po opadach deszczów możemy obserwować na niej bujną, zieloną roślinność. Wyspy Zielonego Przylądka są więc zielone, ale… nie wszystkie i nie zawsze.
Skąd więc wzięła się ich nazwa?! Została nadana zupełnie przypadkowo. Portugalczycy, gdy przybyli tu po raz pierwszy, zauważyli, że południowa część archipelagu znajduje się na wysokości Przylądka Zielonego, najbardziej na zachód wysuniętego punktu Afryki. Jego francuska nazwa to Cap-Vert i stąd też wzięło się portugalskie Cabo Verde.

Na wyspie Brava roślinność jest bardziej obfita
TRUDNE POCZĄTKI
Portugalczycy dopłynęli na archipelag po raz pierwszy między 1456 a 1460 r. Dosyć szybko zauważyli, że na wielu wyspach nie ma ani surowców naturalnych, ani możliwości upraw na większą skalę. Koniec końców postanowili osiedlić się na Santiago, gdzie znaleźli odpowiednie warunki do życia i rozwoju rolnictwa. Wyspy były wcześniej niezamieszkałe i Portugalczycy do pracy na roli zaczęli ściągać siłą mieszkańców z Afryki Zachodniej. W 1462 r. założyli na Santiago pierwsze miasto Ribeira Grande, dziś znane jako Cidade Velha (Stare Miasto). To jedyne miejsce na archipelagu, które znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (od 2009 r.). Cidade Velha ma jednak swoją mroczną historię.
To właśnie tu rozpoczęła się historia transatlantyckiego handlu niewolnikami. Portugalczycy siłą ściągali mieszkańców z kontynentalnej Afryki, chrzcili ich, uczyli kilku poleceń po portugalsku i sprzedawali na europejskie, głównie hiszpańskie statki. Wyspy – położone pomiędzy Czarnym Lądem, Europą a Ameryką – były światowym centrum handlu afrykańskimi niewolnikami przez XVI w. i kawałek XVII stulecia. Część z nich była osadzana na miejscu i wykorzystywana do pracy na plantacjach na archipelagu. Potomkowie zachodnioafrykańskich niewolników wywożonych z Cabo Verde żyją dziś m.in. na Kubie, w Dominikanie czy Brazylii. Niechlubną pamiątkę po tych czasach stanowi Pelourinho (Pręgierz) zbudowany między 1512 a 1520 r., znajdujący się na centralnym placu Cidade Velha. To właśnie tutaj bito i publicznie poniżano niesubordynowanych niewolników. Teraz wokół tego pomnika historii skupiły się sklepiki z pamiątkami.
Masowy handel afrykańskimi niewolnikami przynosił krocie, więc początkowo Portugalczycy nie byli zainteresowani większym wykorzystaniem reszty archipelagu. Próby wypasu bydła czy rozwoju upraw na innych wyspach często nie zdawały egzaminu, dlatego też inne kabowerdeńskie lądy rozwinęły się dużo później.
Jedyne, co było zawsze błogosławieństwem dla Wysp Zielonego Przylądka, to ich strategiczne położenie na Atlantyku. Archipelag stanowił idealną lokalizację na handel z kontynentem afrykańskim, doskonały przystanek w drodze do Indii dla portugalskich kolonizatorów czy miejsce, gdzie statki zdobywały potrzebne zaopatrzenie na długą transatlantycką podróż.

Wyspa Santo Antão – osiołek w kalderze Cova o średnicy ok. 1 km, na jej dnie rosną kukurydza i fasola
SALINY, MUSSOLINI I DZIKIE PLAŻE
Sal, zwana na początku Lhana (co dosłownie znaczy „płaska”), zaczęła się rozwijać dopiero po 1800 r. Na jej północnym wschodzie Manuel António Martins (1772–1845), w latach 1833–1835 gubernator Wysp Zielonego Przylądka i Gwinei Portugalskiej (obecnie Gwinei Bissau), odkrył złoża soli w kraterze wygasłego wulkanu. Nakazał wówczas sprowadzenie niewolników do ich eksploatacji i tak powstała Pedra de Lume, pierwsza miejscowość na Sal. Wkrótce przekonał się jednak, że na południu wyspy znajdują się inne złoża soli, które dużo łatwiej wydobywać i eksploatować. Dzięki tym solankom powstała w 1835 r. Santa Maria, obecnie najbardziej turystyczna miejscowość na Sal, z dobrze rozwiniętą infrastrukturą hotelową.
