Belgia – niewielki kraj mieszczący dwa światy, które nauczyły się żyć obok siebie. Walonia (fr. Région wallonne) i Flandria (Region Flamandzki, niderl. Vlaanderen) różnią się nie tylko językami. Jedna zachwyca górskimi krajobrazami Ardenów i romantyczną nostalgią miast, a druga – uporządkowaną elegancją, kanałami i średniowiecznymi zabytkami. Razem tworzą opowieść o kraju, któremu różnorodność nadaje głębię. A pomiędzy nimi kosmopolityczna stolica Belgii i Unii Europejskiej – Bruksela (fr. Bruxelles, niderl. Brussel), na której ulicach można usłyszeć wszystkie języki świata.
Brukselę odwiedziłam trzykrotnie – i za każdym razem wyjeżdżałam z innymi odczuciami. Nie da się jej zamknąć w prostych ramach. Na pewno nie olśniewa od pierwszego spojrzenia, jest raczej jak bombonierka – pełna niespodzianek. Dopiero kiedy zaczęłam odkrywać ją powoli – ulicę po ulicy, dzielnicę po dzielnicy – odsłoniła przede mną swoje mniej oczywiste oblicze. Z pozoru surowa i nieco chaotyczna, momentami trudna do rozszyfrowania, z czasem okazała się zaskakująco autentyczna. I może właśnie w tej niedoskonałości tkwi jej urok. Bruksela daje się oswoić stopniowo, aż w końcu, zupełnie niespodziewanie, zaczyna być swojska i bliska.
Jestem na słynnym Grand Place (fr. Grand-Place de Bruxelles). To najpiękniejszy plac w Belgii i jeden z najładniejszych w Europie. Jego korzenie sięgają średniowiecza. Tu bije serce miasta, otoczone misternie zdobionymi kamienicami z XVII w., pełnymi detali i złoconych ornamentów. Wśród nich wyróżniają się dawny Dom Króla (fr. Maison du Roi), dziś mieszczący Muzeum Miasta Brukseli (fr. Musée de la ville de Bruxelles), oraz monumentalny Ratusz (fr. Hôtel de Ville de Bruxelles) – gotycka perła architektury, której fasada przyciąga wzrok bogactwem rzeźb i strzelistą wieżą dominującą nad okolicą. Nie bez powodu to miejsce znalazło się w 1998 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO – jego piękno zachwyca niezależnie od pory dnia. W sąsiedztwie placu można przejść się zadbanymi, kameralnymi uliczkami. Warto przysiąść w którejś z przytulnych kawiarenek, zajrzeć do małych sklepików z pamiątkami albo skusić się na klasyczne belgijskie gofry (palce lizać!). Smakosze na pewno nie odmówią sobie też wyrobów czekoladowych i rozpływających się w ustach pralinek, z których słynie Belgia. Duży wybór oferują Królewskie Galerie św. Huberta (Les Galeries Royales Saint-Hubert), do których warto zajrzeć nie tylko z myślą o zakupach. Pasaż jest otwarty nieprzerwanie od 1847 r., robi wrażenie i doskonale wpisuje się w zabytkową zabudowę Brukseli.
Zaledwie kilka minut spaceru dzieli Grand Place od najbardziej rozpoznawalnej rzeźby miasta – Manneken Pis, czyli słynnego siusiającego chłopca. Ta niewielka figurka z brązu, będąca częścią fontanny, powstała w XVII stuleciu i od tamtej pory stanowi jeden z symboli stolicy Belgii. Posążek jest regularnie przebierany z okazji świąt i ważnych uroczystości. Wiąże się z nim wiele legend – najpopularniejsza z nich głosi, że chłopiec ocalił w XIV w. Brukselę, gasząc strumieniem moczu płonące lonty ładunków wybuchowych podłożonych w murach miasta przez najeźdźców.
Niemniej ciekawa od siusiającego chłopca jest jego dużo młodsza siostra – Jeanneke Pis. Siusiająca dziewczynka pojawiła się dopiero w 1987 r. Z kolei 12 lat później, w innej części historycznego centrum, stanęła rzeźba Zinneke Pis, przedstawiająca sikającego psa, niebędąca jednak fontanną.
Kupuję na wynos frytki belgijskie (koniecznie z majonezem) i ruszam dalej. Niespiesznie mijam kolejne zadbane place i skwery. Dochodzę do Pałacu Królewskiego (fr. Palais Royal de Bruxelles), który znajduje się naprzeciwko Parku Brukselskiego (fr. Parc de Bruxelles). Budowa siedziby obecnego króla Belgii Filipa I trwała od 1783 do 1934 r.
