Wyobraź sobie pobyt w mieście, które jest jednocześnie nowoczesne i tradycyjne, oferuje najnowsze technologie i dostęp do natury, gdzie możesz pysznie zjeść, a lokalna kuchnia zapewnia i opcje mięsne, i wegańskie – w zależności od tego, czego potrzebujesz. Interesuje cię przy tym klasyczne zwiedzanie i muzea? Proszę bardzo. Ruch i dbanie o ciało? Nie można trafić lepiej. Pobyt uzupełnimy jeszcze o najnowszą modę, trendy i rozrywkę. Gdzie jesteś? Witamy w Seulu, stolicy Korei Południowej.
Republika Korei w ostatnich latach daje nam coraz więcej powodów do jej odwiedzin. Świetnie radzi sobie z promowaniem własnej kultury przez kino, chociażby poprzez nagrodzony Oscarami Parasite (2019 r.) czy też hitowe produkcje telewizyjne. Wśród tych ostatnich można wymienić np. popularne na Netfliksie Physical: 100 czy serial Squid Game oraz show o tutejszym jedzeniu, jak Culinary Class Wars (Kulinarna walka klas z 2024 r.), czy też dokumenty o buddyjskiej kuchni świątynnej (odcinek 1 sezonu 3 programu Chef’s Table – Jeong Kwan – oraz The Philosopher’s Kitchen Jeong Kwan). Zdobywa także swoich fanów, dzięki oglądanym na całym globie youtuberom, jak ci od mukbangu (to internetowe zjawisko polegające na tym, że osoba na ekranie zjada duże ilości jedzenia, dzieląc się swoimi wrażeniami z odbiorcami; mukbang stał się popularny w Korei ok. 2010 r., a na świecie kilka lat później, dzisiaj ma miliony wyświetleń), i gwiazdom K-popu oraz – z drugiej strony – dzięki literaturze, której dzisiaj coraz więcej wydaje się również w tłumaczeniu na polski. Kraj kusi nas więc nie tylko klasycznym zwiedzaniem i wspaniałą przyrodą, popkulturą, lecz także pyszną kuchnią oraz tak bardzo dziś popularną i szczególnie tutaj rozwiniętą branżą wellness. Korea słynie przecież z najlepszych na świecie zabiegów kosmetycznych i lokalnego spa.
Niezależnie od tego, który z powodów inspiruje cię do przyjazdu do tego państwa w południowej części Półwyspu Koreańskiego, z pewnością znajdziesz tu coś dla siebie. Ja trafiłam do Korei trochę przypadkiem. Kiedy już wiedziałam, że przylecimy do niej z moim partnerem, od razu w mojej głowie pojawiło się odważne marzenie, które wydawało mi się prawie niemożliwe do zrealizowania. Niezależnie od tego wiedziałam jednak, że naszą koreańską ścieżkę wytyczać będą smaki.

Seoul Korea , 21 September 2019 : View of an alley of the Kwangjang market at night with people eating street food at stalls
Zjedz Seul
Zmęczeni kilkunastogodzinną podróżą, wylądowaliśmy w Seulu. Na lotnisku przywitały nas znane postaci promujące z billboardów nowy sezon Squid Game. Odebraliśmy bagaże i przygotowani wcześniej, zaczęliśmy działać według planu jak na autopilocie. Uruchomić lokalną kartę eSIM, wymienić trochę gotówki i w drogę… Ruszyliśmy do Myeong-dong – Słonecznego Osiedla (części dystryktu Jung), gdzie mieliśmy się zatrzymać przez kolejne dni. Marzyliśmy o prysznicu i kolacji. Zniecierpliwieni zaczęliśmy od kłótni, zapominając, że… mapy Google nie działają w Korei Południowej najlepiej. Na szczęście szybko przestaliśmy się wygłupiać i doszliśmy do porozumienia. Wszystko było do ogarnięcia, a my znaleźliśmy się przecież w tętniącym wieczornym życiem centrum zakupów i street foodu. W kilka chwil zdecydowaliśmy się na przypadkowe miejsce z koreańskim barbecue, nie spodziewając się wtedy, że lokal ten stanie się naszą ulubioną restauracją w czasie pobytu w Seulu. Postanowiliśmy wrócić tutaj na ostatni posiłek przed wyjazdem z miasta. Potem wysyłaliśmy tu wszystkich naszych znajomych podróżujących w tym kierunku.
