W najnowszym, wiosenno-letnim wydaniu magazynu „All Inclusive” w dziale „Dalekie Podróże” poczytny autor R.A. Olek zabiera nas do Brazylii, ale nie tylko do Rio de Janeiro czy São Paulo… Poniżej publikujemy początek jego obszernego tekstu. Dziękujemy również za miłą, owocną i profesjonalną współpracę przy powstaniu tego brazylijskiego artykułu BCT Incentive i Brazylia Tour PL. Cały wciągający tekst o Brazylii można przeczytać na str. 26–35 najnowszego, wiosenno-letniego numeru magazynu All Inclusive, który dostępny jest pod tym linkiem: https://www.all-inclusive.com.pl/najnowszy-numer/

Zapraszamy gorąco do lektury! R.A. Olek pisze, że: „Brazylia to 8,5 mln km2 pasji, ponad 210 mln uśmiechów i trzecia część tego, co nazywamy Ameryką Łacińską. To kraj, który powstał z marzeń portugalskich żeglarzy, krwi afrykańskich niewolników, ducha rdzennych ludów i trudu emigracji europejskich chłopów. Zapraszam w podróż, która zmieni postrzeganie największego kraju Ameryki Południowej. Na początek zadajmy sobie jednak pytanie: czy Federacyjna Republika Brazylii to Ameryka Łacińska, czy raczej (i tylko) Ameryka Południowa? W szerokim rozumieniu owszem, Brazylia należy do obszaru posługującego się językami „łacińskimi” (romańskimi), latynoamerykańskimi, dziś powiedzielibyśmy – latynoskimi, ale… Argentyński pisarz i dziennikarz Martín Caparrós w słynnej książce Ñameryka (2021 r.) wyłączył Brazylię z latynoamerykańskiego kręgu kulturowego z trzech powodów: innego języka, ogromnego terytorium, a przede wszystkim – odmiennej historii. O ile kraje kręgu kultury latynoamerykańskiej (u Caparrósa – „ñamerykańskiej”), wywodzące się z jednolitej władzy korony hiszpańskiej i religijności kościoła łacińskiego, a także posługujące się językiem hiszpańskim, przez trzy wieki dzieliły te trzy cechy, o tyle Brazylia – nie. Była bytem odrębnym językowo, terytorialnie niespójnym i w większości nieskolonizowanym aż do końca XIX stulecia. Dziś zajmująca powierzchnię blisko połowy kontynentu, nie powstała na gruzach opanowanego imperium (vide Meksyk, Peru, Ekwador), lecz w wyniku podboju i zasiedlenia wybrzeża przez Europejczyków, którzy następnie sprowadzili miliony afrykańskich niewolników. Największa grupa spośród tych przywiezionych do obu Ameryk, bo prawie połowa, trafiła właśnie tutaj. Caparrós napisał też, a ja za nim powtórzę, że z ponad 600 mln Latynosów 210 mln mówi po portugalsku. To właśnie jest Brazylia – gigant i lokalne imperium. Jej powierzchnia, dochód narodowy, skala nierówności i społecznych problemów dorównują pozostałym 12 krajom Ameryki Południowej razem wziętym, jeśli wręcz ich nie przewyższają. Dlatego Brazylia nie pasuje do koncepcji wielorakiej Ameryki Łacińskiej i daje się porównać tylko do Stanów Zjednoczonych Ameryki, do których nomen omen ma podobne konstytucję, strukturę władzy i regionalne aspiracje. Pomimo to nie uzurpuje sobie nazwy całego kontynentu, więc skromnością jednak „Amerykanów” z północy przewyższa. Brazylijczycy to Brazylijczycy, nie żadni Amerykanie. I są z tego dumni.

Federacyjna Republika Brazylii zatem to nie tylko kraj, to stan umysłu, w którym rytm samby miesza się z szumem oceanu, a kolonialna historia przegląda się w szklanych elewacjach nowoczesnych metropolii. Ze swoimi 7,5 tys. km wybrzeża oferuje nieskończoną paletę doznań, które pragnę przybliżyć czytelnikom magazynu All Inclusive. Niekoniecznie z perspektywy formuły all inclusive.

Co dała nam Brazylia? Pierwsze skojarzenia to lambada, samba, starsi wspomną Niewolnicę Isaurę, młodsi – Miasto Boga, powieści Paula Coelha i thrash metal Sepultury. Co jeszcze? Futbol, capoeirę, Ayrtona Sennę (1960–1994), reprezentację siatkarzy, kawę i erva mate (yerba mate, chimarrão, mate). Miłośnicy awiacji zapewne skojarzą samoloty Embraera. Całkiem sporo jak na początek, prawda? Bo Brazylia jest jak Indie. To kraj-kontynent. Stany Zjednoczone Ameryki Południowej. Ogromne, różnorodne, ludne i mega (nie mylić z ruchem MAGA – Make America Great Again). Wszystko w niej jest na inną skalę, choć jak się przyjrzeć, często podobne, bo przecież stworzone na europejskich wzorcach i ze Starego Kontynentu czerpiące do dziś. Włosi, Niemcy i Polacy, obok Portugalczyków, Hiszpanów, Japończyków i ludności z Bliskiego Wschodu, to najliczniejsi budowniczowie tutejszego prosperity. Ale nie tylko, bo też ludność rdzenna oraz czarnoskóra i mieszana, wywodząca się z milionów niewolników sprowadzonych do pracy na plantacjach kawy i trzciny cukrowej. Typowy Brazylijczyk często już nie pamięta o narodowych korzeniach, a wygląda jak rasowy miszmasz – kawa z mlekiem (café com leite), jak sami tam o sobie mówią.

Mógłbym też zapytać, parafrazując tytuł książki Tony’ego Kososkiego: Czy każdy Brazylijczyk tańczy sambę? I od razu odpowiem – nie każdy. Tak jak (o zgrozo!) nie każdy żyje futbolem. Tak, tak, są i tacy Brazylijczycy, którzy piłki nożnej nie kochają. Zamiast niej uwielbiają siatkówkę i Formułę 1 z jej największymi gwiazdami – urodzonymi w São Paulo Gabim (Gabrielem Bortoleto) i… legendarnym Ayrtonem Senną. I tak jak nie każdy Brazylijczyk zatańczy sambę, tak każdy powinien Brazylię odwiedzić choć raz. Jak Chiny, Indie, USA i Australię. Bo to państwa-kontynenty, światy w światach, mikrokosmosy, których działanie popycha ludzkość naprzód. Jak kiedyś Europa, do której z kolei chętnie i z sentymentem podróżują mieszkańcy wspomnianych krajów, traktując ją jak jeden organizm, bo dlaczego nie. Skoro u nich to działa, o co chodzi Europejczykom z tymi partykularyzmami? Ale to już zagadnienie na inny tekst. Zapytam znów, przewrotnie: Czy da się zobaczyć ten kraj bez Rio de Janeiro? I co bym polecił zwiedzić poza żelaznym zestawem: Rio, Foz do Iguaçu, Amazonia? Oczywiście, można ominąć Rio. Technicznie się da, tylko dlaczego pozbawiać się tej szczególnej magii „Styczniowej Rzeki”, która definiuje Brazylię, jest jej esencją i w której jak w soczewce odbija się światło całego kraju? Rio de Janeiro to miasto, ludzie, przyroda, taniec, muzyka, kuchnia i styl. I choć stanowi zaledwie ułamek tego, co kraj ma do zaoferowania, już ono samo wystarczy, żeby Brazylii posmakować i ją pokochać”.