Stoję na wysokiej wydmie, która wciąż oddaje ciepło nagromadzone podczas gorącego dnia, pośród strzelistych skał przypominających wielkie palce wbite w grunt oraz mnóstwo innych niemożliwych do wyobrażenia form i kształtów świetnie nadających się na przedplan kadrów. Nad głową mam dach z milionem gwiazd. Dookoła panuje kompletna cisza. Gdyby nie jasno świecący księżyc, byłaby też totalna ciemność. Biorę głęboki wdech i oddycham miarowo. Pod stopami czuję drobny jak mąka piasek, który za dnia ma barwy od krwistego karmazynu po bursztynową żółć. Naświetlam kilka minut starannie dobrane kompozycyjnie kadry. Czuję, że jestem… Pustynia daje wielką wolność, o czym lokalni mieszkańcy – Beduini – wiedzieli doskonale od tysięcy lat. Ja planowałem tę podróż od wielu lat. Zrobiłem to – jestem!
Jordania to bliskowschodni kraj wywodzący się z cywilizacji śródziemnomorskiej, a zanurzony od VII w. n.e. w kulturze arabskiej, o powierzchni nieco mniejszej od Węgier (89 342 km²) i populacji zbliżonej do Belgii (ok. 11,2 mln). Haszymidzkie Królestwo Jordanii jest w znacznej mierze wyżynne, ale też w sporej części płaskie (równiny położone na wysokości 700–1000 m n.p.m.) i na niemal całej swojej powierzchni ma charakter pustynny. Zieleni i ziem uprawnych nie znajdziesz tu wiele, ale właśnie to wnosi ten element surowej magii, po którą przybywają do tego kraju podróżnicy.
Jordania oferuje mnóstwo ciekawych zabytków klasy światowej z okresów od neolitu, przez starożytność i średniowiecze, aż po czasy nowożytne, czerpiąc z wielu kultur, religii i nurtów filozoficznych. Również świat przyrody obdarzył ten skrawek pustynnej i wyżynnej ziemi niesamowitymi miejscami. To jednak temat na zdecydowanie szerszy artykuł, my w naszej opowieści skupimy się głównie na nabatejskiej Petrze oraz pustyni Wadi Rum położonej na pograniczu z Arabią Saudyjską.
Kierunek dla twórców wizualnych i nie tylko
Jordania jako kierunek marzeń w głowach twórców brana jest pod uwagę stosunkowo często. Rozbudza ona wyobraźnię swoją surowością, dzikością i majestatem form natury, a także dzieł ludzkich rąk sprzed tysięcy lat, które współistnieją i zachwycają swoim kunsztem oraz rozmachem. Wystarczy sięgnąć pamięcią do filmów przygodowych z młodości ludzi mojego i nieco starszego pokolenia, jak choćby niezapomniany Indiana Jones i ostatnia krucjata z 1989 r., w reżyserii Stevena Spielberga i z Harrisonem Fordem w roli głównej. To właśnie niezmiernie fotogeniczne zaułki Petry skusiły słynnego filmowca i scenarzystów, żeby wykorzystać ją jako tło zdarzeń przygód popularnego archeologa i poszukiwacza. W dzisiejszych czasach ruiny miasta Nabatejczyków znajdują się także w orbicie zainteresowań fotografów i filmowców.
Z tego też względu Petra cieszy się również dużą popularnością wśród rzeszy turystów z całego świata, przede wszystkim w sezonie, który trwa na ogół od marca do maja oraz od września do końca listopada (podróżników nie brakuje tutaj jednak przez cały rok). Tłumy te powodują, że trzeba się nieźle nagimnastykować, aby zrobić wartościowy materiał fotograficzny lub wideo. Zwłaszcza że obowiązuje zakaz przebywania na terenie samej Petry poza oficjalnymi godzinami otwarcia, czyli niejednokrotnie w najlepszym świetle wschodów i zachodów słońca oraz w gwieździste noce, co jest najbardziej cenione wśród twórców.
Sprawa ma się inaczej w kwestii pustyni Wadi Rum, gdzie nie ma ograniczeń pod kątem przebywania na jej terenie, szczególnie jeśli gościmy u Beduinów, korzystając z ich usług transportowych lub noclegowych, co przy małej ilości czasu polecam. Z tego też względu dla mnie była ona większym must see niż sama Petra.
Jednak w moim przypadku sprawa jest bardziej złożona ze względów emocjonalnych. W okresie studiów na mediteraneistyce (kulturoznawstwo krajów śródziemnomorskich), już niemal 20 lat temu, mieliśmy na zaliczenie prezentację wybranego zabytku z czasów starożytnych. Oklepane w mojej opinii egipskie piramidy czy słynne greckie lub rzymskie monumenty postanowiłem zastąpić fascynującą mnie Petrą – położoną nieco na uboczu badań naukowych mojego kierunku studiów i zainteresowania w turystyce, a ulokowaną na najważniejszym ówcześnie szlaku handlowym prowadzącym z Egiptu do Persji i dalej do Indii.