Koreańskie BBQ to miejsca, które oferują dostęp do grilla, na którym przygotowuje się własnoręcznie mięso i aromatyczne dodatki, takie jak chociażby grzyby. Często restauracje te mają oferty „zjedz, ile chcesz”. Mimo tego serwowane przez nie produkty są wysokiej jakości. Mi szczególnie przypadło do gustu danie bulgogi, czyli marynowana i bardzo cienko pokrojona wołowina (czasami wieprzowina), wszechobecne kimchi składające się z fermentowanych lub kiszonych warzyw oraz słodkawa sałatka z marynowanej rzepy. Nie zabraknie tutaj też ryżu, świeżych warzyw i różnych innych kawałków mięs – nie da się z takiego miejsca wyjść głodnym.
W Seulu warto zostać kilka dni, w zależności od tego, co chcesz robić. Myślę, że trzy to minimum, pięć – optimum, a jeśli masz ochotę dołączyć do tego wypady poza miasto, to nawet i więcej. Każda z dzielnic koreańskiej stolicy oferuje inne doświadczenie i wyróżnia się specyficzną atmosferą. Insa-dong jest znana ze swoich sklepów z antykami, galerii sztuki i tradycyjnych herbaciarni. Myeong-dong, gdzie się zatrzymaliśmy, to epicentrum jedzenia ulicznego, mody i przemysłu kosmetycznego. Hongdae pulsuje młodzieńczą energią, napędzaną przez niezależną scenę muzyczną i kulturę artystyczną. W wiosce Bukchon (Bukchon Hanok Village) w seulskim dystrykcie Jongno poczujecie się jak przeniesieni do innych wieków i zobaczycie tradycyjne koreańskie domy, w których do dziś się mieszka. Itaewon (nazwę rozpoznają fani kolejnej produkcji Netfliksa – Itaewon Class, czyli koreańskiej dramy cenionej również za granicą, m.in. przez tygodnik Time, magazyn biznesowy Forbes czy brytyjski dziennik The Guardian, której akcja dzieje się w dużej mierze właśnie w tytułowej dzielnicy) wreszcie słynie z wielokulturowego charakteru, z różnorodną kuchnią międzynarodową i tętniącą życiem nocną sceną. Niezależnie od tego, która z opcji jest najbliższa tobie i gdzie się zatrzymasz, dzień warto zacząć od porządnego posiłku.
Juk to tradycyjne koreańskie śniadanie – delikatna w smaku ryżanka na wodzie lub bulionie rozgotowana tak, żeby osiągnąć lekko klejącą konsystencję. Świetnie robi brzuchowi, jest ciepła i kojąca. Może być podawana na słodko – z dynią albo czerwoną fasolą, w wersji wytrawnej z mięsem lub z luksusowym, drogim i cenionym w Korei produktem – abalonem (uchowcem, słuchotką), czyli morskim mięczakiem z gromady ślimaków.
