Tanzania i Zanzibar przez długi czas były dla mnie odległą wakacyjną mrzonką, a myśl o Afryce Wschodniej nigdy nie zagościła w mojej głowie na dłużej. A jednak… za 15 min mój samolot miał lądować na jedynym międzynarodowym lotnisku na wyspie Unguja (czyli Zanzibar), na której miałam zamieszkać na dwa lata. Taki był plan kolejnej podróży z biletem w jedną stronę. Złapałam więc swoje szczęśliwe wiatry w żagle, jak dawniej czynili ci, którzy podróżowali między światami. Suahilijskie przysłowie „bahati haiji mara mbili” jest właśnie o tym – „szczęście nie przychodzi dwa razy”. Dlatego dobre okazje warto brać garściami – nadawać życiu tropikalny smak, wyruszając w nieoczywiste podróże.

 

Poprawiam pozycję siedzenia do pionu, składam stolik i zapinam pasy. Widok szmaragdowo-turkusowej wody w oknie po mojej lewej stronie jest dokładnie tym, czego się spodziewałam, gdy pierwszy raz zobaczyłam Zanzibar na podróżniczych slajdach w Warszawie. W tamtym okresie dobiegał końca mój 3-letni „Czas Senegalu” i zastanawiałam się, co dalej – już wtedy dzieliłam swoje życie na różne „Czasy”. Nie przypuszczałam, że rok później wylecę na kolejną przygodę, tym razem do tropikalnego raju.

 

MARCO POLO I PERŁY KRÓLOWEJ SABY

Zanzibar leży na ok. 6˚° szerokości geograficznej południowej, a roczne temperatury oscylują pomiędzy 24 a 35˚°C. Występują tu dwie pory deszczowe: jedna trwa od marca do maja, druga ma miejsce na przełomie listopada i grudnia.

Pierwszym Europejczykiem na Zanzibarze był Marco Polo (1254–1324). Współcześnie wyspę oblegają tłumy turystów spragnionych słońca, ciepła i wody. Uroda tego miejsca przyciąga wielu, a zachwyca ono jeszcze bardziej, gdy pozna się legendę o jego powstaniu.

Dawno, dawno temu z morza wyłonił się ląd, który przez stulecia był bardziej kropką na oceanie niż znanym punktem na mapie. Dla niektórych morskich podróżników stanowił jedynie przystanek w drodze po złoto i kość słoniową, dla innych – pachnący goździkami raj. Na długo jednak przed tymi czasami legendarna królowa Saby – Bilkis (Makeda), władczyni starożytnego królestwa na terenie dzisiejszego Jemenu, według przekazów biblijnych i koranicznych odwiedziła króla Salomona, przywożąc złoto, kadzidło i drogocenne aromaty. Ponoć piękna władczyni upuściła wtedy do wody swój kosztowny naszyjnik z pereł na świadectwo obietnicy powrotu, którą złożyła oceanowi. On jednak chciał większej gwarancji i nie przyjął jej daru. Królowa wrzuciła więc do wody skrzynię pełną skarbów, z której wysypały się rozmaite klejnoty. Z nich powstał rajski archipelag Zanzibar – dziś składający się z ponad 50 wysp i wysepek, z czego tylko kilka jest zamieszkanych.

Choć brak historycznych dowodów łączących władczynię Saby bezpośrednio z tym miejscem, to opowieść ta od wieków krąży po wybrzeżach Afryki Wschodniej i Arabii Południowej, świadcząc zarazem o istnieniu bardzo wczesnych kontaktów handlowych. A tam, gdzie pachniało kadzidłem i przyprawami, zawsze pojawiały się legendy. Królowa Saby być może nigdy nie postawiła stopy na Zanzibarze, ale jej mit bardzo dobrze oddaje ducha kultury Suahili – łączą się w niej ze sobą różnorodne smaki, kolory, wierzenia, ludzie, biznesy i miłości.