Jako młody student marzyłem, że kiedyś odwiedzę to miejsce, które wtedy wydawało mi się zupełnie jak z innego świata. Z racji ubogich wówczas zasobów internetu, wiele miejsc było zaprezentowanych jedynie za pośrednictwem tych najbardziej pocztówkowych kadrów. Nie inaczej rzecz się miała w przypadku Petry. Najczęściej widywanym obrazkiem był tu oczywiście majestatyczny Skarbiec Faraona (po arabsku Al-Khazneh, Al-Chazna), który niesamowicie rozbudzał wyobraźnię. Mimo iż Jordania nie należy do kierunków usytuowanych na końcu świata, wymagających skomplikowanej logistyki i wielkiego budżetu, jakoś w swoich podróżach po świecie zostawiałem ją sobie na później. I to „później” właśnie nadeszło i w wielu względach przeszło moje najśmielsze oczekiwania…
Kiedy jechać?
Jeśli chcesz bardzo jednoznacznej odpowiedzi, z mojej perspektywy unikałbym na pewno miesięcy letnich. Między końcem maja a końcem września w tzw. inlandzie, czyli strefie poza wybrzeżem (a więc w Jordanii stanowiącej jakieś 99 proc. powierzchni), temperatury w ciągu dnia dochodzą do 40°C. Nad Morzem Czerwonym (Zatoką Akaba) jest jednak bardziej przewiewnie i stosunkowo chłodniej. Jako że większość kraju, zwłaszcza tej części, w której mieszczą się najważniejsze zabytki, leży na wyżynie, powoduje to większą zmienność pogody. Dodatkowo w miesiącach zimowych jest dość chłodno, a i opady deszczu nie stanowią niczego wyjątkowego (w wyższych partiach również śniegu). Zatem jeżeli nie lubisz upałów i męczących wędrówek oraz zwiedzania z plecakiem przyklejonym do pleców, zdecydowanie wybierz miesiące poza okresem od końca maja do końca września.
Jordan Pass – opłacalny sposób na wizę i zwiedzanie
Jeśli lądujemy w Ammanie, konieczne będzie nabycie kosztującej 40 dinarów jordańskich (JOD), czyli ok. 240 złotych wizy. Możemy to sprytnie zoptymalizować, kupując przed wyjazdem kartę Jordan Pass na stronie internetowej www.jordanpass.jo w kwotach od 70 do 90 JOD (od mniej więcej 420 do 540 PLN) – w zależności od długości pobytu i liczby miejsc, które chcemy zwiedzić. Jej nabycie opłaca się już w przypadku, gdy chcemy odwiedzić jedynie Petrę, ponieważ sam wstęp do niej kosztuje od 50 do 60 JOD (od ok. 300 do 360 PLN), w zależności od tego, ile dni chcemy ją zwiedzać. Karta Jordan Pass oprócz zagwarantowanej wizy daje nam wstęp do ponad 40 topowych miejsc. Ich pełną listę wraz z dodatkowymi informacjami o nich znajdziemy na wspomnianej powyżej stronie internetowej. Na lotnisku są osobne okienka do odprawy wizowej z tą kartą, a obsługa sama wyławia posiadaczy Jordan Pass w celu usprawnienia całej procedury.
Lądujemy i w drogę!
Na lotnisku pod Ammanem (AMM) lądujemy planowo ok. godz. 13.00. Teoretycznie mamy duży zapas czasu, żeby wykorzystać całe długie popołudnie na odwiedzenie kilku ciekawych miejsc na trasie do miasteczka Wadi Musa (bramy do Petry). Przed nami ok. 260 km drogi, co powinno nam zająć ponad 4,5 godz. Jako że na tej szerokości geograficznej dzień jest dłuższy niż u nas, tym bardziej mamy poczucie komfortu. Świadomie wydłużamy trasę o odcinek biegnący przez wzgórza położone od Madaby do Morza Martwego jako wyjątkowo widokowy i ciekawy pod względem geograficznym i geopolitycznym zakątek Jordanii.
Zaczynamy przygodę
Po godz. 15.00 głodni fizycznie i emocjonalnie wyruszamy w stronę Madaby – historycznego miasta, które początkowo mieliśmy krótko zwiedzać. Jednak z racji ilości czasu poświęconego na wszelkie formalności odpuszczamy wizytę w nim, czyniąc kąpiel w Morzu Martwym, jeszcze przed zachodem słońca, priorytetem. Zajeżdżamy na obrzeża Madaby tylko po zakupy do wcześniej wyszukanego na mapach Google sklepu znanej europejskiej sieci oraz na szybki streetfoodowy posiłek.
