Sycylia (Sicilia) nie potrzebuje reklamy, a jednak potrafi oczarować już od pierwszego spojrzenia. Leży na styku kontynentów i epok, gdzie antyczne ruiny sąsiadują z barokowymi pałacami, a nad wszystkim czuwa sylwetka Etny, spokojna i groźna zarazem. To tutaj Europa spotyka Afrykę, a każda ulica, każdy port i plac noszą ślady Fenicjan, Greków, Arabów i Normanów. Podróż na Sycylię jest jak wejście do świata, który ma własne tempo i własne reguły. Poranki pachną świeżo paloną kawą i migdałami, popołudnia toną w słońcu, a wieczory należą do długich rozmów przy winie. Przyklejone do skał miasteczka, jasne plaże i turkusowe zatoki tworzą krajobraz, w którym naprawdę można zwolnić.

 

Pierwszy raz ujrzałam Sycylię 25 lat temu z perspektywy samolotu – olśniewającą mozaikę zielonych gajów, rudej ziemi i turkusowego morza. Już wtedy, wysoko ponad lądem, poczułam dreszcz ekscytacji i przeczucie, że to początek niezwykłej przygody. Sycylijskie słońce muskające skórę o poranku ma smak dojrzałych cytryn i zapach rozgrzanych ziół. Gdy zamykam oczy, czuję na powiekach jego ciepło, jak pocałunek wyspy, w której zakochałam się od pierwszej chwili. Jestem na Sycylii, a raczej Sycylia jest we mnie. To miejsce, gdzie każda uliczka i każdy krajobraz wygrywają swoją melodię: brzmienie fal rozbijających się o skały, gwar targu mieszający się z szeptem historii, cichy szelest winnic w popołudniowym skwarze. Moja opowieść o tej największej wyspie na Morzu Śródziemnym płynie prosto z serca.

Starożytni Grecy wierzyli, że na północ od Sycylii zaczyna się kraina, w której ziemia nie jest do końca ludzka. Nazwali ten archipelag „Wyspami Eola” (stąd wł. Isole Eolie), od władcy wiatrów, który miał tu decydować o losach żeglarzy. W mitologii był to obszar graniczny: między światem ludzi a światem bogów, między stabilnym lądem a nieprzewidywalnym ogniem wnętrza ziemi. Łatwo zrozumieć, skąd brały się te wyobrażenia, gdy nad Stromboli widać nocą czerwone błyski, a w powietrzu na Vulcano czuć zapach siarki.

Wyspy Liparyjskie, bo o nich mowa, są jednym z najbardziej aktywnych geologicznie obszarów Europy. Siedem z nich: Lipari, Vulcano, Salina, Stromboli, Panarea, Filicudi i Alicudi, w całości wyłoniło się z wulkanicznego ognia, na styku dwóch płyt tektonicznych, gdzie afrykańska powoli wciska się pod europejską. Archipelag ma dziś ok. 60 km długości z północy na południe i mieszka na nim niespełna 15 tys. ludzi, z czego większość na Lipari, która pełni funkcję ośrodka administracyjnego. Dla współczesnych podróżnych bramą do Eolii jest port w Milazzo na Sycylii, skąd kilka razy dziennie odpływają promy i szybkie wodoloty (aliscafi). Podróż między poszczególnymi wyspami trwa od kilkudziesięciu minut do 2 godz., w zależności od kierunku i pogody. To archipelag, który najlepiej zwiedzać etapami: jedną wyspę dziennie. Każda ma własny rytm, własną skalę i własny temperament. Dopiero poznając kolejno Lipari, Vulcano, Salinę, Stromboli, Panareę, Filicudi i Alicudi, zaczyna się rozumieć, że Wyspy Liparyjskie nie są jednym miejscem, lecz siedmioma bardzo różnymi światami, połączonymi morzem i historią.

 

MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA

Dla mnie prawdziwe serce regionu Sycylii bije właśnie pośród błękitu Morza Tyrreńskiego, na siedmiu Wyspach Liparyjskich, rozsianych niczym zielono-czarne klejnoty na tafli wody. To tam, daleko od zgiełku lądu, odkrywam Sycylię najbardziej autentyczną: surową i zmysłową zarazem, rozgrzaną słońcem i ukołysaną ciszą. Tym razem, zamiast w Milazzo, swoją podróż na archipelag zaczynam w Neapolu.

 

Nocny rejs na Stromboli

W stolicy Kampanii wieczór jest gorący. Wsiadam na pokład promu Laurana, płynącego na najdalszą z Wysp Liparyjskich. Za rufą nikną światła miasta, przede mną otwiera się ciemność morza. Fale rytmicznie kołyszą statkiem, a miliony gwiazd wiszą tuż nad masztem. Zasypiam w ich świetle. O brzasku budzi mnie chłodna bryza. Na horyzoncie wyrasta sylwetka doskonałego stożka, czynnego wulkanu Stromboli (926 m n.p.m.), zwieńczona cienkim pióropuszem dymu. Gdy prom dobija do maleńkiej przystani, na twarzy czuję pierwsze ciepłe promienie słońca. Tak zaczyna się moja liparyjska wędrówka: od wyspy ognia, wyrastającej prosto z morza.

Volcano Stromboli Archipelago Eolie Sicily Italy

Wyspa ognia i ciszy

Stromboli to jedna z najbardziej niezwykłych wysp w Europie. Ma zaledwie 12 km2 powierzchni i ok. 500 stałych mieszkańców, ale jej znaczenie wykracza daleko poza skalę. To jeden z niewielu wulkanów na świecie, który od ponad 2 tys. lat pozostaje niemal nieustannie aktywny. Już starożytni żeglarze nazywali go „latarnią Morza Śródziemnego”, gdyż w nocy erupcje były widoczne z daleka i służyły jako naturalny punkt orientacyjny na morskich szlakach. Dziś Stromboli stanowi jednocześnie wyspę turystyczną i miejsce, w którym ludzie żyją w cieniu czynnego wulkanu.

