O Portugalii łatwo pisać zimą, kiedy za oknem mróz, śnieg i chciałoby się poleżeć w złocistych okolicznościach atlantyckich plaż. Tam jest inaczej, cieplej, milej. Chętnie wraca się do wspomnień słonecznych dni urzekających lekką bryzą, szumem fal, widokiem strzelistych klifów, do jakich nasze orłowskie nie mają startu. Chciałoby się znów skosztować owoców morza i wina, których u nas nie sposób doświadczyć, choćby nawet wykupić całą (portugalską przecież) Biedronkę.
W Portugalii jest – jak się nam wydaje – milej, cieplej, bardziej wakacyjnie. Czy aby wszędzie, zawsze i na pewno? Sprawdźmy…
Obraz „śródziemnomorskich tropików” odpowiada prawdzie tylko w części, bo zimą w Portugalii pada (choć nie wszędzie i nie zawsze), niskie temperatury potrafią dokuczyć, a i sztormy uderzają nieporównywalnie większe niż u nas, jak choćby ten na początku 2026 r., który poharatał wybrzeża środkowej Portugalii. Pojawiły się wówczas kilkumetrowe fale, wiatr o prędkości nawet do 200 km/godz., że aż dachy zrywało, do tego kilka tygodni deszczu. A przecież nie wszystkie domy w tym kraju mają ogrzewanie, więc zimą do Portugalii podróżować można, ale ze świadomością pewnego ryzyka.
A latem? Cóż – zdecydowanie lepiej, choć w szczycie lipcowych upałów łatwo tam o miejsca wypalone słońcem, w których czasami wręcz nie da się wytrzymać. Do tego w miastach niemal wszędzie tłumy i przejść trudno, a portugalski usłyszeć jeszcze trudniej. Zniechęciłem was? Jeśli nie, proszę, czytajcie dalej.
Uwielbiam Portugalię, w każdym wydaniu. Północną, środkową, południową i wyspy. Jest moja, czuję się tam u siebie, choć wiem, że u siebie nie jestem, nawet jeśli jako tako opanowałem język portugalski. Łatwo tu się wtopić w międzynarodową atmosferę, bo Portugalia to kraj imigrantów, ale poza większymi miastami, jak Lizbona, Porto, Sintra czy Albufeira, nie widać tego aż tak bardzo. Prowincja zachowała swój lokalny charakter, co stanowi jej wielki atut. Dlatego właśnie kiedy myślę o „mojej Portugalii”, to nie te cztery miasta mam przed oczami. Je warto odwiedzić, gdy jest się tutaj po raz pierwszy czy drugi. Ale nie są już „moje”, bo zadeptali je turyści. Opowiem wam więc o innej Portugalii – mniej oczywistej, mniej obleganej, prowincjonalnej. Tej, do której sam jeżdżę na wakacje i którą poleciłbym znajomym.
Jako wieloletni menedżer ds. turystyki miałem okazję poznać Portugalię nie tylko służbowo – z perspektywy katalogowych kurortów, lecz także prywatnie – poprzez autentyczność, smak wina na lokalnym targu, zapach plantacji korka w Alentejo czy zapach pleśni w piwnicach Vila Nova de Gaia na południowym brzegu rzeki Duero (port. Douro), gdzie mieszkałem i pracowałem. Codziennie spacerowałem przez Porto: handlową Rua de Santa Catarina, przez gwarne Mercado do Bolhão, dostojne Praça da Liberdade do kameralnego Praça do Coronel Pacheco. Zapamiętałem Portugalię jak drugi dom, zatem…
Zapraszam do lektury mojej subiektywnej listy portugalskich przebojów, bez Lizbony i Porto. Dla porządku – z północy na południe.
PORTUGALSKIE WYBRZEŻE, LECZ BEZ PORTO I LIZBONY
Najstarsi Luzytanie powiadają, że kiedy Porto pracuje, a Lizbona się bawi, to Braga się modli. Położone na obrzeżach Santuário do Bom Jesus do Monte (Santuário do Bom Jesus de Braga) to perełka architektury barokowej, ucieleśniająca koncepcję zagospodarowania całego górującego nad miastem wzniesienia. Znajduje się tu droga krzyżowa, w upalne dni naprawdę wymagająca. Na szczycie oprócz kościoła mieszczą się park ze stawem i kilka kafejek, w których można sympatycznie spędzić przedpołudnie.
