Agnieszka Wasztyl

Odgłosów dżungli się nie zapomina. Tak samo zresztą jak zapachu wilgotnej ziemi po ulewie, smaku czerwonych bananów i smażonych robaków. Kambodża – niewielki kraj w Azji Południowo-Wschodniej – urzeka malowniczymi krajobrazami, dziewiczą przyrodą, bezkresnymi wodami jeziora Tonle Sap i przez wieki ukrytymi w dżungli świątyniami. Te najsłynniejsze znajdują się w Parku Archeologicznym Angkor, ale warto wybrać się także na północ kraju, do Koh Ker. Rzadko można tam spotkać białego turystę, a świątynie zapierają dech w piersiach. Są też starsze od słynnego kompleksu Angkor Wat czy Bajon w Angkor Thom – ostatniej stolicy Imperium Khmerów.

Wstajemy w środku nocy, aby zdążyć na wschód słońca w legendarnym Angkor Wat. To symbol Kambodży i największy zabytek religijny na świecie. Przed 5.00 podjeżdża po nas sympatyczny kierowca tuk-tuka. Naszą bazę wypadową stanowi ponad 250-tysięczne Siem Reap, drugie co do wielkości miasto w Kambodży, nazywane bramą do Angkoru. Przejeżdżamy przez Pub Street – ulicę znaną z restauracji, pubów i dyskotek. Skręcamy w lewo i po chwili mijamy świątynię Wat Preah Prom Rath z końca XV i początku XVI w., która chętnie jest odwiedzana ze względu na złote posągi Buddy i kolorowe malowidła ścienne opowiadające buddyjskie historie. Obok znajdują się mieszkania mnichów, klasztor i duża biblioteka. Miasto jeszcze śpi. Tylko gdzieniegdzie można dostrzec uliczne garkuchnie, na których mieszkańcy przyrządzają mięso – głównie kurczaka. Tu biedy nie widać, Siem Reap wydaje się czyste i zadbane. Jak wyjaśnia Paul – kierowca naszej autorikszy – władze wysiedliły ubogich obywateli mieszkających w prowizorycznych domkach nad rzeką. Pandemia była dobrym pretekstem. Oficjalnie przesiedlono ich w obawie przed rozprzestrzenianiem się wirusa. Dziś mieszkają w chatach poza miastem, ale nie widać ich z głównej drogi.

Po ok. 30 min jeszcze w kompletnej ciemności docieramy do Parku Archeologicznego Angkor. Na jego terenie można zobaczyć dawne świątynie, khmerskie miasta, klasztory, mury obronne, fosy i kanały. Najstarsze budowle sięgają X w., ale większość zbudowano w XII stuleciu. Za czasów Imperium Khmerów we wszystkich kompleksach tworzących dziś park archeologiczny mieszkało mniej więcej milion osób. Była to największa aglomeracja ówczesnego świata. Imperium upadło w XV w., a ogromne kompleksy na stulecia pochłonęła dżungla. Do najsłynniejszych zalicza się Angkor Thom i oczywiście Angkor Wat.

(Selective focus) Stunning view of the Ta Prohm temple with a big old tree. Ta Prohm is the modern name of the temple in Siem Reap, Cambodia.

Pradawne skarby Angkoru

Spryskane repelentem na komary, idziemy zobaczyć jeden z najpiękniejszych kompleksów świątynnych świata. Oprócz nas przy niewielkim jeziorku gromadzą się również inni turyści. To podobno najlepsze miejsce, aby podziwiać Angkor Wat w promieniach wschodzącego słońca. Dochodzi 6.00 i powoli wstaje dzień. Robi się parno i duszno. Wieże Angkor Wat odbijają się w spokojnej tafli wody. W sumie jest ich pięć, mają kształt lotosu, z czego najwyższa liczy 65 m. Niestety mamy pecha, bo poranek jest pochmurny. Miejscowi zapewniają, że słońce wyjdzie dopiero za 2 godz. Niezrażone idziemy odkrywać świątynię.

Przyjmuje się, że Angkor Wat odkryto w 1861 r. Przewodniki podają, że właśnie wtedy dotarł tu francuski przyrodnik i podróżnik Henri Mouhot (1826–1861). Ale pierwszymi Europejczykami, którzy już w XVI stuleciu wiedzieli o zaginionym w dżungli mieście, byli hiszpańscy i portugalscy misjonarze. Podobno jednym z nich był kapucyn António da Madalena (zmarły w 1589 r.). W XVII w. o ruinach pisał także francuski mnich Louis Chevreuil (1627–1693).