Schodząc na ląd, delektuję się niezwykłą ciszą. Prawie nie ma tu samochodów – nie mieszczą się w wąskich uliczkach. Poranek jest jasny i spokojny, słychać tylko szum fal muskających czarny, wulkaniczny piasek. Z oddali dobiega głęboki pomruk „Iddu”, jak miejscowi nazywają swój wulkan. Co pewien czas z krateru unosi się w niebo wąski pióropusz popiołu. Za dnia jedynie delikatna smużka dymu na tle błękitu zdradza drzemiącą potęgę żywiołu.

Na wyspie są tylko dwie wioski: Stromboli i Ginostra. Pierwsza ma port, sklepy, bary i niewielkie hotele. Druga, maleńka, niemal odcięta od świata, przez lata była uważana za jedną z najbardziej odizolowanych osad w Europie. Między nimi nie ma drogi. Komunikacja odbywa się łodzią albo pieszo – górskimi ścieżkami. Na tej wyspie nie da się żyć anonimowo. Wszyscy się znają, wszyscy wiedzą, kto przyjechał, kto wyjechał i kto spóźnił się na ostatni statek.

W małej wiosce życie toczy się niespiesznie. Białe domki toną w zieleni i fioletowych kwiatach bugenwilli. Z pobliskiej piekarni dociera zapach świeżego chleba zmieszany ze słoną wonią morza. Przysiadam na ciepłej plaży z czarnego piasku. Zanurzam dłonie w drobnych, lśniących ziarenkach i patrzę na spokojną taflę wody. Ogarnia mnie błogi spokój, a czas jakby na chwilę się zatrzymał. Plaże Stromboli są czarne, tworzą je wulkaniczny piasek i drobne kamienie. Najbardziej znana to Spiaggia Lunga, długa, otwarta na pełne morze.

Stromboli to wyspa, na której mniej się leży, a więcej patrzy i chodzi. Nie jest stworzona do leniwego plażowania, lecz do obserwacji. Najbardziej charakterystyczny jej element to Sciara del Fuoco – potężny żleb, którym lawa spływa bezpośrednio do morza. To właśnie stąd najlepiej widać nocne erupcje. Po zmroku wsiadam na łódź, żeby z morza obejrzeć ten spektakl. Cumujemy pod skalistym zboczem „Ścieżki Ognia”. Nagle ciszę przeszywa głuche dudnienie i na niebie rozkwita fontanna iskier. Rozżarzone kamienie staczają się po zboczu do morza niczym spadające gwiazdy. W powietrzu czuć zapach dymu i rozgrzanej ziemi, na ustach osiada słony smak. To piękno, które nie jest bezpieczne ani dekoracyjne. To piękno żywe. Późną nocą długo wsłuchuję się w oddalone pomruki wulkanu i miarowy szum fal. Stromboli przypomina o swej potędze i nieprzewidywalności.

Na przeciwległym, trudno dostępnym krańcu wyspy znajduje się Ginostra – wioska, w której jeszcze do niedawna (do 2004 r.) nie było prądu. Nie docieram tam tym razem, ale sama świadomość jej istnienia mówi wiele o charakterze tej wyspy.

Jednym z najlepszych adresów na kolację w Stromboli jest „Punta Lena” – kuchnia wyspiarska w bardzo czystej formie: ryby, kapary, oliwa, makarony bez zbędnych ozdób. Z kolei na kieliszek wina o zachodzie słońca polecam bar „Ingrid”, z tarasem nad morzem. Hotele i pensjonaty są proste, często rodzinne. Stromboli nie sprzedaje luksusu. Sprzedaje doświadczenie miejsca. Przypomina, że archipelag nie jest pocztówką, lecz ciągle zmieniającym się tworem geologicznym. To wyspa, która uczy pokory, ciszy i koncentracji. Nie każdy ją pokocha. Ale nikt, kto tu był, jej nie zapomni.

 

Białe domy i bugenwille

Rankiem opuszczam Stromboli, zabierając ze sobą wspomnienie wulkanicznej nocy. Po krótkim rejsie wodolotem widzę wyłaniającą się Panareę – najmniejszą zamieszkaną z Wysp Liparyjskich, otoczoną kilkoma skalistymi wysepkami. Ma zaledwie 3,5 km2 powierzchni i ok. 300 stałych mieszkańców, a mimo to jest jedną z najbardziej znanych i fotografowanych części archipelagu. Już z daleka widać białe, lśniące w słońcu domki i zatoki o szmaragdowo-turkusowej wodzie. Panarea wygląda lekko, niemal grecko. Nie ma tutaj monumentalnych gór ani groźnych kraterów, są za to światło, przestrzeń i elegancja. Na wyspie nie uświadczysz samochodów. Wąskimi uliczkami jeżdżą tylko maleńkie meleksy, a bagaże wożone są na osobnych wózkach.

Schodząc na ląd, mam wrażenie, jakbym wchodziła do bajkowego świata. Bielone wapnem domy kontrastują z błękitem nieba, a z ogrodów płyną zapachy jaśminu i ziół rozgrzanych słońcem. Na rogu niewielka kawiarnia dopiero się otwiera. Siadam pod pergolą z małą filiżanką espresso i spoglądam na spokojną zatokę. Woda jest tak przejrzysta, że widać pod powierzchnią tańczące trawy morskie i przemykające rybki. Kilka jachtów kołysze się w porcie, ich kadłuby pobłyskują w porannym słońcu. Na horyzoncie wysepki Basiluzzo, Dattilo, Lisca Nera, Panarelli i kilka pomniejszych, niczym rozsypane okruchy lądu. To naturalny archipelag satelitów Panarei, idealny do pływania, snorkelingu i powolnych rejsów między skałami.

Wyspa smakuje beztroską. Na straganie kupuję dojrzałe figi i brzoskwinie; ich słodycz miesza się ze słonym posmakiem morskiej bryzy na ustach. Zaglądam na małą plażę ukrytą między skałami, gdzie zamiast piasku leżą gładkie, ciemne kamienie nagrzane słońcem. Zanurzam stopy w ciepłym morzu. Słychać tylko plusk wody o brzeg i cichy szept wiatru. Czas płynie leniwie, jakby popołudnie miało trwać wiecznie.