Historyczna część 200-tysięcznej Bragi, często nazywanej „portugalskim Rzymem”, jest dość kompaktowa. Łączy zabudowę średniowieczną z barokową i tą najokazalszą – oświeceniową. To miasto energiczne, z restauracjami, lodziarniami, kafejkami i życiem nocnym. Polecam odwiedzić jedną z najbardziej rozpoznawalnych w Portugalii kawiarni, która swoją renomą sięga początku XX w. – „A Brasileira” (jej dzieje zaczynają się w 1907 r.). Nie dla kawy, bo ta jest raczej średnia, a dla atmosfery i towarzystwa ludzi, którzy wciąż przychodzą tutaj czytać gazety.
Poza tym Braga może być świetną (i tańszą od Porto) bazą wypadową do okolicznych miejscowości, jak Barcelos, Ponte de Lima, Viana do Castelo czy pierwsza stolica Hrabstwa Portugalii (Condado Portucalense, Condado de Portucale) – Guimarães. Do każdej z nich można dojechać samochodem w godzinę, dzięki czemu zostaje dużo czasu na spacery, kawę i ciastko – obowiązkowe pastel de nata.
Viana do Castelo to zarówno historyczny, jak i współczesny port u ujścia rzeki Lima, ale też miejsce pielgrzymek na portugalskiej trasie do Santiago de Compostela w graniczącej z prowincją Minho hiszpańską Galicją (Comunidade Autónoma de Galicia). Warto zaplanować tutaj cały dzień, żeby czasu starczyło i na odwiedziny w dzielnicy historycznej z portem, gdzie owoce morza będą smakowały najlepiej, i na wyprawę do Sanktuarium Najświętszego Serca Pana Jezusa (Santuário Diocesano do Sagrado Coração de Jesus), położonego na Wzgórzu św. Łucji (Monte de Santa Luzia). To właśnie ze szczytu Viana do Castelo robi największe wrażenie. Widoczna z daleka monumentalna świątynia, niczym witająca wjeżdżających do miasta twierdza, wieńczy zlewisko „księżniczki Limy”, jak nazywana jest tutejsza rzeka. Ci, którzy zdecydują się wspiąć na wzgórze, zostaną nagrodzeni zapierającą dech w piersiach panoramą na sielską, zieloną dolinę łączącą się z miejską zabudową oraz na łagodny nurt Limy. U jej ujścia do Atlantyku wciąż z łatwością można sobie wyobrazić karawele, które niegdyś wypływały na wyprawy odkrywcze za ocean.
Urokliwe Barcelos (usytuowane ok. 35 km na południowy wschód od Viana do Castelo) dało Portugalii jeden z jej symboli – czarnego koguta z kolorowymi wzorami (Galo de Barcelos), związanego z legendą o galisyjskim pielgrzymie, który zmierzał tędy do Santiago de Composteli. Górujące nad rzeką Cávado zaprasza weekendowym targiem rzemiosła, warzyw i owoców, podobno największym w kraju. Warto się tu zatrzymać.
Ponte de Lima znaczy dosłownie „most nad Limą”. Ponoć to tutaj dotarli Rzymianie, zanim przekroczyli granicę (z łac. limes) północnych bezdroży barbarzyńskich plemion. Podobnie jak Barcelos, to miejscowość malownicza, ze średniowiecznym rynkiem, masą kafejek i restauracji oraz wiekowym mostem, którego widok urzeka szczególnie o zachodzie słońca, gdy rzeka, bulwary i okoliczne winnice wyglądają najpiękniej.
Peso da Régua jest sercem doliny rzeki Douro, od stuleci słynącej z upraw winorośli i produkcji wina. To tu znajduje się interesujące Museu do Douro. Celem tej placówki jest badanie i upowszechnianie dziedzictwa Regionu Wydzielonego Douro (Região Demarcada do Douro, Douro Vinhateiro) oraz jego szlachetnych trunków, a w szczególności słynnego na cały świat wina porto. Na koniec zwiedzania, z kieliszkiem w dłoni, można podziwiać rzekę i tarasowe winnice. Długa tradycja uprawy winorośli ukształtowała niezmiernie malowniczy krajobraz kulturowy, odzwierciedlający jednocześnie rozwój techniczny, społeczny i gospodarczy regionu winnego górnego Douro (Alto Douro). Nic więc dziwnego, że w 2001 r. został wpisany na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Peso da Régua stanowi idealny punkt wypadowy do odkrywania tego rejonu Portugalii, czy to podczas rejsu po rzece Douro, czy krótkiego pobytu w jednym z klimatycznych hoteli pośród winnic. Znajduje się ich tutaj całkiem sporo, w tym dwa z cenionej portugalskiej sieci Vila Galé Hotéis. Niech nie zmyli was fakt, że region leży na północy kraju i jest górzysty. W dolinie Douro latem bywa gorąco, a temperatury mogą sięgać nawet 40˚C. Z drugiej strony sierpień to świetny miesiąc, żeby odwiedzić północną Portugalię, bo w większości miast odbywają się wtedy barwne festyny.
