Robert Pawełek

www.travelcompass.pl

Namibia jest tak różnorodna, że nie sposób opisać jej wszystkich atrakcji w jednym artykule. Ascetycznie wyglądająca pustynia, bezkresne przestrzenie, drogi ciągnące się aż po horyzont, dziewiczy krajobraz czy wreszcie wielość barw zadziwiają i urzekają. Szczególnie poza skupiskami ludzkimi ma się wrażenie, jakby był to świat w początkowej fazie swojego istnienia. Turystów przyciągają tutaj smagane wiatrem Wybrzeże Szkieletów, bezkresne wydmy pustyni Namib tworzące majestatyczne łuki w kolorze morelowym, porośnięte roślinnością piaski Kalahari, zielone kanały na terenie tzw. Pasa Caprivi (Caprivi Strip), rozległy Park Narodowy Etoszy oraz wiele innych cudów natury. Rosną tu endemiczne gatunki roślin i żyje wiele dużych zwierząt, egzystujących bezpiecznie zarówno na obszarach objętych ochroną prawną, jak i poza nimi. W Namibii docenia się przyrodę i krajobrazy – aż ok. 15 proc. jej terytorium zajmują tereny chronione. Ten kraj w południowo-zachodniej Afryce jest porządny i poukładany, przestrzega się w nim przepisów. Podróżowanie po Namibii nie powinno stanowić problemu dla nikogo, kto umie posługiwać się mapą i ostrożnie prowadzić samochód. To usytuowane nad Oceanem Atlantyckim państwo jest idealnym celem pierwszej afrykańskiej wyprawy. Namibię można śmiało nazwać wrotami do Czarnego Lądu.

Największą ozdobą kobiet z grupy etnicznej Himba są ich starannie zaplecione włosy pokryte ochrą

W odróżnieniu od innych afrykańskich krajów jest tutaj bezpiecznie, chociażby ze względu na brak chorób tropikalnych, gdyż zdecydowaną większość terytorium państwa zajmuje pustynia. Jedzenie, do którego nie dodaje się konserwantów, spotka się z pozytywną reakcją miłośników zdrowej żywności. Z kolei ludzie są tu tolerancyjni i przyjaźnie nastawieni do obcych. Mała gęstość zaludnienia (zaledwie ponad 3 osoby na 1 km²!) i ciepły klimat powodują, że odwiedzając ten kraj, nie naraża się zdrowia. To m.in. skłoniło Angelinę Jolie do urodzenia swojego pierwszego biologicznego dziecka – Shiloh Nouvel Jolie-Pitt – w maju 2006 r. w położonym na zachodzie Namibii mieście Swakopmund. Przysłowiowego raju nie znajdziecie raczej nigdzie na Ziemi, ale w tym państwie w południowo-zachodniej Afryce wydaje się być on bliżej. Przede wszystkim ze względu na niezwykłość i piękno otaczającej przyrody. Magia kryje się w ogromnych pustkowiach, na których żyje niewielu ludzi, ale mnóstwo dzikich zwierząt. Co istotne, Namibia posiada doskonałą infrastrukturę. Telefony działają praktycznie wszędzie, a dobrze oznakowane i utrzymane drogi sprzyjają podróżowaniu.

Namibia jest prawie trzy razy większa od Polski (zajmuje powierzchnię ponad 825 tys. km²), a zamieszkuje ją zaledwie blisko 2,6 mln ludzi, należących do 13 grup etnicznych. Charakteryzuje się wysokim jak na Afrykę odsetkiem ludności białej (ok. 6 proc.). Do niedawna była najmłodszym niepodległym państwem na kontynencie, ale obecnie utraciła palmę pierwszeństwa na rzecz Sudanu Południowego, który powstał w lipcu 2011 r. Namibia jako pierwsza na świecie wpisała do swojej konstytucji ochronę zwierząt. Językiem urzędowym jest tu angielski, choć na co dzień posługuje się nim zaledwie kilka procent ludności (ok. 3,4 proc.). To także kraj kontrastów – jeden z najbogatszych na świecie ze względu na złoża diamentów i uranu, ale z dużymi obszarami biedy…

Oszczędzaj wodę, jesteś w kraju pustynnym

Stolica Namibii, 440-tysięczny Windhuk, przybyszom z Europy może wydawać się dziurą, ale po powrocie z objazdu po bezkresnych przestrzeniach tego państwa okazuje się być prawdziwą metropolią z biurowcami, kawiarniami i pasażami handlowymi. Na wyposażonych w sygnalizację świetlną ulicach o równej nawierzchni zdarzają się nawet korki pojawiające się w godzinach szczytu.

To, co na pewno zwróci naszą uwagę, to ogromna dbałość o ograniczenie zużycia wody. Deszcze nawiedzają te tereny raz na dekadę i stanowi to wielki powód do radości. Nie zdziwmy się więc, jeżeli w hotelowym pokoju znajdziemy wiadro pod prysznicem do zbierania nim wody. Jest ona zbyt cenna, żeby ją marnotrawić. Po przefiltrowaniu woda nadaje się chociażby do podlewania kwiatów. Wszędzie przy sanitariatach znajdują się napisy: Proszę, oszczędzaj wodę! Jesteś w kraju pustynnym!, a w łazienkach natrafimy na instrukcje, z których dowiemy się, jak się kąpać ekonomicznie i z poszanowaniem zasobów wody. Nie powinniśmy robić tego dłużej niż 5 min!

Wbrew pozorom nieduże kolonialne miasto założone w latach 40. XIX w., na które miała wpływ mieszanka afrykańskiej i germańskiej kultury, oferuje sporo atrakcji. Znajduje się tutaj wiele śladów fascynującej historii Namibii, której świadkami były lokalne plemiona zamieszkujące te tereny. Kolonialne wpływy, głównie niemieckie, widać do dzisiaj w architekturze, siatce szlaków komunikacyjnych, przemyśle wydobywczym i rolnictwie.

