Siła skojarzeń to potężna broń. Myśląc o Republice Madagaskaru jako o celu egzotycznego wyjazdu, zwłaszcza w ramach turystyki zorganizowanej, tej spod znaku dobrego hotelu i opcji „all inclusive”, łatwo wpaść w iluzję efektu przywiązania, który jest o tyle intrygujący, co nie do końca prawdziwy.
Pod powiekami mamy obrazki z popkultury, w tym słynne lemury i baobaby. W pamięci – historyczne fakty, również te związane z naszą ojczyzną: przygody Maurycego Beniowskiego (1746–1786), zwanego „królem Madagaskaru”, oraz mocarstwowe plany w okresie międzywojennym, zakładające utworzenie tu polskiej kolonii. Foldery biur podróży kuszą sloganami, w oczy rzucają się te wszystkie „afrykańskie oazy luksusu”, „nieziemsko piękna Nosy Iranja”, „wypoczynkowa Nosy Be”. To wszystko prawda. I jednocześnie spore niedopowiedzenie, wpadające niekiedy w przegródkę z napisem „kłamstwo”. Zapnijcie pasy, zabieram was na afrykańską wyspę w wersji bez lukru.
Sacrum i profanum
Ciągnij, ale z wyczuciem. Sprytnie, nie szarp, bo się zerwie i wszystko zaczniemy od nowa – tubalny głos Andry’ego niesie się po łodzi. Jest już po śniadaniu, tutejszy przysmak – suszone wahoo (solandra) i kleik ryżowy układają się w moim żołądku, a słońce pokazuje, że to ono tutaj sprawuje niepodzielne rządy. Wypłynęliśmy z Nosy Be o świcie, z jasnym celem: nie wracamy z połowów bez tuńczyka lub giant trevally. To plan dla moich towarzyszy, którzy dopytywali się przed wypłynięciem, czy aby na pewno uda się dopisać do swojego wędkarskiego dzienniczka tę drugą dużą rybę – karanksa żółtopłetwego. Dla mnie, świeżaka i amatora, już tuńczyk będzie wystarczającą atrakcją. Na pokładzie niewielkiej jednostki pływającej jestem z grupką turystów z Europy, którzy uzupełniają swoją rozrywkę i wypoczynek w eleganckich hotelach Nosy Be wyprawą wędkarską, za którą wszyscy zapłaciliśmy w ramach wycieczki fakultatywnej. Uprzedzając fakty: ostateczną zdobyczą będzie żaglica, co zostanie odebrane przez wszystkich jako rozsądny kompromis między oczekiwaniami i rzeczywistością połowów oceanicznych. Andry, nasz przewodnik i jednocześnie kapitan, swoje życie ma wypisane na ogorzałej twarzy, przerytej licznymi zmarszczkami i bruzdami. Malarzem jego losów były promienie słońca, słona oceaniczna woda i czas, który spędził na łodziach, polując na różnorodne gatunki ryb. Widział już naprawdę wiele. Obserwował facetów z roleksami na nadgarstkach, siłujących się z wędką. Słuchał rozmów o wyjazdach na nurkowanie na Galapagos, na trekking wokół himalajskiej Annapurny, na rejs luksusowym statkiem wycieczkowym z Bahamów do Europy. Po powrocie z połowu wyciągam go na piwo w Hell-Ville (Andoany). I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwy Madagaskar. Ten, w którym mój rozmówca, cedząc powoli słowa, rzuca w powietrze: Za zegarek tego dzisiejszego klienta moja rodzina i sąsiedzi mogliby wyżywić się przez kilka lat. Andry pochodzi z południa Madagaskaru. Z miejsca, gdzie widać spaloną słońcem ziemię. Gdzie woda jest na wagę złota, Malgasze cierpią z niedożywienia, gdzie rządzi B&B – bieda i beznadzieja. I to jest inny obraz Madagaskaru. Prawdziwszy niż Nosy Be, sztuczna