W Ameryce Środkowej to natura gra pierwsze skrzypce – głośno i namiętnie. To właśnie dla niej znów wsiadłam do samolotu. Tym razem kierunek był podwójny: Panama i Kostaryka. Dwa sąsiadujące ze sobą kraje, które choć oddzielone tylko kreską na mapie, różnią się temperamentem i rytmem życia.
Panama to kraj kontrastów. Z jednej strony dzika, tropikalna przyroda i dziewicze plaże, a z drugiej – nowoczesne drapacze chmur stolicy i nieustanny ruch, w którym czuć rytm wielkiego miasta. Kostaryka jest jej spokojniejszą, bardziej wyważoną siostrą. Zamiast gwaru ulic słychać szum oceanu i śpiew ptaków, zamiast wieżowców widać morze zieleni, które rozlewa się aż po horyzont. To kraj, w którym wszystko zdaje się podporządkowane naturze. Ma się wrażenie, że tu nikt się nie spieszy, pośpiech wydaje się sprzeczny z rytmem tego miejsca. Nic dziwnego, że tak często rozbrzmiewa tutaj słynne pura vida, czyli dosłownie „czyste życie”. Słowa te są kwintesencją kostarykańskiego ducha: spokoju, pogody, wdzięczności i radości z prostych rzeczy. Oznaczają zarówno „wszystko w porządku”, jak i „ciesz się chwilą”. Pura vida to filozofia życia w harmonii – z ludźmi, z naturą i z samym sobą.
Choć Panamę i Kostarykę łączą serdeczność mieszkańców, gorący klimat i bujna, tropikalna roślinność, różni je temperament. Panama ma w sobie zgiełk, żywioł i urok chaosu. Kostaryka – spokój, równowagę i pewność, że prawdziwe bogactwo kryje się nie w pośpiechu, lecz w ciszy lasu deszczowego, w kropli rosy zawieszonej na liściu, w szumie oceanu.
PANAMA CITY
Stolica Panamy – Ciudad de Panamá, po angielsku Panama City – wita mnie ścianą gorąca i wilgocią gęstą jak mleko kokosowe. Wystarczy kilka kroków poza klimatyzowane lotnisko (Aeropuerto Internacional de Tocumen – PTY), żeby ubranie natychmiast przykleiło się do skóry. Jest pora deszczowa. Nie pada jednak cały czas, lecz głównie w nocy. Czasem deszcz złapie mnie gdzieś w środku dnia, co daje mi pretekst do schowania się w lokalnej knajpce i spróbowania kostarykańskiej potrawy casado, co w dosłownym tłumaczeniu oznacza „żonaty” i jest mieszanką ryżu, fasoli oraz dojrzałych plantanów (bananów warzywnych). Podobnym daniem, ale o nazwie gallo pinto („malowany kogut”), zawierającym ryż i fasolę, wielokrotnie zajadałam się również w Kostaryce.
Panama City łamie wszelkie stereotypy o środkowoamerykańskich metropoliach. To ponad 410-tysięczne miasto, które zaskakuje na każdym kroku nowoczesnością i czystością. I tutaj znajdą się dzielnice, w których bieda wyziera zza zardzewiałych blach i popękanych murów, ale Panama pozostaje jedną z najbardziej fascynujących i – o dziwo – najpiękniejszych stolic Ameryki Środkowej.
Jej historia sięga sierpnia 1519 r., kiedy hiszpański konkwistador Pedro Arias de Ávila (ok. 1440–1531) założył tu osadę, która miała stać się przyczółkiem do podboju imperium Inków. To stąd wyruszały ekspedycje i tędy wędrowały transporty złota i srebra.
Serce miasta biło w Casco Antiguo – Starym Mieście, które w styczniu 1671 r. padło ofiarą walijskiego pirata Henry’ego Morgana (ok. 1635–1688). Splądrowane i spalone, odrodziło się dwa lata później, lecz już w innym miejscu – bezpieczniejszym, oddalonym o ok. 8 km od ruin. Dziś Casco Antiguo to jedna z największych atrakcji Panamy: labirynt brukowanych uliczek, kolonialnych kamienic i zapomnianych podwórek, gdzie przeszłość wciąż oddycha. Część historycznych budowli lśni po renowacji, inne stoją z pustymi oczodołami okien, sczerniałe od ognia, porzucone przez czas. Są też takie, w których wciąż toczy się życie. Mieszkańcy rozwieszają pranie między balkonami, dzieci biegają po dziedzińcach, a zza uchylonych drzwi dobiega muzyka.
