Brazylia to 8,5 mln km2 pasji, ponad 210 mln uśmiechów i trzecia część tego, co nazywamy Ameryką Łacińską. To kraj, który powstał z marzeń portugalskich żeglarzy, krwi afrykańskich niewolników, ducha rdzennych ludów i trudu emigracji europejskich chłopów. Zapraszam w podróż, która zmieni postrzeganie największego kraju Ameryki Południowej.

 

Na początek zadajmy sobie jednak pytanie: czy Federacyjna Republika Brazylii to Ameryka Łacińska, czy raczej (i tylko) Ameryka Południowa? W szerokim rozumieniu owszem, Brazylia należy do obszaru posługującego się językami „łacińskimi” (romańskimi), latynoamerykańskimi, dziś powiedzielibyśmy – latynoskimi, ale…

Argentyński pisarz i dziennikarz Martín Caparrós w słynnej książce Ñameryka (2021 r.) wyłączył Brazylię z latynoamerykańskiego kręgu kulturowego z trzech powodów: innego języka, ogromnego terytorium, a przede wszystkim – odmiennej historii. O ile kraje kręgu kultury latynoamerykańskiej (u Caparrósa – „ñamerykańskiej”), wywodzące się z jednolitej władzy korony hiszpańskiej i religijności kościoła łacińskiego, a także posługujące się językiem hiszpańskim, przez trzy wieki dzieliły te trzy cechy, o tyle Brazylia – nie. Była bytem odrębnym językowo, terytorialnie niespójnym i w większości nieskolonizowanym aż do końca XIX stulecia. Dziś zajmująca powierzchnię blisko połowy kontynentu, nie powstała na gruzach opanowanego imperium (vide Meksyk, Peru, Ekwador), lecz w wyniku podboju i zasiedlenia wybrzeża przez Europejczyków, którzy następnie sprowadzili miliony afrykańskich niewolników. Największa grupa spośród tych przywiezionych do obu Ameryk, bo prawie połowa, trafiła właśnie tutaj.

Caparrós napisał też, a ja za nim powtórzę, że z ponad 600 mln Latynosów 210 mln mówi po portugalsku. To właśnie jest Brazylia – gigant i lokalne imperium. Jej powierzchnia, dochód narodowy, skala nierówności i społecznych problemów dorównują pozostałym 12 krajom Ameryki Południowej razem wziętym, jeśli wręcz ich nie przewyższają. Dlatego Brazylia nie pasuje do koncepcji wielorakiej Ameryki Łacińskiej i daje się porównać tylko do Stanów Zjednoczonych Ameryki, do których nomen omen ma podobne konstytucję, strukturę władzy i regionalne aspiracje. Pomimo to nie uzurpuje sobie nazwy całego kontynentu, więc skromnością jednak „Amerykanów” z północy przewyższa. Brazylijczycy to Brazylijczycy, nie żadni Amerykanie. I są z tego dumni.

Federacyjna Republika Brazylii zatem to nie tylko kraj, to stan umysłu, w którym rytm samby miesza się z szumem oceanu, a kolonialna historia przegląda się w szklanych elewacjach nowoczesnych metropolii. Ze swoimi 7,5 tys. km wybrzeża oferuje nieskończoną paletę doznań, które pragnę przybliżyć czytelnikom magazynu All Inclusive. Niekoniecznie z perspektywy formuły all inclusive.

Co dała nam Brazylia? Pierwsze skojarzenia to lambada, samba, starsi wspomną Niewolnicę Isaurę, młodsi – Miasto Boga, powieści Paula Coelha i thrash metal Sepultury. Co jeszcze? Futbol, capoeirę, Ayrtona Sennę (1960–1994), reprezentację siatkarzy, kawę i erva mate (yerba mate, chimarrão, mate). Miłośnicy awiacji zapewne skojarzą samoloty Embraera. Całkiem sporo jak na początek, prawda? Bo Brazylia jest jak Indie. To kraj-kontynent. Stany Zjednoczone Ameryki Południowej. Ogromne, różnorodne, ludne i mega (nie mylić z ruchem MAGA – Make America Great Again). Wszystko w niej jest na inną skalę, choć jak się przyjrzeć, często podobne, bo przecież stworzone na europejskich wzorcach i ze Starego Kontynentu czerpiące do dziś. Włosi, Niemcy i Polacy, obok Portugalczyków, Hiszpanów, Japończyków i ludności z Bliskiego Wschodu, to najliczniejsi budowniczowie tutejszego prosperity. Ale nie tylko, bo też ludność rdzenna oraz czarnoskóra i mieszana, wywodząca się z milionów niewolników sprowadzonych do pracy na plantacjach kawy i trzciny cukrowej. Typowy Brazylijczyk często już nie pamięta o narodowych korzeniach, a wygląda jak rasowy miszmasz – kawa z mlekiem (café com leite), jak sami tam o sobie mówią.