Przez stulecia Panarea była biedną wyspą rybacką. Dopiero w drugiej połowie XX w. zaczęli przyjeżdżać tu artyści, architekci i ludzie kultury. Tak narodziła się legenda Panarei jako ośrodka stylu, piękna i dyskretnej elegancji. Do dziś nie ma tutaj masowej turystyki, jest za to selektywny rytm, w którym wszystko dzieje się wolniej i ciszej. Centrum życia pozostaje San Pietro – maleńki port, wokół którego skupia się większość restauracji i hoteli. Na lunch dobrze sprawdza się „Cusiritati”, z kuchnią prostą, opartą na rybach, warzywach i oliwie.

Nie sposób pisać o Panarei, nie wspominając o Raya Hotel & Resort – miejscu-legendzie, wyglądającym jak biała wioska na zboczu wzgórza. To tu od dziesięcioleci spotykają się ludzie świata sztuki i mody. Tutejszy taras, z widokiem na morze i sąsiednie wysepki, należy do najpiękniejszych punktów widokowych całej Eolii. Ale Raya ma także drugie oblicze. Gdy zapada zmierzch, elegancki hotel zamienia się w jeden z najsłynniejszych ośrodków życia nocnego całego archipelagu. To właśnie tutaj odbywają się legendarne wieczory, dla których od lat przyjeżdża się na Panareę z Lipari, z Milazzo, a nawet z Neapolu. Muzyka, światło, biel murów i ciemny błękit nieba tworzą atmosferę, która jest esencją tej wyspy: wyrafinowaną, zmysłową i trochę teatralną. O tej porze Panarea naprawdę ożywa. W San Pietro bary zapełniają się ludźmi, słychać rozmowy w różnych językach, brzęk kieliszków i śmiech. Jachty w zatoce zapalają światła, a cała wyspa powoli przenosi się w górę, na tarasy Raya Hotel & Resort. Gdy odpływam ostatnim wodolotem, z żalem spoglądam na znikające w mroku białe domki. Myślę, że Panarea jest jedną z tych wysp, które najlepiej pokazują podwójną naturę Eolii: za dnia – cichą i jasną, nocą – pełną życia, światła i muzyki.

Cityscape of Noto. View of the central street with walking tourists. Province of Syracuse, Sicily, Italy

Kręgosłup archipelagu

Kolejny przystanek mojej wędrówki to Lipari – największa i najbardziej zaludniona z Wysp Liparyjskich, ich naturalna stolica i punkt odniesienia dla wszystkich pozostałych. Ma ok. 37 km2 powierzchni i blisko 12 tys. mieszkańców. To tu mieszczą się urzędy, szkoły, szpital i główny port. Bez Lipari archipelag nie miałby swojego centrum. Już z daleka widać zabudowania miasta o tej samej nazwie, rozłożone amfiteatralnie nad zatoką. Po dniach ciszy na mniejszych wysepkach od razu czuję zmianę rytmu. W porcie pulsuje codzienne życie: łodzie wracają z połowów, rybacy rozplątują sieci, nawołując się w lokalnym dialekcie, z kawiarni dobiega gwar porannej krzątaniny. Tutaj archipelag naprawdę pracuje.

Wspinając się wąskimi uliczkami, ustępuję z drogi skuterom. W Lipari ruch uliczny jest czymś zupełnie zwyczajnym. To nie tylko cel podróży, ale przede wszystkim prawdziwe miasto z dziećmi idącymi do szkoły, urzędnikami w drodze do pracy i targiem, na którym wszyscy się znają. Na straganach piętrzą się warzywa, cytryny, bakłażany i pęczki ziół. Kupuję kilka małych pomidorków, słodkich, pachnących słońcem. Sprzedawca mówi, że na Lipari wszystko smakuje inaczej, bo dojrzewa między morzem a wulkanem, i to zdanie brzmi jak lokalna definicja szczęścia.

Historia tej wyspy sięga ponad 5 tys. lat wstecz. Osady istniały tu już w epoce brązu, a w czasach greckich i rzymskich Lipari pełniło funkcję jednego z najważniejszych portów północnej Sycylii. Nad stolicą wyspy do dziś dominuje potężna skała z kompleksem Castello di Lipari: dawnym akropolem, twierdzą i siedzibą biskupów. To miejsce, gdzie w jednym kadrze widać całą historię archipelagu.

Do moich najważniejszych liparyjskich wspomnień należy wizyta w winnicach Tenuta di Castellaro, położonych w północnej części wyspy, w surowym, wulkanicznym krajobrazie. To nowoczesna, ale głęboko zakorzeniona w tradycji posiadłość, która przywróciła Lipari znaczenie na winiarskiej mapie Sycylii. Spacer między rzędami winorośli rosnących na czarnej, wulkanicznej ziemi pozwala zrozumieć, jak bardzo smak tutejszych szlachetnych trunków zależy od geologii wyspy. Degustacja małmazji (malvasii) i białych win, z widokiem na morze i sąsiednie wyspy, była dla mnie jednym z tych momentów, w których pejzaż, kultura i smak łączą się w jedno doświadczenie.

Wieczorem Lipari wychodzi na spacer. Na Corso Vittorio Emanuele mieszkańcy i przyjezdni mieszają się w powolnym strumieniu rozmów. Tradycyjna sycylijska granita o smaku cytrynowym (granita al limone) jest tutaj nie tylko mrożonym deserem, lecz także codziennym rytuałem. Siadam na murku i obserwuję zwyczajne życie wyspy, które toczy się niezależnie od sezonu. Na kolację wybieram „Ristorante da Filippino” – jedną z kulinarnych instytucji Lipari, działającą od ponad 100 lat. To miejsce, gdzie tradycja eolska nie stanowi atrakcji dla turystów, lecz naturalną część codzienności: makarony z miecznikiem, ryby dnia, kapary i oliwa, bez zbędnych ozdób. Przy sąsiednich stolikach siedzą miejscowe rodziny, co zawsze jest najlepszą rekomendacją.