Pozostałością dawnych symboli miasta jest m.in. niewielki protestancki Kościół Chrystusa, który stanowi świetny punkt widokowy oraz orientacyjny. Ta poświęcona w 1910 r. neoromańska świątynia to chyba najładniejszy zabytek w okolicy. Wykonana z piasku kwarcowego i marmuru karraryjskiego, z charakterystyczną 24-metrową wieżą, wyposażona w witraże podarowane przez ostatniego króla Prus i cesarza niemieckiego Wilhelma II (1859–1941). Sporych rozmiarów lista dzielnych niemieckich chłopców poległych w walkach o Namibię, przymocowana do jednej ze ścian, przypomina o czasach niemieckiej okupacji. To też charakterystyczne dla Namibii – szacunek dla historii. Obok znajduje się poniemiecka twierdza Alte Feste (Stara Forteca). To jedna z najstarszych budowli w Windhuku, której wznoszenie rozpoczął w październiku 1890 r. Curt von François (1852–1931), kapitan kolonialnych oddziałów w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej – tzw. Schutztruppe für Deutsch-Südwestafrika. Mieściły się tu koszary wojsk niemieckich, a potem stancja dla pobliskiego liceum. W 1957 r. Alte Feste ogłoszono Pomnikiem Narodowym, a tuż obok zainaugurowano w marcu 2014 r. nowoczesne Muzeum Pamięci Niepodległości (Independence Memorial Museum). Można zapoznać się w nim z bogatymi dziejami kraju – od idyllicznej pierwotnej przeszłości po mroki kolonializmu, zobaczyć dzieła sztuki Buszmenów zamieszkujących teren Namibii, zabytki z czasów kolonialnych oraz pamiątki z walk o niepodległość.

Zmieniono wprawdzie nazwę niegdysiejszej ulicy Göringa, ale pomnik pruskiego generała piechoty, ludobójcy Lothara von Trotha (1848–1920) stał jeszcze przez długi czas na swoim miejscu. Z okazji 25. rocznicy odzyskania niepodległości przez Namibię przebudowano pomnik Jeźdźca (Reiterdenkmal), przedstawiającego dawniej żołnierza kolonialnych wojsk Schutztruppe siedzącego na koniu i patrzącego w kierunku kościoła. W tym miejscu znajdował się największy obóz koncentracyjny, powstały na długo przed tymi w Europie.

Niemiecki kolonializm charakteryzował się ostrym reżimem utrzymującym w bezwzględnym posłuszeństwie miejscową ludność, traktowaną jako podludzi. Jakiekolwiek oznaki buntu szybko likwidowano, nie przebierając przy tym w środkach. Najbardziej doświadczyły tego grupy etniczne Herero i Nama, gdy blisko 120 lat temu odważyły się na powstanie przeciw niemieckim osadnikom. W masakrze pod Waterbergiem, dokonanej przez generała von Trotha, mężczyzn mordowano na miejscu, a kobiety, dzieci i starców wypędzano na pustynię Kalahari, gdzie umierali z pragnienia i chorób. Padł też rozkaz, żeby strzelać do każdego Herero, niezależnie od tego, czy uzbrojony, czy też nie. Szacuje się, że w rezultacie tych represji zginęło od 34 tys. do 110 tys. osób, czyli większość ludności Herero (od 24 tys. do 100 tys. osób) i połowa z 20-tysięcznego ludu Nama.

Jeździec Schutztruppe został zdjęty z cokołu i przeniesiony do Alte Feste, a jego miejsce zajęła rzeźba pierwszego prezydenta wolnej Namibii, który dumnie spogląda z góry przy wejściu do całego kompleksu Muzeum Pamięci Niepodległości. Urodzony w maju 1929 r. Sam Nujoma złożył przysięgę prezydencką w marcu 1990 r. i sprawował urząd przez 15 lat.

W centralnej części miasta znajduje się rozległy, 12-hektarowy Narodowy Ogród Botaniczny (National Botanic Garden), w którym rosną liczne rzadkie, zagrożone wymarciem okazy endemicznych roślin. Mniej więcej 25 km na zachód od stolicy położony jest Rezerwat Przyrody Daana Viljoena (Daan Viljoen Game Reserve). Nazwano go tak na cześć Daniela Thomasa du Plessisa Viljoena (1892–1972), południowoafrykańskiego administratora Afryki Południowo-Zachodniej w latach 1953–1963. W pokrytym akacjami parku podczas pieszej wędrówki lub na trasie safari można obserwować wspaniałe zwierzęta – oryksy, kudu, dzierzbokosy czy antylopy gnu.

Samce impali z charakterystycznie zakrzywionymi, żłobionymi rogami w Parku Narodowym Etoszy

Mroki przeszłości

Na idylliczną historię Namibii kładą się mrocznym cieniem dramatyczne wydarzenia w sumie z nie tak bardzo odległych czasów. Sam proces kolonizowania jej terytorium rozpoczął się stosunkowo późno w porównaniu do innych obszarów Afryki, opanowanych przez mocarstwa europejskie dużo wcześniej. W 1883 r. przybył tutaj drobny niemiecki przedsiębiorca, niejaki Adolf Lüderitz (1834–1886), niewyglądający na człowieka, który stworzy imperium. Z równiutkim przedziałkiem i włosami zaczesanymi na bok, w okularach przypominał bardziej subiekta ze sklepu. Wkrótce jednak w szemranych okolicznościach, dzięki swojej przebiegłości, stał się w ciągu dwóch lat (1883–1885) właścicielem praktycznie całego wybrzeża – od rzeki Oranje po Kunene (z wyjątkiem Walvis Bay, czyli Zatoki Wielorybiej, która należała do Brytyjczyków).

