Dla jednych to najtańsza „egzotyka” poza Europą, pozwalająca na odkrycie czegoś oryginalnego. Dla innych to mentalny powrót do czasów słusznie minionych. Są i tacy, którzy uśmiechają się na myśl o odwiedzeniu krainy wina, w której kilkudniowy pobyt nie nadwyręży zbyt mocno rocznego budżetu przeznaczonego na wyjazdy. Trudno pisać o Gruzji w sposób jednowymiarowy. Jeszcze trudniej przekazać, czym jest ten kaukaski kraj: rajem dla backpackerów z Polski czy skansenem zawieszonym w połowie drogi między umownym Wschodem i Zachodem.

 

Zjeździłem Kaukaz wszerz i wzdłuż. W moich paszportach z ostatnich 20 lat znalazłoby się zapewne kilkanaście pieczątek wjazdowych, dokumentujących pobyt w Sakartwelo (Gruzji). Obserwuję zachodzące zmiany, stopniową, ale w specyficznym stylu, westernizację kraju. Rozmawiam z gruzińskimi przyjaciółmi, jestem uzależniony od chinkali. A jednocześnie z pewną nostalgią konstatuję, że tej stereotypowej Gruzji już nie ma.

Czy wyprawa do Tbilisi, Gori, Batumi to podróż w czasie?

 

Jak rozśmieszyć Gruzinów?

Kutaisi. Lokalna knajpa „El Depo”, doskonale znana wśród wszystkich powsinóg z Polski, które przylatują do Gruzji na pokładzie samolotów linii Wizz Air, z plecakiem pełnym marzeń o przygodzie. Atmosfera taka jak zawsze: gwarno, tłoczno, dużo miejscowych, dym z papierosów, podniesione głosy, uwijająca się jak w ukropie obsługa.

Tu wchodzisz na własną odpowiedzialność, koniecznie głodny (ale nie wrażeń).

Tu wychodzisz z uśmiechem. I gdybyś był psem, merdałbyś ogonem.

Tu czas mierzony jest stakankami z czaczą.

Tu nie znajdziesz Wersalu.

Tu poczujesz Gruzję.

Znam to miejsce od lat. Za każdym razem, gdy jestem w Kutaisi (proszę, zwolnijcie mnie z obowiązku tłumaczenia, jakim to pieszczotliwym słowem, które odnosi się do męskiego przyrodzenia, nasi rodacy określają to miasto), idę do „El Depo”. Po klimat, po plotki, po wywar w gorących jak piekło chinkali, który spływa mi po policzkach niczym gruzińskie łzy.

I po rozmowy z miejscowymi, których potrafię rozweselić. O, choćby opowiadając im o tym, jak można doświadczyć smaków Gruzji w Polsce:

– Ile?!

– 44 zł za 6 sztuk, tych z ziołami i serem. To mniej więcej 30 lari.

– (śmiech) A z baraniną? Ile w Polsce płacisz za chinkali z mięsem?

– Wiecie, w centrum Warszawy, w restauracji gruzińskiej, jedna sztuka chinkali z baraniną kosztuje 10 zł, czyli nieco ponad 6 lari.

Nie muszę kończyć, tubalny śmiech wypełnia „El Depo”. Nie, nie ze mnie. Z cen, które właśnie im podałem. Rechoczą wszyscy przy moim stole. Brodate chłopy, których oczy kontrastują z posturą zakapiorów.

– Toś, bracie, z bogatego kraju przyjechał. Wera, przynieś talerz 12 chinkali z baraniną, chłopak się naje po uszy.

Tutaj nie czeka się godziny na zamówienie, z niecierpliwością przebierając nogami. Wszystko działa szybko. Za moment na stół wjeżdża talerz buchający zapachem świeżego jedzenia, parujący smakiem, z kołdunami-sakiewkami wypełnionymi mięsem i bulionem. Cyk, cyk, łapiemy za ogonek, nadgryzamy, wypijamy bulion, sypiemy pieprz, gryziemy ciepłe ciasto, baranina wędruje do żołądka, a bulion powoduje dobrostan.