Idę dalej – tam, gdzie mnie nogi poniosą. Bez planu. Czasem kręcę się w kółko, ale dzięki temu odkrywam urokliwe zaułki. Docieram do zbudowanej na wzgórzu Katedry św. Michała i św. Guduli (fr. Cathédrale des Saint-Michel-et-Gudule). Świątynię budowano przez niemal 300 lat (od 1226 do 1519 r.). Status katedry otrzymała jednak dopiero w 1962 r. Wcześniej w tym miejscu znajdował się kościół romański. Wewnątrz budowli nie zachowało się wiele oryginalnych elementów, gdyż była wielokrotnie plądrowana. Uwagę przyciągają grób książąt brabanckich z XVII w., renesansowy Ołtarz Męki Pańskiej, barokowa ambona i liczne witraże.
Mijam kolejny park, 30-hektarowy Cinquantenaire – jedno z ulubionych miejsc spotkań Brukselczyków. Jego historia zaczęła się w 1880 r., kiedy w Brukseli urządzono wystawę krajową z okazji 50-lecia niepodległości Belgii i na jej potrzeby zajęto tereny wojskowe. Zwracam uwagę na monumentalny łuk triumfalny. W parku znajdują się m.in. Wielki Meczet (fr. Grande Mosquée de Bruxelles) i kilka muzeów, w tym Królewskie Muzeum Armii (fr. Musée royal de l’Armée), Muzeum Sztuki i Historii (fr. Musée Art & Histoire) oraz Autoworld z kolekcją zabytkowych samochodów.
Bruksela – jak każde duże miasto – ma bogatą ofertę dla miłośników kultury. Na pewno warto zajrzeć więc też do kompleksu Królewskich Muzeów Sztuk Pięknych (fr. Musées royaux des Beaux-Arts de Belgique), w tym do Muzeum Dawnych Mistrzów (Musée Old Masters Museum), a także do Muzeum Komiksu (fr. Musée de la Bande Dessinée). A gdy już nacieszymy się najważniejszymi zabytkami w centrum, można zboczyć z głównego szlaku, żeby odkryć Dom Erazma z Rotterdamu (fr. Maison d’Érasme), w którym filozof mieszkał kilka miesięcy w 1521 r., oraz pobliski beginaż (fr. béguinage).

Brussels, Belgium: Grand Place during Flower Carpet festival. This year theme was Mexico.
BRUKSELA NOWOCZESNA
Z Cinquantenaire widać szklane ściany budynków tzw. Dzielnicy Europejskiej – nowoczesnej, ale niezbyt zielonej. To tu mieszczą się m.in. znane dobrze z telewizji siedziby Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego. W Parlamentarium zwiedzający poznają historię integracji i dowiadują się, jak działają instytucje unijne. Budynek otwarty jest codziennie, z wyłączeniem kilku świąt. Turystom udostępniono (po uprzedniej rejestracji) także salę obrad Parlamentu Europejskiego oraz ekspozycję Domu Historii Europejskiej (fr. Maison de l’histoire européenne). Obiekty te można zwiedzać bezpłatnie, w 24 językach urzędowych Unii Europejskiej.
Nowoczesny symbol stolicy Belgii stanowi oddalone od centrum miasta Atomium. Budowlę tę zbudowano w 1958 r. na Wystawę Światową (Expo 58). Od tego czasu na stałe wpisała się w panoramę Brukseli. Ta oryginalna, 102-metrowa konstrukcja przedstawia powiększony 165 mld razy model kryształu żelaza. Składa się z dziewięciu połączonych ze sobą kul symbolizujących atomy. Każda z nich ma średnicę 18 m i waży 250 t. W środku znajdują się wystawy (stałe i czasowe), restauracja i oczywiście punkt widokowy na belgijską stolicę.
Dużą popularnością cieszy się również pobliski park miniatur Mini-Europe. Można zobaczyć tu np. pomniejszone wersje (w skali 1:25) Krzywej Wieży w Pizie, rzymskiego Koloseum, Wieży Eiffla, podmadryckiego Escorialu (Eskurialu), Pałacu Westminsterskiego w Londynie, a także kilku budynków z Polski – Dworu Artusa w Gdańsku czy Pałacu na Wyspie i pomnika Fryderyka Chopina w Warszawie.
A gdyby jeszcze brakowało nam wrażeń, Brukselę warto zwiedzić też szlakiem murali. Sylwetki komiksowych postaci są widoczne w wielu częściach miasta, bo Belgowie uwielbiają komiksy. Na murach budynków można zobaczyć m.in. Smurfy, Asteriksa i Obeliksa, Tintina czy Lucky Luke’a. Cały czas powstają nowe malowidła, a w całej belgijskiej stolicy jest ich ponad 80. Tworzą one tzw. Brukselski Szlak Komiksu – Parcours BD de Bruxelles.