Wyspa prawdopodobnie nie rozwinęłaby się tak szybko, gdyby nie… Benito Mussolini (1883–1945). Włoski dyktator postanowił o wybudowaniu na niej lotniska (Aeroporto Internacional da Ilha do Sal), aby służyło mu jako punkt przesiadkowy w trakcie lotów do Ameryki Południowej. Portugalczycy przystali na ten pomysł i już pod koniec 1939 r. odbył się pierwszy lot na ten mały kabowerdeński ląd, zajmujący powierzchnię 216 km². Kilka lat później, po II wojnie światowej, kolonizatorzy odkupili inwestycję od Włochów, zmodernizowali pas startowy i nagle w tym porcie lotniczym zaczęły regularnie lądować ogromne samoloty, w tym słynne jumbo jety (boeingi 747). Pierwszy lot Concorde’a poza Europę miał międzylądowanie właśnie na Sal. W latach 60. i 70. XX stulecia takich międzylądowań było mnóstwo, powstał też pierwszy hotel na wyspie w Espargos, który przyjmował załogi będące na tzw. stopoverze – czekające na swój kolejny lot.
Kto wie, jak dalej potoczyłyby się losy tej pustynnej wyspy, gdyby nie jedna belgijska para. Gaspard Vynckier (1896–1972) i Marguerite Massart-Vynckier (1900–1979), emerytowani inżynierowie, szukali słonecznego i przyjaznego miejsca, gdzie mogliby spędzić swoją jesień życia. Tak właśnie trafili na Sal i w latach 1965–1966 zbudowali dom przy samej plaży w Santa Maria. Pewnego dnia spotkali się z kapitanem jednej z linii, który zatrzymał się na kilka dni na wyspie. Zaproponowali mu i całej załodze noclegi w pokojach gościnnych w swoim domu. To był strzał w dziesiątkę. Zamiast nocować obok lotniska w półpustynnym Espargos, załoga miała piękny widok na ocean i dwie minuty spaceru na plażę. To dało początek pierwszemu hotelowi (Morabeza), który powstał w Santa Maria już w 1967 r.
W latach 90. na Sal zaczęły powstawać kolejne duże obiekty hotelowe, a tutejsze lotnisko (Aeroporto Internacional Amílcar Cabral – SID) było jedynym w kraju, aż do 2005 r., mogącym przyjmować większe samoloty. Tak właśnie, dzięki Mussoliniemu i belgijskim inżynierom, to na tę wyspę jako pierwszą zawitała międzynarodowa turystyka.
WĘGIEL I ANGLICY
Rozwój São Vicente, mimo iż rozpoczął się niewiele później niż Sal, przebiegał zgoła inaczej. Związany był przede wszystkim z ogromnym naturalnym portem, wokół którego powstało miasto Mindelo. Służył on najpierw do uzupełniania zapasów wody i jedzenia przy podróżach transatlantyckich. W 1838 r. Anglicy wpadli na pomysł, jak inaczej mogą wykorzystać jego położenie. Zaczęli przywozić z Wielkiej Brytanii węgiel, który sprzedawali statkom zatrzymującym się w Mindelo podczas podróży do Ameryki. Był to ogromny biznes. Trwał jednak relatywnie krótko, bo skończyło go pojawienie się statków na parę napędzanych przez paliwa płynne, np. olej opałowy.
Port w Mindelo jest za to wykorzystywany do tej pory. Regularnie zawijają do niego ogromne statki pasażerskie. Znajduje się tu też jedyna marina na całym Cabo Verde, gdzie zatrzymują się jachty biorące udział w regatach lub płynące z Europy na Karaiby czy do Brazylii. Wody należące do Wysp Zielonego Przylądka idealnie nadają się do żeglowania i poznawania archipelagu od strony Oceanu Atlantyckiego.