Jeśli w powiedzeniu o Lizbonie, Porto i Bradze brakowało czwartego miasta, jest nim Coimbra – ta, która się uczy. Najważniejszy i najstarszy ośrodek uniwersytecki (założony w 1290 r. Universidade de Coimbra), druga po Guimarães stolica kraju, ale pierwsza stolica Królestwa Portugalii (przed przeniesieniem jej w 1255 r. do Lizbony) zachwyca architekturą historycznego centrum oklejającą wzgórze. Na jego szczycie wznosi się kampus Universidade de Coimbra oraz spektakularna Biblioteca Joanina z XVIII stulecia – klejnot na trasie europejskich bibliotek, porównywany do biblioteki Kolegium Trójcy Świętej (Trinity College) w Dublinie w Irlandii, podobnie bogaty, choć nie tak wiekowy.
Figueira da Foz to miasto nieoczywiste – z portem, kasynem z 1898 r. (Casino Oceano) oraz sięgającą najdalej w głąb lądu plażą w Europie, miejscami osiągającą nawet kilometr szerokości. Podkreślam – szerokości! Nadbrzeżny deptak wzorowany był na tym w Rio de Janeiro. Miasto, które rozkwitło w czasach rządów Antónia de Oliveiry Salazara (1889–1970), teraz się rozbudowuje, pęcznieje międzynarodowymi festiwalami muzycznymi, lecz nawet w sezonie nie jest przesadnie oblegane. Z kolei okoliczne plaże potrafią przyćmić te na południu i przyciągają tysiące Portugalczyków.
Mniej więcej 115 km na południe znajduje się Óbidos ze średniowieczną twierdzą (Castelo de Óbidos) tak dobrze zachowaną, że mogłaby posłużyć za gotową scenografię do Gry o tron. Zamek był m.in. świadkiem rekonkwisty z rąk Maurów, a w 1282 r. został podarowany królowej portugalskiej Elżbiecie Aragońskiej (Isabel de Aragão, 1271–1336) jako prezent ślubny. Dziś 12-tysięczne miasteczko stanowi świetne miejsce na krótki wypad z Lizbony lub z jednej z pobliskich wspaniałych plaż. Można tu wypić doskonałą wiśniówkę (ginjinha) lub zapomnieć o świecie w którejś z 14 księgarni. W jednej z nich (Livraria de São Tiago) – założonej, o zgrozo, w dawnym kościele – kupiłem wyśmienity zbiór portugalskich legend i baśni.
Pobliskie Peniche to z kolei mekka surferów, podobna do słynącego z największych w Portugalii fal Nazaré. Samo miasteczko wciąż szuka tożsamości, rozdarte między portem rybackim i towarowym, tanim kurortem a częścią przemysłowo-mieszkalną. Ale warto do niego zajrzeć, choćby po to, żeby zobaczyć port z fortecą i więzieniem (Praça-forte de Peniche, Fortaleza de São Francisco), objechać półwysep z groźnie wyglądającymi klifami i wybrać się w rejs po Atlantyku. W okolicy portu jadłem najlepsze w tej części wybrzeża owoce morza.
Leiria (ok. 85 km na północny wschód, położona nad rzeką Lis) czaruje nie tylko magiczną nazwą. Tutejszy zamek (Castelo de Leiria, zwany również Entremuralhas) ma w sobie coś wyjątkowego – tajemniczą aurę, która co roku w sierpniu przyciąga miłośników muzyki na mroczny, ale ekscytujący gotycki festiwal o przewrotnej nazwie Extramuralhas (jego najbliższa edycja odbędzie się od 20 do 22 sierpnia 2026 r.). W dzielnicy zamkowej można podziwiać wspaniałe przykłady sztuki ulicznej, nawiązujące do najważniejszych dzieł literatury portugalskiej. Warto też odwiedzić miejscowe sklepy oraz przytulne kawiarnie, żeby oddać się południowoeuropejskiemu stylowi życia: czerpaniu przyjemności z małych rzeczy i smakowaniu każdej chwili. Leiria może być także idealną bazą wypadową do odkrywania fascynującej okolicy o bogatym dziedzictwie historycznym i kulturowym. Cały tutejszy region to raj dla miłośników jedzenia. Znajduje się tu również jedno z najważniejszych miejsc kultu dla katolików – Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej (Santuário de Nossa Senhora do Rosário de Fátima), usytuowane ok. 30 km na południowy wschód od miasta Leiria.