Bruksela, choć interesująca, nie oddaje całej Belgii. Jest kosmopolityczna, na ulicach można spotkać dyplomatów, polityków i zagranicznych przedsiębiorców. Bez problemu porozumiemy się tu po angielsku, co w innych częściach kraju nadal stanowi problem. We Flandrii dominuje niderlandzki, w Walonii mówi się po walońsku (język romański zaliczany przez niektórych do dialektów francuskiego), a także po francusku oraz niemiecku (w kilku gminach na wschodzie). Oba regiony – mimo iż różnią się charakterem, architekturą i atmosferą – wspólnie tworzą barwną mozaikę kulturową. Dzięki tej różnorodności podróż przez Belgię staje się niezmiernie ciekawym i inspirującym doświadczeniem.
BELGIJSKA WENECJA
Brugia (niderl. Brugge) we Flandrii była na mojej liście od dawna. To 120-tysięczne miasto utkane z kanałów, mostów i wąskich, brukowanych uliczek, w których kroki same zwalniają. Niewielkie, zwarte, jakby stworzone do niespiesznych spacerów – najlepiej poznawać je właśnie pieszo, delektując się widokami, chłonąc atmosferę. Nad kanałami pochylają się stare drzewa, a fasady kamienic odbijają się w tafli wody jak w lustrze. O poranku miasto spowija lekka mgła, która miękko rozmywa kontury mostów i nadaje całości niemal baśniowy charakter. W południe słońce wydobywa z murów budynków ciepłe barwy i podkreśla zieleń, a wieczorem światła latarni rozlewają się po wodzie złotymi smugami. To moje ulubione miasto w Belgii. Mimo licznych turystów tempo życia jest tutaj spokojniejsze niż w większych miejscowościach. Nie ma intensywnego ruchu samochodowego, dominują piesi, rowery i łodzie wycieczkowe. Brugia nazywana jest „belgijską Wenecją” lub „Wenecją Północy”, choć o miano najpiękniejszego miasta w kraju walczy z Gandawą (niderl. Gent) – równie piękną, choć znacznie większą, zamieszkaną przez ponad 270 tys. osób.
Centralne miejsce w Brugii stanowi rynek – Markt. Otaczają go szeregi zabytkowych kamienic i gmachów, w tym dawna siedziba władz prowincji Flandrii Zachodniej – neogotycki Provinciaal Hof. Mój wzrok przyciąga 83-metrowa wieża dzwonnicza (Belfort van Brugge) z XIII stulecia. Nie sposób jej przeoczyć, a przed wiekami była podobno jeszcze wyższa. Na samą górę można wejść po 366 schodach, ale warto się poświęcić, bo widok na miasto zapiera dech w piersiach.
Nieopodal znajduje się kolejny piękny plac – Burg, jedno z najstarszych miejsc w Brugii. Turyści chętnie zaglądają do Ratusza z 1376 r. (Stadhuis Brugge). Można tu zwiedzić Salę Gotycką i pokój radnych. Wnętrza są pełne przepychu, a na ścianach widnieją zadbane freski. Tuż obok pielgrzymi zatrzymują się w Bazylice Świętej Krwi (Basiliek van het Heilig Bloed), gdzie przechowuje się fiolkę, która według legendy zawiera krew Jezusa Chrystusa.
W Brugii warto wejść także do muzeum w dawnym Szpitalu św. Jana (Museum Sint-Janshospitaal), jednym z najstarszych zachowanych kompleksów szpitalnych w Europie. Jego początki sięgają połowy XII w. Obecnie prezentowane są w nim m.in. obrazy Hansa Memlinga (ok. 1430/1440–1494). Wrażenie robi również Kościół Najświętszej Marii Panny (Onze-Lieve-Vrouwekerk), znany z marmurowej, 128-centymetrowej rzeźby Madonna z Brugii z ok. 1501–1504 r. – dzieła samego Michała Anioła (1475–1564).
A gdy kamienne fasady i gotyckie sklepienia nasycą już zmysły, można pozwolić sobie na chwilę wytchnienia podczas rejsu po kanałach lub spaceru wśród bielonych budynków późnośredniowiecznego beginażu, od 1998 r. znajdującego się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako domy beginek – béguinages – we Flandrii). Do naszych czasów przetrwały tutaj gotycki kościół i kilkadziesiąt domów.
MIASTO JAK Z BAJKI
Gandawa porusza zmysły i duszę. Jest większa niż Brugia, bardziej dynamiczna, a przy tym nie traci historycznej głębi. Spotykają się tu dwa światy: żywioł młodego, studenckiego miasta i powaga średniowiecznych murów, które pamiętają czasy kupieckiej potęgi. Energia codzienności splata się tutaj z echem przeszłości, tworząc przestrzeń, która jednocześnie pobudza i zatrzymuje na chwilę.