 

NIEOCZEKIWANE SPOTKANIE ŚWIATÓW

Uważa się, że osadnictwo na wyspach archipelagu sięga pierwszego tysiąclecia naszej ery. Wraz z napływem kupców z Arabii i Persji wykształciła się kultura Suahili – mieszanka afrykańskich korzeni i wpływów islamskich. To właśnie wtedy wyspa Unguja zaczęła pełnić rolę ważnego ogniwa w sieci handlowej Oceanu Indyjskiego, gdy statki żeglarzy i kupców docierały do niej niesione monsunem.

Stolicą Zanzibaru jest Zanzibar City. Najstarsza, historyczna jego część to Stone Town (Kamienne Miasto), które do dziś nosi ślady tamtej epoki: labirynt uliczek, misternie rzeźbione drzwi, meczety i domy kupieckie. Od 2000 r. znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Uliczki są tak wąskie, że transport odbywa się pieszo, rowerami lub motocyklami. Gdy tu spaceruję, czas znika. Wchodzę w zaułek i nie wiem, czy jestem w 2026 r. czy w XVII stuleciu. Odgłosy, kolory i zapachy współczesnego Kamiennego Miasta są zapewne tak samo intensywne jak dawniej. Przystaję przy każdych masywnych drzwiach i podziwiam kunszt stolarzy, zaglądam na lokalne, tętniące życiem bazary, żeby odkryć coś, czego jeszcze w życiu nie widziałam, wchodzę do galerii z intensywnie kolorowymi obrazami w stylu tingatinga z lat 60. XX w.

Odprężam się w sklepikach z pamiątkami lub z modą. Przebieram w sukienkach z barwnej afrykańskiej tkaniny – kangi – i szukam biżuterii z rubinem lub z tanzanitem. Ten drugi bywa droższy od diamentu. Na cenę wpływają jakość kamienia oraz przewidywania, iż jego złoża skończą się w ciągu kilkudziesięciu lat. W latach 60. XX w. został wypromowany przez firmę jubilerską Tiffany & Co. Ma intensywny niebieskofioletowy kolor (tzw. royal blue) i występuje tylko w regionie Manyara w Tanzanii. To egzotyczna alternatywa dla tradycyjnych kamieni szlachetnych.

Aby odpocząć od ulicznego gwaru i słońca chowam się w chłodnym wnętrzu 5-gwiazdkowego hotelu Park Hyatt Zanzibar, zlokalizowanego tuż nad wodą. W salonie wypoczynkowym wertuję albumy i książki dla gości, prezentujące historię miasta, wyspy i wybrzeża Afryki Wschodniej. To miejsce jest nie tylko moim azylem, lecz także architektoniczną mieszanką kultur Suahili, perskiej i hinduskiej z elementami europejskimi. Historia jednego z budynków sięga aż XVII stulecia. Jestem osobą wrażliwą na piękne, eleganckie detale i często odnajduję tu spokój oraz ciszę.

SUŁTANAT, GOŹDZIKI I NIEWOLNICY

W XVII w. władzę nad wyspą przejął Sułtanat Omanu, a w XIX stuleciu przeniósł tutaj z Maskatu swoją stolicę. Był to czas największego rozkwitu gospodarczego, lecz moralnie najbardziej złożony okres w historii Zanzibaru. Pod rządami sułtana Sa’ida ibn Sultana (1791–1856) stał się światowym centrum handlu goździkami. Plantacje przypraw ludziom przyniosły fortuny, a miejscu – przydomek „Wyspy Przypraw”. Zanzibar stanowił też jeden z głównych portów na szlaku handlu niewolnikami w tym regionie, a to bezpośrednio wiązało się z pozyskiwaniem kości słoniowej – ludzie zmuszani byli do jej dźwigania przez setki kilometrów.

Niewolnictwo ostateczne zniesiono w 1873 r., a główny targ handlu ludźmi zamknięto. Dziś na jego miejscu stoi anglikańska Katedra Christ Church.

 

BRYTYJCZYCY, NAJKRÓTSZA WOJNA I NIEPODLEGŁOŚĆ

Pod koniec XIX w. z Zanzibaru uczyniono protektorat Imperium Brytyjskiego. W sierpniu 1896 r. miał tu miejsce najkrótszy konflikt zbrojny w historii – wojna angielsko-zanzibarska. Trwała zaledwie ok. 40 min, ale kosztowała życie kilkuset ofiar.