Skąpany w słońcu region Alentejo (którego nazwa w wolnym tłumaczeniu znaczy „Krainę za Tagiem”) to serce portugalskiej produkcji rolnej, historyczna prowincja gorących wyżyn, w której rosną dęby korkowe i gaje oliwne. Znajdziemy tu perełki południowej Portugalii: Évorę i Elvas. Miasto Évora zachwyci rzymskimi i arabskimi zabytkami, a także upalnym klimatem oraz okolicznymi zagajnikami oliwnymi i winnicami. Z kolei Elvas, położone tuż przy granicy z Hiszpanią, oszałamia militariami: średniowiecznym zamkiem (Castelo de Elvas), gigantyczną fortecą z drugiej połowy XVIII w. – Forte de Nossa Senhora da Graça (Forte Conde de Lippe), a także nostalgicznym cmentarzem żołnierzy brytyjskich (Cemitério dos Ingleses), którzy w okresie wojen napoleońskich powstrzymywali hiszpańsko-francuską nawałnicę nadciągającą na Portugalię. Nic więc dziwnego, że to garnizonowe miasto przygraniczne wraz z fortyfikacjami wpisano w 2012 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
W Alentejo uwaga jednak na upały. Bywają tak dotkliwe, że nawet mieszkańcy, rozkochani w niespiesznym trybie życia, wydają się ruszać wolniej od powietrza, czym potrafią solidnie zirytować przyjezdnych.
W Sagres kończy się świat, przynajmniej ten europejski. To 2-tysięczna wioska rybacka na południowo-zachodnim skraju Portugalii – doskonałe miejsce na piesze wędrówki, samotne kontemplacje plaż i słońca i oczywiście surfing. Sagres jest małe, ale znane, bo tutaj właśnie infant Henryk Żeglarz (1394–1460), twórca portugalskiej potęgi kolonialnej, założył pierwszą szkołę morską – dla kartografów i żeglarzy – Escola de Sagres. Czy sam tu rezydował, bardzo wątpliwe. Miejscową twierdzę (Fortaleza de Sagres) zniszczyły dwa kataklizmy – w 1587 r. brytyjski korsarz Francis Drake (ok. 1540–1596) oraz słynne trzęsienie ziemi z 1755 r. Dzisiejsza rekonstrukcja dawnej fortecy z różą wiatrów (Rosa dos Ventos do Infante D. Henrique), gdzie zapewne planowano zamorskie wyprawy i odkrycia geograficzne, zaskakuje surowością i skromnością. Ale mogła tak wyglądać, bo przecież to właśnie ludzie odważni, surowi i twardzi byli w stanie w „łupinkach” pokonywać oceany. Sagres nie pozwala zapomnieć o sobie z jeszcze jednego powodu. Dało nazwę jednej z trzech popularnych marek portugalskiego piwa. Niech się wam jednak nie wydaje, że dojechawszy tu, znajdziecie się w Żywcu, tudzież w czeskim Pilznie. Sagres to ocean, owoce morza, klify i plaże. Piwo stanowi tylko dodatek.
W tych śródlądowych zachwytach nie można zapominać, że Portugalia to kraj na wskroś morski i kolonialny, który z zapomnianej prowincji stał się kolebką globalizacji. Zaczęło się z końcem XIV w. od oczywistych kontaktów z Afryką Północną i ostrożnego opływania kontynentu. Za sprawą Henryka Żeglarza, który mimo przydomku nie był marynarzem, ale mecenasem (dziś powiedzielibyśmy raczej: sponsorem) żeglarzy, dzielni Portugalczycy wyprawiali się nie tylko na południe, lecz także na zachód przez kapryśny Atlantyk. Najpierw dotarli do Madery (Madeira), potem na Azory (Açores). Odkryli je, podbili i zasiedlili, bo w przeciwieństwie do Wysp Kanaryjskich archipelagi Madery i Azorów były niezamieszkałe. Pozostali tam do dziś, w tym czasie zmienili biosystem, czego obecnie jesteśmy świadkami. Oba archipelagi mają status regionów autonomicznych i szeroką samodzielność, choć centrala w Lizbonie skąpi środków na wielkie inwestycje. Może to i dobrze, bo Madera wręcz puchnie od tysięcy gości z całej Europy, a Azory jeszcze nie nadają się do przyjęcia masowej turystyki. Pytanie, czy jej potrzebują…

Landscape of Madeira island – Ponta de sao Lourenco
PERŁA ATLANTYKU
Słowo zatem o Maderze, zwanej „Morską Perłą” (Pérola do Mar), wulkanicznej wyspie o niezwykle łagodnym klimacie i przyjemnej średniorocznej temperaturze ok. 22˚C. Oprócz niej, największej, w skład archipelagu wchodzą przede wszystkim Porto Santo i Ilhas Desertas – Wyspy Opuszczone. Ilhas Desertas są cztery, nadal bezludne i zwyczajnie odległe.