Nasz pobyt w koreańskiej stolicy stanowił miks różnych doświadczeń, dlatego że to nasz ulubiony sposób podróżowania i poznawania miast. Dużo chodziliśmy, bo Seul sprzyja włóczeniu się. Zobaczyliśmy kilka klasycznych, turystycznych miejsc, jak zbudowany pod koniec XIV w. Pałac Gyeongbok (Gyeongbokgung), który jest przepięknym zabytkiem na tle gór. Jeśli się tu wybierzesz, prawdopodobnie załapiesz się na pokaz koreańskiej straży i spotkasz wiele osób przebranych w tradycyjne stroje. Jeżeli masz na to ochotę, też możesz przed wejściem wypożyczyć hanbok (szaty te znane są już od bardzo dawna, prawdopodobnie od czasów Trzech Królestw Korei – Baekje, Goguryeo i Silla, które zajmowały tereny Półwyspu Koreańskiego i część Mandżurii w okresie od I w. p.n.e. do VII stulecia), a wtedy wstęp do pałacu będzie darmowy. Do zabytków dodaliśmy trochę natury, bo Seul – jak na tak dużą aglomerację – zaskakuje zielenią i ma piękne parki, w których łatwo spotkać biegaczy i osoby uprawiające, niezależnie od wieku, różne sporty. Przepłynęliśmy się również po rzece Han (Han-gang, Namhan-gang), bo nie przegapiamy nigdy okazji popatrzenia na miasto z perspektywy wody. Poza tym wpadliśmy do Muzeum Narodowego Korei dowiedzieć się czegoś o lokalnej sztuce. Zafascynowani smakami, dzień układaliśmy sobie spacerami od posiłku do posiłku.
Targi z jedzeniem to atrakcja sama w sobie. Seul zdaje się być celem pielgrzymkowym dla tych, co kochają jeść. Ma ogromną ofertę street foodu, przynajmniej dwa targowiska warte odwiedzenia – najbardziej popularne, czyli Gwangjang (Gwangjang Market), i Gyeongdong Market, które podobało nam się jeszcze bardziej, gdyż zdaje się być mniej turystyczne, a do tego można tutaj też zjeść u Auntie Omakase znanej z netfliksowego show Culinary Class Wars. Aby nie wymieniać zbyt wielu rzeczy, powiem tylko, że z klasyków warto spróbować pierożków mandu, tteokbokki, czyli ciągnących się kluseczek ryżowych w pikantnym sosie, corn dogów – zaskakująco słodkich hot dogów w panierce na patyku, kalguksu – tradycyjnego aromatycznego bulionu z krojonym ręcznie makaronem pszennym, a także bibimbap – kolorowej miski ryżu z warzywami, wołowiną i jajkiem, przyprawionej pastą z papryki chili.
Do spacerów, zwiedzania i jedzenia dołożyliśmy sobie jeszcze jeden element, który świetnie nam zbalansował intensywność tej wycieczki, a w Korei Południowej zasługuje na szczególną uwagę – zakupy lokalnych kosmetyków (m.in. w Olive Young – najbardziej znanej sieci drogerii) i koreańskie spa (jjimjilbang), które jest niesamowitym przeżyciem, szczególnie jeśli znajdziesz takie dla lokalsów. Koreańczycy korzystają z tego typu usług regularnie. To często bardziej miejsce spotkań i dbania o siebie niż luksus. Można wygrzać się w basenach z wodą o różnej temperaturze, skorzystać z saun, peelingów i masaży, poleżeć, pospać, a nawet coś zjeść. To świetna forma odpoczynku i doświadczenia lokalnej kultury, szczególnie gdy można tutaj pójść większą grupą i zostać na dłużej, fundując sobie dzień relaksu.
Nie zaskoczę pewnie nikogo tym, że nawet w koreańskich spa jest typowe właśnie dla nich jedzenie, które stanowi ważną część całego doświadczenia. Numer jeden to maekbanseog gyeran, czyli wędzone jajka pieczone w specjalnych piecach na węglu drzewnym (znane również jako koreańskie jajka z sauny). Mają brązową skorupkę, orzechowy smak i gęstą konsystencję. Do tego popija się sikhye (shikhye) – lekko słodki, schłodzony napój ryżowy, który smakuje najlepiej po wygrzaniu się w saunie.