Z kolei rewolucja ze stycznia 1964 r. obaliła sułtanat i doprowadziła do powstania Ludowej Republiki Zanzibaru i Pemby. W tym samym roku, w październiku, nowe państwo połączyło się z ówczesną Tanganiką i razem stworzyły Zjednoczoną Republikę Tanzanii. Zanzibar formalnie należy więc do Tanzanii, ale ma własne instytucje władzy, w tym rząd i prezydenta.

Stone Town, Zanzibar – October 24, 2014 : Tourists on a typical narrow street in Stone Town. Stone Town is the old part of Zanzibar City, the capital of Zanzibar, Tanzania.

SZEHEREZADA W KAMIENNYM MIEŚCIE

Każdy dzień na Zanzibarze pokazywał mi jakąś nowość i mieszał przeszłość ze współczesnością. Kiedy myślałam, że już tę wyspę zrozumiałam, ona zamiast mówić głośno, zaczynała szeptem snuć kolejną historię rodem z Księgi tysiąca i jednej nocy.

Spacerując po kamiennych uliczkach Stone Town czy przemierzając wolnym krokiem nabrzeże, słyszę z wielu stron życzliwe pozdrowienie: Karibu – „Witamy”. Gdy zaczyna się spektakl zachodzącego słońca, zewsząd pojawiają się młodzieńcy i całkiem mali chłopcy. Zuchwale, dla braw i podziwu, skaczą do wody, co wychodzi im widowiskowo. Wokół gromadzą się tłumy gapiów, wśród nich ja. Sprawdzam, czy portfel jest dobrze ulokowany w mojej torebce – często w takich zbiorowiskach trafiają się kieszonkowcy.

Innym razem siadam w kafejce z pięknym widokiem i zamawiam kawę z kardamonem, cynamonem i goździkami. Do tego dostaję lokalne słodkości z aromatem przypraw i słodyczą kokosa. Do filiżanki gęstej kawy podaje się przypominające pączki ciepłe mandazi, chrupiące z zewnątrz i miękkie w środku, ryżowo-kokosowe placki vitumbua oraz kruche kokosowe kashata. W powietrzu unosi się korzenny zapach, a słodycz przełamują soczyste mango i ananas. W tej kuchni mieszają się wpływy arabskie i indyjskie, a każdy deser smakuje słońcem i przyprawami. Tu trzeba uważać na talię albo dać sobie przyzwolenie i kupić spodnie lub spódnicę z gumką zamiast paska. Wybieram to drugie rozwiązanie i zwiedzam dalej.

Zaglądam do XVII-wiecznej, zbudowanej przez Portugalczyków twierdzy (Old Fort, Arab Fort), przebudowanej w kolejnym stuleciu przez Omańczyków, oraz podziwiam z zewnątrz Dom Cudów (House of Wonders) – od lat znajdujący się w remoncie (większa część jego fasady, łącznie z wieżą zegarową, zawaliła się w grudniu 2020 r.). To jeden z sześciu pałaców drugiego sułtana Zanzibaru Barghasza ibn Saida (ok. 1836–1888) – symbol handlowej potęgi i nowoczesności dawnych czasów. Początkowo miał być pałacem ceremonialnym, stąd rozmach w jego rozmiarach i reprezentacyjnym charakterze. Przyciągał ażurową kolumnadą, balustradami i werandami, nadającymi bryle wrażenie lekkości. Dwa style: tropikalny oraz wiktoriański, przeplatają się tutaj wzajemnie. W środku znajdują się cuda ówczesnej techniki: oświetlenie elektryczne i pierwsza winda na terenie całej Afryki Wschodniej.

Kontynuuję spacer po okolicy i odmawiam kolejnym ofertom płatnych pieszych wycieczek, które proponują mi lokalni przewodnicy albo poszukiwacze amorów. Nie, dziękuję! – szepcze mój mądry głos w głowie, jeden afrykański ślub i rozwód mi wystarczą.

 

MUZYKA „TAARAB” I QUEEN

Najbardziej charakterystyczna dla wyspy jest muzyka taarab – romantyczna, melancholijna, z arabskimi skrzypcami, afrykańskim rytmem i poetyckimi tekstami. Rozwinęła się na dworze sułtańskim w XIX w. Do dziś kobiety śpiewają wersy pełne subtelnych aluzji i społecznych komentarzy podczas wesel i świąt.