W stronę Morza Martwego
Wyjeżdżamy z biblijnej Medeby w stronę Morza Martwego i krętymi drogami, położonymi pośród surowych wzgórz, mijamy kolejne dość ubogie wioski. Gdzieś pomiędzy szeregiem rozpadających się, mizernych zabudowań wystrzeliwują otoczone wysokimi murami rezydencje lokalnych przedstawicieli średniej i wyższej klasy społecznej, ale to jedynie promil całości. Zabudowa jordańskiej prowincji zdaje się odzwierciedlać przekrój społeczny tego kraju, gdzie ogólnie panuje dość spora bieda, bezrobocie i brak perspektyw. To często daje do myślenia, w jak dobrym gospodarczo i geopolitycznie położeniu się znajdujemy, mieszkając bądź co bądź w kręgu cywilizacji zachodniej, w samym centrum Europy.
Morze Martwe. Ale depresja…
Po niecałej godzinie drogi ostrymi wirażami zaczynamy zjeżdżać coraz niżej i niżej… Jesteśmy na wysokości…, a nie, raczej w depresji: aż ok. −438 m n.p.m.! To najniżej położony punkt na świecie, co nadaje dodatkowy sens temu niezwykłemu miejscu – jedno z pierwszych „naj” podczas naszej wycieczki. Lubię takie odhaczanie w podróży. Zejście nie należało do zbyt komfortowych, w zasadzie było na dziko w przydrożnych poszarpanych siatkach ogrodzenia sprzed chyba 50 lat. Widząc jednak, że tak robią wszyscy, z miejscowymi na czele, uznaliśmy, że też nie będziemy się krępować. Zejście stromym „klifem” z odjeżdżającym spod nóg gruntem zajęło niecałe 5 min. W powietrzu unosiła się specyficzna woń solanki i błota. Nie był to jednak nieprzyjemny zapach – mnie kojarzył się, nie bez powodu, z klimatem tężni solankowej lub bazy zabiegowej w sanatoriach. Ale po to tu ludzie przyjeżdżają! Z racji bogactwa składu mineralnego zarówno samej wody, jak i błota kąpiele oraz okłady cieszą się tutaj bardzo dużym zainteresowaniem. My – z uwagi na dalszą podróż samochodem bez możliwości wzięcia prysznica – z możliwości sprawdzenia dobroczynnego działania błota z Morza Martwego zrezygnowaliśmy. Solny lukier oblepiający nasze ciała był na dziś wystarczającym wyjściem poza strefę komfortu. Co ciekawe, wiele atrakcji w różnych częściach świata cieszy i przyciąga raczej jedynie turystów, tu jednak spotykamy też sporo mieszkańców pobliskiej osady korzystających z uroków Morza Martwego.
Jedziemy dalej, już po nocy, a przed nami niemal 3 godz. jazdy do Wadi Musa. Nieco żal, że tak piękną trasę musimy przejechać już po ciemku, ale nie da się zobaczyć wszystkiego w dobrym świetle w tak krótkim czasie. Ostatnie ok. 50 km to ostra jazda niekończącymi się wirażami – to w górę, to w dół. Do Wadi Musa docieramy dość późno, bo chwilę przed godz. 22.00. Czekamy na gospodarza pierwszego apartamentu zarezerwowanego przez Booking.com. Miejsce jest dość ascetyczne i szybko kończy się ciepła woda, ale przy noclegu za mniej więcej 40 złotych za osobę i to w pobliżu wejścia do Petry nie ma co wybrzydzać.
PETRA
Jako grupie fotografów i filmowców oczywiście zależało nam na dobrym świetle i nie braliśmy pod uwagę innej opcji niż wyruszenie do ruin miasta Nabatejczyków sporo przed wschodem słońca. Jak sprawdziliśmy przed przyjazdem, planując zwiedzanie, na szczęście zarządcy Petry zdawali się wyczuwać taką potrzebę wśród odwiedzających i bramy tego światowego zabytku klasy 0 (o najwyższej wartości) stały otworem już od godz. 6.00.
Historia jednego z siedmiu cudów świata w dużym skrócie
Antyczne miasto Nabatejczyków to niegdyś główna tętnica organizmu gospodarki państw, cesarstw i królestw czasów starożytnych, położona na skrzyżowaniu ważnych szlaków handlowych i komunikacyjnych, miejsce wymiany kulturalnej, filozoficznej i społecznej. Dziś można rzec, że Petra „dopiero co” została na nowo odkryta. Od połowy lat 60. XX w. prowadzone są w niej badania archeologiczne. Od tego czasu ta perła architektury, uznana za jeden z siedmiu nowych cudów świata stała się główną atrakcją turystyczną oraz prawdziwą żyłą złota dla gospodarki Jordanii.