Początkowo Angkor Wat była poświęcona hinduskiemu bogu Wisznu, ale z czasem przekształcono ją w świątynię buddyjską. Powierzchnia całego kompleksu wynosi 162,6 ha. Przy jego budowie, która trwała ponad 30 lat, pracowało min. 50 tys. robotników – w tym wielu niewolników. Misternie wykonane płaskorzeźby są dziełem wykwalifikowanych artystów. Na ścianach uwieczniono aż 20 tys. postaci. Jestem pod wrażeniem precyzji i kunsztu ówczesnych budowniczych.

Wsiadamy do tuk-tuka i jedziemy do kompleksu Angkor Thom – ostatniej stolicy istniejącego w latach 802–1431 Imperium Khmerów. Wjeżdżamy do niej przez Południową Bramę. Do kompleksu prowadzi tzw. Aleja Gigantów z wykutymi w kamieniu postaciami po obu stronach drogi. Podobno posągów jest ponad 100.

Docieramy do kolejnej architektonicznej perełki – stojącej w centrum Angkor Thom buddyjskiej świątyni Bajon z wysokimi wieżami, na których wyrzeźbiono lekko uśmiechnięte twarze. Już z daleka przyciągają one wzrok. Według licznych badaczy oblicza te przedstawiają wybitnego króla Dżajawarmana VII (ok. 1122–1218), któremu zawdzięczamy większość kompleksów na terenie parku archeologicznego, albo Awalokiteśwarę lub Wadźrasattwę – w buddyzmie tradycji mahajana i wadźrajana istoty (tzw. bodhisattwy), które przez systematyczne ćwiczenie dążą do stanu Buddy, kierując się altruistyczną motywacją przynoszenia pożytku innym. W czasach świetności świątynia miała aż 49 wież i ponad 200 kamiennych twarzy. Na jej terenie znajdowały się także pawilony, biblioteki, wiele dziedzińców i tarasów. Zachwycają również płaskorzeźby na ścianach galerii zewnętrznej, przedstawiające m.in. życie króla i jego poddanych, a także te wewnętrzne, ilustrujące historie zaczerpnięte z hinduizmu i buddyzmu. Widać tu wpływy wielu kultur. Te majestatyczne budowle sprzed wieków pokazują, jak potężne było królestwo Khmerów. To robi wrażenie – mówi mi turystka ze Stanów Zjednoczonych.

Nieopodal świątyni, naprzeciwko pozostałości po Pałacu Królewskim, można zobaczyć trybunę, z której dawniej oglądano defilady wojskowe i uroczystości państwowe – tzw. Taras Słoni. Płaskorzeźby zwierząt znajdują się na długości blisko 350 m. Stąd już rzut beretem do Tarasu Trędowatego Króla z tajemniczym posągiem. Podobno przedstawia on panującego w latach 889–910 króla Jaszowarmana I lub Jaśowarmana I, który zmarł na trąd.

Obok tarasów biegają niewielkie stada małp. Są ciekawskie i nie boją się turystów. Czekają na smakołyki. Nasz przewodnik nalewa im wody, żeby mogły się napić. Jest tak gorąco i parno, że koszula przykleja mi się do pleców. Czuję się jak w saunie parowej. Zmęczone upałem nie chcemy jednak pominąć żadnego zabytku. Podchodzimy do świątyni Baphuon, wzniesionej na terenie Angkor Thom w połowie XI w. Nie jest aż tak imponująca jak Bajon, ale mimo to warto ją zobaczyć. Podobnie zresztą jak najstarszą w kompleksie świątynię – trzypoziomową piramidę Phimeanakas (Vimeanakas) z końca X stulecia. W przeszłości nazywano ją Złotą Wieżą, bo jej szczyt podobno zbudowany był ze złota.