Z kolei najsłynniejszym synem wyspy pozostaje Freddie Mercury, który jako Farrokh Bulsara urodził się 5 września 1946 r. w Stone Town i tu dorastał. Muzeum znajdujące się blisko jego domu rodzinnego to dla najzagorzalszych fanów zespołu Queen wręcz cel pielgrzymek. We wnętrzu spoglądam na rodzinne fotografie oraz żółtą, skórzaną kurtkę przerzuconą przez fortepian. To replika tej, którą miał na sobie podczas europejskiej trasy koncertowej Magic Tour zespołu Queen w 1986 r. I to właśnie ta żółta kurtka stanowi dziś symbol jego ponadczasowej scenicznej charyzmy.

 

HISTORIE ZAKLĘTE W DRZWIACH

Staję przed misternie zdobionymi drzwiami domów. Ciemnobrązowe, ciężkie skrzydła – często wykonywane ze sprowadzanego z Indii drewna tekowego – nabijane są mosiężnymi kolcami, a framugi mają pokryte rzeźbionymi ornamentami. Im masywniejsze kolce, tym wyższy był status właściciela. Te pierwotnie miały odstraszać… słonie, których tu nigdy jednak nie było. Najstarsze drzwi, datowane na 1694 r., znajdują się w Zanzibarskim Muzeum Sztuki w pałacyku Beit el Amaan (Beit el-Amani). Dawniej były jednym z pierwszych elementów budynku i świadczyły o zamożności rodziny. Dziś stanowią element dekoracyjny wielu bogatych domów i luksusowych hoteli. Podobno w Kamiennym Mieście znajduje się obecnie ok. 300 zabytkowych drzwi, choć w 1980 r. było ich 800. Znikają niszczone zębem czasu.

Different seafood for sale at Forodhani gardens in Stone town at night. Zanzibar, Tanzania

NOCNY TARG I MROCZNA LEGENDA

Wieczorami Ogrody Forodhani zamieniają się w uliczną kuchnię pod gołym niebem. Warto tu być i spróbować np. Zanzibar pizza (bardziej przypominającej naleśnik z jajkiem, warzywami i mięsem niż klasyczną pizzę), grillowanej ośmiornicy z limonką czy soku z trzciny cukrowej z imbirem. Ryż biryani i pilau pachnie kardamonem, a ryba w mleku kokosowym jest tutaj codziennością, nie egzotyką. Sztuka kulinarna Zanzibaru opiera się głównie na ryżu, owocach morza, rybach i pikantnych przyprawach. Jej wyraziste smaki to wynik fuzji kuchni indyjskiej, arabskiej oraz afrykańskiej. Jeżeli chodzi o alkohol, to na wyspie nie ma dużego wyboru. Zanzibar, jak i cała Tanzania, to region o dużych wpływach muzułmańskich. Możemy jednak spróbować kilku rodzajów lokalnego piwa.

Niewielu wie, że pod tym popularnym miejscem rozciąga się sieć podziemnych korytarzy. Legenda głosi, że korzystali z nich przemytnicy i handlarze niewolników. Mówi się, że w mroku można usłyszeć szepty – to echa cierpienia dawnych więźniów. Choć wielu próbowało poznać tajemnice labiryntu, jego zawiłość sprawia, że tylko nieliczni odnajdują drogę powrotną.

 

KOBIETY ZANZIBARU – LOKALNE BAOBABKI

O świcie wyruszam na poranne spotkanie z lokalnymi kobietami, żeby je zobaczyć i popracować wspólnie przy robieniu koszy i dżemów oraz odwiedzić pobliski baobab. Zanzibarki czekają na nas, siedząc na ziemi z zasłoniętymi włosami, jak nakazuje tradycja islamu, bo na drodze za płotem co jakiś czas pojawiają się mężczyźni. Przepasane kolorowymi kangami, stopy mają udekorowane henną. To znaczy, że wróciły z ważnej imprezy. Dla mężów malują się inaczej – szminkują usta, robią czarną kreskę przy oczach, dekorują ciało bransoletkami i kolczykami. Ale nas witają w swoim codziennym odzieniu.