I kolejne chinkali. Powtórka z rozrywki. Cyk, ogonek, nadgryzamy, wypijamy bulion, przełykamy mięso. W szklankach złoci się destylat, na wspólnym talerzu czekają sprężyste płaskie krążki sera sulguni. Czas zniknął, rozmył się w rozmowie, wskazówka pokazuje nieistniejącą godzinę.

Georgian cuisine. A large laid table of different dishes for the whole family on a day off. Kebab, Lula, Lavash, Suluguni cheese, Khachipuri, Khinkali. 

* * *

Po ile ta przyjemność? Jestem gruzińskim weteranem. Pamiętam czasy, gdy za jednego „pierożka” płaciłem w „El Depo” w przeliczeniu na polską walutę nieco ponad złotówkę. Aktualne ceny w większości knajp w Gruzji to ok. 1,5–2,5 GEL (lari) za sztukę, w zależności od popularności miejsca, w którym decydujemy się na posiłek, oraz odległości restauracji od centrum miasta.

Bywa taniej.

Raczej nie bywa drożej.

2 lari to mniej więcej 3 zł. Już wiecie, dlaczego w reakcji na cenę sztuki chinkali z baraniną, rodem wprost z restauracji na Chmielnej w Warszawie (przypomnę: 10 zł za sztukę), moje towarzystwo w Kutaisi wybuchło śmiechem?

Kilka godzin później, napchany chinkali i adżarskim chaczapuri po sam korek, wychodzę z „El Depo”, opieram się o tabliczkę z nazwą ulicy (Ioseb Grishashvili) i obiecuję sobie – który to już raz? – że przeczytam jeden z wierszy jej patrona. Jest środek nocy, a w „El Depo” nie ma wolnego stolika.

Nie pozwoliłem moim nowym gruzińskim znajomym zapłacić za siebie.

I jednocześnie czułem się jak Norweg lub Szwed na weekendowym city breaku w Krakowie: miałem świadomość, że mogę wybierać dowolne pozycje z menu, nie patrząc na ceny i nie kalkulując – ponieważ stać mnie na wszystko.

To bardzo krzepiące uczucie.

 

* * *

W Gruzji jest tanio. Ale nie tak tanio, jak było kiedyś. Stereotyp miejsca, gdzie polecimy za grosze, nocujemy za grosze, jemy za grosze, pijemy za grosze – jest zły i szkodliwy.

Gruzja – a raczej właściciele rodzimych biznesów – dość szybko zrozumieli, że turyści, nie tylko z Polski, to żyła złota. Skoro przylatują do nas, na Kaukaz, muszą mieć pieniądze. Zatem to nie tylko nasi bracia z kraju nad Wisłą, ale również chodzące bankomaty, z których można wypłacać gotówkę, nie przesuwając jednocześnie tej wajchy zbyt mocno. Restauracje w Tbilisi, hotele w Batumi, transport w Kutaisi: wszyscy stopniowo dźwigają ceny w górę, „europeizują się”, dopisują angielskie nazwy potraw w przetłuszczonych i zniszczonych czasem oraz dłońmi klientów papierowych menu.

Pamiętam doskonale, jak wyglądało to 20 lat temu. Gruzja była ekstremalnie tania, a największym kosztem było dotarcie z Polski do Tbilisi – nie latały tam tanie linie lotnicze. I zdarzył się cud, który cudem nie był (tylko rozsądną kalkulacją biznesową): w 2013 r. niskokosztowy przewoźnik Wizz Air otworzył bezpośrednie połączenie z Warszawy – a miesiąc później również z Katowic – do Kutaisi. Miasta w środkowej części Gruzji, które absolutnie nie przewidywało, że za kilka lat będzie hitem wśród podróżników z Polski i jednocześnie bramą do zwiedzania całego kraju. To był ostatni brakujący element w turystycznej układance.

