ANITA ZYCH

www.timetravelbee.com

„Bali to nie Indonezja” – to zdanie słyszałam wiele razy. Zupełnie inna kultura, religia, tłumy turystów, międzynarodowa kuchnia. Jedni opuszczają Bali zakochani po uszy, inni ze słodko-gorzką dozą rozczarowania. Skąd tak skrajne opinie?

Położona pomiędzy Jawą a Lombok Bali, nazywana także Wyspą Bogów, należy do archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Ze względu na migracje z Indii ukształtowała się tu zupełnie inna, wyjątkowa odmiana hinduizmu. Religia ta formowała się na Bali ponad 2 tys. lat. Przybrała ona oryginalną postać i wchłonęła wiele elementów hinduizmu, animizmu i kultu przodków. Nie spotkasz tutaj na każdym kroku posągów Śiwy i Ganeśa, jak to bywa w Indiach. Za to zobaczysz kobiety składające ofiary bogom i demonom na środku drogi, z koszyczkami pełnymi kwiatów, kadzideł i podarunków takich jak papieros, cukierek czy ciasteczko.

Bali to bez wątpienia wyspa pełna kontrastów. Masowa turystyka i zatłoczone plaże na południowym jej krańcu niczym nie przypominają eteryczności w innych częściach. Pozwolę sobie jednak stwierdzić, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. Będąc w stolicy wyspy, a więc blisko 800-tysięcznym Denpasar, utkniemy w korku, zobaczymy brud i zgiełk miasta. W okolicznych ośrodkach turystycznych, jak np. Kuta, panuje ciągła impreza, plaże są pełne turystów z Australii, którzy dzięki tanim lotom licznie odwiedzają Bali chociażby na weekend. Wyspa Bogów to także mekka surferów (głównie w Canggu) oraz wielbicieli jogi i medytacji (największą popularnością wśród nich cieszy się miejscowość Ubud). Poza tym Bali przyciąga też rzesze cyfrowych nomadów. Indonezja należy do państw oferujących tzw. nomad visa, czyli korzystną długoterminową wizę dla osób pracujących zdalnie. Mnóstwo willi z basenami jest wynajmowanych na biura coworkingowe. Niskie ceny, świetna kuchnia, znajomi z każdego zakątka świata, piękno przyrody i interesująca kultura sprawiają, że wielu obcokrajowców postanawia tutaj zostać na dłużej.

Bali to miejsce niesamowicie mistyczne. Na każdym kroku widać, że religia tu żyje! Nie sposób podróżować po wyspie i nie natknąć się na żaden festiwal religijny, ceremonię w świątyni czy wspominanie zmarłych przy domach, drogach i w miejscach kultu. Ulice w niektórych miasteczkach już na stałe udekorowane są kolorowymi wstążkami oraz plecionymi konstrukcjami z rattanu i liści palmy kokosowej. W dzień świętowania Balijczycy maszerują z koszami pełnymi owoców na głowach i gromadzą się przy świątyniach. Ten barwny spektakl w towarzystwie interesujących rytuałów można zobaczyć obok najpopularniejszych budowli sakralnych na Bali, ale także zupełnie przypadkowo w mniejszych miejscowościach.

Ta indonezyjska wyspa ma w sobie wielką magię. Można ją dostrzec w uśmiechach ludzi, starannie plecionych przez nich koszyczkach na ofiary, ich codziennych rytuałach i tradycjach, którymi chętnie dzielą się z przyjezdnymi. Uśmiech to na Bali gest na powitanie. W dodatku serdeczny i szczery, bo Balijczycy kochają turystów.