Wyrzeźbione w kamieniu lingamy oblewane przez wody rzeki Kbal Spean na północny wschód od Siem Reap

W objęciach dżungli

Jednak największy zachwyt wzbudzają we mnie trzy przywłaszczone przez dżunglę świątynie: Ta Prohm, Preah Khan i Ta Som. Tutaj można się poczuć jak w filmach o Indianie Jonesie. Ta Prohm zbudowano pod koniec XII w., ale jej rozbudowa trwała blisko 300 lat. Na terenie rozległego kompleksu świątynnego znajdowały się także domy, klasztor, uniwersytet i biblioteka. Zamieszkiwało tu ponad 12,5 tys. osób. Na co dzień pracowało jednak blisko 80 tys. ludzi, którzy przyjeżdżali z wielu okolicznych wiosek. W skarbcu świątynnym znajdowały się perły, kamienie szlachetne, srebro, złoto i wyroby z jedwabiu. Do dziś można zobaczyć wiele płaskorzeźb przedstawiających m.in. dewi – bóstwa żeńskie panteonu hinduistycznego. Ta Prohm to świątynia odebrana dżungli. Ogromne konary i korzenie oplatają mury wielu budowli, które zachwyciły filmowców. To tutaj kręcono sceny do filmu przygodowego z 2001 r. Lara Croft: Tomb Raider, w którym główną rolę odegrała Angelina Jolie. Choć Ta Prohm odwiedza wielu turystów, to nie jest aż tak zadeptana jak Angkor Wat czy Bajon.

To naprawdę wyjątkowa świątynia. Mógłbym spędzić w niej cały dzień. Jestem zachwycony jej pięknem i tym, co zrobiła tu natura – przekonuje mnie napotkany w Ta Prohm młody turysta z Australii.

Zachwyt wzbudza również Preah Khan. Za czasów Imperium Khmerów było to m.in. ważne centrum nauki i medycyny. Khmerzy przeprowadzali wiele operacji, w tym także na otwartym mózgu. To pokazuje, na jak wysokim poziomie cywilizacyjnym było imperium i jakie nowoczesne techniki już wtedy stosowano. W całym kompleksie świątynnym mogło mieszkać nawet do 100 tys. osób, choć dziś wydaje się to trudne do uwierzenia. Żyli tutaj m.in. mnisi, uzdrowiciele, tancerze czy ówcześni rolnicy. W Preah Khan działał jeden z największych khmerskich uniwersytetów.

Jak zahipnotyzowana przyglądam się zachowanym płaskorzeźbom. Próbuję sobie wyobrazić piękno i ogrom Preah Khan przed wiekami. Porośnięte mchem mury, wyrastające z ruin konary i korzenie drzew robią wrażenie, jakby dopiero niedawno zostały odkryte.

Preah Khan położona jest nad jeziorem Baraj Dżajatataka (Jayatataka Baray), podobnie zresztą jak Neak Pean, którą zbudowano na sztucznej wyspie o tej samej nazwie. Za namową naszego kierowcy idziemy zobaczyć tę niewielką buddyjską świątynię. Jesteśmy jedynymi białymi turystkami. Ale miejsce to oblegają tłumy lokalnych i azjatyckich podróżników, a także rodziny z dziećmi. Dojście do świątyni jest bardzo przyjemne. Przechodzimy przez most na jeziorze i niewielką groblę. Z Baraju Dżajatataka wystają uschnięte kikuty drzew, co wygląda złowieszczo i fascynująco. Fani filmów grozy byliby zachwyceni. Neak Pean miała służyć jako centrum medyczne, uzdrowisko i szpital. Do dziś przetrwało małe sanktuarium, nazywane Świątynią Splecionych Węży.

Choć miejsce jest naprawdę malownicze, nie spędzamy w nim dużo czasu. Kierowca zawozi nas do ostatniej świątyni, która znajduje się trochę na uboczu. Niewielkich rozmiarów Ta Som jest otoczona fosą i aż do lat 30. XX stulecia skrywała ją dżungla. Już ta informacja mocno oddziałuje na moją wyobraźnię. Tu tropikalny las jest wyjątkowo głośny. Słychać owady i dźwięki trudne do rozpoznania. Niebo jest mocno zachmurzone, a nasz przewodnik mówi, że musimy się pospieszyć, bo zaraz lunie. Podziwiam tutejsze płaskorzeźby, które zachowały się w całkiem dobrym stanie. Nawiązują zarówno do buddyzmu, jak i hinduizmu. Podobnie jak w świątyni Bajon, także tutaj można zobaczyć kamienne twarze wyrzeźbione na wieżach. Spoglądają one w cztery strony świata. Mnie jednak najbardziej zachwyca ogromne drzewo figowe wyrastające ze wschodniej bramy.