oaza dobrobytu, napakowana hotelami dla bogatych gości, którzy oczekują luksusu, drinków, jedzenia pod korek i wszystkich atrybutów pobytu w wersji all inclusive. Madagaskar rzeczywiście bywa postrzegany przez pryzmat swoich „bogatych enklaw turystycznych”, takich jak Nosy Be czy okolice stołecznej Antananarywy, gdzie skupia się ruch turystyczny i gdzie infrastruktura jest dużo bardziej rozwinięta. Te miejsca tworzą wrażenie zupełnie innego świata: hoteli, restauracji i usług skierowanych głównie do zagranicznych turystów – opowiada mi Sara Suchowiak z Polskiej Akcji Humanitarnej (PAH). W codziennym doświadczeniu przeciętnego Malgasza kontrast ten jest ogromny i często budzi poczucie, że zyski z turystyki omijają większość społeczeństwa – dodaje osoba, która ma okazję widzieć na co dzień ten „realny Madagaskar”. Sara pracuje dla PAH i wyjeżdża na delegacje na Madagaskar dwa razy w roku, zwykle na mniej więcej miesiąc. PAH prowadzi na południu (Grand Sud) różne projekty, których celem jest, mówiąc ogólnie, poprawa warunków życia mieszkańców tej pięknej wyspy. Warunków tak odmiennych od wyobrażeń „resortowych turystów”. Porównanie Nosy Be do Grand Sud, czyli regionów Androy, Anosy i Atsimo-Andrefana, gdzie koncentrują się działania Polskiej Akcji Humanitarnej – to zadanie dość karkołomne. Grand Sud bardzo wyraźnie różni się od północy Madagaskaru. Przede wszystkim klimatycznie. Południe jest znacznie bardziej suche i od lat doświadcza powtarzających się susz, które prowadzą do chronicznych problemów z dostępem do żywności i wody. Niestety, przekłada się to bezpośrednio na życie mieszkańców, czyli m.in. wyższe wskaźniki niedożywienia, migracje w poszukiwaniu pracy i zasobów, a także większą zależność od pomocy humanitarnej – mówi mi Sara, a ja doskonale ją rozumiem, pamiętając moją eskapadę po całym Madagaskarze, nie tylko enklawach bogactwa na północy wyspy. To dwa różne światy: północ jest uprzywilejowana. Ci, którzy pracują w sektorze usług turystycznych, wygrywają na loterii dobrobytu dla siebie i swoich rodzin. Dysproporcje są ogromne: drogi są w lepszym stanie, mieszkańcy większych miast mają dostęp do usług publicznych, edukacji czy ochrony zdrowia. Patrząc szerzej, to również kwestia klimatu. Na północy Madagaskaru jest on łagodniejszy, sprzyja rolnictwu, dzięki czemu ludzie mają większe możliwości uprawy ziemi i samodzielnego utrzymania. Spójrz na dostęp do rynków i kontakt ze światem zewnętrznym. Północ jest lepiej połączona komunikacyjnie, ma też większe znaczenie gospodarcze, może zarabiać na turystyce i eksporcie produktów rolnych. Południe jest dużo bardziej odizolowane, a wiele społeczności żyje w oddaleniu i w warunkach niemal całkowitej samowystarczalności – w głosie Sary Suchowiak pobrzmiewają emocje. Na wiele spraw spoglądam jako kobieta. Chociażby na poziom bezpieczeństwa i stabilności społecznej. W południowych regionach częstsze są napięcia i przemoc – dodaje polska położna. Do Sary jeszcze wrócę. Dlaczego? Ponieważ rozmowa z nią jest niczym zrobienie zdjęcia w trybie obiektywu szerokokątnego: widać więcej…
Świat lemurów i błękitu