Byłem na pokładzie tego inauguracyjnego lotu. Pamiętam problemy z wydostaniem się z lotniska (które, cóż, było dość „prowizoryczne”) do centrum miasta: nikt w Kutaisi nie zadbał o to, aby infrastruktura transportowa została przygotowana i skorelowana z przylotami potoków pasażerów z Europy. Wyszedłem na trasę prowadzącą w kierunku Kutaisi, wyciągnąłem kciuk w powszechnie rozpoznawalnym geście, po 10 min złapałem stopa, obserwując zdziwioną minę kierowcy i jego gardłowe, rzucone w powietrze: Ras ak’eteb ak? („Co ty tutaj robisz?”). Cóż, pionierskie czasy, a mówimy o tym, co było zaledwie 13 lat temu!

Sprawdzam swoje notatki i nagrania z tego wyjazdu. Czytam słowa, które wypowiedział ówczesny dyrektor komunikacji linii Wizz Air, Daniel de Carvalho: Wizz Air obecnie osiągnął nowy kamień milowy dla polskiego lotnictwa i turystyki. Poprzez loty z Polski do Gruzji możemy przyspieszyć nasz ruch „Go East”. Gruzja ma olbrzymi potencjał. Poprzez ofertę nadmorskich kurortów, możliwość jazdy na nartach, niezapomniane krajobrazy, starożytne tradycje i przepyszne jedzenie Gruzja ma szansę stać się bardzo cenionym kierunkiem turystycznym.

I Daniel de Carvalho miał rację. 13 lat później, w 2026 r., w pełni podpisuję się pod słowami o „olbrzymim potencjale”. Czy został w pełni wykorzystany? Lotnisko jest nowoczesne, transport do centrum Kutaisi, a także do Batumi czy do stołecznego Tbilisi, jest tani, wygodny, skorelowany rozkładem do przylotów i odlotów samolotów. Bilety można kupić przez internet. W samym Kutaisi „wypączkowało” mnóstwo agencji turystycznych, dzięki którym możemy odkrywać okolicę. A jest co zwiedzać, chociażby zespół klasztorów Mocameta, Monastyr Gelati, Park Narodowy Sataplia czy kanion Okatse.

Szkopuł w tym, że nie wszystko do końca poszło tak jak powinno: w sposób zrównoważony. Niekiedy, gdy chcemy za bardzo, za mocno – to wylewamy dziecko z kąpielą. Tak, jak chociażby z Katedrą Bagrata w Kutaisi.

The beautiful fresco inside the church at Gelati Monastery

UNESCO? Kłopoty! Parking? Błąd!

Zawaliliśmy sprawę. Ale z drugiej strony nie będzie nam jakieś UNESCO mówić, co mamy robić – w głosie mojego kierowcy słychać typowy ton, który często wybrzmiewa w Gruzji: duma z tego, że tutaj, na Kaukazie, lubią działać po swojemu. Jedziemy z Iraklim do Jaskini Prometeusza (Jaskini Kumistavi), palimy papierosy – to znaczy on pali, ja skubię ziarna słonecznika – i rozmawiamy o kłopotach z najcenniejszym zabytkiem w Kutaisi.

To „zawalenie sprawy” odbiło się dość szerokim echem, nie tylko w świecie podróżniczym. Katedra Bagrata, wpisana w 1994 r. wraz z Monastyrem Gelati na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – z hukiem, po niecałym ćwierćwieczu, z niej wyleciała. A to naprawdę sztuka: do tej pory ów niechlubny „zaszczyt” skreślenia z listy dotknął tylko trzy obiekty, którymi są Rezerwat Oryksa Arabskiego w Omanie, Drezdeńska Dolina Łaby oraz Liverpool Maritime Mercantile City.

Powód? Rekonstrukcja katedry, która nastąpiła wbrew opinii UNESCO. Dyskutuję z Iraklim, samochód trzęsie się na wertepach, skaczemy w górę i w dół niczym kurs ropy po zablokowaniu Cieśniny Ormuz. Pamiętam czasy, gdy rozpoczynały się prace budowlane przy katedrze. Remont, zmiany, nadbudowa. Opowieści ówczesnego prezydenta Gruzji, którym był Micheil Saakaszwili, pełne symboliki i obietnic przekazania narodowi gruzińskiemu nowego-starego zabytku. A że całość nastąpiła z pogwałceniem historycznych dokumentów dotyczących pierwotnego kształtu? Witajcie w Gruzji!