Miasto sprawia wrażenie podzielonego. Z jednej strony rozciąga się kolonialna część, trochę nadkruszona przez lata, ale wciąż pełna uroku i kolorów, a z drugiej – nowoczesna, błyszcząca, z dumnie wznoszącymi się szklanymi wieżowcami. Stoję na początku Cinta Costera – długiego, 7-kilometrowego, nadmorskiego pasa spacerowego, który niczym pomost łączy te dwa światy. Idąc wzdłuż wybrzeża, mijam rozklekotane stragany, gdzie sprzedaje się wszystko: od plastikowych zabawek po mango z solą i chili. W powietrzu unosi się zapach smażonej ryby, a między stoiskami kręcą się koty i dzieci. A potem, zupełnie niespodziewanie, świat się zmienia.
Zamiast blaszanych budek wyrastają przede mną szklane kolosy. W słońcu lśnią jak sięgające nieba nowoczesne totemy. Większość z nich przekracza 150 m wysokości, dzięki czemu Panama City może pochwalić się największą liczbą drapaczy chmur w całej Ameryce Łacińskiej. Patrząc na panoramę miasta, trudno nie pomyśleć o Nowym Jorku. Nic dziwnego, że wielu nazywa Panamę jego tropikalnym kuzynem – małym Manhattanem, który wyrósł między morzem a selwą.
GUNA YALA
Spaceruję ulicami panamskiej stolicy, a mój wzrok zatrzymuje się na soczystym odcieniu pomarańczy, błyszczących w słońcu sznurach drobnych paciorków ciasno oplatających przedramiona i łydki kobiet. Pomarańczowe są też luźna bluzka czy chusta, czasem zawiązana mocno na głowie, czasem zarzucona swobodnie na krótkie, czarne włosy. Spódnica to po prostu kawałek materiału przewiązany w pasie, ale całość przyciąga uwagę feerią barw. Każdy strój zdobi mola – misternie haftowana, ręcznie szyta tkanina, znak rozpoznawczy kobiet z grupy etnicznej Guna. W języku guna (dulegaya) słowo mola oznacza po prostu „ubranie” lub „bluzka”. To małe dzieło sztuki, które może kosztować od kilkudziesięciu do nawet kilkuset dolarów.
Szycie „molas֨” to nasze główne zajęcie – mówi Rosa, młoda kobieta ze społeczności Guna, którą poznaję w Panama City. Jedna z wysp archipelagu San Blas (Guna Yala) należy do jej rodziny. Choć pochodzi z raju na Morzu Karaibskim, dziś mieszka w stolicy. Nie dla pracy, jak podkreśla, bo na wyspach w regionie autonomicznym Guna Yala pieniądze nie są najważniejsze. Wszystko, czego potrzebujemy, dają nam ziemia i morze. Mężczyźni łowią ryby, zbierają owoce, polują. Kupujemy tylko ryż i fasolę – opowiada z uśmiechem.
Guna to jedna z kilku rdzennych grup etnicznych Panamy, obok Emberá, Wounaan (Waunana), Ngäbe, Buglé, Naso (Teribes) i Bribri. Każda z nich żyje na własnych zasadach, w zgodzie z naturą, pielęgnując tradycję i język, które przez stulecia były tłumione. Dziś, mimo nowoczesnych wieżowców, centrów handlowych i naporu świata z zewnątrz, ich obecność przypomina, że Panama ma więcej niż jedno oblicze – to z betonu i szkła, i to utkane z koralików, barw i cichej siły kobiet takich jak Rosa.
KANAŁ PANAMSKI
Zanim ruszam w głąb kraju, spędzam w stolicy kilka dni. Na koniec odwiedzam symbol nowoczesnej Panamy – Kanał Panamski (Canal de Panamá). To nie tylko duma i znak rozpoznawczy tego państwa w Ameryce Środkowej, lecz także jego serce i jedna z najważniejszych dróg wodnych świata, od której zależy rytm codziennego życia i gospodarki.
Historia Kanału Panamskiego to opowieść o ludzkiej ambicji, cierpliwości i cenie, jaką płaci się za marzenie o połączeniu dwóch oceanów – Atlantyckiego (przez Morze Karaibskie) i Spokojnego. Już w XVI w. Hiszpanie, owładnięci gorączką odkryć, szukali tutaj drogi do Indii: krótszej, prostszej, bardziej obiecującej niż ta, która wiodła przez niebezpieczne wody wokół Ameryki Południowej. Nie znaleźli jej, ale zasiali pomysł, który przez kolejne stulecia nie dawał spokoju inżynierom.