Noc spędzam w eleganckim Hotelu Carasco, położonym nieco poza centrum, na skalistym cyplu nad morzem. Dawna rezydencja arystokratyczna oferuje jedną z najpiękniejszych lokalizacji na wyspie. Z tarasu widać otwarte morze, a poranne światło budzi tu spokojniej niż gdziekolwiek indziej. Lipari uczy, czym jest równowaga. To wyspa, która łączy historię z codziennością, turystykę z normalnym życiem, ruch portu z ciszą bocznych uliczek. Po dniach spędzonych na mniejszych wysepkach właśnie tutaj najlepiej rozumie się, jak funkcjonuje cały archipelag. Bo Lipari nie jest tylko obiektem zachwytu. Jest wyspą, bez której Eolia nie mogłaby istnieć.

 

Kraina dymu i siarki

Na wyciągnięcie ręki z Lipari znajduje się Vulcano – wyspa, która od pierwszej chwili daje o sobie znać zapachem. Woń siarki miesza się ze słonym powiewem morskiej bryzy, gdy prom zbliża się do brzegu. Vulcano wita mnie czarną plażą i obłoczkami pary unoszącymi się z wnętrza ziemi. Mam wrażenie, jakbym wkroczyła do królestwa Hadesa. Tutaj ziemia oddycha, a każdy krok przypomina o ukrytym pod stopami ogniu. Nieprzypadkowo słowo „wulkan” pochodzi od imienia rzymskiego boga ognia i kowalstwa, Wulkana, utożsamianego z greckim Hefajstosem. W starożytności wierzono, że właśnie na Vulcano znajduje się mityczna kuźnia, w której cyklopi wykuwają błyskawice dla Zeusa (w mitologii rzymskiej – Jowisza). Unoszący się nad kraterem dym był dla dawnych żeglarzy dowodem, że olbrzymy wciąż pracują pod powierzchnią.

Wyspa ma ok. 21 km2 powierzchni i zaledwie kilkuset mieszkańców. Jest surowa, niemal ascetyczna, zdominowana przez jeden monumentalny stożek: Gran Cratere della Fossa (ok. 400 m n.p.m.). Staję na czarnym piasku, drobnym, nagrzanym i połyskującym niczym węgiel, po czym wyruszam ścieżką na szczyt masywu. Początkowo otaczają mnie kępy dzikiego tymianku i rozmarynu, których aromat miesza się z siarką. Wyżej rośliny znikają, zastąpione przez czarną, popękaną skałę i żużel chrzęszczący pod butami. Słońce praży niemiłosiernie, pot spływa po skroniach, ale myśl o widoku z góry dodaje mi sił. Na krawędzi krateru zatrzymuję się oniemiała. Pode mną zieje ogromna, poszarpana czeluść wulkanu, z której unoszą się gęste, szczypiące w gardło opary. Żółte od siarki głazy parzą stopy, a powietrze drży od gorąca. Wystarczy unieść wzrok, żeby ujrzeć widok, który zapiera dech w piersiach: dookoła błękit Morza Tyrreńskiego, z którego wyłaniają się wszystkie pozostałe wyspy, od zielonej Saliny tuż obok po odległą Stromboli z cienkim obłoczkiem dymu nad szczytem. Czuję się, jakbym stała w samym centrum świata żywiołów: pod stopami uwięziony ogień, wokół niezmierzona woda i powietrze. Schodząc, kieruję się do słynnych błot siarkowych u podnóża wulkanu. Zanurzam się w ciepłej, szarej mazi, intensywny zapach na moment odbiera oddech, ale po chwili ciało przyzwyczaja się do tej pierwotnej terapii. Smaruję ciało leczniczym błotem, a kilka minut później wskakuję do morza, żeby je zmyć. Chłodna woda natychmiast przynosi ulgę i orzeźwienie, choć zapach siarki jeszcze długo pozostaje na skórze.

Wieczorem wracam w stronę przystani. Na kolację wybieram jedną z małych trattorii przy porcie, gdzie kuchnia jest prosta i bezpośrednia: ryby dnia, makarony z kaparami, oliwa i białe wino. Na Vulcano je się tak, jak żyje – bez ozdób, blisko ziemi. Szczególne miejsce w mojej pamięci zajmuje jednak Therasia Resort Sea & Spa – hotel położony na skalistym cyplu nad otwartym morzem. Widoki z jego tarasów należą do najpiękniejszych w całym archipelagu. Zanurzając się w jednym z basenów, patrząc na Lipari i Salinę, mam wrażenie, że ciało wciąż unosi się między ogniem a morzem. To jeden z tych momentów, w których luksus i surowość natury spotykają się w idealnej równowadze. Gdy zachodzi słońce, snujące się nad wyspą opary przybierają różowozłoty kolor. W oddali słychać cichy pomruk krateru – oddech uśpionego giganta. Siedzę na tarasie z kieliszkiem sycylijskiego wina, czując przyjemne zmęczenie i głęboki spokój. Vulcano uczy pokory wobec potęgi natury. Przypomina, że ziemia, po której chodzimy, pozostaje żywa.

 

Szept wiatru i fal

Wypływam dalej na zachód, ku odległej Filicudi. Długi rejs z Vulcano po otwartym morzu jest jak podróż na koniec świata – wokół tylko bezkres wody i nieba, aż trudno uwierzyć, że gdzieś tam czeka kolejny ląd. W końcu na horyzoncie wyłania się niewielka wyspa o surowym obliczu. Filicudi wita mnie ciszą i prostotą: żadnych białych miasteczek, żadnych dymiących kraterów, tylko brunatno-zielone zbocza i ciemne klify spadające prosto do błękitnego morza. To jedna z najbardziej odludnych wysp archipelagu. Ma niecałe 10 km2 powierzchni i zaledwie kilkuset mieszkańców rozproszonych w kilku maleńkich osadach. Nie ma tu kurortów. Są tylko krajobraz i czas, który płynie inaczej. W porcie, przy małym pomoście, stoi kilka kamiennych domów. Kilkoro mieszkańców wita mnie skinieniem głowy i uśmiechem, po czym znów zapada cisza, głęboka i przenikająca. Słychać tylko naturę: monotonny szum fal rozbijających się o skaliste wybrzeże, krzyk samotnej mewy szybującej nad wodą.