Mógłbym też zapytać, parafrazując tytuł książki Tony’ego Kososkiego: Czy każdy Brazylijczyk tańczy sambę? I od razu odpowiem – nie każdy. Tak jak (o zgrozo!) nie każdy żyje futbolem. Tak, tak, są i tacy Brazylijczycy, którzy piłki nożnej nie kochają. Zamiast niej uwielbiają siatkówkę i Formułę 1 z jej największymi gwiazdami – urodzonymi w São Paulo Gabim (Gabrielem Bortoleto) i… legendarnym Ayrtonem Senną. I tak jak nie każdy Brazylijczyk zatańczy sambę, tak każdy powinien Brazylię odwiedzić choć raz. Jak Chiny, Indie, USA i Australię. Bo to państwa-kontynenty, światy w światach, mikrokosmosy, których działanie popycha ludzkość naprzód. Jak kiedyś Europa, do której z kolei chętnie i z sentymentem podróżują mieszkańcy wspomnianych krajów, traktując ją jak jeden organizm, bo dlaczego nie. Skoro u nich to działa, o co chodzi Europejczykom z tymi partykularyzmami? Ale to już zagadnienie na inny tekst.

Zapytam znów, przewrotnie: Czy da się zobaczyć ten kraj bez Rio de Janeiro? I co bym polecił zwiedzić poza żelaznym zestawem: Rio, Foz do Iguaçu, Amazonia?

Oczywiście, można ominąć Rio. Technicznie się da, tylko dlaczego pozbawiać się tej szczególnej magii „Styczniowej Rzeki”, która definiuje Brazylię, jest jej esencją i w której jak w soczewce odbija się światło całego kraju? Rio de Janeiro to miasto, ludzie, przyroda, taniec, muzyka, kuchnia i styl. I choć stanowi zaledwie ułamek tego, co kraj ma do zaoferowania, już ono samo wystarczy, żeby Brazylii posmakować i ją pokochać.

 

POLONICA, CZYLI „SAMI SWOI” NA BRAZYLIJSKIEJ ZIEMI

Zanim więc o Rio, mała zagadka: co łączy je z Maltą i Poznaniem? Na pierwszy rzut oka niewiele, ale wnikliwy poszukiwacz ciekawostek historycznych z łatwością odpowie na to pytanie. Wspólnym mianownikiem jest postać księcia Olgierda Czartoryskiego (1888–1977), wielkiego polskiego patrioty, przedwojennego działacza wielkopolskiej elity niepodległościowej, bywalca poznańskiego Hotelu Bazar, a wreszcie – członka Zakonu Maltańskiego. Po II wojnie światowej książę, jak wielu polskich arystokratów będący persona non grata w Polsce Ludowej, musiał szukać innej ojczyzny. Wyjechał do Brazylii i osiadł właśnie w Rio de Janeiro, gdzie stał się ostoją działalności arystokratycznej Polonii. Prowadząc jako ambasador Zakonu Maltańskiego aktywność charytatywną i dyplomatyczną, zapisał piękną kartę w historii miasta i otrzymał jego honorowe obywatelstwo. Dziś niewielu udaje się w miejsce, gdzie w dzielnicy Copacabana mieściło się jego biuro. A szkoda, bo to ważna postać dla opowieści o Polakach w Brazylii.

A było ich wielu, napływających masami chłopskimi na przełomie XIX i XX w. w czasie tzw. gorączki brazylijskiej, gdy młode państwo pragnęło zasiedlić emigrantami z Europy rozległe i niezagospodarowane tereny południowego interioru. Wybierali się do „Ameryki”, ale do której – często okazywało się w drodze, za sprawą przypadków, pomyłek, nieuczciwych pośredników. Gorąco polecam wizytę w Muzeum Emigracji w Gdyni, gdzie pięknie przedstawiono realia czasów, gdy Polski nie było, a chłopstwo w poszukiwaniu ziemi kolonizowało polskością inne kontynenty. To stara historia, zamazana latami zapomnienia w PRL, ale warto ją pamiętać, a kontakty z rodakami odnawiać i zacieśniać. Jeszcze dziś mieszkańcy wielu miast i wsi południowych stanów Brazylii: Parany, Santa Catariny, Rio Grande do Sul, przyznają się do polskiego pochodzenia, a statystycznie brazylijska Polonia jest drugą najliczniejszą poza Europą (po tej w USA). Dlatego zachęcam do odwiedzenia południa Brazylii, o czym później.

 

MIASTO CUDÓW POD OKIEM CHRYSTUSA

Moja przygoda z Rio de Janeiro zaczęła się przed 25 laty, ale do dziś pamiętam ten dreszcz emocji, gdy po raz pierwszy lądowałem na Lotnisku Galeão (Aeroporto Internacional Antônio Carlos Jobim, Aeroporto do Galeão – GIG). Czułem się jak Kolumb. Oczekiwałem w Brazylii jakiejś nieprzebytej, dzikiej selwy, niebywałej egzotyki rodem z książek Alfreda Szklarskiego (1912–1992). I znalazłem, choć w innym niż powieściowe wydaniu. Rio to ogromna metropolia, gdzie miliony cisną się na wąskim pasie wybrzeża i gór wznoszących się nad zatoką Guanabara (Baía de Guanabara). „Styczniowa Rzeka” to miasto niebywałych kontrastów, gdzie skrajna bieda faweli sąsiaduje z przepychem dzielnicy Leblon, a wszystko to spięte klamrą oszałamiającej natury, słońca, wody i ogólnie dostępnych, publicznych plaż. Tu bogacz spotka się z nędzarzem, a futbolowy kuglarz zagra „w gałę” z przypadkowym turystą. A z granitowej góry Corcovado (710 m n.p.m.) będzie na nich spoglądał Chrystus Zbawiciel (Cristo Redentor), który do Miasta Boga zaprasza i nad nim czuwa.