Posuwając się do wielu przekrętów, nabył on od lokalnego wodza ludu Nama ogromne terytorium. Nie mając jednak funduszy na dalsze poszukiwania i eksplorację tutejszych zasobów naturalnych, Adolf Lüderitz sprzedał w kwietniu 1884 r. swoje posiadłości państwu niemieckiemu, które utworzyło tu kolonię Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia (Deutsch-Südwestafrika, DSWA). Od 1885 r., bezpośrednio po konferencji berlińskiej, zwanej też kongijską (1884–1885), której celem był ostateczny kolonialny podział Afryki, zaczęli masowo napływać tu niemieccy kolonizatorzy. Ich system kolonialny był wyjątkowo bezwzględny. Posuwał się także do ludobójstwa.

Dał temu kres udział Niemiec w I wojnie światowej, który umożliwił zajęcie terytorium dzisiejszej Namibii w 1915 r. przez wojska południowoafrykańskie. Nowi władcy narzucili jednak podobne jarzmo, realizując takie same cele kolonialne, obliczone na eksploatację bogatej w minerały ziemi, tworzenie warunków do uprawy i hodowli oraz maksymalne wykorzystanie siły roboczej. Poza tym reżim południowoafrykański stworzył owiany złą sławą apartheid wspierający podziały rasowe. Wyzwalał on najniższe instynkty, był wyrafinowanym narzędziem trzymania w ryzach i nieograniczonego wyzysku rdzennej afrykańskiej społeczności.

Nie pomogły również działania dekolonizacyjne podejmowane przez Ligę Narodów (utworzoną po I wojnie światowej i istniejącą w latach 1920–1946), pierwszą w dziejach organizację międzynarodową, której celem było zapewnienie pokoju i współpracy na świecie. Próby stworzenia systemu bezpieczeństwa zbiorowego i rozwiązywania sporów obnażały jej słabość, co wynikało m.in. ze sprzeczności interesów państw członkowskich.

Eksploatując bogactwa naturalne i tanią siłę roboczą, biały reżim, będący praktycznie przedłużeniem epoki kolonializmu, doskonalił system policyjnego nadzoru i represji. Ze względu na nieustępliwość władz w Pretorii (stolicy RPA) jedyną nadzieją na poprawę losu społeczeństwa Namibii stał się bohaterski opór gotowych na wszystko bojowników skupionych wokół ruchu narodowo-wyzwoleńczego, znanego na forum międzynarodowym pod nazwą SWAPO – South West Africa People’s Organization. Organizacja Ludu Afryki Południowo-Zachodniej została uznana w 1973 r. przez ONZ (następczynię Ligi Narodów po zakończeniu II wojny światowej) oraz Organizację Jedności Afrykańskiej (OJA) jako jedyny reprezentant interesów ludności Namibii. Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych (artykuł 77) wszystkie dawne terytoria mandatowe Ligi Narodów weszły w skład systemu powierniczego ONZ. Zaangażowanie Organizacji Narodów Zjednoczonych w sprawę niepodległości Namibii było wyjątkowo duże. Systematycznie prowadzone działania ONZ, trwające dziesiątki lat, doprowadziły w końcu do uzyskania niepodległości i powstania w pełni demokratycznego państwa.

Ogromną rolę w tym procesie odegrała światowa opinia publiczna i forum Narodów Zjednoczonych. Wystarczy tu wspomnieć choćby o kwestii uzyskania od Niemiec odszkodowania za zbrodnie dokonane w Namibii – najwyższą pomoc, jaką ten europejski kraj udziela jakiemukolwiek z państw Afryki.

Wydmy w Parku Narodowym Namib-Naukluft przyciągają niesamowitą grą cieni malujących ich powierzchnię

Polska misja pokojowa

W 1988 r. RPA i SWAPO podpisały porozumienie, na mocy którego wojska południowoafrykańskie miały wyjść z Namibii. Miały zostać tam zorganizowane wolne wybory powszechne, nadzorowane przez powołaną do życia w lutym 1989 r. Grupę Pomocy ONZ w Okresie Przejściowym dla Namibii – UNTAG (United Nations Transition Assistance Group). Polska odegrała znaczącą rolę w realizacji tej misji pokojowej, także na polu dyplomatycznym. W 1989 r. został utworzony Polski Kontyngent Wojskowy w Grupie Pomocy ONZ w Okresie Przejściowym dla Namibii, liczący 353 żołnierzy oraz 20 oficerów do grupy obserwatorów ONZ, którego celem było wypełnienie zadań mandatowych UNTAG.

Całe wyposażenie, w tym uzbrojenie, samochody, zapasy żywności, zostało załadowane w porcie gdańskim na statek pod fińską banderą i odpłynęło do Namibii. Gdyby na placu marszałka Józefa Piłsudskiego przed Grobem Nieznanego Żołnierza w Warszawie ustawić ten sprzęt jeden przy drugim, cały ten teren byłby zastawiony. Sam przerzut żołnierzy kontyngentu ze stolicy Polski do Namibii na lotnisko w miejscowości Grootfontein odbył się w trzech turach.

Misja polskich wojskowych odbywała się w ciężkich warunkach – ogromne przestrzenie oraz zniszczone drogi utrudniały zadanie kompanii transportowej. Baza, w której stacjonowali Polacy, umiejscowiona w koszarach w Grootfontein opuszczonych przez wojska RPA, była w opłakanym stanie, stąd została nazwana nasz dom – Alca Traz.