Sama Madera (czy „Wyspa Drewna”, jak można przetłumaczyć jej nazwę) okazuje się nie tak oczywista, jakby się wydawało, bowiem charakteryzuje ją zaskakująca różnorodność. Inna jest na południu, gdzie więcej promieni słonecznych i plaż (choć nie piaszczystych), a inna na północy – tam strzeliste klify przysłaniają słońce, które dociera w niektóre miejsca dopiero przed wieczorem. Drogi biegną dookoła wyspy i przecinają ją na pół. W centrum dominują góry i płaskowyże, pośród których łatwo się zgubić, nawet chodząc po szlakach wyznaczonych przez tzw. lewady (levadas) – wybudowane w ciągu setek lat kanały irygacyjne sprowadzające wodę z centralnych szczytów do pól uprawnych i osiedli na wybrzeżach. Na „Morskiej Perle”, która przez większość roku jest wilgotna i deszczowa, nie ma naturalnych źródeł wody.
Jak na wyspę tak odległą od Polski, Madera ma z naszym krajem zaskakująco wiele wspólnego. Zimę 1930/1931 r. spędził tutaj, w willi Quinta Bettencourt, dla podreperowania zdrowia Józef Piłsudski (1867–1935), a w blisko 110-tysięcznej stolicy – Funchal, przy ulicy prowadzącej do katedry (Sé Catedral do Funchal), znajduje się jego popiersie. W 1991 r. wyspę odwiedził także Jan Paweł II (1920–2005), którego pomnik stanął przed tą samą świątynią. Co ciekawe, Karol Wojtyła zawdzięcza swoje imię Karolowi I Habsburgowi (1887–1922), ostatniemu cesarzowi Austro-Węgier, który zmarł na wygnaniu właśnie w Funchal na Maderze. Istnieje jeszcze jeden związek z Polską, a raczej pewna legenda. Przeszło 20 lat po bitwie pod Warną (1444 r.) żywota miał tu dokonać nie kto inny, ale król Władysław III Warneńczyk (ur. 1424 r.), a schronienia udzielił mu ponoć sam Henryk Żeglarz. Ale czy to prawda, czy tylko jej okruch? Podobno można się o tym przekonać w Muzeum Sztuki Sakralnej (Museu de Arte Sacra) w Pałacu Biskupim (Paço Episcopal) w Funchal.
Wielu zaczyna przygodę z Maderą właśnie od jej stolicy, i to bardzo dobry wybór. Ścisłe historyczne centrum sąsiaduje tutaj z nowoczesną dzielnicą hotelową i nadbrzeżnymi bulwarami, skąd można wybrać się kolejką linową na wzgórze Monte (1025 m n.p.m.), do przecudnych Ogrodu Botanicznego (Jardim Botânico da Madeira) i Ogrodu Tropikalnego (Jardim Tropical, Monte Palace Madeira Tropical Garden) oraz Kościoła Matki Bożej z Góry (Igreja de Nossa Senhora do Monte), w którym pochowano ostatniego cesarza Austro-Węgier. Warto przejść się do gotyckiej katedry oraz historycznymi uliczkami do XVII-wiecznego Fortu św. Jakuba (Forte de São Tiago) i na pobliski targ (Mercado dos Lavradores). Poza Funchal ciekawe są również port w Câmara de Lobos oraz historyczne, choć dziś wciśnięte w ruch uliczny, kryte strzechą domy w miejscowości Santana – tzw. casinhas de Santana.
Co jeszcze zobaczyć na „Wyspie Drewna”? Na pewno nie ma tu już egzotycznych lasów, które wieki temu wycięto. Obszar w centralnej, górzystej części jest wprawdzie porośnięty bogatym drzewostanem, częściowo jednak eukaliptusowym, co stanowi gigantyczny problem dla innych, miejscowych gatunków roślin. Nie brak tutaj za to lasów wawrzynowych (laurissilva). Można też spróbować obejść całą wyspę niezmiernie malowniczymi trasami wzdłuż wspomnianych lewad. Szczególnie polecam trekking w okolicach lasu Ribeiro Frio. Na północnym zachodzie kuszą naturalne baseny wulkaniczne w Porto Moniz i niedaleki wodospad Véu da Noiva (w dosłownym tłumaczeniu: Welon Panny Młodej). Na wschodzie wietrzny i skalisty Przylądek św. Wawrzyńca (Ponta de São Lourenço), a na południu najwyższy na wyspie klif (aż 580-metrowy!) z przeszklonym tarasem – Cabo Girão. Wiąże się z nim legenda o śmierci tajemniczego mnicha z królewskiej rodziny, w którym niektórzy badacze dopatrują się poległego pod Warną Jagiellona. Oczywiście wśród tutejszych krajobrazowych atrakcji nie może zabraknąć spektakularnych widoków w miejscowości Curral das Freiras oraz tych rozciągających się z najwyższego szczytu Madery (i trzeciego Portugalii) – Pico Ruivo (1862 m n.p.m.), na który można dość swobodnie wejść. Widok na wyspę i ocean znad pierzyny chmur jest niezapomniany.