Nie ma wizyty w Rio bez wjazdu na Corcovado. Pomnik na szczycie góry to nie tylko beton i steatyt – to symbol otwartości. Jest jednym z siedmiu nowych cudów świata i, co ciekawe, był wzorem dla podobnego, postawionego w Lizbonie 28 lat później (Cristo Rei). Na Corcovado warto wybrać się przez Park Narodowy Tijuca (Parque Nacional da Tijuca) i dotrzeć na wierzchołek, zanim wjadą tam pierwsze wagoniki z turystami. Mała jest szansa na samotny świt, ale taka próba może zostać sowicie nagrodzona. Widok budzącego się 7-milionowego miasta, gdy mgła powoli odsłania zatokę Guanabara, zapada w pamięć na całe życie. Samą statuę Chrystusa Zbawiciela, mierzącą 30 m (38 m z cokołem), sfinansowano ze składek wiernych i ukończono w 1931 r. Zaprojektował ją Heitor da Silva Costa (1873–1947) we współpracy z Paulem Landowskim (1875–1961), francuskim rzeźbiarzem polskiego pochodzenia. To kolejny rodzimy akcent w Rio, o którym warto pamiętać.

Pão de Açúcar (396 m n.p.m.), czyli „Głowa Cukru”, stanowi następny diament w koronie brazylijskich evergreenów. Wjazd dwuetapową kolejką linową (teleférico – Bondinho do Pão de Açúcar) to klasyka, ale polecam też spacer ścieżką im. Cláudia Coutinha (1939–1981) u podnóża, gdzie można spotkać małe małpki marmozety (mico-leão). Panorama z góry przy zachodzie słońca, gdy zapalają się światła na Copacabanie, to kwintesencja romantyzmu. Stąd najlepiej widać, jak miasto zostało wciśnięte między granitowe góry a ocean. Ci z grubszym portfelem mogą przelecieć się helikopterem. Trzy trasy o długości od 15 min do 1 godz. nie kosztują majątku, jeśli wziąć pod uwagę, że to atrakcja w rodzaju once in a lifetime.

O tutejszych plażach można by napisać osobny artykuł. Dla mieszkańca Rio – carioca – plaża to nie tylko miejsce wypoczynku. To przedłużenie salonu, wizytówka miasta, buzujący teatr życia. Copacabana, z jej charakterystyczną mozaiką na chodniku autorstwa Roberta Burle’a Marxa (1909–1994), to miejsce spotkań, sportu i handlu. Ipanema jest nieco bardziej elegancka, a zachód słońca oglądany ze skałek Arpoador tłum turystów i lokalsów kwituje gromkimi brawami – to unikatowy rytuał Rio. Tutaj też narodziła się bossa nova – wystarczy usiąść w Barze „Garota de Ipanema”, gdzie Tom Jobim (1927–1994) i Vinicius de Moraes (1913–1980) napisali swój największy hit, poczuć niespieszny rytm i rozejrzeć się nieco, a na pewno niejedna „dziewczyna z Ipanemy” zaraz wpadnie nam w oko, jak niegdyś autorom piosenki. Co ciekawe, tekst opowiada o tęsknocie i niespełnionej miłości do nieznajomej, ale dawno już stracił oryginalne znaczenie. Grany w niezliczonych wersjach, stał się hymnem na cześć urody Brazylijek. A te, trzeba to przyznać, nie mają sobie równych na całym świecie. Może poza Polską.

Dzielnice Lapa i Santa Teresa można skwitować krótko: bohema i samba. Jeśli pragnie się poczuć duszę miasta, trzeba udać się do Lapy. To tutaj znajdują się słynne Escadaria Selarón – schody wyłożone przez chilijskiego artystę Jorge Selaróna (1947–2013) tysiącami barwnych kafelków z całego świata. Nad Lapą góruje Santa Teresa, dzielnica artystów, do której wchodzi się niespiesznym spacerem lub wjeżdża „na bogato” – zabytkowym żółtym tramwajem (bonde). To miejsce na leniwy lunch w jednej z restauracji serwujących typową brazylijską potrawę – feijoada, czyli gulasz z czarnej fasoli i mięsa, pochodzący z najprostszej kuchni serwowanej niewolnikom. Warto tutaj zostawić sobie czas na zakupy w butikach lokalnych rzemieślników.

Niterói, należące do aglomeracji 500-tysięczne miasto po drugiej stronie zatoki Guanabara, jest często pomijane w trasach zwiedzania, co z mojego punktu widzenia stanowi kardynalny błąd. Wystarczy przeprawić się promem lub przejechać ponad 13-kilometrowym mostem Rio-Niterói, aby znaleźć się w starannie zaprojektowanej przestrzeni będącej swoistym hołdem dla geniuszu architektonicznego modernisty Oscara Niemeyera (1907–2012). Pochodzący z Rio de Janeiro wizjoner odcisnął tak wyraźny ślad na obrazie brazylijskich miast, że śmiało można mu zadedykować wezwanie znajdujące się w godle kraju: Ordem e Progresso – „Porządek i postęp”.