Od połowy kwietnia do końca maja 1989 r. Polska Wojskowa Jednostka Logistyczna (PWJL) realizowała przedsięwzięcia związane z organizacją wykonawstwa przyszłych zadań mandatowych. Siły militarne UNTAG składały się z trzech batalionów operacyjnych (piechoty) wystawionych przez Finlandię, Malezję i Kenię – każdy po 850 żołnierzy. Podporządkowane były one dowódcy pochodzącemu z Indii. Ich zadanie stanowiły m.in. obserwacja granic i zapobieganie infiltracji, a także zapewnienie, żeby wszystkie siły wojskowe będące w północnej części Namibii na granicy z Angolą zaprzestały działań i przeszły pod nadzór ONZ. Oprócz batalionów operacyjnych w skład kontyngentu UNTAG wchodziło jeszcze ponad 1,4 tys. żołnierzy jednostek specjalistycznych, w tym wydzielony komponent Sił Zbrojnych RP, kontrolerzy wojskowi i policyjni.

Oddzielną grupę stanowili międzynarodowi inspektorzy i obserwatorzy UNTAG w liczbie 300 oficerów z 14 państw. Dowódcą tego zespołu był Polak – płk Bolesław Izydorczyk. Zasadnicze zadanie obserwatorów stanowiło monitorowanie przestrzegania warunków zawieszenia broni między walczącymi stronami, tj. wojskami RPA i bojownikami SWAPO, którzy przechodzili przez granicę Angoli i Zambii. Decyzją Kwatery Głównej UNTAG całe terytorium Namibii zostało podzielone na dwie strefy odpowiedzialności pomiędzy dwie jednostki logistyczne – polską i kanadyjską. Do działań mandatowych Polskiej Wojskowej Jednostki Logistycznej należało szereg operacji, m.in. transport osób cywilnych i wojskowych, zaopatrzenie, logistyka, w tym ciężkiego sprzętu, przewożenie przybywających uchodźców do obozów przejściowych, a potem do ich rodzinnych miejscowości. W okresie pierwszych wolnych wyborów w Namibii, przeprowadzonych w dniach 7–11 listopada 1989 r., wydzielono siły nadzorujące z ramienia ONZ.

Najpiękniejszy spektakl na ziemi

Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że Namibia to Afryka dla początkujących. W kraju tym nie ma tych problemów, które są charakterystyczne dla innych części Czarnego Lądu. Telefony komórkowe mają niezły zasięg, drogi znajdują się w dobrym stanie, a kraj uchodzi za bezpieczny i przyjazny turystom. Odległości, jakie musimy pokonać, należą jednak do dużych, podróże w większości są dość monotonne, a ze względu na skromny transport publiczny do turystycznej eksploracji najlepiej wynająć samochód, i to z klimatyzacją. W drodze można zatrzymać się w urzekającej scenerii na nękanych suszą gościnnych farmach turystycznych lub w odległych schroniskach. Miejsca noclegowe znajdują się w niezłym stanie i są generalnie czyste, a wyżywienie dobre. Najtańszą formę zakwaterowania stanowią kempingi, które oferują jednak podstawowy zakres usług, m.in. trzeba mieć swoje własne wyposażenie. Nie jest to raczej problem, gdy namibijskie safari zarezerwujemy przez specjalistyczną firmę. Pola namiotowe, wyposażone w toalety i prysznice, należą do czystych miejsc noclegowych.

Na wybrzeżu Atlantyku rozciąga się Namib uchodząca za najstarszą pustynię świata (powstała mniej więcej 55–80 mln lat temu) i wpisana w 2013 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Ze względu na ogromne rozmiary (zajmuje powierzchnię ok. 160 tys. km²) nie przejdzie się jej pieszo, trzeba wynająć samochód. W urzekającej scenerii na odkrycie czeka niezwykła przyroda i największe wydmy piaskowe na świecie. Dune 7 ma aż 383 m wysokości. Z uwagi na to, że wspinaczka na nią stanowi nie lada wyzwanie, warto wstać wcześnie rano. Można też zamówić tutaj lot balonem. To ekscytujący środek transportu, gwarantujący niezapomniane wrażenia, ale bardzo kosztowny. Poza tym przyda się także lornetka. Aparat fotograficzny również jest niezbędny. Ze względu na bardzo duże natężenie światła słonecznego najlepiej robić zdjęcia przy niskiej rozdzielczości i koniecznie założyć filtr polaryzacyjny. Zapasowa bateria i dodatkowa karta do aparatu też się przydadzą. Sprzęt optyczny powinien być transportowany w pyłoszczelnych torbach. Niezbędna jest także butelka wody i krem z wysokim filtrem UV oraz nakrycie głowy.

Nie bądźmy zdziwieni, jeśli na pustyni nie odnajdziemy spokoju, pustej przestrzeni i samotności. Być może uda się to, kiedy opuszczą ją w południe turyści, gdyż żar lejący się z nieba jest już wówczas nie do wytrzymania. Jednak o wschodzie słońca na ponad 170-metrowej Dune 45 pojawia się kilkaset osób żądnych kontemplowania cudów natury. Generalnie tę wydmę poleca się do oglądania wschodów słońca, za to na zachody rekomenduje się spektakularną Elim Dune. Pustynia Namib w części udostępnionej dla zwiedzających stała się już ofiarą własnej sławy, ponieważ ciężko tu podziwiać piękno otaczającej przyrody w odosobnieniu. W czasie kiedy turyści obserwują wschód słońca, obsługa ich pojazdów zabiera się do pracy. Najpierw sprawnie rozstawia stoły i krzesełka, a następnie przygotowuje śniadanie. Wschodzące słońce szybko przemieszcza się po horyzoncie, dlatego nie sposób nacieszyć się wystarczająco jego widokiem. Za to warto obserwować zmieniające się kolory wydm i odbywającą się na nich grę światła – są pomarańczowe w słońcu i czarne w cieniu. To oszałamiający widok, szczególnie że proporcje miejsc oświetlonych i zacienionych zmieniają się co chwilę.