Petra to dzisiaj ruiny. Ale za to jakie! To miasto starożytnego ludu Nabatejczyków pochodzenia semickiego, który zasiedlał tereny Bliskiego Wschodu, a ściślej dzisiejszej południowej Jordanii i południowego Izraela od ok. VI w. p.n.e. Na przełomie IV i III w. p.n.e. rozwój Petry był stosunkowo niewielki. Nabatejczycy mieszkali w namiotach i prowadzili życie na wpół koczownicze, co możemy zauważyć obecnie u Beduinów. Największy rozkwit ich cywilizacji nastąpił dzięki wymianie handlowej, pobieraniu ceł za przewóz towarów i względnie dobrej dyplomacji pozwalającej nie wchodzić w drogę otaczającym imperiom, a raczej układać się z nimi. Petra swój rozwój datuje między III w. p.n.e. a I w. n.e. – to z tego okresu pochodzą jej najważniejsze i najpiękniejsze zabytki, a należą do nich:
- Al-Chazna, czyli Skarbiec Faraona z I–II w. n.e. – uważany za grobowiec, świątynię lub miejsce przechowywania dokumentów.
- Wykuty w skale amfiteatr, który w czasach świetności mieścił od 6 do nawet 10 tys. widzów.
- Wielki zespół Grobowców Królewskich na tzw. Ścianie Królewskiej, z Grobowcem Urny na czele.
- Świątynia Kasr Bint Firaun (Kasr al-Bint, Qasr al-Bint), czyli tzw. Pałac Córki Faraona, lub też świątynia Duszary (lokalnego bóstwa Nabatejczyków), zbudowana w drugiej połowie I w. p.n.e. albo na początku I w. n.e.
- Wykuty w skale Klasztor (Ad-Dajr, Ad Deir, ad-Dayr, el-Deir) z I w. n.e., który stanowi jeden z największych budynków w Petrze.
Poza samymi zabytkami wielką atrakcją jest niewątpliwie potężny wąwóz As-Sik (Siq), który ciągnie się przez ok. 1,25 km i stanowi główne wejście do antycznego miasta Nabatejczyków. Jego powstanie wiąże się z uskokiem geologicznym, który w czasie 2 mln lat uległ erozji i pogłębieniu przez wody okresowego górskiego potoku Wadi Musa, wzbierającego po gwałtownych opadach deszczu.
Petrę w IV w. nawiedziło potężne trzęsienie ziemi, które spowodowało wiele zniszczeń i przyczyniło się do jej poważnego wyludnienia. To starożytne miasto Nabatejczyków na wiele stuleci zostało ukryte przed oczami wszystkich. Oczywiście poza grupami koczowniczych plemion Beduinów. Ich przedstawiciele mieszkają tutaj obecnie w bardzo skromnych warunkach i parają się handlem, świadczą usługi noclegowe, przewodnickie, transportowe i inne.
Jeśli chodzi o nowożytne dzieje, to niewątpliwie godną odnotowania jest historia odkrycia Petry na nowo przez cywilizację Zachodu w XIX w. Dokonał tego szwajcarski podróżnik i orientalista Johann Ludwig Burckhardt (1784–1817), w świecie arabskim znany również jako Ibrahim ibn Abdullah. Kiedy podróżował przez Bliski Wschód, usłyszał on o starożytnych ruinach w wąskim wąwozie niedaleko rzekomego grobu biblijnego Aarona, który był starszym bratem i pomocnikiem Mojżesza. Burckhardt, korzystając z licznych forteli i dyplomacji, wkupił się w łaski lokalnych mieszkańców. Ryzykując zdrowiem i życiem, dotarł 22 sierpnia 1812 r. do miejsca, które rozpalało jego wyobraźnię. W ten sposób odkrył Petrę na nowo dla Europejczyków.
Geologia
Materiał skalny zarówno Petry, jak i pustyni Wadi Rum składa się z piaskowców oraz granitów. To dzięki miękkiemu materiałowi, jakim jest piaskowiec – idealnie nadający się do obróbki – obecnie możemy podziwiać te cuda wyrzeźbione ludzkimi rękami. Miliony lat procesu wietrzenia skał, a także narażenie ich na duże amplitudy temperatur spowodowały, że dzisiaj nasze oczy cieszą niezwykłe formacje skalne. Dotyczy to zarówno Petry, jak i Wadi Rum. W zależności od pory dnia mienią się one tytułowym tysiącem odcieni ułożonych w poziome linie niczym warstwy w torcie: od głębokiego karmazynu i ochry, przez wszelkie odcienie oranżu, po bursztynowe i kanarkowożółte przeploty. To z nich powstał drobniutki piasek, który szczególnie na terenie Wadi Rum robi niesamowite wrażenie. Setki oryginalnych form i kształtów – od skalnych grzybów, kolumn i fantazyjnych łuków po coś, co wygląda jak wystające z ziemi palce – pełnią dziś rolę atrakcji turystycznych i są oblegane przez turystów. I w jednym, i drugim zakątku Jordanii nie brak spektakularnych kanionów, których wysokość dochodzi do kilkuset metrów. W Petrze dodatkowo kunszt ludzkich rąk uczynił to miejsce tak niezwykłym, że zupełnie zasłużenie ogłoszono je 7 lipca 2007 r. jednym z siedmiu nowych cudów świata.