Podobnie jak Brugia, Gandawa to miasto kanałów. Rejs po nich trwa ok. 40 min i pozwala zobaczyć historyczne centrum z innej perspektywy. Z poziomu łodzi kamienice wydają się większe, a gdy odbijają się w tafli wody, nadają miastu romantyczny charakter. Mój wzrok przykuwa średniowieczny Zamek Gravensteen (Het Gravensteen) – dawna rezydencja władców Flandrii, która w kolejnych stuleciach mieściła sąd, mennicę i więzienie.
Jedną z najważniejszych budowli w mieście stanowi Katedra św. Bawona (Sint-Baafskathedraal), w której ochrzczono króla Hiszpanii Karola V Habsburga (1500–1558). W środku zachwyca Ołtarz Gandawski (Adoracja Mistycznego Baranka) – arcydzieło gotyku. Warto też zobaczyć obraz Święty Bawo przybywa do klasztoru w Gandawie Petera Paula Rubensa (1577–1640).
Panoramę Gandawy można podziwiać z dawnej strażnicy i dzwonnicy (Belfort van Gent). Ma 95 m wysokości i nazywana jest „Wieżą Smoka”, gdyż na samej górze znajduje się rzeźba tego mitycznego stworzenia, które miało pilnować miasta. Stąd tylko kilka kroków dzieli nas od Ratusza (Stadhuis van Gent), który wyróżnia się wieloma stylami (gotyckim, renesansowym i barokowym). Wzniesiono go między 1519 a 1539 r., ale kolejne skrzydła były na przestrzeni wieków dobudowywane.
Warto także usiąść w jednej z knajpek na urokliwym placu Korenmarkt, otoczonym pięknymi kamienicami, lub przejść się w weekend na pchli targ na placach Beverhoutplein i Bij Sint-Jacobs. Na targ staroci można też natrafić w Kościele św. Mikołaja (Sint-Niklaaskerk). W Gandawie każdy znajdzie coś dla siebie, a zaułki i ciche uliczki potrafią zaskoczyć detalami, które odkryje tylko uważny obserwator.
STOLICA DIAMENTÓW
W ponad 560-tysięcznej Antwerpii (niderl. Antwerpen) wszystko wydaje się inne niż w bajkowej Gandawie czy w pocztówkowej Brugii. Pierwsze wrażenie jest piorunujące. Dworzec kolejowy Antwerpen-Centraal, na który przyjeżdżam, zachwyca rozmachem. Otwarto go w 1905 r. według projektu słynnego belgijskiego architekta Louisa Delacenseriego (1838–1909), który inspirował się podobno rzymskim Panteonem. Dworzec, nazywany „Kolejową Katedrą”, wygląda jak pałac. Kopuła, wieżyczki, marmurowe kolumny i ogromna przestrzeń sprawiają, że trudno przejść obok niego obojętnie.
Zafascynowana kieruję się do tzw. dzielnicy diamentowej (niderl. Antwerpse diamantwijk) – miejsca, z którego Antwerpia słynie na całym świecie. Przez stulecia ton tutejszemu handlowi nadawała społeczność żydowska, choć dziś jest mniej liczna. Szacuje się, że jeszcze niedawno ok. 80–85 proc. wszystkich surowych diamentów na świecie było przeładowywanych w tym belgijskim mieście. Skąd pochodziło to bogactwo? Z Afryki. Wiele kamieni szlachetnych wydobyto w Kongu, niegdyś będącym belgijską kolonią. Spacer po tej części Antwerpii budzi jednak mieszane uczucia. W witrynach sklepów błyszczy biżuteria o zawrotnych cenach, za to same ulice są zwyczajne, momentami wręcz nieco zaniedbane. Ten kontrast – między luksusem a codziennością – dobrze oddaje charakter miasta.
Główny deptak – Meir – jest imponujący: szeroka ulica, eleganckie fasady, historyczne centrum handlowe Stadsfeestzaal. Stąd wystarczy krótki spacer, żeby dotrzeć do dawnego domu Petera Paula Rubensa – Rubenshuis. Dziś mieści się tu muzeum, które pozwala zajrzeć do świata jednego z najwybitniejszych malarzy baroku.
Serce miasta stanowi Grote Markt – rynek otoczony barwnymi, renesansowymi kamienicami. Nad placem góruje pobliska gotycka Katedra Najświętszej Marii Panny (Onze-Lieve-Vrouwekathedraal), której strzelista wieża wznosi się na 123 m. Wnętrze świątyni, dostępne za opłatą, kryje m.in. dzieła Rubensa. Przed katedrą znajduje się oryginalny pomnik Nello i Patrasche’a – bohaterów noweli Pies z Flandrii (A Dog of Flanders, 1872 r.) autorstwa angielskiej pisarki Marii Louise de la Ramée (ps. Ouida, 1839–1908), którzy według opowieści zmarli z zimna w wigilijną noc, będąc ze sobą do końca. To wzruszający akcent w samym centrum tego tętniącego życiem miasta.