Psujecie cały Madagaskar, uważając, że dajecie nam pracę. A my wam w sumie w tym pomagamy, ale nie mamy innego wyjścia, chcąc zarabiać. Dla mnie to zadziwiające, że ludzie przylatują z drugiego końca świata, nie chcąc zobaczyć praktycznie nic z tego, co jest naturalnym pięknem. Jedynie okolice Nosy Be, wyspa Madagaskar, posiadająca unikatową i endemiczną przyrodę, jest dla nich niczym miejsce zarażone ospą wietrzną – irytuje się Mihya. Poznaliśmy się trzy godziny temu, na początku całodniowej wycieczki, której celem była Nosy Iranja. Mihya to interesująca postać, w jego żyłach płynie krew rosyjska (jak mi powiedział: mój tata przebywał tu w latach 70. i poznał moją mamę) i malgaska, imponuje mi swoim podejściem, obyciem, wiedzą. Zna chyba z 10 języków. Objechał świat dookoła, zanim osiadł w Afryce. Zagaduje do turystów, opowiada kolejne historie, jest duszą towarzystwa, przewodnikiem idealnym. Ale mam wrażenie, że jego entuzjazm nie jest naturalny. Ale mam wrażenie, że jest to wyuczone. Ale mam wrażenie, że to tylko na pokaz. Jego codzienność stanowi życie w raju: zabiera turystów na wyspę Nosy Iranja, obserwuje ich zachwyt błękitem oceanu, laguną, idyllicznym pejzażem. Też tak miałem: wypłynęliśmy po godz. 8.00 z Madirokely na Nosy Be, a 25 mil morskich później znaleźliśmy się w miejscu niczym z najpiękniejszej pocztówki. Przycupnąłem więc na plaży, szukając miejsca bez turystów, w poszukiwaniu śladów żółwi – chociaż swoje obserwacje powinienem w sumie skierować na oszałamiającą, turkusową wodę. Gospodarzami tego miejsca są żółwie zielone (Chelonia mydas) i żółwie szylkretowe (Eretmochelys imbricata), funkcję wicegospodarzy pełnią wszyscy lokalni restauratorzy, którzy rozkładają wprost na plaży swoje wiktuały przygotowane dla turystów. Wcinam więc mięso zebu (bydła domowego garbatego), poprawiam sałatką z surowych warzyw i ryżem kokosowym (ach, jak on pięknie pachnie!), uśmiecham się do zgrillowanych ryb, które kilka godzin wcześniej egzystowały w otaczających nas wodach. A potem wszyscy płyniemy na malutką Nosy Antsoha, karmimy lemury i swoje wyobrażenie o Madagaskarze. Jest wesoło, multikulturowo, bezpiecznie. I czuję, że znów wpadam w dziurę z napisem „iluzja”, w miazmaty zakrywające prawdziwy obraz tego kraju u południowo-wschodnich wybrzeży Afryki. Kilka godzin później, po rejsie i po schowaniu przez naszego przewodnika do kieszeni bonusu od jednego z uczestników, którym było 300 tys. ariarów malgaskich (ok. 250 zł), wracam do tematu, który wcześniej z nim poruszyłem. – Mihya, to jest uczciwe? – Napiwek? No jasne, to moja praca! – Ech, ja nie o tym. Ja o tym, że wielu turystom Madagaskar będzie kojarzyć się tylko z takimi kolorowymi i pocztówkowymi wrażeniami. – Wy, turyści, szukacie potwierdzenia swoich oczekiwań. Mogę to zepsuć, ale po co? I Mihya ma rację. Może to zepsuć, opowiadając o południu wyspy. Ale po co? Czy masowy turysta, który wykupił egzotyczny wyjazd na „ten teren, gdzie takie super baobaby rosną i biegają zwierzaki jak Król Julian w filmie animowanym” zechce tego słuchać?

Malagasy people of Sakalava ethnicity moving in a zebu cart near Morombe in southwest Madagascar on October 26, 2016.