Seul jest wspaniałym kierunkiem samym w sobie, szczególnie jeśli lubisz duże miasta. W charakterystyczny dla siebie sposób łączy stare i nowe. Nie ma w tym jakiegoś zgrzytu, często te miejsca współgrają ze sobą, tworząc nową estetyczną jakość. To coś, co mnie bardzo w nim urzeka. Do tego ma na tyle szeroką ofertę, będąc przy tym jednocześnie łatwy w obsłudze, że nadaje się do odwiedzenia solo, w parze, z przyjaciółmi czy z dziećmi, niezależnie od pory roku. Zwiedzając Koreę Południową, zazwyczaj kontynuuje się trasę po tym kraju, uwzględniając dawną stolicę państwa Silla (między VII a X w.) – Gyeongju, Busan – drugie co do wielkości miasto, a także wyspę Czedżu (Jeju) słynącą z łagodnego klimatu, natury i wulkanicznych krajobrazów oraz nurkujących kobiet haenyeo, które łowią owoce morza w Morzu Żółtym na wdechu. Nas jednak ciągnęło dalej moje marzenie, które niosło mnie, odkąd obejrzałam serial dokumentalny Chef’s Table. Mój ulubiony odcinek poświęcony jest Jeong Kwan, która – gdyby nie była buddyjską mniszką, byłaby prawdopodobnie jedną z najlepszych na świecie szefowych kuchni. Wiedziałam, że jeśli przylecę do Korei, chciałabym ją odwiedzić i się od niej uczyć. Tylko czy to było w ogóle do zrobienia? Okazuje się, że tak…

View of Seoul city at night, South Korea.
Postaw na warzywa, czyli o jedzeniu buddyjskich mnichów
Jeong Kwan mieszka w świątyni buddyjskiej znajdującej się w górzystej części Parku Narodowego Naejangsan na południowym zachodzie Półwyspu Koreańskiego, jakieś 300 km od stolicy. To jednak nie odległość stanowi największą trudność w planowaniu wizyty u mniszki. Te odbywają się raz w miesiącu i ich terminy ogłaszane są na dwa miesiące do przodu. Dziś strona internetowa świątyni jest dużo bardziej przystępna dla obcokrajowców. Kiedy myśmy tu się wybierali, nic nie było jasne. Przez miesiące więc odświeżaliśmy stronę nerwowo, licząc na to, że pojawią się terminy, które jakimś cudem pokryją się z naszą wycieczką. Mieliśmy szczęście – udało się! Co prawda, potem musieliśmy przekładać sporo rzeczy dookoła, przebukować jedną trzecią wyjazdu, upewnić się, że wszystko się zepnie, ale zrobiłabym to jeszcze raz bez wahania, bo to spotkanie okazało się jednym z najbardziej magicznych w czasie wszystkich moich podróży.
O koreańskich przekąskach do zabrania ze sobą w drogę można by pewnie napisać habilitację. Moje ulubione to kimbap – koreańska wersja sushi, i hotteok – słodkie placki z nadzieniem. Do tego dorzucić trzeba lokalne słodycze, jak np. Pepero, czyli paluszki oblane czekoladą w różnych smakach, kawę na wynos, zieloną herbatę w butelce i… można jechać!
Już w drodze do świątyni Baegyangsa (Paegyang sa), chociaż trochę poddenerwowani tym, jak będzie na miejscu, byliśmy zachwyceni. Był grudzień. Im bliżej naszego celu, tym bielej – zapowiadało się, że będziemy mieć widok na zaśnieżone góry. Kiedy podeszliśmy do recepcji, przywitała nas biegnąca w naszą stronę mniszka. Dziś wiem, że to Khema – nasza przewodniczka i tłumaczka. Przywitała nas w świątyni, poczęstowała herbatą, odpowiedziała na pierwsze pytania i wyjaśniła, co i jak – gdzie możemy odebrać pościel i ubrania, które mamy na siebie założyć, gdzie są nasze pokoje (osobne, bo śpi się w kilkuosobowych pokojach podzielonych na żeńskie i męskie) i kiedy mamy być gotowi na pierwszą zbiórkę.