Co zjeść, co wypić? W tym celu polecam szczególnie wizytę na wspomnianym Mercado dos Lavradores, a zwłaszcza na targu rybnym. Do południa kupicie tam peixe-espada-preto, czyli pałasza czarnego – atlantycką rybę głębinową, która jest na Maderze przysmakiem, a trudno ją dostać na kontynencie. Warto spróbować również miejscowych owoców morza. Amatorom mocniejszych trunków polecam spacer po barach Funchal i degustację poncha. To tradycyjny, mocny (20–25 proc. alkoholu) drink przygotowywany na bazie aguardente de cana (lokalny rum z trzciny cukrowej), miodu i świeżych soków z cytryny i pomarańczy. Poncha powstał w XVIII w. w Câmara de Lobos jako środek leczniczy dla rybaków. Miesza się go specjalnym drewnianym tłuczkiem caralhinho, a najlepiej smakuje świeżo przyrządzony w barach i restauracjach na Rua de Santa Maria. Pisząc o napitkach, nie sposób nie wspomnieć o winie madera (vinho da Madeira) – długowiecznym trunku deserowym, do którego w procesie wzmacniania dodaje się destylat winny, czyli brandy. Zatrzymuje to fermentację, a wino dojrzewa w wysokich temperaturach. Podobno przepis ten odkryli żeglarze podróżujący przez równik. Co ważne, madera po otwarciu się nie psuje i może być przechowywana przez miesiące, a nawet lata. Swą świetność zawdzięcza Brytyjczykom i Amerykanom, bowiem wyspiarskie wino stało się w XVIII stuleciu hitem eksportowym, szczególnie w brytyjskich koloniach, gdzie odegrało swoją rolę podczas tworzenia Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Aerial view of Ilheu de Vila Franca, a volcanic Azores island with a natural pool, ideal for swimming, snorkeling, and eco-tourism in a pristine coastal setting.
ATLANTYCKIE HAWAJE
O Azorach, czyli drugim z kulturowo najbliższych Portugalii archipelagów, można w skrócie powiedzieć tyle, że przyciągają egzotyczną nazwą i nimbem terra incognita. Mało kto tam był, a jeśli już, to na krótko. Są odległe, tajemnicze i z kapryśną pogodą, ale cierpliwym podróżnikom potrafią odwdzięczyć się spektakularnymi widokami, wyjątkową produkcją rolną (tutejsze ananasy, sery i miody to po prostu bajka!) oraz wrażeniem przebywania w miejscu, gdzie czas zwalnia, a jakiekolwiek zmiany mogą nastąpić wyłącznie w wyniku erupcji uśpionych wulkanów. Nazwa archipelagu pochodzi od jastrzębia (port. açor), którego portugalscy odkrywcy napotkali tu w 1427 r.
Azory to propozycja dla tych, którzy zamiast piaszczystych plaż i hoteli z formułą all inclusive szukają dzikiej natury i poerupcyjnych krajobrazów. Jak cała Makronezja (do której należą też m.in. archipelagi Madera i Wysp Kanaryjskich), obejmują wulkaniczne wyspy, bardziej przypominające wiecznie zieloną Irlandię niż słoneczne Karaiby. Spośród dziewięciu głównych wysp ci, którzy mają mniej czasu, odwiedzą przeważnie tę główną i największą – São Miguel (Ilha de São Miguel). Szczęśliwi posiadacze dłuższego urlopu zawitają pewnie jeszcze na dwie – Pico (Ilha do Pico) lub na Terceirę (Ilha Terceira).
Co różni Azory od Madery? Pogoda, która jest tutaj absolutnie nieprzewidywalna, i klimat – bardziej surowy niż na bliższej kontynentowi „siostrze”, naznaczony deszczem i gwałtownymi zimowymi wiatrami. Archipelag można odwiedzać od późnej wiosny do wczesnej jesieni, a najkorzystniej wtedy, gdy w Europie trwa lato.