To spotkanie jest nieoczywiste, lecz zaplanowane. Efekt wymiany międzykulturowej w ramach pobytów #Baobabki. Zaczynamy od obrania owoców i warzyw, potem wspólne gotowanie, choć mieszanie dżemu w wielkim kotle zbliża najbardziej. Kobiety tworzą przetwory z mango, papai czy bananów. Uśmiechy i komunikacja na migi to uniwersalny sposób na budowanie relacji. Po wspólnym jedzeniu lokalne damy pokazują nam zrobione przez siebie kokosowe mydełka – ależ one uwodzą zapachami! Następnie próbujemy upleść kosze, ale kompletnie nam to nie wychodzi, nasze palce i ruchy nie są tak sprawne i zgrabne jak ich. Na koniec idziemy do potężnego drzewa ukrytego w samym sercu pobliskiego lasu.

Mówi się, że baobab to drzewo zasadzone korzeniami do góry, a to z powodu nagich, splątanych konarów – według legendy to kara boska za pychę albo efekt gniewu duchów. W kulturze Suahili wierzy się, że w starych, potężnych baobabach mogą mieszkać duchy – zarówno dobre, jak i złe, tzw. dżiny, które przeniknęły do lokalnych wierzeń z tradycji islamskiej. Czasem z tego powodu unika się siadania pod bardzo starym drzewem po zmroku. Jednocześnie baobab symbolizuje siłę, życie i długowieczność. To pod nim dawniej zbierała się starszyzna wioski, rozmawiano i rozstrzygano spory. Drzewo bywało świadkiem wielu lokalnych historii przekazywanych z pokolenia na pokolenie – niemym strażnikiem pamięci.

 

„FULL MOON PARTY”

Chodź na „Full Moon Party” – zachęcały mnie znajome. Raz w miesiącu w miejscowości Kendwa na północy wyspy odbywa się impreza przy pełni księżyca. Wyobraziłam sobie zabawę podobną do tej, w jakiej uczestniczyła Julia Roberts w ekranizacji bestselleru Jedz, módl się, kochaj Elizabeth Gilbert, i dałam się skusić.

To jedna z najbardziej znanych imprez na wyspie. Mnie osobiście nie przekonała: za głośna, za dużo dyskotekowych elementów i alkoholu. Ktoś się upił, ktoś zasnął na trawie, ktoś spotkał znajomego z przeszłości, którego wolałby nigdy więcej nie widzieć itp. Ale przekonaj się na własne oczy, czy ta impreza będzie dla ciebie. Sprawdź daty pełni podczas pobytu na Zanzibarze i zadbaj o transport powrotny.

 

DUCHY I PLANTACJE PRZYPRAW

Jozani-Chwaka Bay to jedyny park narodowy na wyspie i zarazem dom dla endemicznej małpy – gerezanki trójbarwnej (Piliocolobus kirkii). Spacer po namorzynowych pomostach pokazał mi zielone, wilgotne i ciche oblicze Zanzibaru. Weszłam w tropikalny las Jozani z przewodnikiem i grupą, stosując się do jego instrukcji zachowania przy małpach: nie dokarmiać i nie zaczepiać, bo mogą być agresywne. Z licznych spotkań wyszliśmy bez szwanku, za to ze świetnymi kadrami.

Wydaje się, że to niejedyne rozbrykane stworzenia tej okolicy. Mieszkańcy wyspy do dziś opowiadają o shetani – duchach i istotach nadprzyrodzonych obecnych w lokalnym folklorze. W kulturze Suahili światy widzialny i duchowy często się przenikają. W dawnych domach do dziś można znaleźć nisze w ścianach przeznaczone na kadzidło ochronne.