Herbata w Azji jest niezmiernie ważna. W Korei jej picie ma jednak szczególny, medytacyjny charakter. To część stylu życia i praktyki uważności. Koreański rytuał herbaciany (darye) jest znacznie prostszy i mniej teatralny niż ten japoński, bardziej codzienny. Skupia się na spokoju i harmonii.
Przyjechaliśmy na tyle wcześnie, że mieliśmy dłuższą chwilę, aby na spokojnie oswoić się z sytuacją, pościelić i przebrać się. We wskazanym czasie zebraliśmy się w dwie kilkunastoosobowe grupki – koreańskojęzyczną i angielskojęzyczną – i poszliśmy obejrzeć filmik wprowadzający w zasady funkcjonowania świątyni. Dowiedzieliśmy się z niego, jak kłaniając się, wyrażać szacunek wobec spotykanych mnichów i jak ogólnie się zachowywać (być w miarę cicho, nie pić, nie palić, przestrzegać ciszy nocnej, zdejmować buty przed wejściem do budynków, w parach unikać trzymania się za ręce itd.). Potem Khema oprowadziła nas po paru budynkach, pokazując, jak kłaniać się przed Buddą, gdzie można przyjść na poranną modlitwę, opowiedziała również o życiu świątynnym i buddyzmie. Trochę żałuję, że nie miałam śmiałości zadać jej więcej pytań, bo dzisiaj wiem, że ta jej otwartość na nas i chęć rozmowy bardzo mnie poruszyła.
Potem wdrapaliśmy się na górkę i po niezbyt długim spacerze trafiliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy spotkać Jeong Kwan. Nazywanie tego, co się wydarzyło, spotkaniem wydaje mi się najbardziej adekwatne. Jeong Kwan gotowania i koreańskiego wegańskiego jedzenia świątynnego używa do opowiadania o wartościach buddyzmu i jego filozofii. Nie ma żadnego formalnego wykształcenia kulinarnego, gotuje zgodnie z cyklem pór roku, wykorzystując rośliny, warzywa i owoce z przyświątynnego ogrodu, o który sama dba. Od 17. roku życia mieszka w świątyni Baegyangsa, która – mimo wielu znaczących dla mniszki podróży – jest jej ukochanym miejscem na świecie. Kiedy ją odwiedziliśmy, z uśmiechem powtórzyła to dla pewności… trzy razy, rozbawiając tym Khemę, tłumaczącą jej słowa z koreańskiego. Gdy zobaczyłam Kwan, w mojej głowie bardzo szybko zakiełkowała myśl, że to starsza pani (urodzona w 1957 r.) z bardzo dziewczęcą aurą. Jest niewielka, ma przenikliwy wzrok, błysk w oku i dużo się uśmiecha. Ma energię, której wielu nam, o dekady młodszym, brakuje.
Buddyjskie jedzenie świątynne stanowi jedną z najbardziej wyjątkowych części kultury kulinarnej Korei Południowej. To prosta, roślinna kuchnia, w której dodatkowo unika się takich produktów jak czosnek pospolity, cebula, szczypiorek, czosnek niedźwiedzi i por, które uchodzą za pobudzające emocje i przez to utrudniające medytację. Mimo braku mięsa, jest w tych świątynnych potrawach dużo umami („smakowitości”). Poza solą nie używa się przypraw, a smak uzyskuje się dzięki fermentacji, sezonowości i naturalnym składnikom.