Z malowniczej ruiny katedra zmieniła się w nieco inny budynek, zlepek różnych pomysłów. Byłem tam przedwczoraj, nie liczę już, po raz który. Klatka schodowa i winda wyglądają jak sztucznie doklejone do wielusetletniej konstrukcji, rodem z filmu science fiction. Przed wejściem: młoda para, zakochana w sobie po uszy, uśmiechająca się do kolejnych zdjęć, pracowicie produkowanych przez wynajętego fotografa. I tylko widok na Kutaisi, z okolic dzwonnicy, pozostaje bez zmian.

Nasz prezydent, pfff. Misza Budowniczy – pogardliwie kwituje Irakli. Dojeżdżamy na parking przed wejściem do jaskini. Naobiecywał, a potem uciekł. My zawsze mamy takich gierojów u władzy, którzy pakują nas w kłopoty. Szewardnadze, Margwelaszwili, Zurabiszwili. Oni wszyscy po jednych pieniądzach. Tylko Zwiad Gamsachurdia, ooo, to był porządny człowiek – ton głosu Irakliego zmienia się. Nie chcąc zagłębiać się w meandry gruzińskiej polityki, wychodzę z samochodu na palące słońce i kieruję się w stronę kas i wejścia do jaskini.

 

* * *

 

Gruzińskie „2 w 1” doskonale widać również w innych rejonach kraju. „Nie, nie zmieniajmy!” staje do ringu z „Tak, zmieniajmy, szybko!”. W tej bitwie drugi zawodnik, ten od szybkich zmian, często ma fory.

Jak zwykle, chodzi o pieniądze, które mieszkańcy Kaukazu umieją doskonale liczyć. Skoro wpływy z turystyki zaczynają stanowić sporą pozycję w budżecie Gruzji, a turyści chcą przyjeżdżać do kraju – i wydawać tu swoje oszczędności – to należy im to umożliwić. Nawet jeżeli podejmowane działania i ekspresowe nadganianie zaległości infrastrukturalnych wpisują się niekiedy w określenie „dzika eksplozja”, a nie „zrównoważony rozwój”.

Oczywiście, powiększona baza turystyczna i piękniejące centra Tbilisi czy Batumi to wartość nie do przecenienia. Niestety, w ślad za takim rozwojem (i podwyżkami cen, o których wspominam kilka akapitów wyżej), idzie dość neofickie zachowanie, polegające na robieniu czegoś „więcej”, „mocniej”, „bardziej”.

Wracam myślami do 2019 r., tuż przed pandemią koronawirusa. Byłem wtedy (kolejny raz) w Gruzji, rozmawiałem z miejscowymi, podziwiałem sprawność w wydawaniu pieniędzy – może to trudne do uwierzenia, ale ówcześnie Narodowa Administracja Turystyki Gruzji (Georgian National Tourism Administration) dysponowała rocznym budżetem w wysokości 65 mln lari (to blisko 96 mln zł, licząc po obecnym kursie), czyli mniej więcej dwa razy większym niż nasza Polska Organizacja Turystyczna (POT) w analogicznym czasie. I rozmowa z Zurabem mocno utkwiła mi w głowie.

Zamordowaliście Gruzję! Najechaliście na nas niczym zdobywcy, wyposażeni w swoje karty kredytowe i bilety na Wizz Aira. Gruzji takiej, jaka była wcześniej, już nie ma. I to nie tylko o pieprzoną drogę i parking chodzi!

 

* * *

Tak mówił mi Zurab z Kutaisi. Prosty, szczery facet. Słowa te zdarzyło mi się już kilka razy powtarzać i cytować w rozmaitych dyskusjach dotyczących Gruzji. Sześć lat (i kilka wizyt w Sakartwelo) później uważam, że niewiele straciły na aktualności.