Peixeira w targowej alejce niosąca na głowie ciężką miskę wypełnioną świeżo złowionymi rybami
WIECZNI EMIGRANCI
Mimo znanego powszechnie sloganu no stress, życie Kabowerdeńczyków nigdy nie było łatwe. Od samego początku, kiedy wyspy zostały zasiedlone, mieszkańcy zmagali się z brakiem wody czy niewystarczającą ilością opadów deszczu pod uprawy. W praktycznie każdym stuleciu na archipelagu pojawiały się susze. Trzy główne z XVIII i XIX w., najstraszniejsze w skutkach, spowodowały śmierć głodową ponad 100 tys. osób.
To sprawiło, że wielu mieszkańców chciało opuścić wyspy w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Emigracja z archipelagu zaczęła się już pod koniec XVIII stulecia. Wtedy to na wyspy Fogo i Bravę zawijały amerykańskie statki poławiające wieloryby na Atlantyku. Amerykanie szybko zobaczyli w wyspiarzach tanią siłę roboczą. Kabowerdeńczycy za to bez zastanowienia zostawiali swoje wyspy naznaczone kolejną dekadą suszy i głodu w poszukiwaniu lepszego życia.
W ten sposób pierwszym miejscem, do którego migrowali, stały się Stany Zjednoczone. Kolejne fale migracyjne rzuciły ich do Portugalii i innych europejskich krajów, takich jak Włochy, Francja, Hiszpania, Niderlandy, Luksemburg, Szwecja, Niemcy, a nawet… Polska. Sama znam kilku wyspiarzy mieszkających w naszej ojczyźnie.
Nie zawsze jednak marzenia o lepszym emigracyjnym świecie zamieniały się w rzeczywistość. W pierwszej połowie XX w. Portugalczycy obiecywali wyspiarzom dużo korzystniejsze warunki do życia przy pracy na plantacjach kakaowca w innej portugalskiej kolonii – Wyspach św. Tomasza i Książęcej. Niestety, okazało się, że każdy, kto na nich pracował, był traktowany jak niewolnik i nie miał możliwości powrotu do ojczyzny.
Na skutek wielu stuleci emigracji Kabowerdeńczycy są jednym z niewielu narodów, którego większą część populacji znajdziemy poza granicami kraju. Liczbę mieszkańców Wysp Zielonego Przylądka szacuje się na 560 tys. osób, a Kabowerdeńczyków i ich potomków mieszkających poza archipelagiem jest ponad milion.
Obecnie każdy, kto mieszka w ojczyźnie, ma chociaż jednego emigranta w rodzinie. Kabowerdeńczycy żyjący poza krajem stanowią też ważne wsparcie finansowe dla swoich rodzin. Niektóre źródła podają, że przelewy przychodzące z zagranicy wynoszą nawet do 20 proc. PKB państwa! Symbolem pomocy emigrantów jest bidon – plastikowa lub metalowa beczka, którą wyspiarze otrzymują co najmniej raz w roku od swoich najbliższych. W środku znajdują się produkty, których próżno szukać na Cabo Verde.
Emigranci często marzą o powrocie do ojczyzny na emeryturę i w rzeczywistości wielu z nich to robi. Nierzadko inwestują w działki na swoich rodzinnych wyspach, przez lata budują i wykańczają na nich domy, aby mieć gdzie zamieszkać po wielu dekadach ciężkiej pracy za granicą kraju. Mając emerytury ze Stanów Zjednoczonych czy Europy, mogą później żyć w swojej ojczyźnie na bardzo przyzwoitym poziomie.