Ubrana w tradycyjny bogato zdobiony kostium Balijka wykonująca taniec legong przed publicznością

KULTURA BALI

Nie możesz wejść do świątyni, jeśli masz okres – powiedział Balijczyk, w domu którego nocowałam. Podczas okresu kobieta ma brudną energię, która zakłóca przebieg rytuałów – wyjaśnił. No, akurat mam okres – odparłam zarumieniona. Cała rodzina ubrana w tradycyjne stroje wybierała się do świątyni. Wzorzystą, długą chustą (sarong) obwiązują się w talii zarówno kobiety, jak i mężczyźni. Jeszcze nie tak dawno mieszkańcy Bali chodzili po ulicach topless. Wraz z rozwojem turystyki i rozprzestrzenianiem się islamu w Indonezji zaczęli zakładać koszulki.

Przed budowlą sakralną znajdowała się tabliczka, na której wyraźnie było napisane, że kobiety podczas okresu, w ciąży, osoby nieodpowiednio ubrane, szalone nie mogą wejść do świątyni. Rodzina zostawiła mnie przed bramą i weszła do środka. No i co, teraz będę tak tu stała sama przez godzinę? – pomyślałam. Przez moment byłam nieco rozzłoszczona całą sytuacją, ale doszłam do wniosku, że to przecież inna kultura, w której jestem gościem, i muszę szanować obyczaje miejscowych. Po chwili usłyszałam muzykę dochodzącą spoza świątyni i odnalazłam jej źródło. Tuż obok odbywał się niesamowity pokaz tradycyjnego tańca. Tutaj główną rolę odgrywały postaci z mitologii, kolorowe maski, mocne makijaże – wszystko tak egzotyczne, piękne, że chciałoby się zwolnić czas, aby móc zapamiętać każdy szczegół. Taniec był jednocześnie przedstawieniem, w którym przedziwna postać – Barong – walczy ze złem. Jego szczękające drewniane zęby wraz z dźwiękami tradycyjnego indonezyjskiego gamelanu brzmiały przerażająco, potęgując uczucie obecności transcendentnych mocy.

Kiedy skończyły się obrzędy, rodzina zabrała mnie do swojego domu i wyjaśniła zasady. Po wejściu na posesję muszę iść do kuchni, notabene znajdującej się na samym jej końcu. Tam bóg ognia zabiera moją złą energię i mogę wtedy iść do domu czy do swojego pokoju. Na początku myślałam, że to żart. Następnego dnia jednak widziałam, jak dzieci gospodarza po powrocie ze szkoły rzeczywiście idą do kuchni, tam obracają się na nodze i wychodzą, zmierzając do swoich pokoi. Na Bali północ (kaja) wyznacza wulkan znajdujący się w centrum wyspy. Z kolei południe (kelod) to kierunek przeciwny do niego – od strony morza. Wulkan, czyli święta góra Agung (3031 m n.p.m.), to dom bogów. Pokoje sypialne muszą znajdować się na północy posesji, a kuchnia i łazienka na południu. Domownicy śpią z głowami zwróconymi na południe. Nie tylko pojedyncze domostwa, ale i całe wioski budowane są w zgodzie z orientacją kaja-kelod. Przykładowo świątynie znajdują się po przeciwnej stronie wsi niż cmentarze.

Co ciekawe, Balijczycy wierzą, że każdy z nich rodzi się z długiem do spłacenia. Poprzez swoje uczynki i ofiary winni są dziękować Bogu za życie, klasie kapłańskiej za mądrość oraz osobom starszym za troskę i poświęcony czas. W ciągu całego życia starają się postępować tak, aby ten dług spłacić: uczestniczą w ceremoniach w świątyni, okazują szacunek starszym i modlą się za zmarłych.

Tę piękną ideologię dopełnia składanie ofiar. Podróżując po Bali, każdego dnia widziałam urocze koszyczki z darami przy świątyniach, a niekiedy w zupełnie przypadkowych miejscach, jak np. środek jezdni, pachołek przy drodze, drzewo, kamień, sklep. Są one wszechobecne i dodają ulicom ozdoby. Turyści powinni uważać, aby na malutkie ofiary przypadkiem nie nadepnąć, gdyż w balijskiej kulturze oznacza to brak szacunku.