Przygotowywanie jedzenia to dla mniszki szukanie odpowiedzi na pytanie, kim naprawdę jesteś. W tym sensie gotowanie przypomina jej praktykę medytacji. Kwan wierzy, że w poprzednim życiu musiała mieć coś wspólnego z kuchnią… Z jakiegoś powodu, nawet nie potrafiąc jeszcze gotować, kiedy pierwszy raz zobaczyła składniki, od razu wiedziała, co robić. Nie polega na przepisach. Karmiąc innych, dzieli się swoją energią. Kiedy widzi odwiedzających ją ludzi, od razu wie, co lubią jeść. Są jakby wewnątrz niej. Gotowanie i opowieści Jeong Kwan przeplatały się…
Na blacie kuchennym pojawiały się dziesiątki roślinnych składników z pobliskich gór i lokalnych terenów. Wśród nich grzyby, szpinak, sałaty, liście, wodorosty, kiełki, małe słodkie ziemniaczki, sezam, nashi, zwana u nas potocznie chińską gruszką, często domowe przetwory takie jak pięcioletni syrop z ryżu, suszone pomidorki koktajlowe, syrop ze śliwek czy dzikich malin, olej z pachnotki. Pojawiła się też sól jako w zasadzie jedyna przyprawa, bo jak mówi mniszka – niczego więcej warzywom nie potrzeba. W pewnym momencie zapadła cisza i jedyne, co było słychać, to gotujące się grzyby, przełykanie śliny i burczenie w brzuchach. W mojej pamięci utkwiło wspomnienie atmosfery dużego skupienia i Jeong Kwan mieszająca wszystko dłońmi.
Ważny temat poruszany przez buddyjską mniszkę stanowił kryzys klimatyczny. Jej zdaniem powinniśmy zwrócić się w stronę natury, żyć w zgodzie z nią, szanując wszystkie żywe istoty. To powód, aby przejść na dietę wegańską. Ostatecznym celem jest życie w harmonii, współistnienie. Powinniśmy nauczyć się, jak lepiej współgrać z przyrodą, ale żeby to zrobić, musimy najpierw zmienić samych siebie.
Zanim przeszliśmy do jedzenia, podziękowaliśmy za nie buddyjską modlitwą. Potem zapadła cisza. W skupieniu każdy nakładał sobie z małych talerzyków kolejne składniki, tak żeby spróbować wszystkiego. Prawdziwa feeria smaków i tekstur… Jedzenie, które karmi ciało i duszę. Muszę przyznać, że było to bardzo wzruszające doświadczenie.
Istotnym elementem dbania o jedzenie w świątyni jest przygotowywanie własnych produktów, jak np. przetwory i kiszonki. To kolejny spokojny, długotrwały proces, który łączy naturę, czas i uważność, a niekiedy także społeczność. Przygotowuje się kimchi, pasty i sosy sojowe, soki z malin, marynuje się też grzyby, dzikie rośliny i zioła.
Następnego dnia chętni wstali po godz. 4.00, żeby w prawdziwie zimowej aurze ruszyć na poranne modlitwy do świątyni. Dla mnie była to niepowtarzalna okazja uczestniczenia w buddyjskich rytuałach, więc zerwałam się wcześnie, po drodze zatrzymując się jedynie na moment, zafascynowana widokiem mnicha grającego na instrumencie, którego nie potrafię nazwać. Nie wiedziałam do końca, czego mogę się spodziewać. Dzień wcześniej nauczyłam się kłaniania przed Buddą i zakładałam, że to właśnie to, o czym powinnam pamiętać. Okazało się, że te 30 min, dźwięki mantry, zapach kadzideł i nieskończona liczba ukłonów w towarzystwie osób z grupy i mnichów były dla mnie doświadczeniem nie do opisania. Bardzo mnie to poruszyło. Do tego stopnia, że aż pomyślałam, iż może kiedyś uda mi się spędzić kilka tygodni w takim miejscu.
Po modlitwach mieliśmy czas na drzemkę, po której stawiliśmy się na śniadaniu. Ku mojemu rozczarowaniu, jedliśmy bez mnichów.
Poranne posiłki w świątyni stanowią część praktyki duchowej. Śniadanie jest proste, roślinne i sezonowe. Je się w ciszy i nie wolno niczego zmarnować. Na moim talerzu pojawiły się tofu, ryż, glony, kimchi, kiełki i makaron z grzybami, a do tego słodka przekąska z jabłek i orzechów.