CODZIENNE ŻYCIE
Życie wielu wyspiarzy dalej w dużej mierze jest uzależnione od tego, co akurat na wyspy przyleci czy przypłynie. Pracujący w turystyce – a chociażby na samej Sal to ponad 90 proc. populacji – wyglądają samolotów z turystami na niebie. Kobiety zwane peixeira, będące sprzedawczyniami ryb, wypatrują rybaków z połowami. A wszyscy czekają na transport produktów spożywczych. Zdecydowana większość z nich pochodzi z Portugalii i Hiszpanii. Zdarzają się tygodnie, że na danej wyspie nie ma np. pomidorów czy… coca-coli. Dlaczego? Po prostu nie dopłynęły. No stress, będą jutro lub pojutrze! Wyspiarze są do tego przyzwyczajeni.
Filozofię kabowerdeńskiego życia no stress widać także mocno na co dzień. Lokalni mieszkańcy się nie spieszą, doceniają spotkania z innymi, drobne chwile, pogawędki, żarty. Na Cabo Verde to rzadkość, żeby spotkać kogoś spieszącego się czy zestresowanego pracą. Kabowerdeńczycy są również jednymi z bardziej życzliwych ludzi, jakich spotkałam w życiu. Zdarza się jednak, że emocje im się udzielają, gdy wychylą za dużo szklaneczek grogu – lokalnego trunku z trzciny cukrowej.
Z drugiej strony negatywny wpływ podejścia no stress wyraźnie uwidacznia się w kabowerdeńskiej biurokracji. Załatwienie tu jakiejkolwiek sprawy urzędowej, nie odwiedzając przy tym urzędu co najmniej pięć czy sześć razy, zakrawa na cud. Lokalne przepisy są też na tyle skomplikowane, że nieraz sami urzędnicy mają problem z ich interpretacją. Prowadząc własną działalność gospodarczą na wyspach, należy uzbroić się w cierpliwość i… ogromny uśmiech do rozbijania twardych serc kabowerdeńskich urzędniczek.
MUZYKA ELEMENTEM ŻYCIA
Sposobem na przeżycie w ciężkich warunkach i dodawanie sobie otuchy była od zawsze muzyka. To, co zdumiewa na wyspach, to olbrzymia liczba gatunków muzycznych, które powstały na Cabo Verde. W tym małym społeczeństwie znajdziemy także ogrom muzyków światowej klasy.
Będąc na archipelagu, na pewno usłyszycie mornę. Często porównywana do portugalskiego fado, rzewnie opowiada o utraconej miłości, rozłące z bliskimi i o trudnej historii wyspiarzy. Najsłynniejszą piosenkarką wykonującą mornę była Cesária Évora (1941–2011). Jej chropowaty, przejmujący głos zapełniał sale koncertowe na wszystkich kontynentach, a „bosonoga diva”, jak ją nazywano ze względu na zwyczaj występowania na scenie bez obuwia, umiejscowiła Cabo Verde na muzycznej mapie świata. To właśnie m.in. dzięki niej w 2019 r. morna została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Wśród Kabowerdeńczyków najpopularniejszym gatunkiem muzycznym jest energiczna funaná, pochodząca z Santiago. Charakterystyczny szybki rytm akordeonu diatonicznego towarzyszy większości imprez. Na Cabo Verde tańczy się także mazurka. W nieco zmienionym rytmie przybył on z Polski na wyspy przez Portugalię lub Francję.
Do innych znanych rodzajów muzyki kabowerdeńskiej należą m.in.: coladeira (koladera), finançon (finason), tabanca (tabanka) czy batuque (batuku lub batuk). Ten ostatni pochodzi z XVIII stulecia, co czyni z niego najprawdopodobniej najstarszy gatunek muzyczny na Cabo Verde. Pierwsze wzmianki o nim pochodzą z 1772 r. Batuque to prosta, lecz hipnotyzująca muzyka. Ten styl tańca polega na tym, że w okręgu zbiera się kilka kobiet, które wystukują rytm na txabéta, kawałku materiału owiniętym skórą. Pośrodku tańczy jedna z nich (batucadeira, batukadera), energicznie poruszając biodrami. Umiarkowane tempo przyspiesza stopniowo, a tancerka wpada jakby w trans.