Zaczyna padać, więc szybko biegniemy do tuk-tuka. Ulewa nie jest długa, ale tak gwałtowna, że woda wlewa nam się do autorikszy, i to mimo zabezpieczeń przed deszczem.

Klimat się zmienia, bo nastała już pora sucha i nie powinno tak padać – zagaduję kierowcę, który śmiejąc się, bezradnie rozkłada ręce. W deszczu wracamy do Siem Reap. Po drodze zahaczamy jeszcze o lokalny targ. Kupuję słynny biały i czerwony pieprz z Kampotu, prowincji w południowej Kambodży. Uważa się go za najlepszy na świecie. Podobno uprawę pieprzu rozpoczęto już w czasach Imperium Khmerów, ale boom na niego nastąpił w XIX w., gdy do Kambodży dotarli Francuzi. Zadowolone i pełne wrażeń wracamy do naszego hotelu.

Kompleksy w Parku Archeologicznym Angkor zwalają z nóg. Ale nie są jedyne. Głęboko w dżungli na północy kraju znajdują się mniejsze, starsze i równie tajemnicze świątynie, do których rzadko docierają turyści. Są trochę poza utartym szlakiem, co samo w sobie stanowi już ich zaletę. Można w spokoju odkrywać ten fascynujący zakątek Kambodży. W przewodnikach szacuje się, że na terenie całego kraju znajduje się nawet ok. 4 tys. khmerskich świątyń.

Świątynie zachwycają, a jeszcze nie wszystkie zostały odkryte. Wiele z nich nadal pokrywa dżungla. To niesamowite. Jestem z Tajlandii, też mamy wiele pięknych świątyń, chociażby w mieście Ajutthaja, ale te są inne – wyjaśnia mi spotkany podróżnik z Bangkoku.

Zbudowane na palach drewniane domy w wiosce Chong Kneas, do których można dostać się łodzią

Zapomniana stolica

Droga jest długa i dość męcząca. Biegnie przez kambodżańskie wsie, w oddali widać oblane słońcem pola i porośnięte gęstą dżunglą wzgórza. Nasz cel stanowi dawna (w latach 928–944) stolica Imperium Khmerów –Koh Ker, którą często pomijają turyści, a i przewodniki nie poświęcają jej zbyt dużo miejsca. Miasto istniało już na początku lat 20. X stulecia. W ogromnym kompleksie znajdowały się nie tylko imponujące sanktuaria, lecz także pałace, groble, fosy, stawy i drogi. Zawsze chciałam zobaczyć to miejsce. Dojazd z Siem Reap trwa mniej więcej 3 godz. Niestety nie kursują tu autobusy. Do Koh Ker można przyjechać z lokalną agencją turystyczną albo dogadać się z kierowcami tuk-tuków lub wynająć kierowcę. Nie należy to do tanich opcji, ale bez wątpienia najwygodniejszych, bo tutejsze drogi nie znajdują się w najlepszym stanie.

Jest środek dnia. Wilgoć i palące słońce dają nam się we znaki. Przechodzimy przez porośniętą gęstą roślinnością ceglaną wieżę, nazywaną Czerwoną Świątynią. To Prasat Krahom – jedna z sześciu najpopularniejszych budowli w Koh Ker. Dawniej zdobiły ją m.in. posągi lwów, ale do naszych czasów żaden nie przetrwał. Mijamy następnie pozostałości sanktuarium Prasat Thom. Przechodzimy obok ruin pałaców i miejsc do modlitwy. Miejscowi zapalają kadzidła. Ich duszny zapach w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza trochę mi przeszkadza, ale staram się na tym nie skupiać. Wreszcie dochodzimy do najważniejszej świątyni – siedmiopiętrowej piramidy Prang. Wznosi się ona na wysokość 36 m, choć w X w. mogła mieć nawet ok. 60 m. Była to prawdopodobnie najważniejsza świątynia państwowa za panowania króla Dżajawarmana IV (rządzącego w latach 928–941).

Nasz kierowca podwozi nas do samotnie stojącej wieży – Prasat Neang Khmau, czyli Świątyni Czarnej Damy, poświęconej hinduskiemu bogu Śiwie. Pochodząca z początku X stulecia budowla została zniszczona przez pożar, stąd też jej dzisiejsze ciemne mury. Według legendy mogła tu mieszkać czczona w hinduizmie bogini czasu i śmierci, pogromczyni demonów i sił zła – Kali.