W głąb Petry
Tras do przejścia przez to naprawdę rozległe starożytne miasto jest wiele. Istnieje też kilka opcji dopasowanych do kondycji, czasu i chęci zwiedzających. Jak widzimy, sporo turystów korzysta z transportu konnego, oślego, wielbłądziego oraz wózków elektrycznych typu „melex”. W ten sposób docierają do najbardziej znanego zabytku Petry w postaci Skarbca Faraona w zaledwie kilka minut.
My po kilkuset metrach od wejścia do ruin miasta Nabatejczyków, kilkadziesiąt metrów przed bramą do samego wąwozu, skręcamy ostro w lewo – na widocznie poprowadzony między skałami szlak – do miejsca zwanego High Place of Sacrifice (po arabsku al-Madhbah). Przed samą bramą odgrywana jest scena formowania szyku jednostki wojskowej przez przebranych za żołnierzy rzymskich Jordańczyków, odzianych w stroje i wyposażenie z epoki. Trąci to raczej cepelią, a nie stanowi wiernego odzwierciedlenia sceny historycznej. Taka jest jednak cena za wprowadzenie tutaj masowej turystyki. Zwiedzający z całego świata widać, że chętnie przyjmują to za atrakcję, robiąc sobie z nimi zdjęcia. Nie ma co z tym dyskutować, jak ze zjawiskiem misia na Krupówkach – co kto woli…
Pniemy się pośród tych niezwykłych form skalnych wytartym, słabo oznakowanym, ale na szczęście widocznym szlakiem. Na każdym kroku mijamy ciekawe, niezaznaczone na mapach obiekty, jak kanały irygacyjne, studnie i jaskinie. Mnóstwo tutejszych grot nosi znamiona zamieszkania przez ludność tubylczą. Po mniej więcej 2 godz. niespiesznego marszu z częstymi postojami na zdjęcia docieramy do pierwszego punktu widokowego ze wspaniałą, szeroką panoramą tego starożytnego miasta. Naszym oczom ukazują się po kolei cudowne zabytki opisane na mapie. Po bliższym przyjrzeniu się rozległej panoramie co rusz jesteśmy zaskoczeni nowymi dostrzeżonymi obiektami. Widzimy amfiteatr, wspaniałą pierzeję z pionową ścianą, w której wyżłobione zostały Grobowce Królewskie, tzw. Ulicę Kolumnową (główną arterię starożytnej Petry) oraz mnóstwo innych, trudnych do zidentyfikowania z tej perspektywy budowli.
Po dotarciu na miejsce zwane High Place of Sacrifice, skąd rozpościera się przepiękna panorama, powoli kierujemy się już w stronę zejścia szlakiem oznaczonym na czerwono, prowadzącym przez wąwóz Wadi Farasa (Wadi al-Farasa). Dotrzemy nim do tzw. Południowych Murów Miejskich, które są już położone na w miarę równym terenie, ale przed nami jeszcze sporo drogi w słońcu. Jest już chwilę po południu i słońce zaczyna palić niemiłosiernie. Osłona głowy i karku to tutaj podstawa, nie mówiąc już o stałym nawadnianiu organizmu.
W tej części naszej trasy mijamy dwa spore i piękne zabytki. Jednym z nich jest Painted Triclinium lub Coloured Triclinium (w wolnym tłumaczeniu Malowana Sala) z kolumnami rzymskimi oraz Tomb of the Roman Soldier (Grobowiec Żołnierza Rzymskiego) albo po prostu Tomb of the Soldier. W tym pierwszym wspaniałym obiekcie, co dziwne, mieszkają również tubylcy. W głównej części sali bez skrępowania rozłożyła się beduińska rodzina z kilkumetrowym płótnem. Oferuje na nim do sprzedania swoje skarby – od szlifowanych, różnokolorowych kamieni, przez wyroby z miedzi, stali i skóry, po ponoć antyczne monety i inne cenne artefakty, co do których prawdziwości miałem wielkie wątpliwości. Drugi z zabytków stanowi potężnej wielkości sala główna z kilkoma bocznymi, mniejszymi pomieszczeniami. Całość, od dolnych części ścian aż po sufit, jest osmolona do głębokiej czerni – na podłodze wszędzie jest piasek. Niesamowite wrażenie robi sam rozmiar obiektu i to, ile pracy musiało zostać włożone w wydrążenie tak wielkich pomieszczeń we wnętrzu skały.
Po zejściu na płaski teren do głównej trasy oznaczonej kolorem brązowym podążamy dalej Wadi Farasa – wąwozem wypełnionym pięknym, jak przystało na Wadi Rum, czerwonym piaskiem. Mijamy kolejne potężne skalne budowle oraz jaskinie, w których tętni życie. Idąc drogą Umm Al-Biyara, docieramy do miejsca, gdzie kończy się idylliczny trekking w ciszy, z rzadko mijanymi turystami. Jesteśmy na skrzyżowaniu tras rozchodzących się promieniście w wielu kierunkach. To tędy wiedzie główny, czerwony szlak od bramy wejściowej, przy którym są ulokowane najpiękniejsze i najłatwiej dostępne zabytki Petry. Z racji płaskiego terenu docierają dotąd masowo wycieczki – zarówno te piesze, jak i na koniach, wielbłądach i wspomnianych już wcześniej wózkach elektrycznych typu „melex”. Panuje tu gwar, chaos i wdziera się wszechobecna turystyczna tandeta. Stąd możemy dotrzeć do jeszcze wielu innych zabytków położonych nawet kilka kilometrów dalej. Musielibyśmy mieć jednak na to co najmniej jeden lub dwa dni więcej. Znajdziemy tutaj kilka mniejszych i większych restauracji oraz innych stoisk z podstawowymi produktami spożywczymi z cenami 2-, 3-krotnie większymi niż poza Petrą.