Najlepiej zatrzymać się w osadzie Sesriem. W jej okolicy znajduje się kilka miejsc noclegowych, w tym komfortowe lodże, jak np. Le Mirage Resort & Spa czy Sossusvlei Lodge, oraz 24 kempingi. Mieści się tutaj główna brama do Parku Narodowego Namib-Naukluft, otwierana na godzinę przed wschodem słońca. Oczywiście bez wykupienia biletu wstępu nie uda się jej przekroczyć.

O wschodzie słońca mgły znad Atlantyku potrafią docierać daleko w głąb doliny Sossusvlei, dając uczucie zimna. Podróż przez pustynię jest trudna. Aby dotrzeć do słynnych wydm, należy pokonać sporą odległość. Nie warto zatrzymywać się po drodze, żeby fotografować urokliwe czerwienie rysujące się na porannym niebie. Jeśli to zrobimy, nie zdążymy na najpiękniejszy spektakl, który rozegra się w Deadvlei, czyli Martwej Dolinie.

Z upływem czasu niebo staje się jaśniejsze, a pastelowe dotychczas wydmy nabierają satynowej miękkości. Trzeba przedzierać się przez wszechobecny piach, ale o tej porze czuje się jeszcze przyjemnie orzeźwiający chłód poranka, który za jakąś godzinę zniknie bez śladu. Z chwilą narodzin dnia rozpocznie się niezwykły spektakl w najsłynniejszej dolinie pustyni… Kilkaset lat temu to miejsce było zielone, kwitły akacje dające oryksom schronienie od słońca. Ptaki wiły tu gniazda. Akacje nazwano camel thorn od połączenia słów z języka afrikaans: kameelperd („żyrafa”) i doring („kolec”), gdyż właśnie żyrafy (nie wielbłądy!) chętnie wyskubują liście spomiędzy długich kolców. Najprawdopodobniej dolinę tę zamieszkiwały też żyrafy. Było tak jednak do czasu, kiedy życiodajna rzeka Tsauchab zmieniła swój bieg. Okoliczne drzewa, które przystosowały się do przetrwania suszy, jeszcze przez kilka lat wypuszczały liście, aby w końcu się poddać. Czarne pnie drzew wyciągają dzisiaj do nieba swoje martwe konary. Wyglądają, jakby obumarły setki lat temu, smagane wiatrem i ziarnami gorącego piasku. Ten widok na długo zapada w pamięć. W porze deszczowej na wydmach pojawiają się zielone trawy. Martwe drzewa już jednak nie ożyją.

Im bliżej południa, tym światło zaczyna zalewać wydmy. Przesuwa się w dół, oświetlając spękaną ziemię doliny. Na zboczach wydm światło słoneczne i długie cienie od drzew tworzą różnorodne kształty, które modyfikują z każdą chwilą swoje rozmiary. Oświetlone drzewa zmieniają kolor z czarnego na brązowy. Bliżej południa skwar staje się nie do wytrzymania, a człowiek zaczyna marzyć o cieniu. To znak, że czas opuścić Deadvlei i wrócić na kemping.

Można także spędzić pierwszą część dnia gdzie indziej, np. wejść na wydmę wznoszącą się nad doliną i obserwować z jej szczytu grę świateł. Potem warto wspiąć się na Big Daddy. To największa wydma w okolicy, osiągająca wysokość ok. 325 m. Wspinaczka na nią wymaga jednak dużej kondycji i sporej ilości wody. Widać stąd inne doliny, ale żadna z nich nie dorównuje urodą Deadvlei.

Pustynia zachwyca niebywałą wręcz różnorodnością. Są tutaj miejsca wyglądające jak z innej planety. Moon Landscape to całkiem nagie wzgórza o kolorze szarobrązowym. Przełęcz Kuiseb (Kuiseb Pass) utworzona została ze spękanych, czarnych, tysiącletnich warstw. Z kolei skalisty, pocięty kreskami ostaniec o nazwie Mirabib wznosi się nad horyzontem. Część Parku Narodowego Namib-Naukluft stanowią pasy wydm gwiaździstych, półksiężycowych, określanych bardzo trafnie mianem Morza Piasku Namib. Kanion Sesriem utworzony został miliony lat temu przez rzekę Tsauchab (tą samą, która zmieniając koryto, uśmierciła drzewa w Deadvlei). Jego nazwa wzięła się od afrykanerskiej legendy mówiącej o sześciu rzemieniach, które trzeba było ze sobą związać, żeby sięgnąć do wody na dnie. Ściany kanionu pokrywają skały, pomiędzy którymi ptaki mają gniazda. Nie jest on generalnie zbyt piękny ani głęboki (sięga 30 m). Jego uroda objawia się dopiero w późnym popołudniowym świetle, gdy kamienie nabierają złocistej barwy, a nawoływania ptaków odbijają się od ścian.

Wielka piątka Afryki na pustyni

Wybierając się na tzw. Morze Piasku Namib, nie można ulec złudzeniu, że to wymarłe miejsce. Gdzieś między wydmami toczy się życie, o czym świadczą pozostawione ślady. Aby dostrzec jednak zwierzęta, trzeba być bardzo uważnym i bacznie obserwować otoczenie. Tutejsi mieszkańcy są raczej skryci i małych rozmiarów. Do głównych reprezentantów fauny należą m.in. żmija karłowata, gekon, kameleon namaqua, stepniarka piaskonurek oraz pająk tańcząca biała dama. Pojawiają się tu też duże ssaki, np. szakale, antylopy czy zebry górskie.