Proza afrykańskiego życia
Na południu kraju turystyka jest praktycznie niewidoczna. Trudne warunki klimatyczne, słaba infrastruktura, duże odległości i problemy z bezpieczeństwem sprawiają, że niewielu turystów dociera w te rejony. Dla mieszkańców południa turystyka nie jest źródłem utrzymania ani istotnym czynnikiem rozwoju lokalnego – mówi mi Sara, którą już poznaliście kilka akapitów wcześniej. Nasze główne biuro Polskiej Akcji Humanitarnej mieści się w Fort-Dauphin (Tôlanaro). To bardzo malownicze miasto nad Oceanem Indyjskim, ale jego komfortowa infrastruktura może trochę zafałszować obraz codziennych wyzwań na obszarze Grand Sud – uzupełnia nasza rodaczka. Tak, pamiętam moje wrażenia z podróży po południu wyspy, gdzie największym wyzwaniem jest kulejący transport, upały i silne słońce. Podczas podróży do regionu Androy, widać zmiany nie tylko w krajobrazie, lecz także w warunkach życia ludzi. Hotele i restauracje są skromniejsze, istotne staje się dostosowanie do lokalnego rytmu życia. Jak to wygląda w praktyce? Cóż, to kwestia potrzeb. Jako podróżnik (ale nie człowiek z opaską hotelu z all inclusive) mimowolnie redukujesz je do bezpieczeństwa odmienianego na różną modłę. Ograniczasz ryzyko problemów żołądkowych, wcinasz ryż z fasolą, unikasz sosów i surowych warzyw, doceniasz czystą wodę. Twoim 5-gwiazdkowym hotelem jest rozgwieżdżone niebo, niezbędnikiem staje się śpiwór, powerbank i mała poduszka, luksusowym pokojem – łóżko z moskitierą w pomieszczeniu bez robactwa. I rozumiesz, jaką aberracją, błędem w turystycznym matriksie są wyspy na północy Madagaskaru. Nikt tobie, drogi podróżniku, nie broni spędzić tam tyle czasu, ile tylko chcesz. Ale pamiętaj, że nie wychylając nosa spoza Nosy Be, nie zobaczysz nawet namiastki tego, czym jest ten kraj. Nie zobaczysz Antsirabe, nie usłyszysz o viko viko (to taki specyficzny miks pociągu i autobusu). Nie przejedziesz się też prawdziwą rikszą puss puss, nie poczujesz potęgi przyrody w parkach narodowych Isalo czy Zombitse-Vohibasia. Nie ujrzysz także rytuałów pogrzebowych koczowniczej grupy etnicznej Antandroy (Tandroy) – słynnych „ludzi cierni”, których podstawą utrzymania w suchym, nieprzyjaznym ekosystemie jest hodowla bydła domowego garbatego (zebu) oraz rolnictwo. Właśnie, rytuały… Znak czasów minionych, który rozbija się niekiedy o prozę życia. W kraju, w którym wielu mieszkańców głoduje, tradycja pogrzebów coraz częściej przegrywa z realizacją potrzeb wynikających z piramidy amerykańskiego psychologa Abrahama Maslowa (1908–1970), na dole której są kwestie fizjologiczne, w tym jedzenie. Mięso to życie. Po śmierci członka społeczności Antandroy często zabija się całe stado bydła jako ofiarę, a mięso dzieli się między uczestników ceremonii. Grobowce budowane są w formach wskazujących status zmarłego, dekorowane rogami zebu, rzeźbami czy malowidłami. Coraz częściej młodsze pokolenie poddaje te praktyki krytyce, zarówno z powodu nawracających kryzysów żywnościowych, jak i potrzeby zmiany – uzupełnia moje wiadomości Sara, którą zaczynam wypytywać o „jej Madagaskar”. Widzisz, od gimnazjum marzyłam, aby pracować na kontynencie afrykańskim jako medyk. Moją inspiracją była opowieść właśnie o „czerwonej wyspie” – Madagaskarze. Praca w terenie wymaga cierpliwości i szacunku wobec lokalnej społeczności, a równocześnie pozwala naprawdę zrozumieć, jak wygląda codzienność Malgaszy i jakie są ich realne potrzeby – w tonie głosu Sary Suchowiak pobrzmiewają nuty dumy z tego, co robi. Mogę jej słuchać godzinami. To nie tylko opowieści o Madagaskarze, lecz także projekty w Republice Środkowoafrykańskiej, które Sara realizuje od kilku lat razem z koleżanką, Izabelą Cywą. Co kobieta z Polski może robić w kraju, do którego turyści praktycznie nie docierają? Otóż szkoli matrony, mając z tyłu głowy główny cel: zmniejszenie śmiertelności okołoporodowej poprzez podniesienie wiedzy i umiejętności lokalnych akuszerek. Czy Madagaskar i rejon Grand Sud to kraina starych ludzi? Nic bardziej mylnego! Dane krajowe wskazują, że mediana wieku na Madagaskarze wynosi 19,2 lat (w Polsce to 42,9 lat). W Grand Sud, ze względu na bardzo wysoką dzietność, w strukturze demograficznej jest jeszcze większa przewaga dzieci niż wynika ze średniej krajowej. Pisząc wprost: będąc położną, jak Sara, na niedobór zajęć na Madagaskarze nie można narzekać.