Warto dodać, że dary składa się nie tylko bogom, ale i demonom. Balijczycy wierzą, że pozwala to zachować równowagę pomiędzy dobrem a złem. Łatwo można odróżnić, dla kogo przeznaczone są ofiary: te piękne, bogate, ustawione wysoko – dla bogów, a te proste, położone na ziemi – dla demonów. Każdy dom ma także małe sanktuarium dla duchów zmarłych przodków. Tam członkowie rodziny codziennie zapalają kadzidełka i odmawiają modlitwy.

Następnego dnia poszłam z córką gospodarza na bazar. Ja zapatrzona w torebki z rattanu, a dziewczynka co chwilę napominała, co mam robić, a czego nie, żeby nie sprowadzić na siebie złej energii. Słuchałam jej z otwartą buzią. Na ulicach trzeba uważać, aby nikt mnie przypadkiem nie dotknął, a już szczególnie mojej głowy, bo tam schowana jest dusza. A w nocy? Nie powinno się gwizdać, obcinać paznokci ani zamiatać. Słyszałam też wcześniej przesądy, które istnieją również u nas, w Polsce. Mianowicie, że nie można stać w progu ani otworzyć parasola w pomieszczeniu. Jednak Bali wiedzie w kwestii zabobonów prym, bo tu niemal w każdej chwili można sprowadzić na siebie złe moce. To szalenie fascynujące, że przesądy i tradycje religijne regulują praktycznie każdy aspekt życia Balijczyków. Tutaj to, co namacalne, miesza się z tym, co transcendentne.

Jedno z najbardziej wyjątkowych świąt na wyspie stanowi Balijski Nowy Rok (przypadający wiosną). Nie ma z tej okazji imprez, fajerwerków, hucznego świętowania. Co ciekawe, jest zupełnie przeciwnie – to święto ciszy, Nyepi. Nikt nie wychodzi wówczas z domu, zamknięte są wszelkie lokale usługowe, nie działa lotnisko. Wyłączone są światła, telewizory, internet, cała elektryczność, nie można też rozpalić ognia. Ulice stają się zupełnie puste i ciemne. Tego dnia krążą nad ziemią złe demony, dlatego Balijczycy zamykają się w domach, żeby ich nie wpuścić. Turyści przebywający w tym czasie na Bali muszą się dostosować i nie mogą wyjść z hotelu. Jedni buntują się przeciwko przymusowemu zamknięciu i braku światła, a inni przyjezdni dzień ciszy oraz refleksji uważają za bardzo mistyczne przeżycie.

Pura Ulun Danu Bratan na brzegu jeziora Bratan

ŚWIĄTYNIE BALI

Na wąskim chodniku prowadzącym do świątyni zauważyłam staruszkę kroczącą w moim kierunku. Na jej ramionach znajdował się kij, na którym po obu stronach zawieszone były wiadra. Ciekawe, co w nich jest… – pomyślałam. Nie musiałam się długo zastanawiać, bo kiedy nasze uśmiechy się spotkały, staruszka wyrzekła: gado-gado. Wbrew pozorom to nie żadne zaklęcie, a bardzo popularny street food w Indonezji. Poprosiłam o jedną porcję, a staruszka szybciutko wyjęła z jednego wiadra stołeczek, z drugiego składniki i w mig przygotowała danie.

Gado-gado to swoista sałatka, która składa się z ryżu, ugotowanego na twardo jajka, warzyw oraz tempeh, czyli fermentowanej soi. Całość dopełnia słodki sos ze świeżo zmiażdżonych orzeszków ziemnych. To prawdziwa słodko-słona wegetariańska uczta!