Odpoczywamy po trudnym zejściu przy należącej do głównych atrakcji antycznego miasta Nabatejczyków 23-metrowej Kasr Bint Firaun (Kasr al-Bint, Qasr al-Bint), a więc jednej z najważniejszych świątyń, wzniesionej w drugiej połowie I w. p.n.e. albo na początku I w. n.e. Dalej przez kilkaset metrów ciągnie się oryginalnie wybrukowana wielkimi, regularnymi płytami skalnymi Droga Kolumnowa z niesamowitymi rzymskimi kolumnami po obydwu stronach i wielką bramą miejską. Przylegająca do niej Great Temple (Wielka Świątynia) również robi niezwykłe wrażenie. Zamykając oczy, jestem w stanie wyobrazić sobie to miejsce w czasach swojej świetności. Wszystkie te zabytki w czasach, gdy nie były ruinami i spełniały swoje funkcje, musiały wyglądać wręcz nieziemsko. Jakież różnobarwne tłumy i narody musiały tędy wędrować, oferując egzotyczne dla każdej ze stron wyroby. Jeśli to był w starożytności jeden z głównych szlaków handlowych, musiał on być bardzo oblegany.
Po godzinie ruszamy dalej głównym, czerwonym szlakiem w stronę najbardziej wyczekiwanego przez nas Skarbca Faraona oraz samego kanionu As-Sik (Siq). Ale zanim tam dotrzemy, czeka na nas jeszcze kilka niesamowitych miejsc. Pierwsze z nich stanowi potężna Ściana Królewska z wielkim zespołem Grobowców Królewskich, którą podobnie jak położony nieopodal amfiteatr widzieliśmy kilka godzin temu z punktu widokowego ze wspaniałą, szeroką panoramą Petry. Już z daleka te zabytki robiły wielkie wrażenie, a z dołu, stojąc przed nimi, wręcz onieśmielają. Mijamy wybudowany najprawdopodobniej w I w. n.e. amfiteatr, zdaniem ekspertów znacznie rozbudowany przez cesarza rzymskiego Trajana (53–117), i zaczynamy wędrówkę wąwozem As-Sik w stronę wejścia do ruin miasta Nabatejczyków.
Echo niosące się z głównego placu przed wykutym w skale z różowego piaskowca piętrowym Skarbcem Faraona rozbrzmiewa coraz głośniej… Wraz ze zmniejszającą się odległością czuję, jak mimowolnie moje tętno i oddech przyspieszają. Jeszcze kilka kroków, jeszcze chwila… I jest wreszcie przede mną! Monumentalne kolumny, wygładzone i oczyszczone, misternie rzeźbione elementy Al-Chazny powalają swoją dostojnością i pięknem. Olbrzymi ładunek emocjonalny, jaki związany jest u mnie z tym miejscem, sprawia, że w gardle czuję wielką kulę, a moje ciało ogarnia nagła błogość. Stoję wpatrzony w obiekt moich dawnych podróżniczych marzeń, napawam się wspaniałym uczuciem, że właśnie się to wszystko zrealizowało. Przez moment odcinam się zupełnie od otoczenia. Głosy milkną, a tłumy dookoła rozpływają się gdzieś w tle. Jest to dla mnie wręcz mistyczna chwila…
Po mniej więcej godzinie spędzonej przy tej głównej atrakcji Petry, do której większość turystów dociera, po czym wraca dość szybko do wejścia, kierujemy się już ostatnim, ale chyba najbardziej spektakularnym odcinkiem ciągnącego się ok. 1,25 km kanionu As-Sik. Jego ściany są tutaj jeszcze wyższe, a formy skalne i ciasne zakręty jeszcze bardziej malownicze niż kilkaset metrów wcześniej.