Na samym Grote Markt wyróżniają się piękny renesansowy Ratusz (Stadhuis van Antwerpen) i Fontanna Brabo (Brabofontein). Przedstawia ona rzymskiego legionistę Silviusa Brabo, który według legendy miał uwolnić miasto od olbrzyma Druona Antigoona wymuszającego myto od mieszkańców i żeglarzy przeprawiających się przez Skaldę (Schelde) i obcinającego dłonie tym, którzy nie chcieli zapłacić. Brabo miał pokonać przeciwnika, a odciętą mu w rewanżu dłoń wrzucić do tej samej rzeki. Czyn ten dał ponoć początek nazwie miasta, interpretowanej przez niektórych jako pochodząca od zwrotu hand werpen, czyli „rzucić ręką”.
W pobliżu Grote Markt stoi najstarsza budowla w Antwerpii – niewielki średniowieczny Zamek Steen (Het Steen) z początku XIII stulecia. Mniej zachwycają za to okolice portowe, choć i tam nie brakuje architektonicznych klejnotów. I to dosłownie. Szczególnie wyróżnia się siedziba Zarządu Portu Antwerpia-Brugia (Havenbedrijf Port of Antwerp-Bruges), czyli tzw. Port House (Havenhuis) – nowoczesna bryła przypominająca kadłub statku lub oszlifowany diament, wzniesiona nad historycznym, ceglanym budynkiem. Autorką projektu jest Zaha Hadid (1950–2016) – światowej sławy architektka, która zaprojektowała również m.in. Centrum Kultury Hejdara Alijewa w Baku oraz centrum nauki phaeno w Wolfsburgu.
Antwerpia łączy przepych z surowością, historię z nowoczesnością, elegancję z przemysłowym krajobrazem portu. To miasto kontrastów – i takie pozostanie w pamięci.

Leuven – Gothic town hall and square from north-west.
AKADEMICKIE LEUVEN
Leuven (zwane również Lowanium, Lovanium) nie narzuca się turystom. Nie błyszczy jak Antwerpia, nie kusi pocztówkowymi obrazkami, nie jest miastem pierwszego wyboru, mimo iż od Brukseli dzieli je zaledwie 30 km. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że w Polsce mało kto o nim słyszał. Tymczasem ten prężnie rozwijający się ośrodek akademicki może poszczycić się m.in. uczelnią Katholieke Universiteit Leuven (KU Leuven), najstarszym na świecie, nieprzerwanie działającym, katolickim uniwersytetem, założonym w grudniu 1425 r., oraz jednym z najpiękniejszych ratuszy w Belgii (Stadhuis van Leuven).
Jego gotycki gmach na Grote Markt powstał w XV w. i do dziś zachwyca koronkową fasadą. Blisko 240 rzeźb – dodanych dopiero w XIX stuleciu – oraz niezliczone detale sprawiają, że trudno oderwać od niego wzrok. Naprzeciwko dawnej siedziby władz miejskich stoi zbudowana także w XV w. Kolegiata św. Piotra (Collegiale Sint-Pieterskerk). Z zewnątrz robi wrażenie, ale prawdziwe skarby znajdują się wewnątrz, wśród nich dzieła sztuki flamandzkiej, jak np. Ostatnia Wieczerza i Męczeństwo św. Erazma Dirka Boutsa (ok. 1410–1475). Mieszczą się tu także grobowce księcia Brabancji Henryka I (ok. 1165–1235), jego żony Matyldy oraz córki, cesarzowej Marii Brabanckiej (ok. 1190–1260).
Przechodzę przez Stary Rynek – Oude Markt. Przyglądam się tłumom młodych ludzi w kawiarniach. Mijają mnie studenci pędzący przed siebie na rowerach. To miasto tętni życiem, a jednocześnie nie przytłacza. Zaledwie 20 min od gwarnego centrum trafiam do miejsca, gdzie czas zdaje się stać w miejscu. Wielki Beginaż (Groot Begijnhof) nad rzeką Dijle sprawia wrażenie, jakby spał. W kameralnych uliczkach spotykam pojedynczych przechodniów – zapewne studentów – a dookoła cisza. Beginaż to miasto w mieście. Powstał w XIII w. i jeszcze 400 lat później mieszkało w nim 360 beginek – niezamężnych kobiet, które oddały życie Bogu. To jedno z najlepiej zachowanych tego typu miejsc w Europie, podobnie jak inne beginaże we Flandrii wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Ostatnia tutejsza beginka zmarła w latach 80. XX w.
Mój wzrok przyciąga także Kościół św. Gertrudy (Sint-Geertruikerk). Podobno wieża świątyni, ukończona w 1453 r., powstała bez użycia gwoździ czy metalowych spojeń. Interesujące są też Kościół św. Jana Chrzciciela (Sint-Jan-de-Doperkerk), Kościół św. Michała (Sint-Michielskerk) oraz Kaplica św. Antoniego (Sint-Antoniuskapel).