Parking, o którym mowa, to przestrzeń niedaleko cerkwi Cminda Sameba (św. Trójcy). Tak, tego pocztówkowego, ikonicznego, powszechnie rozpoznawalnego miejsca – wydaje mi się, że nawet osoby, które nie były w Gruzji, kojarzą ów pejzaż. Prawosławny kościół, wyglądający jak niemy pomnik historii, odcinający się swoją bryłą od monumentalnego masywu górskiego czającego się w tle. Gdy nasycicie już swój wzrok i zaczniecie rozglądać się dookoła – dostrzeżecie słynny Kazbek, kaukaski szczyt mierzący 5054 m n.p.m. Dostrzeżecie też… wybetonowany parking. I czar nieco pryska.

Nie zrozumcie mnie źle. Jestem zwolennikiem ułatwień, które pozwalają powiększyć dostępność obiektów turystycznych dla nowych grup podróżników. Rozumiem, że dla części turystów, nie tylko z Polski, krótki, dwugodzinny trekking z centrum Stepancmindy (miejscowości dawniej znanej jako Kazbegi) pod sam Kościół Świętej Trójcy mógł stanowić problem. Między innymi dlatego miejscowi biznesmeni i przewoźnicy oferowali transport samochodami z napędem na cztery koła. I za naprawdę niewielkie kwoty osoby, które tego potrzebowały, mogły zostać wwiezione na górę.

Ale od dobrych kilku lat całość przypomina parking przed dowolnym hipermarketem Carrefour czy Auchan. Wybetonowana przestrzeń, która pasuje do oszałamiającej okolicy niczym pięść do nosa. Plusy? Teraz KAŻDY turysta może podjechać swoim własnym (wypożyczonym) samochodem praktycznie pod sam klasztor. Minusy? Hej, serio: moi drodzy, czy naprawdę muszę wyjaśniać, jakie są minusy?

Śpieszmy się kochać piękne widoki. Nie są nam dane na zawsze. I nie, nie dotyczy to tylko Gruzji.

Sylwester, inwestycje, plaże i bezpieczeństwo

To była prawdziwa okazja. I jednocześnie to nie jest prehistoria, tylko opowieść sprzed ponad dwóch lat. Cztery dni pobytu w Batumi, na wybrzeżu Morza Czarnego, w terminie sylwestrowo-noworocznym. W luksusowym apartamencie (umiejscowionym w kompleksie Orbi City) przy samej plaży. Trafiłem na to miejsce, przeglądając jeden z popularnych systemów rezerwacyjnych.

Mało? Kontynuuję wyliczankę: apartament usytuowany jest na jednym z najwyższych pięter wieżowca, z obłędnym widokiem na morze i na rozświetlone neonami miasto. Całość za kwotę, która wzbudza wesołość: 90 zł za dobę. Zwariowali w tej Gruzji?

Trafiłeś na dobrą cenę, ale to nie jest błąd taryfowy, tylko nadpodaż. W Batumi jest mnóstwo nowych wieżowców, inwestycji budowlanych, które pną się do góry. Miasto zaczyna przypominać mini-Dubaj lub mini-Las Vegas – śmieje się Marcin Kowal, który posiada dwa apartamenty w centrum Batumi. Odkąd rozpoczął się pełnoskalowy konflikt w Ukrainie, wielu z właścicieli apartamentów, którzy posiadają rosyjski paszport i wpadali do Batumi na krótkie weekendy, nie może już tutaj przyjeżdżać. W efekcie apartamenty stoją puste, więc trafiły do pośredników, którzy zajmują się monetyzacją w formie najmu krótkoterminowego na znanych platformach rezerwacyjnych, takich jak Booking.com – dodaje nasz rodak.

Wciąż mam z tyłu głowy te kilka dni z przełomu 2023 i 2024 r. Spędziłem uroczy czas na tzw. nicnierobieniu, pogoda w pierwszych dniach stycznia oscylowała w przedziale 14–17°C, spacery w słynnym Ogrodzie Botanicznym pozwoliły na relaks i detoks od cyfrowego przebodźcowania. Jedzenie w restauracjach było tanie, a gruzińskie wino stanowiło ewidentny dowód na to, że Bóg, tworząc świat, przychylnie spojrzał na Gruzję.