Pierwszym, który podjął się budowy kanału, był w 1879 r. Ferdinand Marie de Lesseps (1805–1894) – ten sam, który z dumą otworzył Kanał Sueski w 1869 r. Wierzył, że z Panamą pójdzie mu równie łatwo. Mylił się. Bujna selwa, upał i choroby okazały się bardziej nieprzewidywalne niż pustynny piasek Egiptu. Malaria i żółta febra zbierały śmiertelne żniwo, życie straciło ponad 22 tys. robotników. Marzenie Lessepsa ugrzęzło w panamskim błocie.
Dopiero Amerykanie, którzy przejęli oficjalnie budowę w maju 1904 r., doprowadzili dzieło do końca. Wynaleźli skuteczny środek przeciwko moskitom – maleńkim, ale zabójczym wrogom, którzy wcześniej pokonali całą armię ludzi. 10 lat później, w styczniu 1914 r., Kanał Panamski został otwarty. Świat zyskał nową drogę między oceanami.
Kanał liczy dziś 82 km długości, pięć zespołów monumentalnych śluz (Pedro Miguel, Agua Clara, Miraflores, Gatún i Cocolí) i w najwęższym miejscu, zwanym Przekopem Culebra (Corte Culebra), zaledwie 91 m szerokości. Statki dopasowane do jego wymiarów wyglądają, jakby sunęły po tafli wody z milimetrową precyzją.
EL VALLE DE ANTÓN
Droga z Panama City wije się przez zielone wzgórza, których lasy z każdą kolejną serpentyną gęstnieją, wilgotnieją i zaczynają pachnieć deszczem. Po kilku godzinach jazdy krajobraz nagle się otwiera i wtedy ukazuje się on: dawno wygasły wulkan, w którego sercu rozsiadło się miasteczko. Jadę do El Valle de Antón, jednej z nielicznych miejscowości na świecie położonych w kraterze (ok. 600 m n.p.m.) nieczynnego masywu wulkanicznego (Volcán El Valle, 1185 m n.p.m.).
Powietrze jest tu rześkie, ziemia niezwykle żyzna, a zieleń tak intensywna, że chwilami wydaje się nierealna. Wzgórza otaczające dolinę przypominają pofałdowane krawędzie ogromnej misy, w której natura postanowiła stworzyć swój własny ogród botaniczny. To raj dla miłośników przyrody, ornitologów, wspinaczy i wszystkich tych, którzy chcą na chwilę uciec od tropikalnego żaru i miejskiego gwaru Panamy. Dla mnie to wytchnienie po tygodniu spędzonym w głośnym, dusznym mieście.
Atmosfera El Valle de Antón przywodzi na myśl andyjskie miasteczka: spokojne i zanurzone w zieleni. Nic dziwnego, że w 2024 r., obok panamskiego Portobelo, znalazło się wśród 55 najlepszych wiosek turystycznych świata według Światowej Organizacji Turystyki Narodów Zjednoczonych (UN Tourism).
Okolica kusi niezliczonymi szlakami spacerowymi i trekkingowymi. Razem z Anthonym, poznanym przez Couchsurfing, ruszamy w stronę India Dormida – Śpiącej Indianki. To szczyt (mierzący ok. 800–900 m n.p.m.), którego kształt przypomina profil pogrążonej we śnie kobiety. Roztacza się stąd zachwycająca panorama doliny. Odwiedzamy też Chorro El Macho: imponujący, 35-metrowy wodospad ukryty w gęstwinie lasu.
Po kilku dniach żegnam się z tym zielonym rajem i ruszam powoli w stronę granicy z Kostaryką. Zanim jednak ją przekroczę, zatrzymuję się jeszcze w kilku miejscach.
TAM, GDZIE ROŚNIE KAWA
Boquete leży zaledwie ok. 60 km od granicy kostarykańskiej, w prowincji Chiriquí. Miasteczko wtulone w zielone zbocza gór, spowite poranną mgłą, emanuje spokojem. Powietrze jest tu orzeźwiające, a wieczory potrafią zaskoczyć chłodem, który dla mieszkańców oznacza już niemal zimę. Wystarczy, że temperatura spadnie do 15˚C, a na ulicach pojawiają się ludzie w czapkach, szalikach i rękawiczkach, choć na sobie ciąż mają koszulki z krótkim rękawem.
