W najświeższym numerze naszego magazynu, w dziale „Dalekie Podróże”, Natalia Grębowicz-Kamińska, www.miss-gaijin.pl, opowiada nam o mniej znanym obliczu Japonii. Poniżej publikujemy początek jej niezmiernie ciekawego artykułu.

„Kiedy myślę o początkach naszej przygody w Japonii, pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to chaos. Chaos zmiany, która nadeszła w ciągu kilku dni, chaos walizek, niewyspanie i ten dziwny stan zawieszenia między ekscytacją a strachem. Lot był długi, zmiana strefy czasowej brutalna, a świadomość, że przez najbliższe miesiące – a może i lata – Japonia stanie się moim domem, dodawała całości dodatkowego ciężaru. Na lotnisku już od pierwszych minut czułam się „inna”. Wokół wszyscy w maseczkach, obsługa tak uprzejma, że aż onieśmielająca, a ja z głową pełną pytań. Czy się tu odnajdę? Jak się dogadam? Czy dam radę w kraju, gdzie nawet segregacja śmieci wymaga podręcznika? W Japonii zostałam gaijin – obcokrajowcem, osobą spoza kraju. Na początku to słowo brzmiało jak etykieta, wyraźne podkreślenie, że nie należę do tego świata. Ale szybko okazało się, że bycie gaijin nie musi oznaczać bycia poza nawiasem. Czasem wręcz przeciwnie – to przepustka do doświadczeń, które dla wielu Japończyków są oczywiste, a dla mnie stawały się przygodą. Pierwsze zakupy w supermarkecie, pierwsze bentō na stacji kolejowej, pierwsza wizyta w lokalnej restauracji z sushi, w której nikt nie mówił po angielsku. Kupienie octu zamiast oleju i maślanki zamiast mleka. Każdy taki moment był dla mnie egzotyczny i nowy, a jednocześnie stopniowo składał się na coś bardzo swojskiego. Nie zamieszkaliśmy w Tokio czy Osace. Naszym miejscem na ziemi stała się Iwata – spokojne, 170-tysięczne miasto w prefekturze Shizuoka w środkowej części wyspy Honsiu. To tutaj przeniosło nas życie, gdyż mój mąż podpisał kontrakt z jednym z japońskich klubów piłkarskich – Júbilo Iwata. Miasto, które w przewodnikach turystycznych raczej nie istnieje, dla mnie stało się codziennością. Zamiast tłumów turystów miałam mieszkańców miasta, którzy z zaciekawieniem, ale i sympatią obserwowali moją codzienność relacjonowaną na blogu. Zamiast wielkich atrakcji – niewielkie świątynie, do których zaglądałam po drodze na zakupy. Moje pierwsze spotkanie z Yamaha Stadium miało w sobie wszystko: nieplanowaną przygodę, komiczne nieporozumienia i poczucie, że w jednej chwili z anonimowej gaijin stałam się częścią czegoś lokalnego. Już sam dojazd okazał się lekcją życia w Iwacie – 3-kilometrowa trasa spod stacji kolejowej kosztowała mnie równowartość 14 dolarów. Wtedy dowiedziałam się, dlaczego podróżowanie po Japonii taksówkami nie jest najlepszym pomysłem. Gdy dotarłam na stadion, bramy były zamknięte na głucho, a trybuny puste. Dopiero po serii uśmiechów, nieporadnych prób tłumaczenia się i pomocy byłej klubowej tłumaczki trafiłam na swoje miejsce. I to jakie! Na ponad 15-tysięcznym stadionie siedziałam praktycznie sama – tylko ja, dwóch operatorów kamery i rezerwowi. Mecz, choć „tajny”, był pełen energii: akcja goniła akcję, Japończycy biegali bez wytchnienia, a Júbilo wygrało 1:0. W przerwie zostałam zaczepiona przez grupę starszych panów. Wtedy po raz pierwszy doświadczyłam omotenashi – słynnej na cały świat japońskiej gościnności.  Starsi panowie okazali się nikim innym niż dyrektorami klubu i CEO z ramienia Yamahy. Zaczęli się przedstawiać, pytać o wrażenia z Japonii i chwalić mojego męża, nazywając go „nadzieją na awans”. Najbardziej zapadło mi w pamięci jedno zdanie, które padło z ust dyrektora zarządzającego: You are a member of the club, czyli „Jesteś członkinią klubu”. Krótkie, proste słowa, a sprawiły, że od tego momentu poczułam się w Japonii naprawdę mile widziana. Tak właśnie wyglądały moje pierwsze tygodnie w Kraju Kwitnącej Wiśni – zaskoczenia, małe wpadki, dużo uśmiechu i momenty, które na zawsze zostaną w pamięci. Japonia, którą poznawałam, nie miała wiele wspólnego z folderami biur podróży. Pachniała zieloną herbatą z pól Shizuoki, brzmiała rytmem bębnów taiko podczas lokalnych festiwali i smakowała domowym posiłkiem w małej restauracji bez angielskiego menu. Była pełna drobnych rytuałów, serdeczności i dyscypliny, które początkowo mnie onieśmielały, a później dawały poczucie bezpieczeństwa. I właśnie tę Japonię – nie z pocztówek, lecz z codzienności – chcę wam pokazać. Nie tylko wielkie miasta i znane zabytki, lecz także miejsca i chwile, które składają się na obraz kraju prawdziwego, autentycznego i różnorodnego.”

Cały artykuł o fascynującej Japonii można przeczytać na str. 90–97 najnowszego, jesienno-zimowego wydania magazynu „All Inclusive”, które dostępne jest pod tym linkiem: https://www.all-inclusive.com.pl/najnowszy-numer/