Po zjedzeniu na obiad gado-gado w końcu dotarłam do świątyni Tirta Empul – najważniejszej na całej wyspie, gdyż bije z niej święte dla Balijczyków źródło. Moim oczom ukazała się długa kolejka ludzi (zarówno turystów, jak i miejscowych) stojących po pas w wodzie. Wszędzie dookoła widać było kwiaty, koszyczki z ofiarami i szum wody bijącej ze źródła. Kolejka wolno przesuwała się do przodu, a kto dotarł w końcu do świętego zdroju, mógł obmyć twarz i się pomodlić. W tym miejscu panowała magiczna atmosfera. Źródło stworzone przez hinduskiego boga Indrę nie tylko ma uzdrawiać żywych, ale także oczyszczać dusze zmarłych. Obok świątyni znajdują się dwie osobne fontanny, które służą wyłącznie do obmywania ciał nieboszczyków.

Bali to całe mnóstwo imponujących świątyń. Mniejsze i większe rozsiane są po całej wyspie i każda ma w sobie coś czarującego, co sprawia, że chce się zobaczyć kolejną. Niemniej jednak jest kilka z nich, które szczególnie zasługują na odwiedziny. Świątynia Tirta Gangga to królewskie ogrody z pokaźnym basenem, po którym można chodzić. Ozdobne postumenty stojące w wodzie pełnią rolę chodnika. Dookoła nas pływają pomarańczowe ryby. Oprócz tego na wodzie wznoszą się majestatyczne rzeźby bóstw i demonów, przypominające o balijskich wierzeniach.

„Ziemia pośrodku morza”, czyli w języku balijskim Tanah Lot, to kolejne miejsce warte odwiedzenia. Świątynia stoi na znajdującej się przy brzegu morza skale, która podczas przypływu staje się wyspą. Podczas odpływu można się do niej spokojnie przespacerować. Wstęp do świątyni mają jednak tylko Balijczycy podczas ceremonii. Według lokalnych wierzeń w morzu żyją najgroźniejsze potwory i demony, wobec tego to niejedyna „warownia” tuż przy brzegach Bali. Świątynia Tanah Lot stanowi świetny przykład podstawowej filozofii życia Balijczyków – Tri Hita Karana. Uwzględnia ona trzy aspekty: harmonię z przyrodą, człowiekiem i Bogiem. Z oddali budowla sakralna wygląda jak część góry, idealnie komponuje się ze skałą. Z kolei z bliska odbiera się ją jako piękne osiągnięcie architektoniczne zbudowane dla Boga.

Karteczka z numerkiem, żeby zrobić zdjęcie? Długiej kolejki można spodziewać się u bram do nieba, czyli słynnej świątyni Lempuyang (Pura Penataran Agung Lempuyang), której przepięknie zdobione bramy znajdują się na tle wulkanu Agung. Ten najwyższy szczyt wyspy wygląda jak na wyciągnięcie ręki, a odrobina chmurek na jego tle sprawia, że widok staje się jeszcze bardziej nierealny.

Z WIZYTĄ U BOGÓW

A może by tak wybrać się ponad chmury na wschód słońca? Wielbicieli górskich wędrówek nie rozczarują balijskie szlaki na zimne i wietrzne szczyty. Wejście na świętą górę Agung, dom bogów, to nie lada wspinaczka na nieco ponad 3 tys. m n.p.m. Wyprawa rozpoczyna się pobudką w środku nocy. Następnie czekają nas trzy godziny wspinaczki po stromym zboczu, żeby zdążyć przed wschodem słońca. Kiedy zaczyna się robić jasno, w oddali widać budzące się do życia miasteczka Bali, a nawet wulkan Rinjani (3726 m n.p.m.) na sąsiedniej wyspie Lombok.

Drugi popularny trekking stanowi o wiele łatwiejsze wejście na górę Batur (1717 m n.p.m.). To najbardziej aktywny wulkan na Bali, więc wspinaczka nie zawsze jest możliwa. Po maksymalnie dwóch godzinach dociera się na jego czubek, aby czekać na pierwsze promienie słońca. Na szczycie błąka się wiele rozpieszczonych przez ludzi małp, które proszą o jedzenie. Niestety, karmione przez człowieka dość często chorują.