W stronę południa – do Wadi Rum
Przed nami niewiele ponad 2 godz. drogi z Wadi Musa do Wadi Rum. Wyruszamy praktycznie o zachodzie słońca. Zgodnie z umową godzinę przed przyjazdem dajemy Mohamedowi przez WhatsApp znać, że już dojeżdżamy i umawiamy się na odbiór w wiosce Wadi Rum – przy miejscowym Visitor Center. Samochód zostawiamy na parkingu, który wedle zapewnień Mohameda jest tu bezpieczny i przesiadamy się z całym dobytkiem na „pakę” niemal nowej Toyoty Hilux. I w tym miejscu zaczyna się nasza przygoda z pustynią…
WADI RUM – OBIEKT Z LISTY UNESCO
Wszystkie odcienie dnia i nocy
Pustynia Syryjska, której część stanowi obszar chroniony Wadi Rum, powitała nas rześkim powietrzem i mocnymi powiewami wiatru niosącymi pustynny piach. Jadąc przez znane tylko tubylcom bezdroża, mijamy kolejne potężne formacje skalne, niemal zlewające się z ciemnym niebem. Co rusz widzimy pod nimi przycupnięte rzędy migoczących światełek kolejnych kempingów z namiotami, które w ostatnich latach zaczęły wyrastać tutaj jak grzyby po deszczu. Beduini uczynili z tego prawdziwy biznes. I dobrze, niech korzystają z wielkiej atrakcyjności turystycznej tego miejsca. My za 4-osobowy namiot za 2 noce, z wyżywieniem, całodniową wycieczką jeepem z dodatkowym wyjazdem na zdjęcia nocne oraz wschód słońca zapłaciliśmy w przeliczeniu ok. 2,8 tys. zł. A namiotów na naszym kempingu jest z 25…
Beduiński namiot dla turystów
Pewnie się zastanawiacie, jakie warunki panują w takim przybytku. Otóż całkiem przyzwoite! My nocujemy na dość standardowym kempingu z namiotami w formie naciągniętych na konstrukcje tkanin, ale dla chętnych istnieją też luksusowe obozowiska z pełnym serwisem – ogrzewaniem, klimatyzacją, wanną, jacuzzi i innymi cudami za 3 tys. zł za noc. Ale jeśli nie macie aż takich wymogów i wystarczy wam to, że są solidne łóżka z materacami i kocami, prywatna łazienka z toaletą i prysznicem z zimną wodą, a nawet elektryczność, to będziecie w zupełności zadowoleni z takiego standardowego kempingu. Prysznice z cieplejszą wodą znajdują się we wspólnym budynku obok. Z kolei coś w rodzaju jadalni, publicznej przestrzeni na posiłki, mieści się na obrzeżach naszego obozowiska.
Pierwszy wschód
Pierwszy nocleg na pustyni był całkiem komfortowy. Głodny pustynnych kadrów od razu sam przed śniadaniem wyruszam w plener. Nie trzeba było szukać daleko, żeby znaleźć świetne pod kątem zdjęć miejsce, w którym spomiędzy pionowych ścian otaczających obóz przez wąską szczelinę wlało się świeże światło poranka. Akurat trafiłem tam, gdzie w cieniu, po chłodnej nocy zebrała się rosa i wyrosło sporo okazów interesującej roślinności, a nawet kwiaty!
W stronę przygody
Po dość ubogim, ale smacznym śniadaniu wyruszamy na upragnioną wycieczkę jeepem. Zgodnie z ustaleniami z naszą polską „koordynatorką wyprawy”, poznaną na jednej z grup w mediach społecznościowych, Izą, ruszamy w miejsca, które mają być fotogeniczne, ciekawe i mniej zatłoczone. Na początku podążamy w kierunku punktu widokowego nieopodal wioski Wadi Rum i Visitor Center. Jak dla mnie można było ominąć to miejsce. W tym czasie jednak Mohamed, korzystając z naszej wspinaczki na taras widokowy, pojechał załatwiać swoje beduińskie sprawy. Tak widocznie musi być i nie zamierzałem w to zbytnio ingerować.
Kolejny przystanek stanowiła potężna, piaszczysta wydma Al Ramal (Al Ramal Red Sand Dune) o kolorze krwistej pomarańczy, jak zresztą cała ta część pustyni. Pod nią ulokował się wielki namiot z wszelkimi beduińskimi dobrami: od kawy przez herbatę po sziszę i pamiątki. Daje się wyraźnie odczuć różnicę między Wadi Rum a Petrą – tutaj nikt do niczego nie nakłania i nie próbuje nam wcisnąć na siłę, bardziej miałem wrażenie, że nawet trochę im się nie chce. Dalej kierujemy się na północ do kanionu Khazali. Jest on krótki, bo ok. 200-metrowy, i dość wąski. Dotarliśmy tu po niedawnych opadach deszczu, które stworzyły wewnątrz duże kałuże. Dzięki temu kanion Khazali dał mi świetny plener pod interesujące ujęcia.
Następnym punktem naszej pustynnej wycieczki był jeden z kilku popularnych łuków skalnych – Little Bridge, czyli Mały Most. Ten jest najmniejszym z nich i kręci się tutaj wyjątkowo mało turystów, co skrzętnie wykorzystaliśmy do zrobienia udanych zdjęć. Jednocześnie miejsce to okazuje się naszym postojem na obiad, ponieważ zbyt duży wiatr uniemożliwia Mohamedowi przygotowanie posiłku według jego metod nad rozpalonym ogniskiem. Tu korzysta z infrastruktury w namiotach u znajomych, a my mamy ponad godzinę na odpoczynek i relaks.