Ostrożnie zaglądam do skromnego wnętrza. Tutaj także palą się kadzidła przyniesione przez miejscowych. W końcu docieramy do sanktuarium Prasat Pram składającego się z pięciu wież. Ogromne konary i korzenie drzew oplatają ruiny dawnych świątyń. Trzy wieże – khmerskie prasaty – zbudowano w jednym rzędzie. Przed wiekami w każdej z nich znajdował się hinduistyczny lingam, a więc symbol płodności i witalności. Jest tak cicho, że czuję się trochę niepewnie. Jak zahipnotyzowana przyglądam się potężnym konarom i korzeniom, które przywłaszczyły sobie świątynię. Czuję się tak, jakbym cofnęła się w czasie. Nie ma tu tłumów jak w słynnych kompleksach Angkoru. To miejsce ciągle jest jeszcze dziewicze, niezadeptane przez turystów. Spotykamy jedynie kilkoro lokalnych podróżników. Przyjechali ze stolicy kraju – blisko 2,5-milionowego Phnom Penh. Nieśmiało podchodzą i proszą o wspólne zdjęcie. Są zaskoczeni naszym widokiem. Przed pandemią do Koh Ker przyjeżdżały wycieczki z biur podróży. Jednak ruch turystyczny w tej części Kambodży jeszcze się nie odrodził, a mało który turysta decyduje się przyjechać tutaj na własną rękę.

Delikatnie stawiam krok za krokiem. Patrzę pod nogi, żeby przypadkiem nie wejść na węża. To właśnie przed tymi gadami ostrzegał nas lokalny przewodnik. W Koh Ker odkryto ponad 180 świątyń, ale do zwiedzania udostępnionych jest 20. My zobaczyłyśmy sześć z nich. Reszta znajduje się w złym stanie i pozostały po nich tylko niewielkie ruiny. Mimo to warto tu przyjechać, żeby zobaczyć miejsca rzadko opisywane w przewodnikach i nacieszyć nimi oczy. Nie brakuje śmiałków, którzy chcą przedzierać się przez dżunglę do świątyń wznoszących się poza szlakiem, ale przewodnicy stanowczo odradzają takie wędrówki. Nie tylko ze względu na węże, brak zasięgu i dziką przyrodę. Otóż okoliczne tereny nie zostały jeszcze do końca rozminowane. Miny i niewybuchy to pozostałość po krwawych rządach Czerwonych Khmerów. Według danych Urzędu ds. Rozminowywania i Pomocy Ofiarom (CMAA) w latach 2018–2020 z min oczyszczono ponad 420 km2 terytorium kraju. Rozminowanie Kambodży potrwa prawdopodobnie do 2025 r.

W drodze do Koh Ker warto zatrzymać się w niewielkiej hinduistycznej świątyni Banteay Srei zbudowanej w X w. z czerwonego piaskowca. Przetrwała ona do naszych czasów w bardzo dobrym stanie. Jej ściany zdobią rzeźby i płaskorzeźby obrazujące sceny znane z indyjskiej mitologii.

Malownicze wodospady i święta góra Kulen

Gęsta roślinność porasta zbocza gór. Jest wilgotno, gorąco i duszno. Mijamy biedne wioski i lokalne bazary. Znajdujemy się w podróży do leżącego w prowincji Siem Reap Parku Narodowego Phnom Kulen – jednego z ośmiu na terenie Kambodży i bardzo popularnego wśród miejscowych. Nabywamy po drodze pomarańczowe banany. Różnią się one w smaku od tych tradycyjnych, ale są przepyszne. Kupuję ich całą kiść za pół dolara. W Kambodży można płacić zarówno tutejszymi rielami, jak i dolarami amerykańskimi. Im dalej od miast, tym biedniej. Przy czerwonej, wypalonej przez słońce drodze stoją grupki żebrzących dzieci i staruszków. Nasz tuk-tuk pędzi, nie zważając na kurz i pył. Przed nami jadą skutery oraz samochody na kambodżańskich numerach rejestracyjnych. Co jakiś czas pasażerowie tych ostatnich przez otwarte okna wyrzucają drobne pieniądze, które w pośpiechu próbują złapać żebrzące dzieci. Jest to poruszający widok. Najmłodsze mają jedynie ok. 4 lat i zostały pozostawione same sobie. Docieramy wreszcie do dużego parkingu. Zanim udamy się do wodospadu, nasz przewodnik pokazuje nam świętą rzekę (Kbal Spean), w której zatopionych jest tysiąc kamiennych wyrzeźbionych lingamów – fallicznych symboli boga Śiwy, jak określają to chrześcijańscy badacze kultury indyjskiej.