RYŻ W UNESCO

Zastanawiałam się, jak to się stało, że pola ryżowe zostały wpisane w 2012 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako krajobraz kulturowy prowincji Bali – system Subak jako manifestacja filozofii Tri Hita Karana) i czy ryż smakuje tu jakoś inaczej… Pięć tutejszych tarasów ryżowych i sąsiadujące z nimi świątynie wodne zajmują powierzchnię 19,5 tys. ha. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie w ciągu roku są aż trzy zbioru plonów. Mowa tutaj o tarasach ryżowych Jatiluwih, które rozciągają się na łagodnych wzgórzach góry Batukaru (2276 m n.p.m.). Rozległe pola zachwycają meandrami zieleni lub żółci – w zależności od stopnia dojrzałości ryżu. Dzięki polnym dróżkom i ścieżkom można po nich spacerować bez końca. Drugie najpiękniejsze na Bali tarasy ryżowe, które także znalazły się pod ochroną UNESCO, znajdują się w okolicach miasta Ubud. Z kolei tarasy Tegallalang znane są szczególnie z pięknych wschodów słońca oraz huśtawek, na których chętnie pozują do zdjęć instagramerzy.

Ryż na Bali uprawiany jest od wieków. Zwiedzanie tarasów ryżowych uświadomiło mi, jak bardzo spektakularne potrafią być pola ryżu, szczególnie takie, które dzięki świetnie zaprojektowanej gospodarce wodnej funkcjonują już od IX stulecia. Opracowano wtedy system nawadniania o nazwie Subak. Stanowi on sieć irygacyjną, składającą się z kanałów i śluz, łączącą pola ryżu ze świątyniami wodnymi oraz źródłami wody. Dzięki specjalnym tunelom pola ryżowe są zaopatrywane w wodę przez cały rok. Pochodzący z IX w. system Subak uważa się obecnie za kwintesencję harmonii pomiędzy człowiekiem, dokładniej jego działalnością, a naturą. Tarasy ryżowe zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO właśnie ze względu na system Subak, który odzwierciedla wspomnianą już podstawową filozofię życia Balijczyków – Tri Hita Karana. Tę harmonię próbowali przez stulecia osiągnąć i zachować mieszkańcy, mimo obowiązku wyżywienia rosnącej liczby ludności na nierównej wulkanicznej wyspie. Praca rąk ludzkich miesza się tu z religijnymi wierzeniami oraz poszanowaniem dla świata przyrody. Tarasy ryżowe na Bali to nie tylko piękne pola, ale też wspaniały przykład balijskiej kultury. A ryż pochodzący z ziem chronionych przez UNESCO? Jak to ryż – smakuje tutaj zwyczajnie.

WODOSPADY W DŻUNGLI

Nie zapomnę mojej wędrówki do wodospadu Sekumpul. Przez odwiedzanie balijskich świątyń i zachwyt nad lokalną kulturą przez chwilę zapomniałam, że Bali to także zielona, soczysta dżungla, zachwycająca egzotyczną roślinnością. Ścieżka prowadziła przez bujnie porośnięty las, który nagle otworzył się ogromną zapadliną w ziemi, a tuż przede mną ukazał się on – 7-kaskadowy wodospad o wysokości blisko 80 m. Wystarczyło zbiec po stromej ścieżce, przebrnąć przez śliskie kamienie, żeby poczuć jego orzeźwiającą bryzę (i zamoczyć aparat). Potem odwiedziłam jeszcze kilka wodospadów Bali, równie popularnych i imponujących: Gitgit, Aling-Aling, Tukad Cepung, Kuning, Leke Leke. Nie sposób jednak zobaczyć wszystkich malowniczych kaskad, które kryje wyspa. Jedne są idealne do zdjęć, inne do schłodzenia się po upalnym dniu, niektóre pełne turystów, kolejne dzikie i samotne. To ukryte w dżungli skarby, które za każdym razem stanowią świetny pomysł na wycieczkę na łono natury.