Flora i historia
My wciąż uczymy się w szkołach o waszym rodaku, Maurycym Beniowskim. To nie jest tak, że jesteśmy zacofanymi analfabetami, którzy nie wiedzą, co tutaj działo się 100, 200, 300 lat temu – zżyma się Haja, ale w jej głowie dominują nutki radości, że ktoś nie traktuje jej jako żywego dodatku do parku narodowego, tylko jako realnego człowieka, z którym po prostu można uciąć sobie pogawędkę. A jednocześnie jesteśmy dumni z faktu, iż od czerwca 1960 r. samodzielnie możemy o sobie stanowić, nie oglądając się na Francję – dodaje, mrużąc oczy. Haja mieszka na zachodzie Madagaskaru, nad samym brzegiem Kanału Mozambickiego. Spotkaliśmy się niedaleko jej domu, w mieście Morondava. Z dzielnicy Andakabe na Morondava Beach jest dosłownie kilkaset metrów, które wykorzystuję na dopracowanie jutrzejszego planu naszej wspólnej wizyty m.in. w ikonicznej Alei Baobabów i dalszej eksploracji Parku Narodowego Kirindy Mitea. Czy powinienem posypać głowę popiołem, goniąc za obrazem miejsca, będącego odpowiednikiem amerykańskiego Wielkiego Kanionu Kolorado, norweskiego klifu Preikestolen i innych must see na świecie? Szukam nieoczywistości podczas tej podróży, ale nie mógłbym ominąć słynnej Alei Baobabów, wszak trudno o bardziej znany widok kojarzący się z Madagaskarem: potężne drzewa (baobaby Grandidiera – Adansonia grandidieri), w szpalerze, z korzeniami wyrastającymi „do góry nogami”. Ale na razie rozmowa zbacza na temat historii. Pomyśl o tym, co robili tutaj Francuzi – mówi do mnie Haja. Rewanżuję się znajomością losów okrutnej królowej Ranavalony (ok. 1788–1861), o której czytałem przed przyjazdem na „czerwoną wyspę”. Cóż, ta nazwa mogłaby być traktowana wieloznacznie, nie tylko ze względu na kolor gleb laterytowych, ale i kolor krwi, której tu przelano w nadmiarze. Szukam tego, co nas łączy. Śladów, poloników, anegdot i faktów… I w tym zakresie Maurycy Beniowski jest bezpieczniejszym tematem w dyskusji polsko-malgaskiej. To nasz rodak (sam siebie określał jako Polaka), w którego genach odnaleźć można zarówno węgierskich arystokratów, jak i niemieckie ślady. Przyszedł na świat przed 20 września 1746 r. w miasteczku Vrbové w kraju trnawskim na terenie dzisiejszej Słowacji. Najkrótszy możliwy opis? Konfederata barski, obieżyświat, człowiek inteligentny, autor poczytnego pamiętnika i – co nie było bez znaczenia dla jego losów – nad wyraz przystojny. Historia jego zesłania na Kamczatkę, buntu, brawurowej ucieczki w 1772 r. i późniejszych rządów na Madagaskarze w imieniu Francji to pouczająca lektura. Swoisty miks powieści awanturniczej, romantycznego zrywu i pragmatyzmu wynikającego z uwarunkowań politycznych. Nie zapominając równocześnie o określeniu „kolonizator”, które niekiedy może budzić jednoznaczne skojarzenia. On był uczciwym człowiekiem. Zakładał plantacje, rozwijał kraj, budował drogi i uważał, że niewolnictwo to coś złego. Tak nas uczono w szkole – zamyśla się Haja. A ja razem z nią, zastanawiając się nad tym, jak potoczyłyby się losy naszego „króla Madagaskaru”, gdyby dane mu było żyć nieco dłużej niż 40 lat…

Ring-tailed lemur (Lemur catta) is a large strepsirrhine primate known as maky, maki or hira – Tsimanampetsotsa Nature Reserve, Madagascar
Zmiany? Ostrożnie