Kolejną atrakcję dnia stanowi plantacja przypraw. To dziedzictwo epoki, gdy wyspa była jednym z najważniejszych światowych producentów goździków. Nie bez powodu Zanzibar bywa przecież nazywany „Wyspą Przypraw”. Wystarczy zerwać listek z drzewa goździkowego i nadłamać go trochę, żeby poczuć uwolniony zapach. Na plantacjach można zobaczyć także, jak rosną wanilia, gałka muszkatołowa, cynamon, pieprz, imbir i kurkuma, oraz kupić gotowe zestawy. Oprócz przypraw uprawia się tu owoce tropikalne: papaje, mango, ananasy czy chlebowce. Podczas wizyty przewodnik maluje usta naturalnym barwnikiem z nasion zwanym annatto – robimy to samo, szykując się na kobiecy wieczór.

Old Fort, also known as the Arab Fort is a fortification located in Stone Town in Zanzibar, Tanzania

PRYWATNA WYSPA, PŁYWY I OŚMIORNICA

Wyspa Mnemba – nie wolno przy niej cumować, ale można udać się na krótkie wycieczki łodzią dookoła lub na snorkeling przy rafie. O świcie z plaży Muyuni w miejscowości Matemwe na północno-wschodnim wybrzeżu Zanzibaru wyruszają łodzie z turystami i na przystanek wybierają piaszczysty atol, który naturalnie pojawia się podczas odpływu. Następnie po kilku godzinach trzeba się z niego zmyć, zanim zmyje nas szybko napływająca fala przypływu. To z tego atolu widać zalesioną wysepkę Mnemba. Znajduje się na niej luksusowy &Beyond Mnemba Island Lodge, a plotka głosi, że cały ten rajski skrawek lądu należy do Billa Gatesa, i tak właśnie się go reklamuje (w rzeczywistości właścicielem jest firma &Beyond). Podobno Mnembę odwiedzają celebryci chcący zachować prywatność, co w pełni rozumiem. Każdy potrzebuje odpocząć od tłumów, bodźców i sławy. Nie spotkałam na brzegu Naomi Campbell ani Toma Cruise’a – może innym razem się uda.

Odpływy na Zanzibarze są jak u Kafki – nagle znika coś, co przed chwilą wydawało się oczywiste. Ocean raz jest, a raz go nie ma. Księżyc rządzi wyspą w bardzo widoczny sposób. Plaże na wschodzie potrafią zmienić się nie do poznania w ciągu kilkunastu minut. Łodzie leżą przechylone na piasku jak urwane w połowie zdania. Raj odsłania surową konstrukcję.

Najmniejsze pływy są tam, gdzie dno szybko opada, czyli w miejscowościach Nungwi i Kendwa na północy. Z kolei na plażach na południowym wschodzie, w Jambiani, Paje i Bwejuu, obserwuje się odpływy osiągające nawet kilkaset metrów. Można (prawie) suchą stopą wejść do Oceanu Indyjskiego i popatrzeć na to, co w nim żyje. Trzeba tylko uważać na jeżowce. Odkrywanie oceanu w ten sposób proponują często Masajowie. A przy okazji, to dzięki odpływowi w Paje przestałam jeść ośmiornice.

Na odsłoniętej odpływem części oceanu zobaczyłam mikroruch. Młodziutka ośmiornica walczyła o życie, szukając dostępu do większej wody. Początkowo nie wiedziałam, co zrobić ani jak ją chwycić. Po chwili zrobiłam z dłoni szufelkę i wsunęłam w piasek pod nią. Uniosłam i spojrzałam w jej maleńkie, czarne oczy. W ułamku sekundy coś mnie odmieniło. Poczułam w dłoni żywą, bezbronną istotę. Zaniosłam ją na głębszą wodę i nigdy więcej nie zjadłam ośmiornicy.

 

DELFINY I ZACHODY SŁOŃCA

Delfiny można spotkać bardzo często w wodach wokół wyspy. Każdego ranka organizowane są wycieczki z nurkowaniem przy rafach, które stanowią naturalną barierę ochronną przed falami. Uczestniczyłam w nich wielokrotnie i za każdym razem, gdy obok łodzi lub pod nią pojawiały się delfiny, niemal natychmiast zeskakiwałam z burty do wody. Pewnego razu mijało nas stadko siedmiu delfinów z małymi. Ponownie straciłam głowę, rzuciłam się za nimi w pościg z maską i płetwami, a one pozwoliły się podglądać, zanim zeszły głębiej w wodę. Moje serce wyje z zachwytu, gdy mam szansę na nieoczywiste spotkania międzygatunkowe. Błogosławiony cud wszelkiego ziemskiego stworzenia! W temacie delfinów zdania są podzielone: niektórzy twierdzą, że rozciągnięta wokół wyspy siatka uniemożliwia im opuszczenie tego miejsca; inni uważają, że te walenie żyją na wolności i same decydują, gdzie i kiedy się pojawią. Wybieram opcję drugą.