I choć dziełem życia Niemeyera był projekt stolicy państwa – Brasilii, to właśnie w Niterói można zobaczyć jedną z jego najważniejszych prac: Muzeum Sztuki Współczesnej (Museu de Arte Contemporânea de Niterói – MAC). To architektoniczne arcydzieło przypomina statek kosmiczny, który właśnie wylądował na klifie. Z tarasu muzeum, jak z kabiny gwiezdnego krążownika, rozpościera się najpiękniejszy panoramiczny widok na Rio de Janeiro.

Niemeyer był carioca i Brazylijczykiem z krwi i kości, co najlepiej oddają jego własne słowa tyczące się budynków, które projektował: Nie interesują mnie kąty proste ani wymyślone przez człowieka linie proste, sztywne i bezduszne. Interesują mnie krzywizny, swobodne i zmysłowe, takie, jakie spostrzegam w górzystych krajobrazach mojej ojczyzny, meandrujących rzekach, falującym oceanie i ciele kobiety, którą kocham. Odbierając w 1988 r. „architektonicznego Nobla”, czyli Nagrodę Pritzkera, Niemeyer powiedział jeszcze: Szanuję wszystkie szkoły architektoniczne, od chłodnych struktur van der Rohego po deliryczne wizje Gaudiego. Ale to, co sam projektuję, jest najbardziej związane z moimi korzeniami, moim miejscem pochodzenia. Niterói i budynek MAC stanowią tego najlepszy dowód.

Na koniec, żeby wrócić do początków dziejów miasta, warto odwiedzić Fortaleza de Santa Cruz da Barra – historyczną twierdzę, która przez stulecia strzegła wejścia do zatoki Guanabara. Spacer po jej kazamatach i punktach widokowych to lekcja historii Brazylii kolonialnej, podana w oprawie szumu fal uderzających o granitowe ściany. Tu się dowiemy, że nazwa Rio de Janeiro, czyli w dosłownym tłumaczeniu „Styczniowa Rzeka”, to w gruncie rzeczy efekt pomyłki. Kiedy 1 stycznia 1502 r. Portugalczyk Gaspar de Lemos jako pierwszy Europejczyk zawitał do zatoki, wziął ją za ujście wielkiej rzeki i tak nazwał. Przez pomyłkę mamy więc Rio de Janeiro, które wielu, również przez pomyłkę, uważa za stolicę Brazylii, a tą Rio nie jest już od 66 lat.

Czy można zatem zobaczyć Brazylię bez Rio? Odpowiem po raz kolejny, że można. Tyle że to nie będzie pełen obraz kraju. Podobnie jak nie jest nim samo miasto, rozciągające się w objęciach Chrystusa Zbawiciela nad wodami zatoki Guanabara.

DŻUNGLA Z BETONU

São Paulo (zwane niekiedy Sampą) to pulsujące energią gospodarcze serce kraju, które zachwyca różnorodnością. Jest przeogromne, rozciąga się na powierzchni ponad 1,5 tys. km2, niczym małe państwo, a liczbą ludności, przekraczającą 12 mln, przewyższa niejeden kraj. Piąta na świecie metropolia nie ma sobie równych w Ameryce Południowej (Região Metropolitana de São Paulo zamieszkują aż 24 mln osób), a o palmę pierwszeństwa w Ameryce Łacińskiej może z nią rywalizować jedynie Mexico City.

W przeciwieństwie jednak do stolicy Meksyku w São Paulo nie znajdziemy pozostałości po starożytnych cywilizacjach indiańskich, wykwintnej architektury kolonialnej powstałej na gruzach tychże ani rdzennego klimatu. To miasto na wskroś nowoczesne, zbudowane na handlu niewolnikami, kamieniami szlachetnymi, a bliżej naszych czasów – kawą. W silnym gospodarczo centrum portugalskiej kolonii we wrześniu 1822 r. ogłoszono niepodległość Brazylii i od tego czasu São Paulo usiłowało rywalizować z Rio de Janeiro o prymat w młodej federacji. Ostatecznie przeważyła tradycja (Rio pełniło już funkcję stolicy portugalskiej kolonii od 1763 r.), a obie strony pogodził w końcu szalony pomysł: przenieść stolicę do centrum kraju, do zbudowanego od podstaw miasta przeznaczonego dla administracji państwowej. Tak narodziła się Brasília.

Dla większości przybywających do Brazylii turystów São Paulo będzie zaledwie portem przesiadkowym, ale dla tych, którzy zdecydują się tutaj zostać lub przybędą w interesach, miasto ma wiele do zaoferowania. Jego serce stanowi 2,8-kilometrowa Avenida Paulista. W każdą niedzielę zamykana jest dla samochodów i staje się ogromną sceną dla artystów ulicznych. Znajduje się tu Muzeum Sztuki (Museu de Arte de São Paulo – MASP) – zawieszone na czterech czerwonych filarach, prezentujące jedną z najważniejszych kolekcji sztuki zachodnioeuropejskiej na półkuli południowej.

São Paulo to stolica gastronomii. Dzielnica Liberdade, z charakterystycznymi czerwonymi lampionami, to największa japońska enklawa poza Japonią. Sushi i ramen są tutaj równie autentyczne jak w Tokio. Z kolei targ Mercado Municipal to świątynia smaku. Trzeba tu spróbować słynnej sanduíche de mortadela (kanapki z mortadelą) oraz egzotycznych owoców, których nazw nie sposób spamiętać za pierwszym razem. Koneserzy sztuki ulicznej z przyjemnością zabłądzą w Zakątku Batmana (Beco do Batman).