Boquete przyciąga nie tylko klimatem. Pachnie tutaj kawą – najlepszą w kraju, a niektórzy mówią, że jedną z najlepszych na świecie. Nad doliną góruje wulkan Barú (3475 m n.p.m.), najwyższy szczyt Panamy, wchodzący w skład Parku Narodowego Wulkanu Barú, graniczącego z tropikalnym lasem deszczowym Międzynarodowego Parku La Amistad (Parque Internacional La Amistad – PILA, Reserva de la Cordillera de Talamanca-La Amistad) – rezerwatem wpisanym w 1983 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Chcę stanąć na dachu kraju. Wyruszyłam na szczyt w paśmie górskim Cordillera de Talamanca już o północy, żeby zdążyć przed świtem. Tylko wtedy powietrze jest na tyle czyste, że z jednego miejsca można zobaczyć oba oceany naraz: Atlantyk (Morze Karaibskie) i Pacyfik.
Ale góra, choć piękna, bywa kapryśna. Tutejsze ścieżki potrafią zmylić nawet doświadczonych wędrowców. Miejscowi przytaczają historie o tych, którzy zniknęli w bujnej selwie, o dzikich zwierzętach, o gęstej mgle, która potrafi w kilka minut odciąć człowieka od świata. Słyszymy o nie tak dawnych przypadkach, jak ten dwóch młodych Holenderek, które 12 lat temu (1 kwietnia 2014 r.) wyruszyły na trekking ścieżką El Pianista w Boquete i nie wróciły. Przez miesiące ich los pozostawał tajemnicą, a tropikalny las milczał, aż wreszcie znaleziono szczątki ich ciał.
Na szczęście Boquete częściej opowiada inne historie – te o gościnności mieszkańców, o kawie, która smakuje tu jak nigdzie indziej, i o porankach, kiedy z mgły wyłania się wulkan, a dolina pachnie świeżym powietrzem. To miasteczko ma w sobie coś, co każe do niego wracać, i rzeczywiście wracam tutaj po kilku latach, tym razem na dwóch kołach, przemierzając słynną Drogę Panamerykańską (Carretera Panamericana).

A beautiful view of Tortuga Island from the top of the mountain
KADR Z RAJU
Widok jest jak z pocztówki: turkusowe morze, biały piasek, palmy chylące się nad wodą. Z Boquete w kilka godzin dotarłam do Bocas del Toro: jednej z najpiękniej położonych prowincji Panamy. W jej skład wchodzi archipelag o tej samej nazwie, złożony z trzech głównych (Isla Colón, Isla Carenero i Isla Bastimentos) i kilkuset malutkich wysp rozsianych po spokojnych wodach Morza Karaibskiego. Każda z nich ma swój własny rytm i duszę: od tętniącej życiem Isla Colón po dzikie, porośnięte gęstą selwą wysepki, gdzie jedynymi dźwiękami są szum fal i śpiew ptaków.
Przyjechałam tu, żeby przez kilka dni odetchnąć. Marzył mi się karaibski spokój: cichy skrawek dziewiczej plaży, cień palm i łyk wody ze świeżo ściętego kokosa. I tutaj było wszystko, czego szukałam. Czas płynął inaczej: wolniej, słońce samo wyznaczało rytm dnia.
Jedną z najpiękniejszych wysp archipelagu Bocas del Toro jest Isla Bastimentos: dzika i zielona. To właśnie tu znajduje się Red Frog Beach, plaża uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie. Swoją nazwę zawdzięcza maleńkim, jaskrawoczerwonym żabkom (drzewołazom karłowatym – Oophaga pumilio), które mieszkają w pobliskich lasach tropikalnych. Złoty piasek, szmaragdowe morze i gęsta zieleń tworzą pejzaż, który zapiera dech w piersiach, a czasem każe wątpić, czy to, co widzisz, naprawdę istnieje.
To właśnie tutaj postanowiłam zatrzymać się na dłużej, zanurzyć w ciszy i rytmie natury. Poranki witały mnie śpiewem ptaków. Popołudnia spędzałam na spokojnych spacerach wzdłuż plaży. O zachodzie słońca obserwowałam leniwce, kraby i świat powoli zanurzający się w złocistym świetle dnia.