Batuque na tyle zafascynował samą Madonnę, że postanowiła go uwiecznić na swoim albumie Madame X z 2019 r. (w postaci utworu Batuka). Zaprosiła grupę batucadeiras mieszkających w Lizbonie do wzięcia udziału w trasie koncertowej promującej jej nową płytę (Madame X Tour). Dla wielu z nich, wykonujących na co dzień ciężkie i słabo płatne prace sprzątaczek czy pomocy domowych, to była przygoda życia.
Nieraz powtarzam, że Kabowerdeńczycy mają dodatkowy gen… muzyczny. Praktycznie każdy z nich potrafi albo śpiewać, albo tańczyć, albo grać na jakimś instrumencie. Można to zaobserwować, będąc zarówno w lokalnych knajpkach na kolacji, gdzie muzyka jest grana na żywo, jak i podczas ważnych wydarzeń muzycznych, takich jak Baía das Gatas na São Vicente, festiwal w Santa Maria na Sal czy też najsłynniejszego z nich – karnawału w Mindelo. To jedna z największych tego typu imprez odbywających się w Afryce. Do barwnego i hucznego Carnaval de Mindelo mieszkańcy miasta przygotowują się miesiącami.
TREKKINGOWE SANTO ANTÃO
Mimo iż kojarzą się nam przede wszystkim z rozległymi plażami, Wyspy Zielonego Przylądka to świetne miejsce dla miłośników trekkingów. Znajdziemy tu zarówno lekkie szlaki dla początkujących piechurów, wymagające ścieżki prowadzące po stromych zboczach, jak i wyjątkowe trasy wiodące na wygasłe wulkany, np. na Sal.
Za niekwestionowaną królową trekkingu uważa się Santo Antão. Można na niej spędzić dwa czy trzy tygodnie i codziennie spacerować innym szlakiem. Wyjątkowa jest najbardziej zielona na wyspie dolina Paul, do której prowadzi malownicza ścieżka z krateru Cova (1166 m n.p.m.). Pokonanie prawie 800 m w dół nie stanowi dużego problemu. Poza tym widoki na całą dolinę i widniejący w oddali ocean zapierają dech w piersiach.
Wioska Fontainhas należy do najczęściej odwiedzanych miejsc na Santo Antão. I nie bez powodu – jest przepięknie usytuowana na wysokim urwisku skalnym w pobliżu Atlantyku. Nie dziwi więc fakt, że kilka lat temu została wybrana przez hiszpańską edycję słynnego czasopisma National Geographic drugą najpiękniej położoną wioską na świecie. Fontainhas znajduje się na trasie jednego z popularniejszych trekkingów na wyspie – z Chã de Igreja do Ponta do Sol. Przemierzając ten prawie 20-kilometrowy odcinek, mijamy zarówno dzikie, czarne plaże, opuszczone osady, strzeliste góry wpadające wprost do oceanu, jak i właśnie wyjątkowe wioski (w stylu Fontainhas czy Corvo). Nasza droga kończy się w malowniczo usytuowanej miejscowości Ponta do Sol. To najbardziej na północ wysunięty skrawek Cabo Verde i miejsce słynące z najwspanialszego na Santo Antão zachodu słońca.
Wyspa Świętego Antoniego to jednak nie tylko piękne szlaki górskie. To też najbardziej życzliwi ludzie w całym kraju. Często spotkamy ich pracujących na roli czy transportujących towary do wysoko położonych wiosek. Widok pań z ogromnymi miskami na głowach, przemierzających zbocza w japonkach nie jest niczym dziwnym. Często mieszkańcy osad zaczepiają turystów znajomym Bonjour. Dlaczego? Otóż większość osób przyjeżdżających na trekkingi na Santo Antão pochodzi właśnie z Francji. Innych piechurów spotkamy relatywnie rzadko. W skali świata trekkingi na wyspie są dalej mało popularne. I bardo dobrze! Dzięki temu mamy okazję odkryć prawdziwe perełki bez tłumów turystów.