Ważne jest, żeby wybierając się na pustynię, oprócz zachwytu nad otaczającym pięknem, zdać sobie sprawę z delikatności tego na pozór surowego i nieprzystępnego środowiska. Jeśli przykładowo wyrzucona przez nas przypadkiem foliowa torebka zaczepi się na jedynym krzaku w okolicy, może, łopocząc na wietrze, odstraszać zwierzęta. Śmiertelne niebezpieczeństwo dla stworzeń mieszkających pod piaskiem stanowią także quady i motocykle rozjeżdżające ich kryjówki. Widząc np. ptaki, które chętnie do nas podlatują, mamy ochotę rzucić im coś do jedzenia. Ale to najgorsza rzecz, jaką możemy zrobić, nawet jeśli wysypiemy jakiekolwiek okruchy. Otóż ptaki pustynne praktycznie nie piją wody, dlatego chleb to dla nich śmierć.

Spragnieni samotności?

Dookoła nas bezkresna równina i nagle pojawia się na horyzoncie Spitzkoppe (1728 m n.p.m.). Wygląda nieco niczym przyczajony smok lub słynna australijska formacja skalna Uluru. To przepiękne miejsce i nie ma osoby, której się tu nie podoba. Uwielbiają go również wspinacze, dlatego nazywany jest Matterhornem Namibii. Wygasły wulkan, który powstał ponad 120 mln lat temu, przyciąga spragnionych samotności i kontemplacji natury. Aby się tutaj dostać, trzeba jednak włożyć nieco wysiłku. Jest co prawda kemping u stóp Spitzkoppe, ale nie ma na nim wody, prądu, a dach stanowi bezkresne niebo. Dookoła rozciągają się skały. Za to można obcować tu z dziką przyrodą. Wystarczy, że wieczorem zaczniemy nasłuchiwać i bacznie obserwować.

Na sam szczyt, mimo jego niedużej wysokości, bardzo trudno się dostać. Biorąc pod uwagę brak wody, cienia, niemiłosierny upał, nie każdy da radę tutaj dotrzeć. Doświadczyli tego w listopadzie 1946 r. wspinacze z Kapsztadu, dla których był to nie lada wyczyn. Ogromne utrudnienie w dotarciu na szczyt stanowi ześlizgiwanie się po gładkiej granitowej powierzchni. Nie pomaga nawet nacinanie stopni. Niższe pokłady skał są chropowate i bez problemu można się po nich wspinać. Widoki z każdego miejsca zapierają dech w piersiach. Ogromne, okrągłe głazy przypominają kule rozrzucone przy pomocy niewidzialnej siły. Najsłynniejszy punkt stanowi tu niewielki, ale bardzo fotogeniczny skalny łuk. Pod wieczór wygląda tak, jakby ktoś maznął czarną kreskę na tle zachodzącego słońca.

Jeśli staniemy na krawędzi, nasze cienie utworzą na skałach rysunki. Przypominają one te, jakie namalowali tutaj tysiące lat temu pierwsi mieszkańcy – ludzie San (Buszmeni). Pozostawili oni po sobie galerię namalowaną ochrą na skałach – Bushman Paradise Cave. Najsłynniejszym dziełem Buszmenów jest jednak malowidło naskalne w masywie górskim Brandberg, które nazwano Białą Damą z Brandbergu. Zajmuje ono ścianę w przestrzeni utworzonej przez skalny nawis i wiedzie do niego przejście prowadzące między dwoma ogromnymi głazami. Malowidła chroni gruba krata. Są nieco spłowiałe, ale wyraźnie widać talent artystów. Ruch zwierząt został świetnie oddany, ale wyobraźnię pobudza głównie jedna postać – Biała Dama. W odróżnieniu od pozostałych jest cała biała. Styl tego naskalnego malowidła przywodzi na myśl podobne śródziemnomorskie dzieła.

Prawdziwe safari dla wytrwałych

Trzeba się tu natrudzić, żeby spotkać ciekawego przedstawiciela miejscowej fauny. Ale w końcu słowo safari oznacza wyprawę myśliwską, ewentualnie dłuższą podróż, a nie – jak w niektórych mocno już skomercjalizowanych afrykańskich krajach – ustawianie się w kolejce do oglądania żyrafy czy innego zwierzęcia… Etosza nie jest małym ogrodzonym rezerwatem – to kawał parku narodowego, jeden z największych na świecie (zajmuje powierzchnię aż 22 270 km2), o wielkości większej np. od całej Słowenii. Czasami przez cały dzień nie natkniemy się tutaj na innego turystę. Ale przestrzeni i zróżnicowanych krajobrazów w Parku Narodowym Etoszy nie brakuje. Na safari warto poświęcić tu kilka dni i uzbroić się w cierpliwość. Nie zdziwmy się, jeśli rano przy rozbitym przez nas namiocie pojawi się słoń i spokojnie zacznie objadać drzewo akacjowe. To nie jest rzadki widok. W porze suchej słonie często plądrują okolice w pobliżu siedlisk ludzkich, szukając pożywienia. Strażnicy pola namiotowego nie interweniują wówczas, aczkolwiek bacznie monitorują sytuację. W końcu słonie majestatycznie opuszczają darmową stołówkę i odchodzą. W nocy lepiej nie wychodzić poza namiot i nie szwendać się po kempingu. Czasami może obudzić też nas drapanie o pałatkę namiotu…

Nazwa Parku Narodowego Etoszy pochodzi od ogromnego okresowego słonego jeziora Etosza (Etosha Pan), które zajmuje powierzchnię ponad 4,8 tys. km². Rdzenni mieszkańcy (Owambo, Hererowie i Buszmeni) nazywają go „miejscem, gdzie woda jest sucha”. Otóż jezioro Etosza niemal zawsze jest wyschnięte – nawet gdy spadną deszcze, woda szybko wyparowuje. Utworzono tutaj oczka wodne, które mają zatrzymywać zwierzęta. Najsłynniejsze znajdują się przy kempingach Okaukuejo oraz Halali i są podświetlone w nocy. Zwierzęta przyzwyczaiły się już do tego i bez problemu przychodzą do wodopoju. Czasami zebry, słysząc ryk lwa w pobliżu, boją się podejść do wody. Żyrafy, podnosząc co chwila swoje długie szyje, także bacznie obserwują otoczenie, sprawdzając, czy w ciemności nie czai się żadne niebezpieczeństwo.