Wracam do Sary Suchowiak, która zachowuje bardzo trzeźwe i zdroworozsądkowe spojrzenie na Madagaskar. Rozmawiamy o wyjątkowej endemicznej bioróżnorodności, która może być szaloną zaletą m.in. w zakresie rozwoju turystyki czy badań naukowych, ale… jednocześnie to ryzyko i źródło ogromnej odpowiedzialności. Wiele gatunków i ekosystemów jest bardzo zagrożonych przez wylesianie i degradację siedlisk. A to jedynie czubek góry lodowej. Pomagamy jak umiemy. Nie tylko my, jako Polska Akcja Humanitarna. Madagaskar korzysta ze wsparcia międzynarodowego, z projektów Banku Światowego czy wspomagającego go organu – Międzynarodowego Stowarzyszenia Rozwoju (International Development Association – IDA). Są jednak takie rzeczy, na które nie mamy wpływu, chociażby związane z bezpieczeństwem. Na południu nie spacerowałabym wieczorem samotnie po dowolnym mieście – mówi mi Sara. Problemem jest także chociażby kradzież bydła (przez lokalnych bandytów zwanych „dahalo”) i chroniczne kłopoty z dostępem do żywności i wody. Nie wszystko da się załatać pomocą międzynarodową – dopowiada koordynatorka działań PAH na Madagaskarze. Sięgam pamięcią do moich ostatnich wizyt w krajach, które redefiniują swój pomysł na pchnięcie rozwoju infrastruktury i sektora turystycznego na właściwe, szybsze tory. Pakistan, Irak, Kirgistan, Arabia Saudyjska… Wszelkie zmiany, także w zakresie turystyki, powinny iść w stronę tabliczki z określeniem „zrównoważony”. Nie można robić wszystkiego w pośpiechu, gubiąc właściwy punkt widzenia. Tutaj doskonały przykład stanowi Gruzja, rozścielająca dywan przed turystami w sposób nadspodziewanie uległy. Gwałtowne zmiany skierowane w stronę ułatwień dla zagranicznych gości mogą skutecznie zabić poczucie autentyczności i lokalnego kolorytu. Ci spośród nas, podróżników, którzy pamiętają czasy bez asfaltu i parkingu pod cerkwią Cminda Sameba, hen, wysoko, 2170 m n.p.m., nieopodal miasteczka Stepancminda, w cieniu szczytu Kazbek (5054 m n.p.m.) – wiedzą, o czym piszę. Madagaskar nie odrabia takiej lekcji, chcąc nadgonić ewentualne zaległości w sposób punktowy – czego przykładem jest chociażby uresortowienie (wybaczcie neologizm) Nosy Be czy gwałtowny rozwój stołecznej Antananarywy, której nazwę wszyscy skracają do Tarywa lub wręcz Tana. Niekiedy nie da się pójść na skróty, niekiedy ścieżka bywa powolna i wyboista. Przy okazji, jak już o tym mowa, temat skracania oryginalnych, malgaskich nazw i nazwisk to ciekawa historia – bez tego, cóż, mogłoby być dość ciężko w różnych relacjach i reportażach. Głodni konkretnego przykładu? Prezydent Madagaskaru (w latach 2014–2018) nazywał się, uwaga, Hery Martial Rakotoarimanana Rajaonarimampianina. Proste i łatwe do zapamiętania, nieprawdaż? * * * Uciekam do cienia. Dookoła cisza, która wibruje w lepkim powietrzu niczym fala. Panuje upał. Wdzierający się do głowy, niepozwalający na ukojenie. Pod powiekami mam widok z wczoraj. Plantacja orzeszków ziemnych, która jest stracona – straszliwa susza spowodowała, że nic nie wykiełkowało. Susza równa się głód. A jednocześnie piję wino, zamówione tutaj, w mieście Fianarantsoa w środkowym Madagaskarze. Szlachetny trunek, który jest smaczny, pijalny, który jest owocem tej ziemi. I czuję się z tym kieliszkiem w dłoni niczym w butach sportowych na uroczystym raucie w 5-gwiazdkowym hotelu Sofitel Warsaw Victoria: na pozór wszystko fajnie, ale coś nie pasuje. W ramach samodzielnie zadanej pokuty, wspinam się w pobliże masztu w górnej części miasta. Spoglądam na czerwone dachy, na czerwoną ziemię, na okolicę. Z góry inaczej widać. Z góry klepiska wyglądają jak regularne drogi. Jakże to inny widok od blichtru wysp na północy Madagaskaru. Od błękitu wody otaczającej Nosy Iranja. Od beztroski, która przejawia się w pytaniu rzucanym na leżaku przy hotelowym basenie: Na obiad do krewetek pijemy dziś czerwone czy białe wino?