Rio ma plaże, a Sampa – Park Ibirapuera. Zaprojektowany przez Niemeyera i Burle’a Marxa, jest miejscem, gdzie natura spotyka się z modernizmem. Znajdują się tutaj m.in. Pawilon Japoński (Pavilhão Japonês) oraz Muzeum Afro-Brazylijskie (Museu Afro Brasil), które stanowi klucz do zrozumienia tożsamości tego kraju. Z kolei panorama z tarasu restauracji „Terraço Itália” na szczycie 165-metrowego wieżowca Edifício Itália (Circolo Italiano) pozwala w pełni zrozumieć ogrom ciągnącej się za horyzont metropolii – tego „brazylijskiego Nowego Jorku”, jak nie bez racji często określa się São Paulo.

„BRAZYLIJSKIE KARAIBY”

A gdzie Brazylijczycy szukają plaż? Mają je w zasadzie wszędzie, bowiem długość wybrzeża wynosi tu ok. 7,5 tys. km. Mimo takiego bogactwa plaża plaży nierówna, więc…

Przenieśmy się tam, gdzie typowy Brazylijczyk pojedzie na urlop – do Regionu Północno-Wschodniego (Região Nordeste). Jeśli marzy nam się „wyjazd do raju”, stan Alagoas będzie najlepszym wyborem. Z powodzeniem można go polecić jako alternatywę dla zatłoczonych kurortów Karaibów.

Tutejsze stołeczne Maceió, zamieszkane przez 1 mln osób, posiada jedne z najpiękniejszych plaż miejskich na świecie: Pajuçara, Ponta Verde i Jatiúca. Pajuçara słynie z naturalnych basenów (piscinas naturais) formujących się podczas odpływu. Dociera się do nich tradycyjnymi łodziami żaglowymi jangadas. To tutaj, z drinkiem w dłoni, można stać po pas w krystalicznej wodzie nawet 2 km od brzegu.

Mniej więcej 2 godz. drogi na północ od Maceió leży Maragogi, nazywane „brazylijskimi Karaibami”. Znajdują się tu Galés – ogromne naturalne baseny położone na otwartym oceanie, osłaniane przez rafę koralową. Przed wizytą tutaj warto jednak sprawdzić kalendarz pływów, bo to one decydują o magii tego miejsca.

Z kolei São Miguel dos Milagres (w dosłownym tłumaczeniu „Święty Michał od Cudów”) to miejsce znane z turystyki slow. Brak tu wielkich hoteli, są za to ekskluzywne pensjonaty (pousadas), gdzie boso idzie się na kolację złożoną ze świeżych owoców morza. To Brazylia autentyczna, spokojna i niesłychanie elegancka w swojej prostocie.

Spośród stosunkowo niewielu w tym kraju resortów all inclusive pozytywnie wyróżnia się Pratagy Beach All Inclusive. Jego aquapark (Pratagy Acqua Park) to rodzinny strzał w dziesiątkę. Resort leży na skraju pięknej plaży Pratagy, nad rzeką Meirim i otacza go bujny las atlantycki (Mata Atlântica). Obiekt ten oferuje standard, do którego przyzwyczajeni są europejscy turyści, ale z brazylijską gościnnością, która nie ma sobie równych.

 

TAM, GDZIE HUCZY WODA

Miasto Foz do Iguaçu w stanie Parana, na granicy z Argentyną i Paragwajem, nazwę wzięło od przepływającej tu rzeki. Wodospady Iguaçu (Cataratas do Iguaçu) to wymykający się opisom cud natury. Podczas mojej pierwszej podróży po Brazylii miejsce to wzbudziło największe emocje. Przyroda demonstruje tutaj swoją absolutną potęgę, wobec której człowiek uświadamia sobie, jak jest mały i nieistotny. Pięknie pokazał to Roland Joffé w oscarowym filmie Misja (1986 r.) z niezapomnianymi rolami Roberta De Niro i Jeremy’ego Ironsa. Opowieść o jezuickich misjach wśród Indian Guarani w sąsiednim Paragwaju może być świetnym wstępem do poznania historii europejskiej kolonizacji tutejszego interioru.

Wodospady Iguaçu to nie jedna, a 275 kaskad rozciągniętych na szerokości niemal 3 km. Strona brazylijska oferuje niesamowitą panoramę na ogrom tego żywiołu. Punkt obowiązkowy stanowi spacer trasą turystyczną aż do platformy, skąd rozpościera się ikoniczny widok na największe z wodnych przedstawień – Garganta do Diabo („Gardziel Diabła”). Spadające masy wody zapierają dech, a huk jest tak potężny, że czuje się go w klatce piersiowej. Podwyższoną wilgotność powietrza daje się zauważyć już wiele kilometrów od rzeki.

Tuż obok wodospadów znajduje się Parque das Aves, gdzie w ogromnych wolierach można stanąć oko w oko z tukanami i arami, co zawsze zachwyca moich gości. Szukającym mocniejszych przeżyć polecam rejs motorówką pod same kaskady. Wrażenie jest nie do opisania. Z kolei lot helikopterem nad wodospadami pozwala zrozumieć geometrię tego miejsca – jak rzeka Iguaçu nagle wbija się w ziemię pośrodku gęstej selwy.