Na São Miguel (ponad 740 km² powierzchni, ok. 65 km wzdłuż równoleżnika, od 8 do 15 km wzdłuż południka) znajduje się sześć głównych miast: Ponta Delgada (stolica), Lagoa, Nordeste, Povoação, Ribeira Grande i Vila Franca do Campo. Wulkaniczny charakter wyspy widać bardzo wyraźnie w ukształtowaniu terenu, jak również w aktywności podziemnych sił w okolicach Furnas na terenie gminy Povoação (nazwa tej miejscowości oznacza dosłownie „piece”). Nie spotka się tu plaż ani kurortów, a jeszcze 100 lat temu mieszkańcy trudnili się głównie wielorybnictwem, hodowlą bydła i uprawą roli. Z uwagi na wilgotny klimat wciąż uprawia się tu herbatę.
Jeśli na São Miguel przeznaczymy trzy dni, spokojnie objedziemy całą wyspę, zatrzymamy się w punktach widokowych na wybrzeżu, które zostawią w nas niezapomniane widoki zachodzącego słońca oglądanego z wysokich klifów, i wykąpiemy się w naturalnych basenach skalnych, utworzonych przez zastygłą lawę. Oczywiście, przemierzając ten malowniczy ląd, warto przewidzieć czas na jego główne atrakcje.
Lagoa do Fogo (z port. Jezioro Ognia – 575 m n.p.m.), czyli zalaną słodką wodą kalderę masywu stratowulkanicznego Água de Pau (947 m n.p.m.), najlepiej oglądać z punktów widokowych Miradouro do Pico da Barossa (899 m n.p.m.) oraz Miradouro da Lagoa do Fogo (776 m n.p.m.). W sprzyjających warunkach, o które tutaj trudno, można podziwiać wschód słońca. Bywa jednak, że zachmurzenie oraz bardzo częste (i gęste) mgły przesłonią widok. Takie już są Azory.
Okolice jeziora Furnas (Lagoa das Furnas), znajdującego się w kraterze wygasłego wulkanu, do którego ostatniej erupcji doszło w 1630 r., to miejsce bogate w gejzery i inne gorące źródła – można ich tu zobaczyć ponad 50. W niektórych z nich przyrządza się tradycyjny azorski gulasz mięsno-warzywny cozido (cozido das Furnas), przygotowywany w specjalnych garnkach zakopanych w fumarolach (otworach w gorącej, wulkanicznej ziemi) i gotowany w ten sposób przez 5–6 godz. Nie jest to kulinarny szczyt luksusu, ale spróbować warto.
Polecam również zajrzeć do Sete Cidades (w gminie Ponta Delgada) – miasteczka wielkości wsi (zamieszkanego przez zaledwie 700 osób), położonego tuż nad sąsiadującymi ze sobą jeziorami – Lagoa Verde (z port. Jezioro Zielone) i Lagoa Azul (z port. Jezioro Niebieskie). Miejscowość otaczają strome klify porośnięte bujną roślinnością. Odpocząć można w jednej z kawiarni z widokiem na wodę lub na samym brzegu. Warto również zobaczyć Kościół św. Mikołaja (Igreja de São Nicolau), do którego prowadzi aleja araukarii.

Aerial view of Madeira island. Land meets ocean in Ponta do Sol, Madeira, Portugal
Najpopularniejsze miejsce na Azorach, w którym można zażyć ciepłych kąpieli, to założony ponad 200 lat temu Parque Terra Nostra – jeden z największych i najstarszych ogrodów na archipelagu. Rośnie w nim ok. 2 tys. gatunków roślin, w tym bogata kolekcja kamelii – mniej więcej 600 gatunków i odmian tych kwiatów. Warto pospacerować wśród tutejszej ożywczej, bujnej zieleni przypominającej dżunglę. Wisienkę na torcie stanowi basen termalny zasilany ciepłym źródłem o temperaturze między 36 a 42˚C. Bogata w minerały woda jest brązowawego koloru, przez co barwi tkaniny – lepiej założyć stary albo ciemny strój kąpielowy.