Ruszam spacerem jedyną ścieżką ciągnącą się wzdłuż brzegu, bo na Filicudi prawie nie ma dróg. Mijam maleńką, białą kapliczkę o niebieskich drzwiach, dalej – ruiny kilku domów porośniętych bugenwillą, pamiątki po tych, którzy niegdyś tutaj mieszkali i odpłynęli w poszukiwaniu lepszego życia. Przez wieki wyspa powoli się wyludniała, zostawiając po sobie ślady cichej emigracji. Ścieżka prowadzi mnie do małej zatoczki z widokiem na La Canna – smukłą, bazaltową iglicę sterczącą z morza niczym zagubiona wieża. Ten niezwykły twór skalny, wysoki na ponad 70 m, jest jednym z symboli całej Eolii i rajem dla nurków oraz wspinaczy. Krystalicznie czysta woda ma tu kolor szmaragdu. Nie mogę się oprzeć, żeby nie zanurzyć się w morzu. Słona woda unosi mnie na powierzchni, wokół kolorowe ryby i fioletowe koralowce przyczepione do podwodnych głazów. Jestem tutaj zupełnie sama; słychać jedynie mój oddech i plusk wody. Po chwili czuję, jakbym rozpłynęła się w tej toni, stała się częścią morza i wiatru.

Złociste światło zachodzącego słońca okrywa Filicudi ciepłą poświatą. Siadam na tarasie Hotelu La Sirena do prostej kolacji: świeże sardynki z cytryną, domowy chleb i kieliszek złocistej małmazji – bez pośpiechu i bez nadmiaru. Gdy zapada noc, niebo eksploduje miliardem gwiazd. W miejscu, gdzie nie ma niemal żadnych świateł, Droga Mleczna wydaje się na wyciągnięcie ręki. Wsłuchując się w wiatr i fale, mam wrażenie, że niosą one szept dawnych mieszkańców. Filicudi uczy uważnie słuchać. Nie świata, lecz własnego serca.

 

Na krańcu świata

Jeszcze dalej na zachód leży Alicudi, dzika siostra Filicudi. Dopływam tam niewielką prywatną łodzią. Alicudi nie ma prawdziwego portu, tylko małe, betonowe molo, przy którym wysiada się ostrożnie. Z daleka wyspa wygląda jak stromy stożek wyrastający prosto z morza, pokryty kępami makii i tarasowymi poletkami. Przy brzegu widać jedynie kilka kolorowych domków rozrzuconych na zboczu. To niemal koniec świata. Niewielu tu dociera. Alicudi ma zaledwie 5 km2 powierzchni i ok. 100 stałych mieszkańców. Nie ma tutaj hoteli, sklepów ani bankomatów. Jest kilka pensjonatów, jeden bar i poczta, która otwiera się wtedy, kiedy może. Przez stulecia wyspa była niemal całkowicie odcięta od świata. Na Alicudi nie ma również dróg ani samochodów. Zamiast ulic są strome, kamienne schody pnące się po zboczu.

Mój plecak ląduje na grzbiecie osiołka, jedynej „taksówki” na wyspie. Zwierzę prowadzi milczący staruszek. Podążam za nim wąskim traktem, ostrożnie stawiając kroki po nierównych kamieniach. Słońce praży, więc co jakiś czas zatrzymuję się, żeby odetchnąć i spojrzeć za siebie. Widok zapiera dech w piersiach. Za mną bezkresny błękit morza, na horyzoncie majaczą inne wyspy, jak odległe, niebieskawe cienie. Cała Alicudi zdaje się zawieszona między niebem a wodą. Po chwili odpoczynku ruszam dalej wyboistą ścieżką w górę. Mijam nieliczne domostwa; z ogródków dobiega kuszący zapach bazylii i świeżo pieczonego chleba. Spotkani mieszkańcy pozdrawiają mnie skinieniem. Na Alicudi wszyscy się znają, a przybysz jest wydarzeniem. Gdzieniegdzie pasą się kozy, leniwie schodząc ze stromych zboczy. Noc spędzam w Casa del Pittore (z wł. Dom Malarza), położonym wysoko na zboczu, do którego prowadzą długie, kamienne schody. To miejsce bez recepcji i bez pośpiechu: są tylko taras, cisza i widok na nieskończone morze. Gospodarze zostawiają na stole prostą kolację: chleb, oliwę, kilka pomidorów i karafkę wina. Na Alicudi nie wybiera się restauracji. Przyjmuje się to, co dają dom i wieczór. Docieram jeszcze do maleńkiej, białej kaplicy przycupniętej wysoko na stoku. Przysiadam na jej schodach, łapiąc oddech. Wokół panuje absolutna cisza, taka, jakiej nie pamiętam z żadnego innego miejsca. Siedzę tak aż do zachodu słońca, gdy niebo barwi się złotem i purpurą, a morze w dole powoli ciemnieje. Gdy schodzę po kamiennych stopniach, drogę rozjaśniają mi tylko gwiazdy. Czuję się, jakbym dotarła na sam kraniec świata. Alicudi uczy, że do szczęścia potrzeba bardzo niewiele: kilku kamiennych schodów, ciszy, morza i świadomości, że nigdzie dalej już iść nie trzeba.