Cataratas do Iguaçu można również oglądać od argentyńskiej strony (nazywa się je tutaj po hiszpańsku Cataratas del Iguazú), gdzie infrastruktura turystyczna jest niegorsza niż po brazylijskiej, a większość kaskad będziemy mieli niemal „pod stopami”. Ok. 80 proc. obszaru wodospadów znajduje się na terytorium Argentyny. Organizuje się tu przejazdy przez selwę i safari motorówkami podobne do tych w Brazylii.

Pobyt w blisko 300-tysięcznym mieście Foz do Iguaçu dopełnia wizyta przy monumentalnej zaporze Itaipu (Usina Hidrelétrica de Itaipu), będącej świadectwem genialnej inżynierii łączącej Brazylię z Paragwajem, a zarazem miejscem tzw. potrójnej granicy (Tríplice Fronteira), gdzie spotykają się Republika Paragwaju, Federacyjna Republika Brazylii i Republika Argentyńska. Brazylijscy turyści przekraczają granicę z Paragwajem, np. aby zrobić tanie zakupy u biedniejszego sąsiada. My możemy pominąć ten punkt, chyba że zależy nam na „zaliczeniu” trzeciego kraju i zdobyciu małym kosztem następnej pieczątki w paszporcie.

AMAZONIA CZY PANTANAL?

Zorientowani w brazylijskich atrakcjach często stają przed dylematem, który z tych regionów wybrać. Odpowiedź nie jest prosta, bo te krainy prezentują dwa różne oblicza dzikiej przyrody.

Wyprawa do słynnej Amazonii zaczyna się w ponad 2,3-milionowej stolicy stanu Amazonas – Manaus. Miasto od powstania stanowiło fascynujący kontrast: z jednej strony luksusy właścicieli ziemskich i przedsiębiorców, których symbolem jest dziś Teatro Amazonas z końca XIX stulecia, relikt kauczukowej potęgi, a z drugiej – dojmująca bieda caboclos (brazylijskich Metysów, potomków miejscowych Indian i Europejczyków), prostych ludzi żyjących w symbiozie z rzeką. Miasto stanowi oczywiście bazę wypadową do głębokiej selwy w górze biegu największej (odpowiada za 20 proc. słodkiej wody spływającej do oceanów) i najdłuższej rzeki świata. Amazonka (Amazonas), płynąca przez terytorium Peru, Kolumbii i Brazylii na długości ponad 7 tys. km, o ok. 150 km wyprzedza drugi na podium Nil (według części naukowców, głównie brazylijskich i peruwiańskich). Dość wspomnieć, że ryby, które w książce Arkadego Fiedlera (1894–1985) „śpiewają w Ukajali”, mają szansę śpiewać w Amazonce, gdyż to właśnie jej prawy dopływ stanowi ta peruwiańska rzeka (río Ucayali).

Na terenie Amazonii czeka na turystów moc atrakcji. Oferowane w ekologicznie zarządzanych lodżach (tzw. eco-lodge) nocne tropienie kajmanów, łowienie piranii czy wizyty w indiańskich wioskach to doświadczenia, które niektórzy opisują jako transformujące. Zjawisko Encontro das Águas („Spotkanie Wód”), gdzie czarna rio Negro i żółta rio Solimões płyną obok siebie przez ponad 6 km, nie mieszając się, to jeden z najbardziej fascynujących widoków hydrologicznych świata. Amazonia ma jednak minus, a są nimi odległości oraz wpływająca na rzekę coraz większa degradacja lasu deszczowego. Choć jeszcze niedawno wydawało się to niemożliwe, przez gospodarkę rabunkową i wycinkę selwy ta gigantyczna matka wszystkich rzek doświadcza susz i okresowych spadków poziomu wód. Trudno wtedy o prawdziwy obraz Amazonii. Aby zobaczyć autentyczny las deszczowy, trzeba udawać się coraz dalej, gdzie szansa na spotkanie dzikich zwierząt jest większa.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w usytuowanym na południu Brazylii Pantanalu. To największy na świecie (zajmujący ok. 200 tys. km2 powierzchni) tropikalny obszar podmokły, zlokalizowany na terenie brazylijskich stanów Mato Grosso i Mato Grosso do Sul, a także Boliwii i Paragwaju. Tę gigantyczną równinę aluwialną regularnie zalewa rzeka Paragwaj, tworząca ekosystem o niezwykłej bioróżnorodności, niespotykanej nigdzie indziej w kraju. I choć Amazonia ma swoją legendę, to Pantanal, czyli dosłownie „bagnisko” (od słowa pântano – „bagno”), z jego jedyną szutrową drogą usypaną na grobli, stanowi idealny teren na safari.

Jeśli naprawdę chcemy zobaczyć dzikie zwierzęta, Pantanal będzie najlepszym wyborem. Teren jest tu bardziej otwarty niż w Amazonii, ptaki przysiadają na słupach grodzących pastwiska hodowców bydła, w rowach i na rzecznych łachach wygrzewają się kajmany, a zdarzyć się też może spotkanie z anakondą. Łatwiej tu również zobaczyć jaguara (najlepsze miejsce to Porto Jofre), mrówkojady i ogromne papugi – modroary hiacyntowe. Pantanal to raj dla fotografów przyrody.