Niespiesznie idę w kierunku dworca, ale po drodze zahaczam o Plac Monsignore Ladeuze’a (Monseigneur Ladeuzplein). Nieopodal znajduje się monumentalny gmach Biblioteki Uniwersyteckiej (Universiteitsbibliotheek) z neorenesansową fasadą. Jej historyczne zbiory liczą ok. 2,5 tys. rękopisów, prawie 1 tys. inkunabułów, ponad 250 tys. rzadkich książek (z lat 1501–1840) i 14 tys. druków. W jednym z przewodników przeczytałam, że karylion na tutejszej wieży ma aż 63 dzwony i jest największy w Belgii.
Leuven najlepiej zwiedzać powoli – zatrzymując się na chwilę przy stoliku w jednej z kafejek, żeby za moment zanurzyć się w chłodnym cieniu uniwersyteckich murów i przespacerować do niemal milczących uliczek beginażu.
STOLICA WALONII
Flamandzkie miasta zachwycają spójnością stylu architektonicznego. Zupełnie inaczej jest na południu Belgii. Namur – 115-tysięczna stolica Regionu Walońskiego – w niczym nie przypomina miejscowości Flandrii. Leży zaledwie 1 godz. jazdy pociągiem od Brukseli i sprawia wrażenie miejsca sennego, otulonego lekką mgłą melancholii. Po wyjściu z dworca można pomyśleć, że jest się w innym kraju. Różnice nie sprowadzają się jedynie do języka, ale widoczne są także w budownictwie. Architektura przywodzi na myśl miasta brytyjskie, choć budynki wydają się tu nieco bardziej podniszczone. Jest tutaj też biedniej niż w północnej części Belgii. Na ulicach gdzieniegdzie walają się śmieci.
Namur ma jednak wiele do zaoferowania, choć podróżni, którzy wcześniej zwiedzali piękne miejscowości flamandzkie, mogą czuć się trochę zawiedzeni. Mimo to warto dać Namur szansę. Dzieje tego miasta, malowniczo rozciągającego się u zbiegu rzek Sambra (Sambre) i Moza (Meuse), sięgają starożytności. Już w czasach Celtów i Rzymian istniała tu osada położona w pobliżu ważnych szlaków handlowych. Prawa miejskie Namur uzyskało w X w. Współcześnie przyciąga zarówno Belgów, jak i turystów zagranicznych licznymi wydarzeniami kulturalnymi – wśród nich szczególną popularnością cieszą się Festiwal Muzyki (Festival Musical de Namur) na przełomie czerwca i lipca oraz październikowy, poświęcony literaturze Writers Festival of Belgium.
Mijamy XIX-wieczny Teatr Królewski (Théâtre Royal de Namur). Wzrok przyciąga portyk z kolumnami doryckimi, a w środku – posągi symbolizujące Muzykę i Komedię. Trafiamy na przygotowania do listopadowego Festiwalu Horroru (Festival de l’Horreur), ale ta tematyka nas nie interesuje, więc po chwili wychodzimy na zewnątrz. Z teatru jest już tylko rzut beretem do najważniejszych atrakcji miasta.
Mimo iż trwa weekend, w restauracjach siedzą nieliczni goście. Urokliwe, brukowane uliczki są niemal wyludnione, ale ma to swój klimat. Zaglądamy do zaułków, podziwiamy średniowieczną Beffroi de Namur, nazywaną Wieżą św. Jakuba. Od XVIII w. pełniła rolę dzwonnicy. Jest jedną z 56 miejskich wież strażniczych (beffroi) we Flandrii, Walonii i północnej Francji wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Niespiesznym krokiem dochodzimy do Katedry św. Albana (Cathédrale Saint-Aubain) z XVIII stulecia. W środku można zobaczyć obrazy malarzy flamandzkich, w tym Antoona van Dycka (1599–1641), Jacoba Jordaensa (1593–1678) oraz Ottona van Veena (1556–1629). Obok znajduje się Muzeum Diecezjalne (Musée Diocésain de Namur) ze skarbcem katedralnym. Interesujący jest także dawny Kościół św. Jakuba (Église Saint-Jacques). Podobno niegdyś w tym miejscu znajdowały się szpital i ośrodek pomocy pielgrzymom, którzy zmierzali do Santiago de Compostela. W XVIII w. zbudowano tu świątynię, którą 200 lat później sprzedano i urządzono w niej… butik.
Piwosze na pewno nie odpuszczą degustacji w „Le Ratin-Tot”, najstarszym lokalu w mieście, działającym od 1616 r. Wcześniej była tu kawiarnia, dziś bar serwuje również smaczne piwa – w menu znajdziemy ich… 90. „Le Ratin-Tot” warzy także własny trunek, który zawiera aż 7,5 proc. alkoholu.