Obiad składa się z warzyw i ryżu oraz różnego rodzaju pieczywa. Obowiązkowo serwowana jest też słodka herbata. Wszystko przygotowane prosto i smacznie, nikt nie oczekiwał tutaj cudów. Najedzeni ruszamy dalej, bo czekają na nas kolejne fotogeniczne miejsca. Pierwszym z nich jest dom sławnego Lawrence’a z Arabii, właściwie Thomasa Edwarda Lawrence’a (1888–1935) – brytyjskiego archeologa, podróżnika, wojskowego, pisarza, badacza i dyplomaty, który jako oficer armii brytyjskiej przyczynił się wydatnie do pokonania Imperium Osmańskiego podczas tzw. rewolty arabskiej (powstania arabskiego) w latach 1916–1918. Dzięki swoim działaniom i sukcesom zyskał popularność wśród miejscowej ludności. W dalszej drodze zatrzymujemy się jeszcze przy bardzo ciekawej formacji – skalnym grzybie. Robimy tu kilka zdjęć i jedziemy dalej.
Kolejne odwiedzone przez nas miejsce to jeden z większych łuków skalnych na pustyni Wadi Rum – ok. 15-metrowy, niezmiernie fotogeniczny Um Frouth Rock Arch. Kiedy tutaj dotarliśmy, było to bardzo zatłoczone miejsce. Ja miałem już jednak plan, gdzie udamy się na zdjęcia nocne…
Przed docelowym, jak obiecał nam Mohamed, wolnym od tłumów miejscem, które chcieliśmy mieć na własność na zachód słońca, przechodzimy jeszcze przez dwa piękne kaniony. Na końcu jednego z nich – Burrah – na wielkiej piaszczystej wydmie zarówno turyści, jak i miejscowi oddawali się dość egzotycznej jak na pustynię czynności – zjazdom na deskach snowboardowych, czyli tzw. sandboardingowi!
W końcu docieramy w miejsce, gdzie wdrapujemy się kilkadziesiąt metrów na płaską skałę, która posłuży nam za taras widokowy. Jest mniej więcej godzina przed zachodem słońca, które miękkim światłem maluje kontury gór na horyzoncie. Pustynia odbija coraz cieplejszą barwę, sprawiając, że kadry robią się same. Oczywiście trzeba dobrać odpowiednie parametry naświetlenia i wybrać ujęcie, ale w takich warunkach nawet fotoamator telefonem uzyska niezłe efekty! Chwilę po zachodzie słońca schodzimy do Mohameda, który rozpalił już ognisko i parzył dla nas herbatę. Beduin przy ognisku, odziany w lokalne tkaniny, na tle wciąż odcinających się od horyzontu gór… – taki obraz i kadr zapamiętam na zawsze.
Po powrocie do naszego obozowiska jemy kolację, którą w efektowny sposób przygotowali Mohamed z miejscowymi chłopakami. To tradycyjny sposób gotowania czy też duszenia potraw pod ziemią. Przed nami jeszcze dwie atrakcje, na które czekam z racji moich fotograficznych pasji – nocne zdjęcia oraz wschód słońca.
Na te pierwsze wyruszamy ok. godz. 22.00. Gdyby nie księżyc, czekalibyśmy na późniejszą porę, żeby niebo było najciemniejsze. Pozwala je to uchwycić w spektakularny sposób. Niestety musieliśmy się zadowolić zdjęciami ze stosunkowo jasnym niebem, co mimo wszystko dało mi bardzo ciekawe efekty. A sama nocna podróż przez pustynię na „pace” Toyoty Hilux to przeżycie bardzo ekscytujące. Pod skalnym łukiem, upatrzonym za dnia, spędzamy ponad godzinę. Rano wstajemy sporo przed wschodem słońca i jedziemy na jedną z wydm, z której będzie widać doskonale pierwsze promienie o poranku. W kadrze mam m.in. jedną z bardziej spektakularnych formacji na pustyni Wadi Rum – Siedem Filarów Mądrości. Poranna sesja fotograficzna odbywa się przy dość nieznośnym wietrze, który sprawia, że jest najnormalniej w świecie zimno. Niemniej wiedząc, że takie warunki do zdjęć nieprędko mi się powtórzą, znoszę tę niedogodność. Pragnę wykorzystać maksymalnie ten czas na dokończenie zaplanowanej sesji.
Po śniadaniu kończy się nasz pobyt w tym fascynującym zakątku Jordanii, którego odwiedzenie polecam każdemu. A jeśli walory naturalne i przyrodnicze stanowią dla was większą atrakcję niż zabytki i dzieła ludzkich rąk, pokuszę się o stwierdzenie, że wówczas rekomenduję to miejsce nawet bardziej niż samą, niesamowitą przecież, Petrę. Sam nie podejrzewałbym, że to kiedykolwiek napiszę, ale tak jest naprawdę…