 

* * *

Pokazuję Marcinowi zdjęcia z tarasu Orbi City i zaczepiam go w temacie zakupu nieruchomości w Gruzji. Skoro tyle apartamentów stoi pustych, a deweloperzy budują na potęgę, to może dobrym pomysłem jest posiadanie własnego mieszkania na Kaukazie?

Nie chcę zachęcać, nie chcę odradzać. Jeszcze dwa, trzy lata temu zdecydowanie polecałbym zakup nieruchomości, zwłaszcza w Batumi. Wiesz, ciepłe morze, relaks, dobra infrastruktura, wszystko nowe i błyszczące. To był czas, gdy sporo Polaków kupowało tutaj mieszkania, także w tym kompleksie, w którym spędziłeś noworoczny czas, czyli w Orbi City – opowiada Marcin Kowal. To były jakieś naprawdę niewielkie kwoty: za cenę kawalerki w polskim mieście wojewódzkim tutaj mogłeś kupić kilkudziesięciometrowe mieszkanie z balkonem i widokiem na morze. Teraz ceny są nieco wyższe, ale to dalej śmieszny poziom w porównaniu z taką Warszawą, Krakowem czy miejscowościami nad polskim morzem – śmieje się mój rozmówca.

Bywam niekiedy osobą, którą można określić popularnym związkiem frazeologicznym, jako niewiernego Tomasza. Od razu odpalam internet i sprawdzam ceny w Batumi. Bez trudu znajduję oferty w nowych kompleksach (lub we właśnie realizowanych inwestycjach), z ceną za 1 m² wynoszącą ok. 1 tys. dolarów, czyli mniej więcej 3,7–3,8 tys. zł. Widzę tańsze oferty, widzę droższe. Dużo zależy od lokalizacji i od standardu. W międzyczasie Marcin ekspresowo szkoli mnie w temacie, wyjaśniając określenie „biała rama” i „czarna rama”.

Szybkie przeliczenie w głowie, na złotówki – o cholera, to kwoty rzędu 150 tys. zł za mały apartament. Wygląda na superokazję, to kilka razy taniej niż w Polsce!

Spokojnie, tutaj nie można się rozpędzać – mój rozmówca studzi entuzjazm. Niskie ceny to często „czarna rama”, czyli stan, który nie pozwala na to, aby się wprowadzić. To nawet nie jest stan deweloperski, brakuje wylewek, wewnętrznych instalacji, ścian działowych. Do takiej „okazji” za 140–170 tys. zł musisz dorzucić jeszcze minimum kilkadziesiąt tysięcy złotych na wykończenie. Ale to dalej genialna cena w porównaniu do polskich poziomów – mruga okiem Marcin.

Głośno myślę: a co z bezpieczeństwem, z opieką medyczną, z edukacją szkolną, z perspektywami pracy? Dla cyfrowych nomadów całość brzmi atrakcyjnie, dla wszystkich innych – bardziej jako inwestycja i mieszkanie wakacyjne. To właśnie są elementy, które należy wziąć pod uwagę. Samo kupno mieszkania to dopiero początek – wspomina Marcin. Gruzja to kraj, w którym ciągle coś się dzieje. Doskonały na wakacje. Ale każdy dłuższy pobyt może pokazać nowe warstwy, których nie widać podczas urlopu. Zapewne oglądasz telewizję, widzisz te wszystkie niepokoje, które niekiedy przetaczają się przez Tbilisi. Kraj stoi w rozkroku między chęcią dołączenia jak najszybciej do świata zachodniego a podejściem obecnie rządzących. Bywa, cóż, bywa różnie – głos Marcina wpada w nieco niższy ton.

Kończymy temat nieruchomości, rozmawiamy o turystyce, o wyjazdach i przygodach… ale temat mieszkań wciąż rezonuje w mojej głowie. Posiadając polski paszport, można przebywać w Gruzji bez wizy przez cały rok, 365 dni. Dostęp do szybkiego internetu (aby móc zdalnie pracować) to znikomy koszt. Bilety na połączenia Wizz Air do Polski są tanie. Tylko czy moja miłość do chinkali, przy zderzeniu z codziennością gruzińską, bez turystycznego lukru, odmienianą przez widoczną niekiedy bylejakość, postsowiecki sznyt, podejście do czystości, traktowanie kobiet i kilka innych rzeczy – by nie wygasła?