Safari w Parku Narodowym Etoszy jest niczym rosyjska ruletka. Nie wiadomo, kiedy trafi się strzał w postaci pojawienia się interesującego zwierzęcia. Nie widać tu na każdym kroku zebr i antylop, jak w Kenii czy Tanzanii. Trzeba się natrudzić, żeby spotkać ciekawych przedstawicieli miejscowej fauny. Są jednak ogromne emocje związane z wyczekiwaniem, gdyż nigdy nie wiemy, co za chwilę zobaczymy. Na safari najlepiej wyruszyć wcześnie rano. Mamy wtedy okazję zobaczyć ukrytą w cieniu samicę nosorożca z maluchem albo stojące na wzniesieniu stado antylop, bacznie obserwowane przez prawie niewidoczne dwie lwice leżące w pobliskiej trawie. Uważnie lustrują one teren, kalkulując najlepszy moment do ataku – tylko drgające koniuszki ogonów zdradzają ich zamiary. Antylopy wyczuwają to i stoją jak wryte, w każdej chwili gotowe jednak do ucieczki. Gdzie indziej zobaczymy rozleniwione lwy leżące praktycznie jeden na drugim. To pora kilkugodzinnej sjesty drapieżników. Warto zwrócić również uwagę na konary drzew. Wiszą tam pozostałości czarnego kruka, który stał się pożywieniem dla sokołów. Te ostatnie zresztą bacznie rozglądają się dookoła w poszukiwaniu kolejnej zdobyczy. W części porośniętej sawanną przechadzają się zagrożone wyginięciem żurawie rajskie (żurawie błękitne). Zwykle wędrują one parami, szukając pożywienia w trawach. Należy pamiętać, aby pod żadnym pozorem nie opuszczać samochodu na terenie parku. Można tutaj paść ofiarą ataku drapieżnika albo natknąć się na groźnego węża.

Kolejna pustynia

Ze stołecznego Windhuku samochodem można tu dotrzeć w trzy godziny. Co prawda ogromna pustynia (jej powierzchni wynosi ok. 900 tys. km²) obejmuje swoim obszarem Botswanę, Namibię, RPA, Angolę, Zambię i Zimbabwe, ale jej południowa część znajduje się na namibijskiej ziemi. Bardziej przypomina ona sawannę, jednak wydmy utworzone z czerwonego piasku zdradzają pustynny charakter tego miejsca. Trzeba by spędzić wiele miesięcy na odkrywaniu różnych zakamarków Kalahari, ale stworzone na jej terenie parki narodowe i rezerwaty przyrody dają szansę poczuć tutejszy klimat. W nagrodę mamy tutaj pełno zwierząt. Egzotyczną faunę i florę można podziwiać w pobliżu rzeki Oranje. Wokół rosną drzewa cytrusowe, mango, winorośl. Okolicę zamieszkują dzikie zwierzęta, m.in. krokodyle, słonie, żyrafy i antylopy. Sporo jest też gepardów. Jedyną stałą rzekę na terenie Kalahari stanowi Okawango. Z kolei w porze deszczowej powstają tu rzeki okresowe.

Odpoczynek od kolonialnej przeszłości i lokalny folklor

Opuwo to 20-tysięczne miasto, stolica regionu Kunene (Kaokolandu), nieskażone kolonialną architekturą. Ujrzymy tutaj dachy chat kryte blachą falistą i spore ilości śmieci. Ten widok nie współgra z czystymi przestrzeniami Namibii lub wymuskanym Swakopmundem. Na przedmieściach Opuwo walają się zardzewiałe wraki, których nikt nie zamierza usunąć. Jest tu także lokalny targ, ale jakże odmienny od tych kolorowych pochodzących z naszych wyobrażeń. W stolicy regionu Kunene dominują prowizoryczne, brzydkie stragany sklecone z drewnianych desek, między którymi rozwieszono plastikowe płachty. Wszechobecny pył dopełnia tej okropnej scenerii. Gdzieś na jednym ze stoisk kobieta przegania muchy kłębiące się na suszonych rybach. W powietrzu unosi się smród. Chcąc zrobić tutaj zdjęcie, należy wcześniej zapytać o zgodę i zwykle zapłacić. A na pewno w Namibii nie wolno fotografować kobiet Himba bez pytania. Potrafią one wyrwać aparat z rąk i rzucić nim o ziemię, kiedy zobaczą, że robi im się zdjęcia z ukrycia. Kiedy więc kusi nas, żeby ukradkiem sfotografować półnagą piękność w supermarkecie, należy pamiętać, że może to być ostatnie „dzieło” wykonane tym aparatem.

Co do tego miasta nie należy się zrażać jednak jego lokalnym kolorytem. Jeśli potrzebujemy chwilę odpocząć, np. jeden dzień po kilkudniowym safari, tu właśnie znajdziemy malowniczo położone lodże, w których poza sezonem jest pusto, a co najważniejsze – dużo taniej. Zwykle to małe domki na wzgórzu, z basenami. Po kilku dniach spędzonych w pyle pustyni i w namiocie te miejsca wydają się prawdziwym rajem. Roztaczają się z nich wspaniałe panoramy, szczególnie o zachodzie słońca, kiedy znika ono za górami, a okolica stopniowo zmienia kolor.