TAJEMNICZA FOGO
Praktycznie z każdego miejsca na Fogo dostrzeżemy ogromny, strzelisty wulkan. Wysoki na 2829 m n.p.m. Pico de Fogo to najwyższy szczyt archipelagu i jeden z symboli Cabo Verde. Możecie go np. znaleźć na banknocie 200 escudos (CVE). Wulkan jest nadal aktywny, ostatnie jego erupcje miały miejsce w 1995 i 2014–2015 r. W kwietniu 1995 r. w wyniku wybuchu powstał Pico Pequeno, czyli Mały Szczyt, od stycznia 2022 r. nazwany oficjalnie Monte Mota Gomes (ok. 1929 m n.p.m.). Kolejna erupcja, która rozpoczęła się w listopadzie 2014 r., okazała się dużo bardziej odczuwalna w skutkach. Doszczętnie zalała lawą wioskę Portela położoną u stóp wulkanu, a jej mieszkańcy zostali ewakuowani. Ich miłość do Pico de Fogo była jednak tak wielka, że ledwie kilka miesięcy później (erupcja zakończyła się w lutym 2015 r.) postanowili tam powrócić, a na miejscu zniszczonych domów zaczęli budować nowe.
Fogo dzięki żyznej glebie może również pochwalić się wyjątkowymi produktami. To właśnie na niej, zaraz pod wulkanem, uprawia się winogrona, z których powstaje lokalne wino Chã. Produkuje się je zarówno w wersji białej, różowej, jak i czerwonej. Mieszkańcy okolicznych wiosek wytwarzają też manecon. To słodkie czerwone wino, dostępne jedynie w tym miejscu.
Ok. 200–300 m poniżej krateru znajdziemy najcenniejsze uprawy na całym Cabo Verde. To plantacje kawy, z których część należy do światowego giganta – amerykańskiego Starbucksa. Tutejsza arabica została nawet kilka lat temu uznana za trzecią najlepszą kawę na świecie i jest dostępna w niektórych lokalach tej największej na świecie sieci kawiarni. W celu skosztowania marki Café do Fogo nie musicie wybierać się do popularnej sieciówki. Wystarczy wypatrywać na mieście pani z termosem, w którym znajdziecie naturalnie zagotowaną kawę spod wulkanu, a ziarna na prezent możecie zakupić w lokalnym supermarkecie.
NAZNACZONE HISTORIĄ SANTIAGO
Miłośnicy historii na pewno nie odmówią sobie wizyty na największej wyspie archipelagu – Santiago (991 km² powierzchni). Tutaj, jak już wcześniej wspomniałam, rozpoczęła się historia Cabo Verde. To także wyspa największych kontrastów.
Stolica i największe miasto Republiki Zielonego Przylądka – 160-tysięczna Praia – nie jest tętniącą życiem metropolią. Z jednej strony jest tu ogromna przestrzeń dla prężnie rozwijających się start-upów, a z drugiej – w dalszym ciągu spotykamy tak popularny na wszystkich wyspach handel obnośny. W stolicy znajdziemy ekskluzywne kluby, dostępne dla najbogatszych, oraz małe, kameralne, lokalne bary, gdzie sąsiedzi wspólnie spędzają czas. Mamy tutaj jedyne w kraju centrum handlowe z prawdziwego zdarzenia (Praia Shopping), ale mocno drepcze mu po piętach targ Sucupira, gdzie możemy sobie uszyć piękną kreację w afrykańskie wzory.
Pozostałe rejony Santiago bardzo różnią się od Prai. Mamy tu przede wszystkim mnóstwo miasteczek i wiosek położonych w górach, gdzie życie dalej toczy się leniwie i w dużej mierze podobnie jak we wcześniejszych stuleciach. Wyjątkowe miejsce stanowi osada Espinho Branco, którą zamieszkuje społeczność zwana Rabelados. Jej przedstawiciele byli m.in. przeciwnikami portugalskich kolonizatorów, ale też wszelkiej modernizacji. Dlatego do tej pory ich domy nie są zelektryfikowane. Rabelados nie korzystają z radia czy telewizji, żyją tradycyjnie – z roli. Byli pierwszymi buntownikami walczącymi z systemem i tacy pozostali do dziś.