Co z tą turystyką?
Żydzi na Madagaskar! Takie było hasło. Chichot historii, zważywszy na skład naszej grupy – beczułkowaty i rubaszny Ariel Levy nie kryje rozbawienia. Wróciłem do Nosy Be, pojutrze mam lot powrotny do Europy, korzystam z dobrodziejstw cywilizacji w wersji deluxe, których byłem pozbawiony na południu wyspy: prysznica z ciepłą i zimną wodą, lodówki z napojami, klimatyzacji w pokoju i częściach wspólnych hotelu. Hałaśliwa, blisko 30-osobowa ekipa sąsiadów okazuje się wycieczką z Tel Awiwu i Hajfy. U nas w Izraelu ten temat nie jest jakoś mocno wybijany podczas nauki w szkole. Dominuje temat „aliji” (żydowskiej imigracji do Palestyny, a po 1948 r. do współczesnego państwa Izrael), „shoah” (Holocaustu) oraz oczywiście brutalnej historii współczesnej, naznaczonej wojną sześciodniową, wojną Jom Kipur i konfliktem izraelsko-palestyńskim – dopowiada Ariel, systematycznie uzupełniając zawartość swojej szklanki z napojem alkoholowym. Jak wygląda ich wyjazd, który właśnie się kończy? Ariel wymienia na jednym wdechu: błogie nicnierobienie przy basenie, jednodniowy wypad „na lemury” (a wcześniej kilka chwil w Lemuria Land), wycieczka fakultatywna na Nosy Iranja oraz na Nosy Komba. Koniec listy. Nic więcej. Tyle wystarczy, poznaliśmy Madagaskar na tyle, na ile chcieliśmy – kwituje mieszkaniec Tel Awiwu. Jak to szło? Każdemu według jego potrzeb? * * * I znów wracam do koordynatorki PAH na Madagaskarze, pytając Sarę Suchowiak, czy chciałaby spędzić w ten sposób dwa tygodnie na Nosy Be. W odpowiedzi widzę przeczące kręcenie głową. I słyszę słowa o tym, że Madagaskar potrzebuje pomocy. Zwłaszcza w obszarze społeczno-zdrowotnym, gdzie problemem są wysokie wskaźniki niedożywienia i szerokie potrzeby humanitarne, co wymaga szybkich i skoordynowanych działań. W polskich biurach podróży Madagaskar zaczyna być widoczny, jako „egzotyczna Afryka”. Głośno myślę: a może warto podczas planowania takiego wyjazdu zorganizowanego pomyśleć o spojrzeniu zza ogrodzenia resortu lub hotelowego basenu? O sprawdzeniu, co jeszcze można robić oprócz klasycznego leżing, plażing, smażing? Nikt nie mówi o mocnym zaangażowaniu się w pomoc, w działania CSR-owe (społecznej odpowiedzialności biznesu), w pracę ponadnormatywną. Chodzi o zwykłe, zdroworozsądkowe podejście i chęć nakarmienia naszego turystycznego żołądka inną papką emocji niż na Nosy Be. O wsparcie lokalnych społeczności, chociażby podczas zakupów pamiątek bez znaczka „made in China”. O świadomość, że turystyka to system naczyń połączonych, na którą mamy wpływ. Fascynujący Madagaskar czeka. Być może właśnie na was.

Description: White paradise sand beach with tourists leading into the turquoise blue, clear sea with boats, photographed from hill on green palm tree island. Nosy Be, Nosy Iranja, Madagascar, Africa.
Paweł Kunz