 

EUROPEJSKA DUSZA W LATYNOSKIM SERCU

Południowe stany Parana, Santa Catarina i Rio Grande do Sul to regiony, które zaskakują podobieństwami do Europy. To tutaj widać ślady wielkich migracji z Włoch, Niemiec, ale również z Polski. Stolicę stanu Parana, 1,8-milionową Kurytybę (Curitiba), uznawaną za najbardziej polskie z brazylijskich miast, podziwia się też za doskonałość urbanistycznych rozwiązań sprzyjających mieszkańcom. Jest czysta, zielona i pełna parków. Ogród Botaniczny (Jardim Botânico de Curitiba) z metalową oranżerią stał się ikoną regionu. Koniecznie trzeba się stąd przejechać pociągiem Serra Verde Express na wybrzeże. To jedna z niewielu spektakularnych tras kolejowych wybudowanych w Brazylii, a spadek do brzegu morza to zjazd z ok. 1 tys. m na krótkim dystansie 110 km. Trasa z Kurytyby do Morretes wiedzie przez góry porośnięte lasem atlantyckim (Mata Atlântica) i mosty zawieszone nad przepaściami, a u celu czeka nagroda: barreado – tradycyjne danie mięsne (gulasz wołowy) gotowane w glinianym garnku przez prawie 20 godz.

W Santa Catarinie warto zobaczyć stołeczne Florianópolis (zwane Floripą) i poznać niemieckiego ducha kraju. Tak, tak, niemieckiego, bo przecież nasi zachodni sąsiedzi też tłumnie zasiedlali południowoamerykański interior. Blisko 600-tysięczna stolica stanu Santa Catarina zlokalizowana jest prawie w całości na Wyspie św. Katarzyny (Ilha de Santa Catarina) i łączy w sobie wszystko: nowoczesne miasto, luksusowe kurorty (Jurerê Internacional) i dzikie plaże do surfowania. Z kolei w głębi lądu leży 400-tysięczne Blumenau, w którym, jeśli odwiedzić je w październiku, można się poczuć jak w Monachium. Tutejszy Oktoberfest uważa się za drugi największy na świecie. Obecna w wielu miejscowościach Santa Catariny architektura szachulcowa, doskonałe piwo rzemieślnicze i porządek sprawiają, że w tym stanie można zapomnieć, iż podróżujemy po Ameryce Południowej.

Najbardziej na południe wysunięty stan Brazylii – Rio Grande do Sul – to kraina wina i południowoamerykańskich kowbojów – gauczów (gaúchos). Region Serra Gaúcha wygląda miejscami jak Toskania, miasta Gramado i Canela przypominają szwajcarskie miejscowości i słyną z produkcji czekolady oraz z festiwali filmowych. Dla koneserów szlachetnych trunków obowiązkowa będzie wizyta w Vale dos Vinhedos. Brazylijskie wina musujące produkowane metodą szampańską w 130-tysięcznym Bento Gonçalves zdobywają dziś uznanie na całym świecie. Region ten oferuje również niesamowite krajobrazy, jak kanion Itaimbezinho (Cânion Itaimbezinho), którego pionowe ściany sięgają 700 m wysokości. Im dalej na zachód, tym głębiej w pampę, gdzie napotkamy liczne ruiny jezuickich misji – tych samych, o których wspominałem przy okazji Iguaçu. Rejon ten, znany jako Missões, był areną unikatowego eksperymentu społeczno-religijnego, który pozostawił po sobie znaczące dziedzictwo kulturowe. Dalej już tylko argentyńska pampa, za którą rozpościerają się szczyty Andów.

 

I JUŻ PRAWIE NA KONIEC – BRAZYLIA OD KUCHNI

Brazylijska gastronomia jest tak różnorodna jak mieszkańcy tego wielkiego kraju. To fascynujący tygiel smaków, w którym przez stulecia mieszały się wpływy portugalskie, afrykańskie i indiańskie, a także te przywiezione przez emigrantów z Europy. Cały miks tworzy jedną z najbardziej energetycznych tradycji kulinarnych świata, gdzie jedzenie łączy ludzi wszystkich kultur i ras.

Obowiązkowy punkt programu, szczególnie na słynącym z doskonałej wołowiny południu, stanowi wizyta w churrascaria, gdzie serwuje się pyszne mięsa pieczone na rożnach – szpadach, w tym kultową picanha (górną część udźca wołowego). Brazylijczycy uwielbiają spotykać się w weekendy i grillować, zajadając się różnymi gatunkami mięsa, w domach lub w restauracjach. Działający w churrascarias system rodízio („krążenie”, „rotacja”) bywa zdradliwy. Niedoświadczony gość może nasycić się „przystawkami” w rodzaju wieprzowiny, drobiu lub rzadziej baraniny, zanim na długich szpadach na stół wjedzie „prawdziwe” mięso (carne) – pieczeń wołowa. Wielką obrazą będzie odmówić w takim momencie odkrojenia choć skrawka pieczystego. A warto go spróbować! Oczywiście sałatek, ryżu, frytek z manioku (skądinąd doskonałych) czy ziemniaków nikt tu nie traktuje poważnie. Mięso to podstawa brazylijskiego obiadu w weekend.

Na co dzień jednak niekwestionowaną królową brazylijskich stołów jest feijoada – gęsty gulasz z czarnej fasoli i różnych rodzajów mięs, tradycyjnie serwowany z ryżem, farofą (prażoną mąką z manioku lub kukurydzy) i plastrami pomarańczy. W praktyce przyrządza się ją jeszcze w weekend, mieszając w wielkim garze z ryżem i dodatkami mięso upieczone na churrasco. Nic bardziej pożywnego w trudzie codziennej pracy.