Miłośnicy sztuki nie powinni ominąć Muzeum Sztuki Dawnej (TreM.a – Musée des Arts anciens du Namurois), którego zbiory uchodzą za jedne z najcenniejszych w Belgii. Można zobaczyć w nim m.in. kolekcję średniowiecznego złotnictwa sakralnego, tzw. skarb Oignies, składający się z ponad 50 prac XIII-wiecznego zakonnika Hugo d’Oignies i jego uczniów.
Nad Namur góruje cytadela (Citadelle de Namur). Można się do niej dostać o własnych siłach albo skorzystać z kolejki gondolowej (Téléphérique de la Citadelle de Namur), która została otwarta w maju 2021 r. Wjazd na szczyt góry stanowi atrakcję samą w sobie, więc postanawiamy z niej skorzystać. Z centrum Namur podróż trwa ok. 10 min. Forteca na przestrzeni stuleci była wielokrotnie przebudowywana. Według przewodników jest to jedna z najlepiej zachowanych cytadeli w Europie. Na wzgórzu można odpocząć w restauracji z widokiem na miasto, serwującej smaczne wina i boeuf bourguignon – wołowinę po burgundzku, duszoną w czerwonym winie, przyprawioną ziołami. Niedaleko fortecy – w budynku dawnego szpitala (Hospice Saint-Gilles) – znajdują się siedziba Parlamentu Walonii (Parlement de Wallonie) oraz oryginalna rzeźba Jana Fabre’a o rozbudzającym wyobraźnię tytule Searching for Utopia (Szukając Utopii), przedstawiająca ogromnego żółwia z jeźdźcem. Żółw został wykonany z brązu i dodatkowo pokryty złotem. Całość waży 6,5 t i ma 5 m długości. Spogląda na miasto, a może nawet gdzieś dalej, w kierunku tytułowej krainy…
Warto udać się również poza centrum Namur. W dzielnicy Wépion znajduje się Muzeum Truskawki (Musée de la Fraise), w którym można spróbować truskawkowego piwa.

Colorful image with buildings and citadel along the Meuse river in Dinant, Wallonia, Belgium.
WALOŃSKIE OSOBLIWOŚCI
Region Waloński to także urokliwe wioski i małe miasteczka. Turystów przyciąga 13-tysięczne Dinant. Na potężnej skale zbudowano tu w XI stuleciu twierdzę (dzisiejszą cytadelę – Citadelle de Dinant). Obecny wygląd fortyfikacji pochodzi z XIX w. i zawdzięczamy go Holendrom. Forteca widoczna jest z daleka, a w środku mieści się ekspozycja poświęcona historii i militariom, zwłaszcza I wojnie światowej, tzw. Espace 1914. Na szczyt skały można wjechać kolejką linową (aktualnie, w marcu 2026 r., nieczynną) lub wejść, pokonując 408 schodów. Oprócz tego w Dinant warto zwiedzić zabytkową Kolegiatę Najświętszej Marii Panny (Collégiale Notre-Dame) i Muzeum Adolfa Saxa (1814–1894) – twórcy saksofonu, a także przejść się wzdłuż Mozy, podziwiając kolorowe kamienice.
Do perełek architektonicznych należy też średniowieczne Durbuy, często nazywane „najmniejszym miastem świata” (la plus petite ville du monde). Jego sercem jest rynek, na którym stoją szare kamienice z XVII i XVIII w. Odnowiony zamek (Château de Durbuy) stanowi własność prywatną i nie został udostępniony do zwiedzania. Okolice Durbuy oblegają kolarze górscy, a także miłośnicy pieszych wycieczek i wspinaczki skałkowej. W Ardenach, których najwyższy szczyt – Signal de Botrange – ma zaledwie 694 m n.p.m., znajduje się wiele szlaków turystycznych łatwo dostępnych również dla rodzin z dziećmi. W lokalnych knajpkach polecam spróbować dań z dziczyzny i tutejszych piw.
Miłośnicy historii też znajdą w Walonii coś dla siebie. Mniej więcej 2 km na południe od Waterloo znajduje się miejsce, gdzie ponad 200 lat temu, 18 czerwca 1815 r., stoczono jedną z najważniejszych bitew w dziejach świata – i ostatnią bitwę Napoleona Bonaparte (1769–1821). Co roku w jej rocznicę odbywają się tutaj widowiskowe rekonstrukcje historyczne. Pole bitwy najlepiej zobaczyć z góry. Wystarczy wejść na Kopiec Lwa (Butte du Lion) z 1826 r. W mieście koniecznie zajrzyjcie do Muzeum Wellingtona (Musée Wellington), w którym można zobaczyć ogromną makietę pola bitwy oraz kolekcję broni, rycin i figur woskowych. Muzeum mieści się w dawnej kwaterze księcia Wellingtona – Arthura Wellesleya (1769–1852). Ten brytyjski wojskowy zasłynął z wielu zwycięskich bitew stoczonych z wojskami napoleońskimi. To on pokonał Napoleona pod Waterloo i właśnie w tym budynku sporządził raport z odniesionego triumfu. Oprócz stałej ekspozycji muzeum organizuje także wystawy czasowe.