Pytanie pozostaje otwarte.

 

 

Różnorodność doświadczeń

Po raz kolejny apelujmy o zamknięcie Muzeum Stalina w Gori, które jest miejscem gloryfikującym zbrodnie stalinizmu.

To nie moje słowa. To wypowiedź byłego ambasadora Polski w Gruzji, Mariusza Maszkiewicza, z 2022 r. I jednocześnie dowód na to, że Gruzja to nie tylko piękne widoki, lecz także niełatwa historia.

Uprzedzając pytania: tak, byłem w tym muzeum. Ale byłem również w Uplisciche, starożytnym skalnym mieście niedaleko Gori. Sacrum i profanum? Pozostałości miasta, którego historia liczy sobie, bagatela, 2,5 tys. lat – i pozostałości (pamiątki) po jednym z największych zbrodniarzy w dziejach. Czy to można w jakikolwiek sposób połączyć?

Moim zdaniem tak. Gruzja wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom podróżniczym, wyskakuje z ustandaryzowanych raportów wskazujących na raje turystyczne, raje dla miłośników historii, raje dla amatorów wypoczynku na plaży. Gruzję można jeść wieloma łyżkami. Nie można niekiedy obrażać się na rzeczywistość i to, że coś nam nie smakuje tak jak powinno.

 

* * *

Moja koleżanka, Magdalena Konik, sporą część swojego życia związała z Gruzją. Nie tą popularną, turystyczną, spod znaku wycieczek po Tbilisi czy opalania się na plaży w Batumi – tylko z życiem w Tuszetii. To górski obszar w północno-wschodniej Gruzji, gdzie lokalni mieszkańcy wiodą nieskomplikowane życie w surowych i skromnych warunkach.

Tam nie ma zjawiska overtourizmu.

Rozmowa z Magdą zawsze jest inspiracją. Moje gruzińskie doświadczenia, z tych kilkunastu pobytów, mogę skonfrontować ze zdaniem kogoś, kto widzi pewne zjawiska z zupełnie innej pozycji. Sięgam do mojego archiwum i odszukuję rozmowę sprzed 20 miesięcy.

– Magda, nie masz wrażenia, że turystów w Gruzji jest już za dużo?

– Jest ich sporo, to fakt. W 2019 r., tuż przed pandemią, rząd gruziński chwalił się, że kraj odwiedziło ponad 9 mln turystów. Brzmi imponująco, ale połowa z tego to tranzyt z Armenii, Turcji, Rosji, Iranu plus handel przygraniczny, który był wliczony w statystykę przejść. I nagle okazuje się, że takich typowych turystów to nawet 3 mln nie było.

– Ale to chyba nadal dużo?

– Jak na kraj, który ma ponad 3,5 mln mieszkańców, to jest bardzo dużo. I nie ukrywajmy, to państwo nie jest przygotowane na obsługę własnych obywateli, a co dopiero na masową turystykę. W kraju, do którego ludzie przyjeżdżają podziwiać dziką naturę, jest za dużo ścieków i śmieci, system nie wyrabia. Niestety, w ślad za tym idzie coś, co nazywam cepelią. Pokazywanie czegoś, co nie jest prawdziwe, ważne, żeby się sprzedało. Ludzie wykorzystują turystykę, aby szybko zarobić, zawyżają ceny i oszukują. A w dobie mediów społecznościowych informacja idzie w świat.

– To jest zły przekaz?

– To nie jest pełny obraz. Podobnie jak przekaz: tutaj jest tanio. Wiesz, Gruzja przez długi czas była dosyć tania. Polacy tam jeździli, odkrywali, mieli fajne relacje z miejscowymi, powiększali swoją wiedzę o tym kraju. No i super. Ale jednocześnie zaczęliśmy mieć wygórowane oczekiwania. Często słyszę w Polsce: „Co pani mówi o tej gruzińskiej gościnności, jak mnie tam nikt do domu nie zaprosił?”. Zawsze odpowiadam pytaniem na pytanie: „A czy idąc w Warszawie do sklepu po bułki i widząc w centrum grupę Chińczyków, zapraszasz ich do swojego domu, żeby pokazać polską gościnność?”. Wątpię. Wchodzenie komuś z butami do domu i oczekiwanie, że ta osoba wszystko da nam za darmo? Nie oczekujmy cudów, zwłaszcza w kraju, w którym się tak mało zarabia.