Królowe Himba

To dziwny widok, nawet jak na Namibię. Ujrzane na ulicy w Windhuku, odziane w skórzane spódniczki i wymalowane ochrą odstają wyglądem od nowoczesnego miasta. To jest jednak ich ideologia, która wyraża sprzeciw wobec natarczywych zmian świata, prowadzących do niszczenia ich kultury. Kiedyś nie istniała grupa etniczna Himba (OvaHimba). Byli za to Hererowie, należący do grupy ludów Bantu i zamieszkujący terytorium Damarlandu (obszar między południową częścią Kaokolandu a Swakopmundem). Mniej więcej 150 lat temu wyruszyli na południe, a przodkowie obecnych Himba zostali na północy. Ciągle atakowani przez lud Nama, posiadający broń palną, przeprawili się przez rzekę Kunene w poszukiwaniu schronienia w Angoli. Kiedy na początku XX w. powrócili na swoje ziemie, zdumieli się, widząc Hererów, którzy zdążyli się już upodobnić do niemieckich kolonizatorów. Dziś łączy ich wspólna przeszłość i język, lecz patrząc na rozmawiające ze sobą kobiety Herero i Himba, trudno uwierzyć, że są siostrami.

Aby odwiedzić przedstawicieli grupy etnicznej Himba, należy wyruszyć na północ kraju. Do ich wioski nie wypada wparować bez powitania i zapytania, czy możemy wejść. Rytuał jest zawsze taki sam. Turyści czekają w autach, a przewodnik idzie poprosić o zgodę na wizytę. Zwykle się zgadzają. Kobiety witają turystów z aprobatą. Najważniejsze miejsce w wiosce stanowi kraal – okrągła zagroda, w której trzyma się kozy i krowy. Te ostatnie to największa radość. Wszystkie chaty buduje się tak, żeby ludzie, wychodząc rano z domu, mogli widzieć zagrodę. To właśnie obok kraali nowożeńcy spędzają noc poślubną, co ma przynieść im pomyślność i dostatnie życie. Himba bez krów jest nikim – to środek płatniczy, cenne wiano i symbol zamożności. Kobiety krzątają się w obejściach. Najbardziej charakterystyczne są ich długie włosy, splecione w warkoczyki oraz oblepione mieszanką ochry i tłuszczu. Niegdyś ojcowie i bracia golili głowy, żeby darowywać włosy swoim kobietom, teraz Himba kupują je w sklepach – najlepsze pochodzą od Brazylijek i Hindusek. Globalizacja pomaga być piękną! W kulturze Himba fryzura przekazuje wiele istotnych wiadomości o jej posiadaczu. Maluchy mają głowy ogolone na łyso, niekiedy z pozostawionym wzorem nawiązującym do wiary i przesądów danej wioski. Stanowi on jednocześnie informację, do której grupy Himba się należy, jako że każda z nich ma własne tabu i nakazy.

Inny świat

W 85-tysięcznym Walvis Bay ma się wrażenie, jakbyśmy przenieśli się na inny kontynent, np. na karaibskie wybrzeże. To nowocześnie zabudowane miasto nad Oceanem Atlantyckim, idealne do życia. Rozwinięta infrastruktura, przeszklone domy z zadbanymi i równo przyciętymi ogródkami, do tego ładnie ogrodzone – to wszystko przypomina bardziej Amerykę. W Walvis Bay natrafimy na ładne mosty, spacerowe promenady, klimatyczne restauracje serwujące owoce morza i nie tylko. Panuje tu iście wakacyjna atmosfera i jest to doskonałe miejsce na chwilowy odpoczynek po trudach podróży. O Karaibach przypominają różowe flamingi, przechadzające się dumnie po okolicy. Promenada nad malowniczą laguną wygląda niesamowicie o poranku. Mnóstwo flamingów brodzi w płytkiej zatoce w poszukiwaniu skorupiaków. W okolicach Walvis Bay podziwiać można ich ogromne stada. Przemieszczają się między licznymi rozlewiskami, rozdzielonymi przez piaszczyste wydmy. Dzisiaj miasto jest drugim co do wielkości w Namibii (po stołecznym Windhuku i przed modnym Swakopmundem) oraz stanowi główny port morski kraju.

Magiczne wodospady

Niesamowite kaskady znajdują się pod samą granicą z Angolą. Mowa tu o wodospadach Epupa na rzece Kunene. Są on dzikie i nieujarzmione, a pobliskie trasy pozbawione barierek oraz jakichkolwiek platform dla turystów. Trzeba tutaj uważać, szczególnie stąpając po przerzuconej kłodzie czy przeskakując przez kamienie lub stając nad urwiskiem, żeby zrobić zdjęcia. O wschodzie i o zachodzie słońca światło rozlewa się po okolicy, jeszcze mocniej podkreślając urok tego miejsca.

Wodospady leżą całkiem blisko pola namiotowego – to dla mnie najpiękniejszy krajobraz w Namibii. Stoimy na wysokim wzgórzu. U naszych stóp rozciąga się dolina poprzecinana jasnymi kaskadami rzeki Kunene, z kołyszącą się zielenią wysokich palm makalani, rozświetlona złotym i popołudniowym słońcem. Idylliczna oaza w pustynnym kraju wygląda wręcz zjawiskowo. Choć oczywiście z wodą w tutejszych wodospadach bywa różnie. Najczęściej jest jej tyle, aby mogła przy głównej kaskadzie wzbijać pióropusz białej mgiełki, z migoczącą tęczą o poranku. W porze suchej (w styczniu) wodospady Epupa nie wyglądają tak okazale. Można praktycznie przejść przez rzekę Kunene, prawie suchą stopą, do sąsiedniej Angoli. Jednak w maju Epupa, co w języku Hererów oznacza „Pianę”, pokazuje swoją potęgę. Woda spływa wówczas dosłownie z każdej skały. Tam, gdzie wcześniej można było przejść aż do krawędzi urwiska, teraz pieni się kipiel. Z jasnej mgły wyłaniają się samotne baobaby. Na taki cudowny widok czeka się tutaj czasem kilka lat!