BELGIA OD KUCHNI
Różnorodność kraju najlepiej widać na… talerzu. W wielu miejscach królują mule z frytkami – najczęściej duszone w białym winie z dodatkiem ziół i warzyw. Z kolei miłość do czekolady, piwa i gofrów to coś, co bez wątpienia łączy wszystkich Belgów.
Witryny sklepów z pralinami przyciągają wzrok kształtami czekoladek i smakami. Receptury pozostają pilnie strzeżoną tajemnicą. Same pralinki to małe dzieła sztuki – elegancko zapakowane, często wręczane jako prezent przy różnych okazjach. Belgowie chętnie się nimi obdarowują. Tradycja wytwarzania czekoladowych specjałów sięga XIX w., a miejscowe wyroby uchodzą dziś za jedne z najlepszych na świecie.
Belgowie są znawcami i smakoszami piwa, które okrzyknięto napojem narodowym. Kultura związana z warzeniem i piciem piwa w Belgii została nawet wpisana w 2016 r. na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To długa tradycja, bo sięgająca czasów średniowiecza. Doskonałe złociste trunki powstawały i nadal powstają m.in. w klasztorach. Mnisi znają się na rzeczy. Najwyżej ceni się piwa trapistów (odłam zakonu cystersów). W Belgii piwo wytwarza się obecnie w sześciu klasztorach trapistów. Największy i najsłynniejszy znajduje się w Chimay (Opactwo Scourmont) i może pochwalić się siedmioma rodzajami trunku. Najstarszy browar zakonników mieści się w Westmalle (Abbaye Notre-Dame du Sacré-Cœur). Pozostałe znajdują się w Achel, Orval, Westvleteren i Rochefort. W sumie – jeśli wierzyć przewodnikom – Belgia może się poszczycić aż 1,5–1,6 tys. rodzajów piwa, które powstają w ponad 400 browarach. Niezły wynik, jak na tak mały kraj – blisko 10 razy mniejszy od Polski (zajmujący powierzchnię 30 688 km² i zamieszkany przez ok. 11,8 mln osób).
Na północy kraju kuchnia jest bardzo sycąca i rozgrzewająca. Popularnością cieszy się stoofvlees – długo duszony gulasz wołowy po flamandzku. Równie chętnie zamawia się waterzooi, czyli delikatny gulasz z warzywami i kurczakiem, cielęciną lub rybą, podawany z frytkami albo z bagietką. Tradycyjne danie stanowi także stoemp – kremowe puree ziemniaczane z dodatkiem warzyw.
Na południu dominują smaki zbliżone do francuskich, ale można trafić też na pożywne walońskie potrawy. Warto spróbować boulets à la liégeoise – klopsików z Liège w charakterystycznym słodko-kwaśnym sosie (tzw. sauce lapin) na bazie gęstego syropu jabłkowo-gruszkowego i cebuli, a także sycącej salade liégeoise z dużą ilością ziemniaków. Popularne są również pasztety, szynka ardeńska oraz lokalne sery, m.in. Herve i Maredsous. Wśród wypieków uwagę przyciąga vol-au-vent – chrupiąca babeczka z ciasta francuskiego wypełniona farszem z mięsa i grzybów (najczęściej na bazie kurczaka i pieczarek).
Belgia łączy wpływy różnych kultur i potrafi zaskakiwać na każdym kroku – od monumentalnych katedr i misternych ratuszy, przez tętniące życiem miasta akademickie, po ciche ardeńskie doliny i skalne twierdze górujące nad Mozą. To kraj kontrastów: północ i południe różnią się językiem, architekturą, kuchnią i temperamentem, ale razem tworzą spójną, fascynującą całość. Niewielka powierzchnia kryje ogromne bogactwo historii, sztuki, smaków i krajobrazów. Belgia bywa niejednolita, momentami zaniedbana, pełna sprzeczności. Obok pięknych zabytków stoją te mocno nadszarpnięte zębem czasu, a turystyczne perełki przeplatają się z mniej reprezentacyjną codziennością. Ale właśnie ta mieszanka sprawia, że podróż nie jest oczywista ani przewidywalna. Nie wszystko tutaj zachwyca, lecz wiele skłania do refleksji i pozwala zobaczyć Belgię w mniej pocztówkowym, ale za to prawdziwym wydaniu.
Agnieszka Wasztyl