BOGATE WYBRZEŻE
Wtopiona w rytm natury, najpierw w zielone, wilgotne wzgórza El Valle de Antón, potem w karaibską lekkość archipelagu Bocas del Toro, czułam, że chcę jeszcze głębiej zanurzyć się w świecie, w którym to przyroda wyznacza rytm dnia. Ruszyłam więc do Kostaryki – kraju, który już samą nazwą obiecuje bogactwo i piękno.
Nazwa Costa Rica, oznaczająca „bogate wybrzeże”, została nadana podobno przez samego Krzysztofa Kolumba (1451–1506), gdy dotarł tu we wrześniu 1502 r. Według przekazów zachwyciły go złote ozdoby rdzennych mieszkańców oraz bujna, nieokiełznana przyroda. Choć złota okazało się mniej, niż sądził, to prawdziwe bogactwo tego kraju od wieków kryje się gdzie indziej – w dziewiczej naturze.
Kostaryka to dziś ponoć jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi, z ogromną bioróżnorodnością. Szacuje się, że żyje tu ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt. Stanowi to ok. 6 proc. globalnej różnorodności biologicznej. Mniej więcej jedna czwarta powierzchni kraju to sieć parków narodowych, rezerwatów i chronionych tropikalnych lasów deszczowych. Tutaj, między Pacyfikiem a Morzem Karaibskim, zaledwie w ciągu kilku godzin można przenieść się z Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde) na złote plaże Cahuity.
W KARAIBSKIM RYTMIE
Właśnie w Parku Narodowym Cahuita, jednym z najbardziej znanych i najczęściej odwiedzanych w kraju, przekonałam się, jak blisko natury może znaleźć się człowiek. Położony na karaibskim wybrzeżu (w prowincji Limón), zaledwie kilka minut spacerem od urokliwej miejscowości o tej samej nazwie, park kusi nie tylko białymi, rajskimi plażami i lazurową wodą, lecz także dźwiękami tropikalnego lasu.
Sama Cahuita zachowała swój spokojny, karaibski rytm. Mimo rosnącej popularności wśród podróżników wciąż czuć tutaj ducha małego, nadmorskiego miasteczka, w którym czas płynie inaczej – w rytmie reggae, w cieniu palm, wśród zapachu kokosów i dźwięków fal uderzających o brzeg.
Wejście do parku znajduje się tuż przy plaży, a ścieżka wiedzie wzdłuż wybrzeża, wijąc się między palmami i drzewami namorzynowymi ze splątanymi korzeniami. To spacer, który nie wymaga wysiłku, a z każdym krokiem nagradza widokiem błękitnego morza po jednej stronie i tropikalnego gąszczu po drugiej. W tym miejscu człowiek naprawdę może poczuć, że jest częścią natury, a nie tylko jej gościem.

Red long suspension bridge through the foggy treetops of Monteverde Cloud Forest Nature Reserve in Costa Rica
CERRO CHIRRIPÓ
Z plaży prosto w góry – w Kostaryce to możliwe w zaledwie kilka godzin. Jeszcze rano można słuchać szumu fal Morza Karaibskiego, a po południu wędrować po chłodnych, mglistych zboczach. Przez kraj biegną trzy główne pasma gór: Kordyliera Środkowa (Cordillera Central) z majestatycznym wulkanem Irazú, Kordyliera Guanacaste (Cordillera de Guanacaste) ze szczytem Miravalles (2028 m n.p.m.) na czele oraz Kordyliera Talamanca (Cordillera de Talamanca), której szczyty toną w chmurach. To właśnie tę ostatnią wybieram i kieruję się ku Cerro Chirripó (ok. 3823 m n.p.m.) – najwyższemu punktowi Kostaryki, miejscu, z którego przy dobrej pogodzie można zobaczyć jednocześnie Pacyfik i Morze Karaibskie.
Cerro Chirripó znajduje się w Parku Narodowym Chirripó. Szlak na szczyt prowadzi przez gęste, wilgotne i mgliste lasy, pola paproci i strome, kamieniste zbocza. Każdy metr w górę odkrywa nowy krajobraz, coraz bardziej surowy i poruszający.
Klimat w tych rejonach ma swoje humory. W dzień słońce potrafi prażyć jak w tropikach, a nocą zimno wciska się pod ubranie. Mówią, że to właśnie ta zmienność nadaje Cerro Chirripó jego charakter.