KAWA Z ODCHODÓW… ALE JAK TO Z ODCHODÓW?

Kilkakrotnie spacerując po turystycznych uliczkach pełnych sklepów z pamiątkami, widziałam uwięzione w klatkach futrzaki. To luwaki, po polsku łaskuny palmowe, które współtworzą jedną z najdroższych kaw świata – kopi luwak. Jej historia jest dość dramatyczna. W czasach, kiedy tereny Indonezji stanowiły holenderską kolonię, kawa stała się „płynnym złotem”. Niestety nie dla lokalnych mieszkańców, którzy otrzymali zakaz jej picia. Cenny napój zarezerwowany był dla Holendrów, a ziarna kawowca przeznaczone na eksport do Europy. Indonezyjczycy nie potrafili jednak żyć bez kawy. Zdesperowani postanowili spróbować ziaren pozostawianych przez łaskuny palmowe. Te urocze zwierzaki żywią się owocami kawowca, i to nie byle jakimi. Wędrują po plantacjach i instynktownie wybierają te najlepsze.

Łaskuny zajadają owoce dla słodkiego miąższu, jednak same nasiona nie są przez nie trawione. W ich układzie pokarmowym ziarna kawowca ulegają lekkiej fermentacji, po czym następuje ich wydalenie. Odchody zwierząt zbiera się, dokładnie oczyszcza z produktów defekacji, suszy, walcuje, sortuje i wreszcie praży. Kawa, która powstaje w ten sposób, okazała się być nietuzinkowa i stała się rarytasem pożądanym przez kawoszy z całego świata.

Cena doskonałej jakości kawy z odchodów (kopi luwak) to 2–3 tys. zł za 1 kg. Nic w tym dziwnego, skoro proces jej pozyskiwania jest tak czasochłonny i mało wydajny. Łaskuny palmowe zjadają średnio 1 kg owoców dziennie, z czego ostatecznie można pozyskać mniej więcej jedynie 50 g kawy.

Niestety chęć zarobienia pieniędzy sprawiła, że luwaki zaczęły być łapane i zamykane w klatkach. Tam dostają gałązki owoców kawowca do jedzenia. Nie są już wolne, żeby wybierać te najlepsze. Żyją w niewoli, stresie, bardzo często klatki stawiane są w miejscach turystycznych, aby można było zrobić zdjęcie uwięzionym łaskunom, a następnie zakupić wyjątkową kawę. Kopi luwak jest obecnie produkowana na masową skalę i stała się jedną z najbardziej znanych pamiątek polecanych do przywiezienia z Bali. Wielka szkoda, że dla zysku wciąż muszą cierpieć zwierzęta. Uwierzcie mi, że widok miotającego się w furii łaskuna palmowego w klatce jest straszny i naprawdę nie warto wspierać tego nieetycznego biznesu.

CO Z PLAŻAMI?

Ach, rozmarzyłby się człowiek w końcu na plaży, podreptał po białym piasku, popływał w spokojnych wodach… A tu niestety niespodzianka! Otóż najlepsze plaże na Bali mają albo czarny piasek, albo są zatłoczone, albo wreszcie oblewają je fale tak duże, że nie da się wejść do wody i tylko surferzy się cieszą. Poszukiwaczy idealnego wybrzeża i rajskich widoków bardziej przyciągają okoliczne wysepki niż Bali. Tu prym wiedzie wyspa Nusa Penida, która leży tuż obok, a dzięki promom szybko można się na nią dostać. Zachwyca ona widokami niczym z pocztówki i białymi piaszczystymi plażami.