Przed wyjazdem Khema zaparzyła nam herbatę. Mieliśmy czas na ostatnie wspólne rozmowy. Zaprosiła nas również do medytacji. To od niej wiem, że koreańscy mnisi dzielą się na tych, którzy wybierają ścieżkę naukową albo drogę medytacji, poświęcając wówczas na tę ostatnią aż kilka miesięcy w roku. Khema wspominała nam też, jak wiele medytacja daje jej samej. Z tym większą radością dołączyliśmy do jej zaproszenia i chociaż dla osoby z innego świata takie 30 min skupionych na oddechu lub danej rzeczy (np. proponowanym przez Jeong Kwan pytaniu „kim jestem?”) to niezłe wyzwanie, daje to jakiś rodzaj wewnętrznego spokoju.
Spotkanie Kwan znajdowało się na mojej liście marzeń. Jadąc do świątyni w górskim lesie, mimo dużych emocji, nie wiedziałam, czego się spodziewać. Wszystko, co tutaj otrzymałam, okazało się czymś więcej niż cokolwiek, co sobie wyobrażałam. Myślałam, że jadę jedynie po kulinarne doświadczenia, na kurs gotowania, a dostałam lekcję filozofii i życia, której ważną częścią jest jedzenie. Do tego czekało tu na mnie mnóstwo dobrej energii i spokoju, tak często trudnych dla mnie do złapania w codziennym miejskim chaosie i pędzie. Jestem ogromnie wdzięczna za to doświadczenie i zdaję sobie sprawę, jak mało prawdopodobne było to, że mi się przydarzy. Dzisiaj, wiedząc, że to coś więcej, chciałabym ci powiedzieć, że jeśli będziesz w Korei i z jakiegoś powodu nie uda ci się spotkać Jeong Kwan, nie rezygnuj zupełnie z pobytu w świątyni. Daj sobie chociaż weekend na takie doświadczenie, a na pewno nie pożałujesz – nakarmi twoje ciało i duszę.

Hand holding knife and slice kimchi cabbage on wooden cutting board for cooking, Korean food
***
Korea Południowa karmi wyśmienicie. I dosłownie, i w przenośni. Oferuje różnorodne doświadczenia, jeśli tylko się na nie otworzymy i pozwolimy sobie na odrobinę ciekawości. To kraj, który można poznawać warstwami – od pulsującej energii popkultury i miejskiego zgiełku, przez nowoczesne dzielnice pełne świateł i ludzi, aż po praktyki głęboko zakorzenione w ciszy, tradycji i naturze. Znajdziesz tutaj zarówno tętniący życiem, nigdy niezasypiający Seul, jak i spokój świątyni, w której czas zdaje się płynąć zupełnie inaczej. Każda z tych warstw ma swój rytm i swoją opowieść, a gdzieś pomiędzy nimi jest właśnie smak – intensywny, zaskakujący, czasem wymagający, który dla nas okazał się najlepszym przewodnikiem po tym państwie. To on prowadził nas przez gwarne ulice i spokojne zaułki, przez pełne zgiełku targi i małe restauracje, ukryte gdzieś między budynkami albo schowane na ich piętrach. Obok ulicznego jedzenia, które zachwyca prostotą i autentycznością, istnieje kuchnia oparta na uważności, harmonii i szacunku do składników, a jeśli interesuje cię bardziej wyrafinowane gotowanie, na pewno takie też znajdziesz dla siebie. To właśnie te kontrasty sprawiają, że podróż do Korei Południowej zostaje w pamięci na długo. Wróciliśmy z niej nie tylko z pełnymi brzuchami, lecz także z wielką wdzięcznością. Jeśli więc kiedyś trafisz do tego fascynującego kraju w Azji Wschodniej, daj się mu poprowadzić – przez smaki, zapachy i spotkania. Być może, tak jak my, odkryjesz coś znacznie więcej, niż tylko kolejny kierunek na mapie.
Anna Tenenbaum