Cała Magda. Szczera do bólu. Lubię ten wywiad, który z nią przeprowadziłem jako PanPodróżnik. Ale coś w tym jest. Jeżeli wybierzecie się do Gruzji, chcąc dusić każdy grosz – nie dziwcie się, że na miejscu nie potraktują was jako zbawców ich gospodarki, którzy przylecieli z Polski na skrzydłach stalowego podniebnego rumaka i których należy natychmiast i bez żadnego wahania częstować czaczą, winem i czurczchelą, którą uwielbiam (to „gruziński snickers”, produkowany z winogron i orzechów).

Prometheus Cave (also Kumistavi Cave) near Tskaltubo in the Imereti region, Georgia

* * *

Wspomniałem o różnorodności doświadczeń? To jedno z niewielu państw, które można odwiedzać wielokrotnie, za każdym razem doświadczając czegoś nowego. Nie musicie przylatywać do Gruzji po to, żeby podczas jednego wyjazdu objechać cały kraj. Moim zdaniem, korzystając z dobrodziejstw tanich biletów lotniczych na bezpośrednie połączenia z Polski, można smakować to kaukaskie państwo kawałek po kawałku.

Jeżeli jesteście wielbicielami wielkomiejskich klimatów – stolica Gruzji stoi otworem. Tbilisi ma wiele do zaoferowania… i nie tylko o spacerze po Starym Mieście (Starym Tbilisi – Dzveli Tbilisi) mówię. Kawa z widokiem na siedzibę prezydenta? Proszę bardzo! Łaźnia siarkowa? Ależ owszem! Twierdza Narikala i obowiązkowa fotka przy monumentalnym posągu Matki Gruzji (gdybym miał wybór, wolałbym otrzymać prezent z jej lewej dłoni, czyli puchar wina, niż miecz, który dzierży w prawej)? Zdecydowanie!

Kontrapunkt dla stolicy stanowi Mccheta i zaduma nad dziejami państwa, które jako drugie na świecie (w 337 r.), po Armenii, przyjęło chrześcijaństwo (psst, niektórzy twierdzą, że w ten ranking powinno się włączyć Etiopię).

Góry? Góry są w zasięgu ręki. Przejazd Gruzińską Drogą Wojenną może dostarczyć wielu wrażeń, widok na Kazbek, który dumnie wznosi się na wysokość ponad 5 tys. m, zapada w pamięć na długo – a trekking w Tuszetii to coś, co poruszy niejedną wrażliwą strunę w naszej podróżniczej duszy.

A gdzie Kachetia, pachnąca winem? A gdzie Swanetia, gdzie kamienne wieże obronne strzelają w niebo? A gdzie Wardzia, niesamowity skalny klasztor, a właściwie całe miasto?

 

* * *

Wracasz do nas. I będziesz wracać. Kto raz zaznał naszej gościnności, był na suprze, słuchał tamady i toastów, ten będzie już nasz. W sercu.

Tak powiedział mi Szota, były policjant, który gościł mnie w 2014 r. i kilka lat później. Supra to tradycyjna gruzińska uczta, a tamada to swoisty mistrz ceremonii, który prowadzi suprę i inicjuje toasty, z których słyną Gruzini. Nauczyłem się kilku z nich. Jeden jest specjalny, zapada w pamięć:

Jeżeli w naszym smutku wspierają nas przyjaciele, to z tego smutku zostanie tylko połowa. Jeżeli w naszej radości jesteśmy razem z naszymi przyjaciółmi, to radość staje się podwójna. Wypijmy więc toast za przyjaciół, którzy są z nami na suprze, aby dzielić z nami smutki i mnożyć radości.

I wiecie co? Szota miał rację.

 

Paweł Kunz

www.panpodroznik.com