 

FARMY ALG I WODNY PRZESĄD

O dom, rodzinę i algi dbają kobiety. Wstają przed świtem, żeby wszystkich wykarmić i oporządzić dom – to ich muzułmański obowiązek. Gdy zaczyna się odpływ, przychodzą na farmę. Doglądają wsadzonych w piach patyczków z przywiązanymi wodorostami, reperują uszkodzenia i czekają, aż algi wzrosną – pracowita codzienność. Praca w słonej wodzie jest ciężka i nisko płatna, jednak tutejsze społeczności starają się opierać swoje źródła dochodu nie tylko na rybołówstwie, turystyce i hotelarstwie (domenach mężczyzn), lecz także właśnie na wodorostach. A gdy zjawiają się turyści, zawsze na moment wchodzą w turkusowy ocean, pocą się, robią zdjęcia i kończą pobyt wizytą w sklepie sprzedającym produkty z alg.

Woda żywi, ale jest też źródłem niebezpiecznych przesądów. Pewnego dnia znajoma wróciła z plaży bardzo wstrząśnięta i powiedziała mi, czego była świadkiem. Przebywałam w tym samym miejscu ok. 10 min przed nią i widziałam zbiegowisko wokół czegoś na piachu. Nie przyglądałam się, lecz ona dała mi odpowiedź. Rybak z synem wypłynęli na połów tradycyjną łodzią ngalawa. Chłopak wypadł za burtę, lecz nie umiał pływać. Udało się wciągnąć go z powrotem do łodzi. Najprawdopodobniej nabrał wody w płuca, lecz ani ojciec, ani zgromadzeni nic nie zrobili, żeby ratować dziecko: nie wiedzieli jak lub nie pozwalały im na to lokalne wierzenia. Widziałam, że dziecko jeszcze oddycha, bo co jakiś czas ciałem wstrząsały subtelne drgania, ale oni mu nie pomogli – relacjonowała zasmucona znawczyni lokalnej kultury i dodała: Oni tu wierzą, że skoro dziecko wpadło do wody, to należy już do bogini władającej tym żywiołem.

 

POLACY NA ZANZIBARZE

Mało kto wie, że po II wojnie światowej na terenie ówczesnych brytyjskich kolonii i terenów zależnych funkcjonowały obozy dla polskich uchodźców ewakuowanych z ZSRR wraz z armią Andersa. Część z nich trafiła właśnie do Afryki Wschodniej. Choć większe skupiska znajdowały się na terenie dzisiejszej Tanzanii kontynentalnej, pamięć o polskich dzieciach i rodzinach, które znalazły tutaj tymczasowe schronienie, jest elementem wspólnej historii regionu. To mały, cichy most między Bałtykiem a Oceanem Indyjskim.

Dziś wielu Polaków prowadzi na Zanzibarze swoje hoteliki, wynajmuje domy i pokoje lub zarządza hotelami należącymi do globalnych sieci. Od lat kwitną tu wszelkie polskie biznesy: usługi ślubne, fotograficzne, duchowo-rozwojowe, taneczne, turystyczne itp. Nasi rodacy angażują się także w przeróżne akcje wspierające lokalną społeczność, np. zbierają fundusze na edukację dzieci czy pomoc dla osób z niepełnosprawnościami i przewlekle chorych. Włączają się też co roku w działania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy (WOŚP), np. wycinają z kartonu serduszka, a następnie je kolorują tak, aby nie zabrudzić czerwonym sprejem kafelków przy basenie czyjejś wilii. Inni – niestety – wykorzystują wyspę jako ucieczkę, od lat bezskutecznie ścigani listami gończymi przez polskie organy.