Szlak, choć dobrze oznakowany, co jakiś czas znikał w mlecznej mgle, która snuła się nisko między drzewami. Oplatała pnie niczym pajęczyna, miękka i wilgotna, sprawiając, że każdy krok wydawał się prowadzić w głąb innego świata. Powietrze pachniało ziemią, liśćmi i deszczem. Z oddali dochodził śpiew ptaków, czasem pohukiwanie małp. Po liściach roślin od czasu do czasu spływały ciężkie krople wody. Pierwszego dnia postanowiłam dojść jedynie do schroniska Crestones (3400 m n.p.m.), żeby na szczyt wyruszyć dopiero o świcie. Wstałam, gdy niebo było jeszcze ciemne, a światło czołówki przecinało gęstą mgłę.
Wschód słońca na Cerro Chirripó okazał się zachwycający. Siedziałam na szczycie długo, znacznie dłużej niż inni. Kiedy zeszli ostatni turyści, została tylko cisza. Patrzyłam na góry, na niekończące się przestrzenie i czułam wdzięczność – za drogę, za zmęczenie, za to, że mogłam być tu, na dachu Kostaryki.
WULKANY POAS I IRAZÚ
Do Parku Narodowego Wulkanu Poás najłatwiej dotrzeć z 450-tysięcznej stolicy kraju – San José – oddalonej o ok. 45 km. Sercem parku jest aktywny wulkan, majestatyczny olbrzym o wysokości, jak podają różne źródła, 2697 lub 2708 m n.p.m., uznawany za jeden z cudów natury Ameryki Środkowej. Volcán Poás ma trzy kratery: Principal (Główny), wciąż aktywny i buchający oparami siarki, Botos, wypełniony turkusowym jeziorem, oraz Von Frantzius (nazwany tak na cześć Alexandra von Frantziusa, urodzonego w Gdańsku XIX-wiecznego niemieckiego lekarza i przyrodnika, przez 15 lat prowadzącego w Kostaryce badania geograficzne, klimatologiczne, etnograficzne i zoologiczne). Krater Główny, o głębokości ok. 300 m i mniej więcej 1,5 km średnicy, jest jednym z największych kraterów gejzerowych na świecie. Jego surowy krajobraz przypomina powierzchnię innej planety – szary, popękany, przesycony zapachem siarki oraz ciszą, która zdaje się wibrować w powietrzu. W kraterze Botos, nazwanym tak na cześć rdzennych mieszkańców tych terenów, rozlewa się spokojne jezioro o niezwykle intensywnym, turkusowym kolorze – to zasługa kwasu siarkowego.
Poás ma jednak swój kaprys: często spowity jest gęstą mgłą, która potrafi zasłonić wszystko na długie godziny. Wtedy okoliczny krajobraz znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a cierpliwość staje się częścią przygody. Wielu wraca tu kilka razy, żeby w końcu zobaczyć to, co skrywają chmury i mgła.
Do parku można dotrzeć na dwa sposoby. Niektórzy turyści wybierają wygodniejszą opcję – wjazd autobusem, ale na Poás najlepiej udać się pieszo. Wybrałam właśnie tę drugą wersję. Szłam z nadzieją, że nagrodą za wysiłek będzie widok dymiącego krateru i turkusowego jeziora. Ale wulkan miał inny plan. Gdy dotarłam na szczyt, wszystko spowiła mgła: gęsta, mleczna, nieprzenikniona. Natura przypomniała, kto tu naprawdę rządzi.
Kilka dni później ruszyłam w stronę Irazú, który leży w Kordylierze Środkowej (podobnie jak Poás) i wznosi się dumnie na wysokość 3432 m n.p.m., co czyni go najwyższym wulkanem Kostaryki. Tutaj również można wjechać autobusem ze stolicy, ale i tym razem postanowiłam wspiąć się na szczyt na własnych nogach. Irazú, z kilkoma kraterami i zielonkawym jeziorkiem ukrytym w jednym z nich, wydaje się bliźniaczym bratem wulkanu Poás – równie pięknym i równie kapryśnym.

Red-Eyed Amazon Tree Frog (Agalychnis Callidryas) on wet palm leaf
PARK NARODOWY MANUEL ANTONIO
Położony w kantonie Quepos w prowincji Puntarenas Park Narodowy Manuel Antonio to najmniejszy, a zarazem jeden z najczęściej odwiedzanych parków Kostaryki. Choć zajmuje niewielką powierzchnię (ok. 6,83 km² lądu), kryje w sobie niezwykłe bogactwo przyrody. W 2011 r. amerykański magazyn Forbes uznał go za jeden z 12 najpiękniejszych parków narodowych świata – i nietrudno zrozumieć dlaczego.