Autumn salad of arugula, spinach, figs and goat cheese in a black plate, overhead scene on a rustic wooden background

Zielona wyspa wina i kaparów

Ostatni punkt mojej liparyjskiej podróży to Salina. Zostawiłam ją na koniec, bo jest dla mnie najważniejsza. Spędziłam na niej ponad 10 lat i wracam tu kilka razy w roku, niezależnie od sezonu czy innych planów. Wracam, bo to jedyne miejsce, w którym naprawdę czuję, że jestem u siebie. Gdy na horyzoncie wyłaniają się znajome zielone sylwetki bliźniaczych stożków wulkanicznych, czuję, jak ogarnia mnie wzruszenie. Te szczyty to Fossa delle Felci, najwyższy punkt całego archipelagu, wznoszący się na 962 m n.p.m., i Monte dei Porri, wysoki na 860 m n.p.m. Witam je jak starych przyjaciół, którzy znają wszystkie moje powroty i wszystkie moje pożegnania. Prom przybija do Santa Marina Salina. Schodzę na molo i od razu czuję znajomą woń. Wyspa pachnie kaparami. Kwitnące krzewy rosną wszędzie: na kamiennych tarasach, przy murach, w szczelinach skał. Ten aromat jest dla mnie jak podpis tego miejsca. Rozglądam się po przystani. Niewiele się zmieniło. A jednak wszystko jest inne dla kogoś, kto wraca tutaj rok po roku z pamięcią całego życia.

Salina to najbardziej zielona z Wysp Liparyjskich. Ma ok. 27 km2 powierzchni i niespełna 2,5 tys. stałych mieszkańców. Jest drugą co do wielkości wyspą archipelagu i jednocześnie jego najżyźniejszym sercem. Administracyjnie dzieli się na trzy gminy: Santa Marina Salina, Leni i Malfa, do których należą wszystkie główne wioski wyspy. Niewielka liczba ludzi sprawia, że życie tu wciąż ma wymiar wspólnoty, każdy powrót jest zauważony, a każde pożegnanie zapamiętane.

Od stuleci wyspa słynęła z uprawy kaparów, które obecnie mogą się poszczycić Chronioną Nazwą Pochodzenia jako Kapary z Wysp Liparyjskich (Cappero delle Isole Eolie DOP), i produkcji małmazji (Malvasia delle Lipari DOP) – słodkiego wina, które rozsławiło ją daleko poza Sycylią. To tutaj wulkaniczna ziemia przybiera swoje najłagodniejsze, najpłodniejsze oblicze: ogrody, winnice i gaje oliwne odróżniają to miejsce od surowych krajobrazów sąsiednich wysp.

Wieczorem jadę do Pollary, mojego ukochanego zakątka. Siadam na kamiennym murku nad półkolistą zatoką otoczoną wysokimi klifami i czekam na zachód słońca. Niebo płonie purpurą i złotem, te same barwy przybierają klify i morze w dole. Słychać tylko cykady i cichy szum fal. Nic dziwnego, że właśnie tę scenerię wybrano na plener filmu Listonosz (Il Postino, 1994 r.). Duch poezji wciąż unosi się tu w powietrzu.

Spacerując po znajomych ścieżkach, odwiedzam kolejne wioski Saliny: Linguę, Rinellę i Malfę. Przez lata moje serce wrosło w tę wyspę, zapuściło korzenie w jej skałach, wśród kaparów i winnic, w rytm fal uderzających o brzeg. Salina nie stała się moim domem od razu. Stawała się nim powoli, dzień po dniu, poranek po poranku.

Przez lata ważnym centrum mojego życia był Hotel Signum w Malfie. To tutaj stałam się częścią tej wyspy, a nie tylko gościem. Obiekt założyli Clara Rametta i Michele Caruso, którzy z niewielkiego rodzinnego pensjonatu stworzyli jedno z najważniejszych miejsc noclegowych na mapie Sycylii. Restauracja „Signum” zdobyła gwiazdkę Michelina, a tutejsze spa należy do najpiękniejszych, jakie widziałam w życiu. Gdy zeszłego lata Clara Rametta odchodziła, nie żegnali jej tylko rodzina i pracownicy hotelu. Żegnała ją cała wyspa. Wtedy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, jak bardzo jedna osoba może wpisać się w los miejsca i jego ludzi. Bo Salina to także ludzie. Jeden z nich, Santino, to człowiek, którego zna każdy mieszkaniec wyspy. Nie prowadzi baru ani restauracji. Jest po prostu częścią wyspy, jej pamięcią, jej codziennością, kimś, kto wie, kto przyjechał, kto wyjechał i kto naprawdę tu przynależy. Tacy ludzie są duszą wysp. Salina to także wino. Nino Caravaglio i jego winnice to osobny rozdział w tutejszej historii. Jego małmazje i białe wina są jak ta wyspa: szczere, głębokie, bez kompromisów. Teraz buduje nową winiarnię i czekam na jej otwarcie z ekscytacją, jak na narodziny czegoś bardzo ważnego. Ostatniego lata spałam w małym Hotelu Punta Scario, położonym nad jedną z najpiękniejszych plaż wyspy. Jego właściciel, Emanuele, porzucił Mediolan i rozpoczął tutaj nowe życie. Z tarasu schodzi się prosto na plażę Punta di Scario – miejsce o krystalicznej wodzie i czarnych, gładkich kamieniach, gdzie czas naprawdę przestaje istnieć.

Z kolei w Rinelli mam adres, który jest dla mnie smakiem całej wyspy: „Pa.Pe.Ro’ al Glicine”. Pod pergolą pachnącą wisterią (czyli właśnie glicynią) kuchnia jest taka jak sama Salina: prosta, sezonowa, z rybą, kaparem, oliwą i winem. Granita alla ricotta con polvere di cappero – słodka, kremowa ricotta, chłód lodu i delikatna gorycz kaparowego pyłu to dla mnie kwintesencja tego miejsca. Salina nauczyła mnie życia wyspiarskiego: cierpliwości, pokory wobec pogody, szacunku do ziemi i ludzi. Nauczyła mnie, że dom to nie miejsce, w którym się rodzimy, ale miejsce, do którego chce się wracać. Wiem, że prędzej czy później znowu tu przypłynę. Może na dłużej. Może na zawsze. Bo Salina nie jest już dla mnie tylko wyspą. Jest moim domem.