Teraz poziom wody jest wysoki, bo zakończyła się właśnie pora deszczowa, ale w połowie pory suchej są one wyraźnie widoczne. Jak widzicie, to miejsce cieszy się popularnością zarówno wśród mieszkańców, jak i turystów, głównie z Indii, którzy chętnie urządzają sobie pikniki nad świętą rzeką. U nas buddyzm przeplata się z hinduizmem – wyjaśnia nam przewodnik Yen Chanthong. Przyjeżdża tu zresztą wiele par, które wierzą, że święte wody zapewnią im liczne potomstwo, a bezpłodnym małżeństwom urodzą się dzieci.

Wchodzimy po schodach do kompleksu świątyń usytuowanych na świętej górze Kulen. W jednej z nich – zbudowanej w XVI w. pagodzie Preah Ang Thom – znajduje się 8-metrowy posąg leżącego Buddy osiągającego nirwanę, który podobno jest największy w całej Kambodży. Nieopodal mnich ubrany w pomarańczowe szaty udziela wiernym błogosławieństwa. Mój wzrok przyciąga ogromny ślad stopy w kamieniu. Miejscowi mówią, że to na pamiątkę, bo w tym miejscu miał stać sam Budda. W kompleksie znajduje się też kilka niewielkich hinduistycznych świątyń, posągów Śiwy, a także Buddy. Na tutejszych straganach można kupić wiele świętych ziół, amuletów i lokalnych specjałów.

W tych okolicach mamy bardzo dużo zabytków. Archeolodzy odkryli m.in. pradawne świątynie, malowidła naskalne z X w., piece do wypalania ceramiki czy mieszkania pustelników. Jeśli macie ochotę, to możemy wziąć skuter i wjechać trochę wyżej, żeby zobaczyć kamienne rzeźby zwierząt. Wśród nich można dostrzec słonia i lwy. Ale musimy wynająć skutery, bo tuk-tuk tam nie wjedzie. Jest za stromo – zachęca nas przewodnik.

My jednak odpuszczamy sobie rzeźby i ruszamy w stronę słynnych wodospadów. Pierwszy z nich ma 5 m wysokości. Szumi tak głośno, że nie słyszymy, co do siebie mówimy. Schodzimy w dół do drugiego wodospadu – jednej z największych atrakcji parku. Kupuję od starszej kobiety szarańcze i larwy na wagę i mimo przerażenia mojej towarzyszki podróży jem je z apetytem. Smakują jak kurczak. Białe soczyste mięso rozpływa się w ustach. Robaki przyprawione są cynamonem i papryczkami chili. Palce lizać.

Do wodospadu prowadzą schody. Jest dość ślisko, więc trzymamy się poręczy. Do naszych uszu dociera ogromny huk. Wodospad ma 20 m wysokości i wygląda zjawiskowo. Oczywiście najbardziej imponująco prezentuje się w porze deszczowej, kiedy poziom rzeki jest wysoki. Lekka bryza przynosi nam ulgę i pozwala odetchnąć od upału. W wodzie kąpią się turyści, miejscowi i buddyjscy mnisi, którym palące słońce również daje się we znaki.

Schłodzeni wracamy do tuk-tuka. Nasz przewodnik Yen zatrzymuje się jeszcze przy punkcie widokowym, z którego doskonale widać Park Narodowy Phnom Kulen. Po drodze opowiada o swoich planach na przyszłość. Choć studiował marketing, to zawsze chciał pracować w turystyce. Jest szczęśliwy, że jego marzenie się spełniło. Częstuje nas wołowiną z ryżem. Obiad przygotowała mu teściowa. Jak nam mówi, mieszka z żoną u teściów, bo tak jest łatwiej i taniej. Ma dobre kontakty z rodziną.

Jak przyjedziecie do Kambodży następnym razem, to już może będę miał własną agencję turystyczną. Bo przyjedziecie, prawda? – pyta, a my twierdząco kiwamy głowami.