Na jego terenie rozciągają się bajeczne plaże o białym piasku, turkusowe laguny i gęste lasy namorzynowe, które tętnią życiem. Ale to nie krajobrazy są tu największym skarbem, lecz zwierzęta, które można spotkać niemal na każdym kroku. Żyje tutaj blisko 110 gatunków ssaków i niezliczona liczba ptaków, gadów i owadów. Najczęściej można zobaczyć leniwce, szopy pracze i krabożerne, ostronosy białonose, wyjce i małpy kapucynki, które z nieukrywaną ciekawością przyglądają się turystom. Po gałęziach przemykają legwany, w krzewach słychać węże i świerszcze.
Spacer po lesie pełnym zapachów, odgłosów i tropikalnej wilgoci warto zakończyć chwilą odpoczynku na jednej z plaż parku narodowego – Espadilla Sur lub Manuel Antonio. Obie wyglądają jak w spocie reklamowym biura podróży: miękki piasek, krystaliczna woda i spokojny rytm fal, który koi po męczącym trekkingu. Najlepiej przyjść tu wcześnie rano, gdy słońce dopiero wspina się nad horyzont, a park budzi się do życia.
Manuel Antonio można zwiedzać samodzielnie – szlaki są dobrze oznaczone, a wędrówka nie sprawia większych trudności. Wystarczą dobre buty, odrobina czasu i gotowość, żeby dać się prowadzić naturze. Trzeba jednak zachować czujność – zwłaszcza na plaży. Tutaj królują małpy i szopy – niepoprawni złodzieje. Z pozorną niewinnością podchodzą coraz bliżej, zerkają do plecaków, rozpinają zamki, a po chwili znikają z łupem w gęstwinie drzew. W ich świecie wszystko jest do odkrycia i warte sprawdzenia. Bo w końcu to ich królestwo, a w nim nic nie umyka ich uwadze.
PARK NARODOWY CORCOVADO
Do Parku Narodowego Corcovado podróżuję prawie cały dzień, choć to zaledwie 200 km od stolicy. Drogi jednak w dużej mierze są szutrowe i autobus jedzie wolno. Może właśnie dlatego Corcovado pozostaje tak wyjątkowe. Położony na półwyspie Osa, w południowo-zachodniej części kraju, to najbardziej odizolowany fragment Kostaryki – dziki, surowy i prawdziwy. Trudno tu dotrzeć, ale dzięki temu można poczuć, że znajduje się w miejscu, gdzie przyroda wciąż ma przewagę nad człowiekiem, a turystów jest tylko garstka.
Corcovado rozciąga się na powierzchni 424 km2, co czyni go jednym z największych kostarykańskich parków narodowych. To obszar o niezwykłej bioróżnorodności i niespotykanym pięknie – dziki, gęsty, niemal pierwotny. Właśnie tutaj znajduje się jeden z największych fragmentów dziewiczych lasów deszczowych na północ od dorzecza Amazonki. Na stosunkowo niewielkim terenie mieści się 8 ekosystemów, w których obserwuje się ok. 5 tys. gatunków roślin, 500 gatunków drzew i blisko 9 tys. gatunków zwierząt. W gęstwinie lasów można spotkać tapiry panamskie, małpy, kajmany okularowe, krokodyle amerykańskie, a przy odrobinie szczęścia – także pumy płowe (kostarykańskie), jaguary, oceloty i jaguarundi.
Wejście do parku możliwe jest wyłącznie z licencjonowanym przewodnikiem. Gwarantuje to nie tylko bezpieczeństwo, lecz także pozwala odkryć świat, którego nie zobaczyłoby się samemu. Przewodnicy znają tutejszy wilgotny las tropikalny jak własną kieszeń. Wiedzą, gdzie jaguary zostawiają ślady, gdzie tapiry przychodzą pić wodę i gdzie spotkać krokodyla. Dzięki nim można poczuć się jak w naturalnym zoo.
Gdy zapada zmrok, Corcovado zaczyna mówić swoim głosem – głośnym i dzikim. To dźwięk życia w najczystszej formie.