Ponta Delgada ma interesujące historyczne centrum oraz nadbrzeże z klimatycznymi kafejkami i restauracjami, a z miejscowego portu można się wybrać w rejsy obserwacyjne, żeby podziwiać wieloryby i delfiny. Trzeba się do nich dobrze przygotować – każdy z uczestników zostaje przeszkolony i zaznajomiony z zasadami bezpieczeństwa. Łodzie motorowe tną wręcz oceaniczne fale, a bujania nie da się uniknąć – to atrakcja dla tych, którym niestraszna choroba morska. Stanowi jednak niewątpliwą gratkę, bo wielkie ssaki w ich naturalnym środowisku spotkać tu łatwiej niż gdziekolwiek indziej w Europie. Wody Azorów są domem dla ponad 20 gatunków wielorybów i delfinów. Najbardziej charakterystyczny – kaszalot – bytuje tutaj przez cały rok. W sezonie migracyjnym pojawiają się także płetwale błękitne, humbaki oraz finwale.
Rzadko kiedy podróżnicy, zwiedziwszy São Miguel, udają się dalej. O ile jeszcze na Pico znajduje się najwyższy szczyt Azorów – Montanha do Pico (2351 m n.p.m.), Faial (Ilha do Faial) ma słynny wulkan Capelinhos (Vulcão dos Capelinhos), a São Jorge (Ilha de São Jorge) – unikatowe zatoki fajãs, o tyle Terceira – trzecia co do wielkości z azorskich wysp – wydaje się płaska (w najwyższym punkcie ma 1021 m n.p.m. – Serra de Santa Bárbara, Vulcão de Santa Bárbara) i stosunkowo nudna. Nic bardziej błędnego, bo i ona ma wiele do zaoferowania.
Podobnie jak na Pico – dawnym centrum wielorybnictwa (baleação), które dziś służy ekologii, na Terceirze, w 4-tysięcznej miejscowości São Mateus da Calheta, mieści się małe muzeum poświęcone temu zagadnieniu (Casa dos Botes Baleeiros). Inna atrakcja wyspy to przepiękne i nierzadko zatłoczone Algar do Carvão – komin wulkanu, w którym na dość dużej głębokości (ok. 100 m) można podziwiać podziemne jezioro. Niedaleko znajduje się kolejna jaskinia – 700-metrowa Gruta do Natal. Ze względu na niski strop i panujące na trasie ciemności trzeba ją zwiedzać w kasku. Furnas do Enxofre to miejsce podobnej aktywności podziemnych sił jak ta na São Miguel, z tym że bez jeziora. Tu fumarole ogląda się, spacerując trasą biegnącą po dość łagodnych wzgórzach.
Na Terceirze zdecydowanie trzeba zobaczyć Angra do Heroísmo – zjawiskowe miasto warowne i najważniejszy port oceaniczny do czasu wynalezienia turbiny parowej. Od 1983 r. jego historyczne centrum znajduje się na prestiżowej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wznoszą się tutaj m.in. otoczona blisko 600 m murów Forteca św. Jana Chrzciciela (Fortaleza de São João Batista) oraz dziewięć klasztorów, w większości barokowych, o wystroju wnętrz tak bogatym, że można zadumać się nad skalą wywozu złota i drewna z Brazylii. Pomimo postępującego od początku XX stulecia stopniowego upadku znaczenia portu zabytkowe centrum miasta stanowi obecnie jedną z największych atrakcji turystycznych Azorów. A widok na naturalne wzniesienie oddzielające dwie zatoki portowe miasta – Monte Brasil (o wysokości 205 m) – przywodzi na myśl Pão de Açúcar w brazylijskim Rio de Janeiro.
W ten sposób Azory stają się nie tylko symbolicznym, lecz także realnym pomostem między Portugalią i jej najważniejszą dawną kolonią – Brazylią. Ale związki archipelagu z Ameryką nie ograniczają się jedynie do jej południowej części. Na Azorach, a konkretnie na Terceirze, w sąsiedztwie cywilnego lotniska Lejes (Aeroporto Internacional das Lajes – TER), od czasów II wojny światowej zlokalizowana jest baza marynarki wojennej USA. Nie taka znów opuszczona, jakby się wydawało, co okazało się całkiem niedawno przy okazji przerzutu amerykańskich sił w rejon Zatoki Perskiej. Można by zatem zaryzykować twierdzenie, że bez małych Azorów żegluga i kontakty Europy z obiema Amerykami byłyby trudniejsze i rzadsze. Dlatego doceniajmy to miejsce, odwiedzajmy je i podziwiajmy. Bo choć ten malowniczy archipelag nie jest prawdziwymi Hawajami, to ma do zaoferowania bardzo wiele.
Tyle o Portugalii nieoczywistej i zamorskiej. Można by jeszcze opowiedzieć o jej dawnych koloniach: Wyspach Świętego Tomasza i Książęcej oraz o Wyspach Zielonego Przylądka, to jednak zupełnie inna historia – afrykańska i prawdziwie egzotyczna.
R.A. Olek