 

POWRÓT NA SYCYLIĘ

Nadszedł moment, żeby znów pożeglować. Z portu Santa Marina Salina wsiadam na prom do Milazzo. Zostawiam za sobą znajome wulkaniczne kontury wyspy, czując jeszcze na ustach smak małmazji, a na skórze dotyk kamieni z Pollary. Salina powoli oddala się na horyzoncie, jej zielone stożki nikną w błękicie morza, jakby znów chowały się w pamięci. Rejs trwa krótko, bo 1,5 godz., a jednak wystarcza, żeby zmienić rytm myśli. Eolia uczy ciszy. Sycylia zawsze wita ruchem. Gdy statek wpływa do portu, zaczyna się inna podróż. Ruszam w głąb wyspy, żeby odwiedzić miejsca, które od lat układają się we mnie jak mozaika z kamieni, fragmenty wspomnień, do których wracam co roku, nie z obowiązku, lecz z potrzeby serca.

Syrakuzy (Siracusa) i Ortygia (Ortigia), Noto, Marzamemi, Taormina. To nie lista atrakcji, lecz mapa moich powrotów.

 

Klejnot Syrakuz

Sycylijskie drogi najpierw prowadzą mnie na południe, do Syrakuz. Stoję na kamiennym moście prowadzącym na Ortygię, maleńką wysepkę, która stanowi serce historycznego centrum. Pachnie tutaj morzem i historią. Wilgotny wiatr od zatoki niesie zapach soli, który miesza się z aromatem bugenwilli pnącej się po jasnych murach. Ortygia to labirynt wąskich uliczek, gdzie echa kroków dawnych filozofów i poetów wibrują pod stopami. Przysiadam na schodach Katedry Metropolitarnej Narodzenia Najświętszej Maryi Panny (Cattedrale Metropolitana della Natività di Maria Santissima), której fasada lśni w słońcu niczym marmurowa koronka. Wchodzę do chłodnego wnętrza świątyni i dotykam dłonią antycznej kolumny – pozostałości po greckiej świątyni Ateny, wtopionej w chrześcijański dom modlitwy. Czuję pod palcami chłód kamienia i ciężar dziejów, które pamięta. Idę dalej, do otoczonego papirusami Źródła Aretuzy (Fonte Aretusa). Według mitu to tu, uciekając przed zalotami boga Alfejosa, nimfa miała przemienić się w zdrój. Lubię myśleć, że to jedno z tych miejsc, gdzie legenda i rzeczywistość naprawdę się spotykają.

Podczas ostatniej podróży odkryłam coś, co wzruszyło mnie szczególnie: sklep firmowy krakowskiego Wydawnictwa Austeria w jednej z bocznych uliczek Ortygii (Via della Giudecca). Ślad mojego języka i mojej kultury w samym sercu Sycylii. To jeden z tych momentów, kiedy świat nagle staje się mniejszy i bardziej intymny.

Na noc, jak zawsze, wybieram mały hotel z widokiem na morze, gdzie zasypia się do szumu fal, a rano pierwszym widokiem jest błękit zatoki. Wieczorem siadam na murku przy Lungomare Alfeo, popijam kieliszek czerwonego wina Nero d’Avola i pozwalam, żeby Ortygia działała na mnie jak ciche, zmysłowe i kojące zaklęcie.

 

Barokowa dama

Kolejny przystanek to Noto, miasto jak złoty sen o baroku. Już z daleka widzę monumentalną Bramę Królewską (Porta Reale). Kiedy przez nią przechodzę, ogarnia mnie zapach oleandrów i drzew pomarańczowych. Kamień, z którego wykonano tutejsze budynki, ma kolor miodu. W promieniach popołudniowego słońca całe miasto zdaje się płonąć ciepłym blaskiem. Idę powoli Corso Vittorio Emanuele, mijając balkony ozdobione misternymi balustradami i rzeźbione maski, które spoglądają na ulicę jak teatralni strażnicy. Zatrzymuję się przy Palazzo Nicolaci di Villadorata, arcydziele sycylijskiego baroku. Balkony tego pałacu są jak kamienne koronki zawieszone nad miastem. Na schodach Katedry św. Mikołaja (Cattedrale di San Nicolò) siadam, żeby pobyć chwilę w ciszy. Potem idę do swojej ulubionej kawiarni „Caffè Sicilia” (jej dzieje sięgają 1892 r.) i zamawiam migdałową granitę z bitą śmietaną. W tym smaku czuję całą Sycylię: migdały, cytrusy, dawny śnieg znoszony z Etny. Zawsze śpię w małym, butikowym Hotelu Q92, miejscu dyskretnym, eleganckim, idealnie wpisanym w rytm miasta. Noto jest jak dama, która najpiękniej prezentuje się w miękkim świetle złotej godziny. Gdy słońce zachodzi, miasto cichnie, a ja czuję, że barok potrafi być nie tylko monumentalny, lecz także niezwykle intymny.

 

„Dolce vita” i „Biały Lotos”

Taorminę na północnym wschodzie Sycylii ogląda się jak dobrze wyreżyserowany film z wyłącznie pięknymi kadrami. Balkony z bugenwillą, błękit Morza Jońskiego, dymiąca w oddali Etna. Każdy, kto oglądał 2. sezon serialu Biały Lotos (The White Lotus, 2022 r.), wie, o czym mówię. Oddał klimat miasta z mistrzowską precyzją: zmysłowy, dekadencki, lekko niepokojący. Najbardziej kocham tu starożytny teatr z czasów greckich (Teatro Antico) ze wspaniałym widokiem na morze i Plac 9 Kwietnia (Piazza IX Aprile), salon miasta. Taormina żyje światłem. Ludzie spacerują jak bohaterowie filmu, butiki kuszą ceramiką i biżuterią. Moje ulubione hotele to Villa Carlotta i Villa Ducale, miejsca z klasą i duszą, prowadzone przez Andreę i Rosarię Quartucci. A wieczorem zawsze zaglądam do lounge baru „Morgana”, w którym Guido i Christian nieustannie zmieniają wystrój, zaskakując mnie za każdym razem. W Białym Lotosie Taormina stanowiła tło dla dramatów. Dla mnie jest miejscem relaksu, piękna i tej szczególnej sycylijskiej dolce vita, która pozwala zapomnieć o upływie czasu.