Santiago zostało także naznaczone najnowszą ciężką historią. To właśnie tutaj, na północy wyspy, niedaleko Tarrafal powstał w 1936 r. obóz koncentracyjny założony przez Portugalczyków (Campo de Concentração do Tarrafal). Najpierw zsyłano do niego przeciwników reżimu Salazara. Później, od 1961 r., przymusowo osadzani byli afrykańscy przywódcy niepodległościowi z portugalskich kolonii, przede wszystkim z Angoli, Gwinei Portugalskiej i Wysp Zielonego Przylądka. To wtedy miejsce to otrzymało też straszną nazwę – Campo da Morte Lenta, czyli Obóz Powolnej Śmierci. Istniało do 1 maja 1974 r., a już ponad rok później Cabo Verde uzyskało niepodległość (5 lipca 1975 r.). Obecnie działa tu Museu da Resistência – Muzeum Oporu. Ten historyczny obiekt czeka w kolejce na wpisanie go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
KITESURFING – STYL ŻYCIA NA SAL
Od blisko 20 lat Republikę Zielonego Przylądka doskonale znają miłośnicy kite- i windsurfingu oraz surfingu. Pomiędzy listopadem a marcem horyzont nad Sal pokrywa ogrom kitesurfingowych latawców. Wyspa znana jest z jednych z najlepszych na świecie warunków do uprawiania tego sportu, dlatego w sezonie ściągają na nią tłumy. Wszystko jednak zaczęło się od przypadku…
Ponad dwie dekady temu, zwabiony obietnicą dobrych wiatrów, trafił na Sal pewien Francuz. Zabrał ze sobą sprzęt do kitesurfingu, który do tej pory był nieznany szerzej na wyspach. Kiedy odpoczywał, jeden z lokalnych chłopaków z Santa Maria – Mitu Monteiro (urodzony 7 lipca 1983 r.) – uczył się pływać na jego ekwipunku. Po kilku dniach dosyć dobrze opanował ten sport, który wkrótce stał się jego największą pasją.
Kilka miesięcy odkładał pieniądze, aby móc sobie kupić własny latawiec. Nie było go jednak stać na specjalną deskę, dlatego pływał na zwykłej desce surfingowej. Tak powstał nowy rodzaj kitesurfingu – strapless, którego pionierem stał się Mitu. Sam w tej dyscyplinie zaszedł bardzo daleko. Kilkukrotnie zdobywał medale mistrzostw świata – złoty w 2008 r. i srebrny w 2010, 2011 i 2012 r. Obecnie zakończył już profesjonalną karierę. Skupia się na prowadzeniu swojej szkółki kitesurfingowej (Mitu & Djo Kite Beach) oraz uczeniu trzech synów, aby byli jego następcami. Daje też możliwość rozwoju lokalnym chłopakom, którzy pracują u niego jako instruktorzy.
PODSUMOWANIE
Nie bez przyczyny Wyspy Zielonego Przylądka niektórzy nazywają „ostatnim rajem na Atlantyku”. Niewiele jest takich miejsc na świecie, które na tak małej powierzchni oferowałyby tak wiele. Znajdziecie tu nie tylko szerokie, ciągnące się kilometrami piaszczyste plaże, ale też idealne trasy trekkingowe. Będziecie mogli zrelaksować się przy dźwiękach lokalnej muzyki, wypróbować sportów ekstremalnych oraz zapoznać się z wielowątkową i często niełatwą historią wysp. No i wreszcie poczujecie słynną tutejszą morabezę, która mówi nam o tym, aby cieszyć się z każdej chwili życia i celebrować małe codzienne wydarzenia. Morabeza można przetłumaczyć jako „gościnność”, choć w rzeczywistości to coś dużo więcej. Znaczenie tego słowa pojmie każdy, kto będzie miał okazję poznać bliżej mieszkańców Cabo Verde. Dołożą oni wszelkich starań, żeby odwiedzający ich goście poczuli się u nich jak u siebie w domu. Kabowerdeńczycy, mimo wielu przeciwności losu, potrafią doceniać życie jak mało kto!