MONTEVERDE
Do miejscowości Santa Elena dojeżdżam ze stolicy. Jest niewielka, położona wysoko w górach i otoczona wilgotnymi chmurami, które każdego ranka spływają z grzbietów niczym mleczna rzeka. Santa Elena przyciąga przede wszystkim bliskością słynnego lasu mglistego Monteverde, jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Kostaryce, położonego zaledwie 45 min drogi stąd. Rezerwat to ponad 10,5 tys. ha selwy, z czego aż 90 proc. stanowi las pierwotny. Rocznie odwiedza go ok. 120 tys. osób, które przyjeżdżają tu, żeby zobaczyć to emblematyczne miejsce.
Rezerwat Lasu Mglistego Monteverde jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. Można tutaj znaleźć ponad 3 tys. gatunków roślin, 130 gatunków ssaków, ok. 450 gatunków ptaków oraz 120 gatunków gadów i płazów. Selwa pulsuje życiem, a jej bogactwo przyprawia o zawrót głowy.
Poranek w Monteverde jest gęsty od wilgoci i zapachu mokrej ziemi. Powietrze wypełniają dźwięki: krople spadające z liści, odległy śpiew ptaków, szelest poruszanych wiatrem gałęzi. Wysokie, porośnięte mchem pnie wyrastają z mgły niczym kolumny pradawnej katedry, a drewniane kładki wiją się wśród korzeni i paproci, prowadząc w głąb świata, w którym zieleń ma nieskończenie wiele odcieni. Czas płynie tu inaczej – wolniej, łagodniej, jakby każdy oddech lasu wyznaczał jego rytm.
Monteverde to królestwo kontrastów: raz skąpane w słońcu, błyszczące kroplami rosy, innym razem ukryte za białą zasłoną mgły. Las potrafi przytłoczyć swoją bujnością, żeby za chwilę otworzyć się i odsłonić błysk skrzydeł kolibra, drgnięcie motyla lub powolny ruch leniwca. W tej zmienności tkwi jego urok – w ciągłym ruchu, który trwa nieprzerwanie od tysiącleci.
BEZPIECZNIE JAK W RAJU
W Kostaryce panuje spokój, który trudno znaleźć gdzie indziej w Ameryce Środkowej. To kraj, w którym nawet powietrze zdaje się łagodniejsze, a ludzie mają w sobie coś z tej samej harmonii, co otaczająca ich przyroda. Czuję się tutaj bezpieczniej niż w Panamie czy w którymkolwiek innym państwie tego regionu, i nie jest to jedynie złudzenie. Kostaryka od lat uchodzi za najbezpieczniejsze państwo Ameryki Środkowej.
Być może ma to związek z decyzją sprzed ponad 75 lat. W grudniu 1948 r. ówczesny prezydent José Figueres Ferrer (1906–1990) podjął odważny krok: ogłosił rozwiązanie armii, uznawszy, że kraj będzie silniejszy, jeśli zamiast w broń zainwestuje w edukację, zdrowie i ochronę przyrody. Ta decyzja nadała Kostaryce wyjątkowy charakter. Dziś to państwo bez armii, ale pełne spokoju – zielony azyl w niespokojnym świecie.
Owszem, Kostaryka jest też najdroższym krajem Ameryki Środkowej. Koszty noclegów, transportu i wstępów do parków narodowych potrafią zaskoczyć, a turysta szybko odkrywa, że raj ma swoją cenę. Ale jest to cena, którą wielu płaci z uśmiechem, bo to, co oferuje to państwo, nie ma odpowiednika nigdzie indziej.
Tutaj dziewicza przyroda znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki. W żadnym innym miejscu nie widziałam tak blisko tylu zwierząt w ich naturalnym środowisku, bez klatek i barier. Kolibry przelatują tuż obok twarzy, małpy śledzą z ciekawością każdy ruch, a leniwce drzemią na gałęziach, jakby czas nie miał dla nich znaczenia. W Panamie przyroda jest równie piękna, ale bardziej nieuchwytna. Tutaj z kolei natura i człowiek współistnieją w rytmie, który wydaje się niemal doskonały.
Kostaryka uczy, że prawdziwe bezpieczeństwo nie wynika z obecności granic czy z posiadania broni, lecz z równowagi. Tej samej wspaniałej harmonii, którą codziennie odnajduje się wśród lasów, gór i fal Pacyfiku lub Morza Karaibskiego.
Anita Demianowicz
www.banita.travel.pl