Jeszcze kilkanaście lat temu prawie nikt tam nie przypływał, a teraz dzięki zdjęciom influencerów chce dotrzeć praktycznie każdy, kto odwiedza Bali. Mimo to Nusa Penida wciąż należy to tych wysp z mniej rozwiniętą infrastrukturą, gdzie o poranku może nas obudzić pianie koguta i chrumkanie świnek. Skrywa ona kilka takich miejsc, które zapierają dech w piersiach nawet najbardziej wymagającym podróżnikom, jak np. klify w kształcie tyranozaura. Widziane z góry okoliczne turkusowe wody i oryginalny kształt nadmorskich krajobrazów po prostu oszałamiają.

Kto wybrał się na tę wyspę, z pewnością nie pominął wizyty na najpopularniejszej Diamentowej Plaży. Ujrzy tutaj malownicze meandry plaży wciśnięte w ostre klify, skałę w kształcie niemal idealnie wyszlifowanego stożka przypominającego diament i te nieziemskie błękity. Diamond Beach to jedno z tych miejsc, w których co chwila chce się robić zdjęcia, bo zachwyty nie mają końca, a pod koniec dnia mamy setki prawie identycznych ujęć.

Podobnie zachwyca również Kelingking, do której wiedzie stroma i wymagająca ścieżka. Decydują się nią zejść tylko najwytrwalsi i nie żałują wysiłku, bo dzięki temu mogą rozkoszować się rajską plażą tylko dla siebie. I tak można by jeszcze długo wyliczać, bo Nusa Penida skrywa wiele pięknych i mało odwiedzanych zakątków. Jest to więc często wybierane miejsce na ucieczkę od zgiełku plaż na Bali.

UROCZE WYSEPKI GILI

Nieco dalej, bo w pobliżu wyspy Lombok, leżą trzy malutkie wysepki Gili. Podobnie jak Bali należą one do archipelagu Małych Wysp Sundajskich. Można do nich dopłynąć promem z Wyspy Bogów lub Lombok, a pomiędzy nimi przemieszczają się łódki. Która jest najpiękniejsza? Wszystkie! Każda ma w sobie to „coś”, co przyciąga konkretną grupę turystów. Zatem czym się różnią?

Pierwsza od strony Bali – Gili Trawangan, nazywana w skrócie Gili T – to najchętniej odwiedzana wyspa. Przy głównym porcie rozciągają się gwarne bary, które nocą tętnią życiem. W okolicy działa kilka hosteli i hotelików. To zdecydowanie wyspa idealna na imprezę i generalnie tak ją właśnie „zaszufladkowano”, co sprawia, że wielbiciele ciszy omijają Gili Trawangan szerokim łukiem. Warto jednak wiedzieć, że jej druga strona jest spokojna, z urokliwymi piaszczystymi plażami. Co wieczór turyści zbierają się nad brzegiem morza, gdyż tutejsze zachody słońca uchodzą za spektakularne. Poza tym okolice są świetne do uprawiania snorkelingu, nurkowania czy innych sportów wodnych, jak np. pływanie na deskach SUP (Stand Up Paddle).

Druga w kolejności – Gilli Meno – to romantyczny azyl dla par, które mogą poczuć się niczym rozbitkowie na bezludnej wyspie. Istnieje na niej wprawdzie kilka hotelików i domków, jednak Meno jest zdecydowanie najmniej zabudowana. Spacerkiem można obejść ją całą w mniej więcej godzinę. Po drodze mija się drewniane domki i puste plaże.

Na wyspie Gili Air przywitał mnie widok buldożerów i ludzi w popłochu rozmontowujących restauracje na plaży. Rząd wydał ustawę, że plaża ma być publicznie dostępna i lokale gastronomiczne nie mogą jej zajmować. Właściciele mieli oczywiście określony czas na przeniesienie restauracji kilka metrów od brzegu. Nie spodziewali się jednak, że rząd mówi poważnie o planach rozbiórki. W dniu, kiedy na plaży pojawiły się buldożery, ludzie w pośpiechu chcieli uchować co się da przed zburzeniem.