 

Kolorowy zawrót głowy

Wieczorem, gdy niebo przybiera odcienie różu i pomarańczy, docieram na południe wyspy, do wioski rybackiej Marzamemi (w gminie Pachino). Na Placu Królowej Małgorzaty (Piazza Regina Margherita) stoją proste stoliki trattorii, przy brzegu spoczywają stare łodzie rybackie, a nad wszystkim góruje dawna tonnara – kamienna przetwórnia tuńczyka, niemy świadek minionych czasów. W powietrzu unosi się zapach morza, grillowanych ryb i słodkich pomidorów ciliegino. Zamawiam kieliszek białego wina. Jest chłodne, cytrusowe, z nutą morskiej bryzy. Marzamemi nocą wygląda jak sen: niebieskie okiennice, białe ściany, bugenwille zwisające z balkonów. Wspominam drogę tutaj, gdy jesienne słońce barwiło winogrona na rubinowo. Przed oczami stają mi sycylijskie winnice, jak Cantina Marilina, które mają w sobie spokój i siłę ziemi.

Późną nocą idę na plażę. Nad głową miliony gwiazd, w oddali światła łodzi. Myślę o tym, jak wiele twarzy ma ta wyspa, od barokowych miast po takie wioski, gdzie cisza jest największym luksusem.

 

Tam, gdzie spotykają się dwa morza

Co roku wracam też na sam południowy kraniec Sycylii, do miejsca, które stanowi dla mnie symbol wolności: Isola delle Correnti (z wł. Wyspa Prądów). To tutaj kończy się ląd, a zaczyna bezkres wody. Wąska mierzeja łączy wysepkę z główną częścią wyspy, a wokół spotykają się Morze Jońskie i Morze Śródziemne, mieszając swoje kolory, prądy i temperatury. Wiatr wieje tu niemal zawsze. Słychać jego świst między wydmami, szum fal uderzających z dwóch stron, krzyk mew szybujących nisko nad wodą. Plaża jest szeroka, jasna, niemal pusta, poza kilkoma kitesurferami i spacerującymi parami. To jedno z tych miejsc, gdzie horyzont wydaje się szerszy niż gdziekolwiek indziej. Mój rytuał jest niezmienny. Zatrzymuję się przy klubie Pura Vita Beach Resort, gdzie wszystko jest VIP, jak lubię: leżaki, parasole, muzyka i bar. Tu naprawdę nie potrzeba nic więcej. Leżę godzinami, patrząc, jak światło zmienia kolor morza z błękitu w srebro, a potem w głęboką zieleń. Gdy chcę zostać tutaj dłużej, wynajmuję willę w okolicy Portopalo di Capo Passero, najczęściej coś w rodzaju Villa Cozzo Tre Venti, położonej pośrodku wszystkich atrakcji południowo-wschodniej Sycylii. Stąd wszędzie jest blisko: do Noto, do Marzamemi, do Syrakuz, do dzikich plaż i winnic. To idealna baza, żeby żyć w rytmie Południa. Ten region uczy mnie czegoś bardzo prostego: że czasem nie potrzeba miast, kościołów ani pałaców. Wystarczy wiatr, woda i świadomość, że dalej jest już tylko morze.

 

Miejsca, które zostawiam na następny powrót

Tym razem nie zdążyłam pojechać do Scopello. Do jego surowych skał wystających z morza jak kamienne strażnice, do dawnego łowiska tuńczyków i zatoki, która o świcie ma kolor mlecznego turkusu. Zostawiam je na następny powrót, bo na Sycylii zawsze trzeba coś zostawić. Inaczej nie byłoby powodu, żeby wracać.

Nie zdążyłam również zajrzeć do miejsca, które zawsze odwiedzam – winnicy Azienda Agricola dei Principi di Spadafora. To tam, na wzgórzach między Camporeale a Alcamo, czeka na mnie Enrica Spadafora, wnuczka założyciela. Gospodarstwo położone jest w głębi lądu, w krajobrazie falujących wzgórz i złotych pól. To inna Sycylia, bardziej rolnicza, cicha, skupiona na ziemi. U Enriki zawsze czuję się mile widziana i rozpieszczana. Nie jak gość, lecz jak ktoś, kto wraca do małego, tętniącego życiem świata, w którym wino stanowi naturalny rytm dnia. Jeśli trafisz tu w sierpniu, możesz nawet być świadkiem zbiorów. Wtedy winnica naprawdę ożywa: pracą, śmiechem, zapachem moszczu. Pobyt tutaj staje się częścią życia farmy. Wspólne posiłki, rozmowy przy stole, degustacje w cieniu drzew – wszystko jest prawdziwe i pozbawione teatralności. Każdy wyjeżdża stąd zachwycony. I może właśnie to stanowi esencję tego regionu Italii.

 

SZTUKA POWROTU

Kiedy wracam z Sycylii, zawsze zabieram ze sobą coś więcej niż wspomnienia. W kieszeniach zostaje mi zapach kaparów, na skórze sól morza, w pamięci twarze ludzi i linia horyzontu, która uczy pokory. Wyspy Liparyjskie skłaniają mnie do ciszy, sama Sycylia – do ruchu, a Salina tłumaczy znaczenie słowa „dom”. Dziś wiem jedno: nie podróżuję już po tym regionie Włoch, żeby go poznawać. Podróżuję, aby wracać – do okolic, które stały się częścią mojego życia, do krajobrazów, które mnie rozumieją. Może właśnie na tym polega prawdziwa miłość do miejsca – nie na zachwycie pierwszego spojrzenia, lecz na potrzebie powrotu.

 

Izabela Krzanowska