 

SKARBY TANZANII

Mówią, że Tanzania to kontynent w pigułce. Gdy mieszkałam na Zanzibarze, poznałam grupę kobiet, które wybrały wyspę na odpoczynek po trekkingu na Kilimandżaro. Zrealizowały swój cel nie tylko wejścia na szczyt, lecz także zdobycia funduszy na budowę szkół dla dzieci w ramach projektu Kili4Kids. Zmęczone, ale szczęśliwe, zdejmowały zabłocone buty, przemieniając się w syreny spragnione wody i relaksu. Chciałam być tak jak one i zrealizować swoje prywatne marzenie. Z każdym kolejnym miesiącem na wyspie, gdy poznawałam coraz liczniejsze atrakcje Tanzanii, lista moich planów się powiększała. Ostatecznie na najbliższą przyszłość wybrałam trzy i zaczęłam przygotowania: trekking na Kilimandżaro, safari w Parku Narodowym Serengeti i w rezerwacie Ngorongoro (Ngorongoro Conservation Area).

Samotna góra Kilimandżaro wyrasta z równiny, jakby dźwigała ciężar całego afrykańskiego firmamentu. Rokrocznie wspina się na nią wielu miłośników gór i przygód. Majestatyczny ośnieżony szczyt o wysokości 5895 m n.p.m. wymaga odpowiednich przygotowań fizycznych i dobrego stanu zdrowia, aklimatyzacji, stosownego sprzętu, wyboru właściwej trasy i zatrudnienia licencjonowanego przewodnika. Sam trekking to także podróż przez bogactwo fauny i flory, bo wspinając się, mijamy kolejne strefy klimatyczne z ogromną różnorodnością biologiczną.

Park Narodowy Serengeti na północy Tanzanii to jeden z najrozleglejszych i najbardziej znanych obszarów chronionych na świecie. Zaplanowałam sobie spotkać w nim tzw. Wielką Piątkę Afryki (The Big Five of Africa), czyli lwy, lamparty, słonie, bawoły i nosorożce, oraz być świadkiem corocznej wielkiej migracji setek tysięcy gnu, zebr i gazeli, które przekraczają rzekę Mara w poszukiwaniu zielonych pastwisk. Tu dramat pisze natura, a role nie są przydzielone na zawsze.

Rezerwat Ngorongoro to największa na świecie, nienaruszona kaldera wulkaniczna. Można do niej zejść, żeby podziwiać zwierzęta oraz wiele gatunków ptaków.

Trekking na Kilimandżaro lub safari w Tanzanii miałam sobie sprawić na urodziny, których jednak tutaj nie doczekałam. Plany planami, a życie pisze swoje scenariusze. Przygoda z Tanzanią i Zanzibarem skończyła się szybciej, niż przewidywałam, i trwała jedynie osiem miesięcy. Niektóre podróże mają to do siebie, że są niczym prezenty od życia. Czasem pojawiają się zaplanowane, innym razem spontanicznie. Afryka jest gościnną kobietą, która lubi zatroszczyć się o spragnionych jej piękna podróżników i zapraszać do siebie w najmniej przewidywalnych porach roku i momentach życia. Byłam w Tanzanii dwukrotnie, ale przelotem i w pośpiechu. Wiem, że gdy nadejdzie mój „Czas Kilimandżaro”, napiszę dla ciebie poniższy list.

Tanzania i Zanzibar są jak dwa rozdziały tej samej powieści. Jeden pisany kurzem sawanny, drugi – solą oceanu. Dopiero czytane razem mają sens. Na kontynencie uczysz się pokory wobec przestrzeni; na wyspie – wobec czasu. Bez względu na to, którą kolejność wybierzesz na swoją następną podróż, postaraj się, żeby była udekorowana nieoczywistymi spotkaniami, zdarzeniami, które niosą dobre chwile i wzbudzają radość. Piękne drogocenne kamienie z kufra królowej Saby wciąż świecą w głębinach i przywołują swoim blaskiem. Pozwól więc sobie doświadczyć bogactw tego afrykańskiego kraju poza utartymi szlakami, bez porównań i oceny, aby zakochać się jeszcze bardziej w życiu i świecie. To mój sposób na nieoczywiste wakacje.

Joanna Wieczorek

www.joannawieczorek.com