Co więcej, w hotelu dostałam zestaw bambusowych słomek z napisem plastic free paradise („raj bez plastiku”), a po wyspie mogłam poruszać się wypożyczonym rowerem. Troska o środowisko na Gili Air pozytywnie mnie zaskoczyła. Niestety świadomość ekologiczna jest w Indonezji niewielka. Wiele wysp wręcz tonie w śmieciach. Obecne ekologiczne trendy inspirują, a niekiedy zmuszają hotele i agencje turystyczne do zmian bardziej przyjaznych dla środowiska. W związku z tym każda, nawet najmniejsza inicjatywa proekologiczna jest tu na wagę złota.

W CIENIU WULKANU RINJANI

Wyspa Lombok czaruje widokiem na potężny wulkan Rinjani, do którego wiodą dość wymagające szlaki. Potrzeba jednego dnia wspinaczki na krater lub dwóch na sam szczyt – na wysokość nieco ponad 3,7 tys. m n.p.m. Właściwie niemal cała centralna część wyspy to Park Narodowy Góry Rinjani, na który składa się ponad 41 tys. ha terenów zielonych. W kraterze wulkanu znajduje się ogromne jezioro Segara Anak, czyli Dziecko Morza (zajmujące powierzchnię 11,3 km²). To właśnie ono sprawia, że widoki z krawędzi krateru lub ze szczytu Rinjani należą do najbardziej spektakularnych w Indonezji, a wspinaczka na tę właśnie górę uchodzi za jeden z najpopularniejszych trekkingów w całym kraju. W czasie wędrówki nie wolno narzekać… Lokalny przesąd głosi, że wszystkie nasze troski wypowiedziane głośno lub w myślach podczas wspinaczki na Rinjani w przyszłości się urzeczywistnią.

Nietrudno się domyślić, że tak wyjątkowy i potężny wulkan od wieków stanowił miejsce kultu miejscowej ludności Sasak, a także pielgrzymek sąsiadów z Bali. Ci ostatni dwa razy do roku składają duchom Rinjani ofiary w formie biżuterii. Według wierzeń jezioro uwięzione we wnętrzach krateru ma transcendentną moc, a ludzie, którzy się kąpią w jego wodach, żyją dłużej. Aby zapewnić sobie spokój i bezpieczeństwo, Sasakowie ofiarowują bogom rybki wykonane z prawdziwego złota.

Na wyspie Lombok, oprócz wulkanu Rinjani, na odwiedziny zasługuje również jej południe. Pełno jest tutaj prostych wiosek grupy etnicznej Sasak oraz ośrodków surfingu, odludnych plaż i przepięknych klifów. To dość surowe wybrzeże, poszarpane przez fale, z niewieloma miasteczkami po drodze. Warto wybrać się też na tzw. Różową Plażę (oficjalnie nazywaną Tangsi), która uzyskała bajkowy kolor, a to dzięki mieszaniu się białego piasku ze szczątkami czerwonych koralowców.

O indonezyjskich wyspach tak naprawdę można by pisać bez końca. Każda z nich stanowi jakby odrębny, wyjątkowy kraj. Z ponad 17,5 tys. wysp Indonezji tylko ok. 6 tys. jest zamieszkałych, powyżej 40 należy do archipelagu Małych Wysp Sundajskich, a tylko kilka z nich udało mi się tu opisać. Co pewne, kto odwiedził chociaż jedną fascynującą indonezyjską wyspę, chce wrócić, aby poznać kolejne. Warto się spieszyć! Otóż w Indonezji codziennie bezpowrotnie giną jakieś gatunki roślin i zwierząt, lokalne dialekty i prastare wierzenia. To kraj, gdzie na własnej skórze poczuć można nieuniknione skutki globalizacji, ale także kontemplować piękno i zróżnicowanie naszej planety, poznać kulturę rdzennych grup etnicznych. Najważniejsze, aby doceniać i szanować to, co dane nam zobaczyć w podróży i co pragniemy zostawić dla przyszłych pokoleń.