W stanach takich jak Bahia, dzięki afrykańskim korzeniom, króluje moqueca, czyli aromatyczna zupa rybna na bazie mleczka kokosowego i oleju palmowego (azeite de dendê). Całość doznań dopełniają przekąski typu coxinha – krokiet z ciasta ziemniaczano-mącznego wypełniony soczystym, szarpanym kurczakiem i często kremowym serkiem, słodkie brigadeiro – kuleczki ze skondensowanego mleka i kakao, a także przebój o międzynarodowej renomie – orzeźwiająca caipirinha, bez której trudno wyobrazić sobie brazylijski wieczór. Przyrządza się ją z dużej ilości lodowego granulatu, limonek i cukru trzcinowego zalanych cachaçą, czyli alkoholem z trzciny cukrowej, który sam w sobie niespecjalnie urzeka.

Kawę Brazylijczycy oczywiście piją, ale daleko jej jakością do tej znanej z Włoch czy Portugalii. Nie od dziś wiadomo, że kraj producenta nie jest krajem konsumenta, a tajemnica smaku kawy wynika z dwóch czynników: doskonałego produktu i sekretu palenia. W tym ostatnim Brazylijczycy nie celują. Mają zresztą świetny zamiennik kawy – erva mate (chimarrão), susz ostrokrzewu paragwajskiego o niezliczonych właściwościach zdrowotnych, który również u nas zyskuje na popularności. Do posiłków pija się tu, a jakże, piwo (najpopularniejsze to Antarctica i Skol) oraz guaranę – słodki napój gazowany podobny do Coca-Coli z tą różnicą, że wytwarzany z dodatkiem owoców amazońskiej guarany.

A jeżeli mowa o owocach, Brazylia ma ich prawdziwe zatrzęsienie. Można je spożywać w każdym jej zakątku o każdej porze roku. Co ciekawe, Brazylijczycy często zaczynają posiłek właśnie od owoców. Czynią to na pobudzenie apetytu. Nazwy znanych nam owoców tutaj brzmią inaczej, np. papaja w Brazylii to mamao, ananas – abacaxi itp. Z tutejszych darów lasu warto wspomnieć o açaí. Ten superowoc z Amazonii serwuje się jako mrożony sorbet z granolą i bananami (açaí na tigela).

 

KIEDY LECIEĆ I NA CO SIĘ PRZYGOTOWAĆ?

Brazylia to kierunek całoroczny, ale warto się przyjrzeć różnicom, w zależności od miejsca, do którego się wybieramy. Sezon wysoki przypada na nasze lato, czyli ich zimę, idealną na Pantanal i Amazonię, oraz na naszą zimę – tutejsze lato, w sam raz na nadmorskie plaże i karnawał.

W dużych metropoliach, jak Rio de Janeiro czy São Paulo, należy szczególnie dbać o bezpieczeństwo i nie zwracać na siebie uwagi. Zostawiamy drogą biżuterię w hotelowym sejfie i nie afiszujemy się z najnowszym iPhonem w fawelach. W mniejszych miastach, resortach czy na południu kraju jest bardzo bezpiecznie.

Brazylijczycy, poza obsługą hoteli, rzadko mówią po angielsku, choć do Francuzów im w tej alergii na obce języki daleko. Znajomość kilku zwrotów, jak obrigado („dziękuję”), por favor („proszę”) czy tudo bem? („czy wszystko dobrze?”), otwiera drzwi. Brazylijczycy doceniają każdą próbę mówienia w ich języku.

Warto zwrócić uwagę na czas podróży. Odległości są tutaj gigantyczne, kolej rzadka i służąca głównie do transportu towarów, a drogami nie polecam pokonywać dalekich dystansów, bo zajmie to wieczność. Między głównymi ośrodkami – stolicami stanów i ośrodkami turystycznymi – podróżuje się głównie samolotami. Kto ma więcej czasu, może pokusić się o podróże dalekobieżnymi, luksusowymi autobusami leito, które mają fotele rozkładane do pozycji łóżka.

ACZEGO BRAZYLIA?

Brazylia to nie tylko miejsca, to filozofia życia i kraj, który daje energię. Każdy wróci stąd z szerokim uśmiechem i większym dystansem do codziennych problemów. I choć podróż lotnicza i przemieszczanie się między stanami nie zawsze są tanie, a koszty hoteli i jedzenia na miejscu bywają na światowym poziomie, Brazylia to inwestycja, która zwraca się w postaci najpiękniejszych wspomnień. Niezależnie od tego, czy zdecydujecie się na obowiązkowe kilka dni w Rio de Janeiro, luksusowe resorty w północnych stanach, bagniska Pantanalu, trekking i rejsy w Amazonii, czy kulturalną ucztę w São Paulo, ten południowoamerykański kraj przyjmie was z otwartymi ramionami – dokładnie tak, jak pokazuje Chrystus Zbawiciel na szczycie Corcovado.

Dlatego polecam pakować walizki i żegnam się, choć nie do końca, bo jak mówią Brazylijczycy: Até logo no Brasil!, czyli „Do zobaczenia wkrótce w Brazylii!”.

R.A. OLEK