Pływające wioski na Tonle Sap

Z Siem Reap wyjeżdżamy po wczesnym śniadaniu. Kierowca tuk-tuka zabiera nas spod hotelu. Jedziemy nad jezioro Tonle Sap – największy słodkowodny akwen w całej Azji Południowo-Wschodniej. Chcemy zobaczyć tzw. pływające wioski. To domy zbudowane na wysokich palach, które zakrywa woda podczas pory deszczowej, przez co domostwa sprawiają wrażenie, jakby rzeczywiście pływały.

Mniej więcej 20 km przed wejściem na łódź zjeżdżamy z głównej drogi. Tuk-tuk nie zwalnia, a kurz i pył szczypią w oczy i pokrywają mi twarz. Wreszcie dojeżdżamy do przystani. Turystów jest tak mało, że mamy całą łódź tylko dla siebie. Płyniemy przez spokojne wody jeziora. Mijamy rozlatujące się domy na palach, łodzie z sieciami rybackimi oraz posterunek policji.

Dopływamy wreszcie do wioski Kampong Phluk (Kompong Phluk). Mieszka w niej ok. 4 tys. osób. Utrzymują się z tego, co daje im Tonle Sap. Jezioro jest hojne. Ludzie żyją z połowu ryb, węży, hodowli krewetek, a od kilku lat także z turystyki, która dla wielu stanowi najważniejsze źródło dochodu – mówi nam lokalny przewodnik. Tutejsi mieszkańcy budują prowizoryczne domy na wysokich palach. Ich wysokość sięga nawet 9 m.

Poziom wody w jeziorze zmienia się w zależności od pory roku. Podczas pory deszczowej jedyny środek transportu stanowią łodzie. W porze suchej przez wioski można normalnie przejść lub przejechać – mówi mi mieszkanka Kampong Phluk i namawia na kupno słodyczy dla tutejszych dzieci. Ceny są znacznie wyższe niż w Siem Reap, ale nie mamy sumienia odmówić.

Powierzchnia Tonle Sap w czasie pory deszczowej może się powiększyć od ok. 2,5 tys. do nawet 16 tys. km2. Dzieje się tak m.in. za sprawą 125-kilometrowej rzeki Tonle Sap, która ma taką samą nazwę jak jezioro i stanowi dopływ potężnego Mekongu (mającego aż 4350 km długości). W porze deszczowej rzeka cofa się, a jej wody wpływają do akwenu i przy okazji go zarybiają.

Tonle Sap jest jednym z najbardziej zasobnych w słodkowodne ryby jezior świata. W sumie żyje z niego blisko 1,5 mln ludzi – w pływających wioskach i na brzegach akwenu. Wody Tonle Sap stanowią dom nie tylko dla co najmniej 150 gatunków ryb – choć czasem spotkamy się też z danymi mówiącymi, że może być ich nawet blisko 500 – lecz także dla krokodyla syjamskiego, który dawniej występował w całej Azji Południowo-Wschodniej. Dziś żyje głównie w Kambodży i grozi mu wyginięcie.

Przepływamy przez wioskę i dyskretnie obserwujemy życie jej mieszkańców. Mój wzrok przyciągają dzieci, które nie korzystają z łodzi jak dorośli. Ich głównym środkiem transportu są metalowe lub plastikowe miednice. Przesiadamy się do małej łódki i płyniemy do lasu namorzynowego. Wioślarki to kobiety – w różnym wieku, ale sporo dość leciwych. Las wygląda jak z bajki, choć tu turystów jest już całkiem sporo, co cieszy miejscowych.

Do innych chętnie odwiedzanych wiosek na Tonle Sap należą Chong Kneas, Mechrey i Kampong Khleang (Kompong Khleang). Warto również zobaczyć Rezerwat Biosfery Prek Toal – Tonle Sap, w którym żyją m.in. pelikany plamiste, perkołyski indyjskie, orły siwogłowe, marabuty indyjskie i bociany łyse. Część turystów wykupuje też rejs po jeziorze, żeby dotrzeć do stolicy kraju Phnom Penh albo do ponad 120-tysięcznego miasta Battambang, które cieszy się dość dużą popularnością ze względu na słynny bambusowy pociąg – platformę na kołach (tzw. norry lub nori). Na pobliskich wzgórzach można zobaczyć buddyjską świątynię Wat Banan (Phnom Banan) z XI stulecia – do której prowadzi aż 358 schodów – i tzw. jaskinie śmierci Phnom Sampeau, do których Czerwoni Khmerzy zrzucali ciała swoich przeciwników.