„Aotearoa”, czyli „Kraj Długiej Białej Chmury” („Kraina Długiego Białego Obłoku”) – jak nazywają swoją ojczyznę rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii, Maorysi – zachwyca pięknem krajobrazu i unikatową kulturą ludzi Kiwi, kochających wypoczynek na świeżym powietrzu. Zobaczyć to państwo to marzenie wielu osób, koneserzy filmów zachwycają się widokami godnymi Oscara, a turyści znajdują tu ukojenie w dziewiczej naturze. Dla tych żądnych niecodziennych atrakcji też się coś znajdzie, ponieważ Nowa Zelandia uważana jest za mekkę sportów ekstremalnych.
A jak przetłumaczyć padające w tytule artykułu wyrażenie kia ora? To używane w Nowej Zelandii maoryskie przywitanie, pożegnanie lub podziękowanie, oznaczające m.in. „witaj”, „cześć”, „bądź zdrów”. Zapraszam więc teraz w podróż po tym niezwykłym zakątku naszej planety.
Nowa Zelandia należy do najbardziej malowniczych krain na świecie. To wyspiarskie państwo na południowo-zachodnim Pacyfiku, w Australazji, usytuowane na południowy wschód od Australii, zajmujące powierzchnię podobną do Ekwadoru (ok. 270 tys. km²), mieści w sobie niezliczone cuda natury. Wyprawa przez dwie główne nowozelandzkie wyspy (Północną i Południową) to nie tylko możliwość wspinaczki po lodowcach, odkrywania dziewiczego piękna Zatoki Milforda (Milford Sound) w regionie Fiordland, pływania z wielorybami i delfinami, kąpieli w gorących źródłach Rotorua czy podziwiania najwyższego szczytu kraju – majestatycznej Góry Cooka (3724 m n.p.m.). Do tutejszych atrakcji należą również eksplorowanie jaskiń Waitomo czy kontakt z kulturą Maorysów. A to dopiero początek niekończących się możliwości spędzania czasu na świeżym powietrzu. Słabiej zaludniona z dwóch głównych wysp w kraju – Wyspa Południowa (South Island) z gęstością 8,3 os./km² – to przede wszystkim plantacje i gigantyczne farmy owcze. Dziś w Nowej Zelandii żyje ok. 24 mln owiec, podczas gdy liczba obywateli wynosi jedynie ponad 5,3 mln – na jednego mieszkańca przypada więc blisko 5 sztuk tych zwierząt. Nic dziwnego, że natura i różnorodność krajobrazu to numer jeden dla turystów przybywających tu z odległej Europy.
NA SZCZYCIE RANKINGÓW
Co roku publikuje się rankingi najlepszych miejsc do życia na świecie. Każdy z nich jest inny, ale większość porównuje warunki pracy, ilość czasu wolnego, wynagrodzenie, bezpieczeństwo czy opiekę zdrowotną. Niezmiennie na szczycie wielu list znajduje się właśnie Nowa Zelandia. Dlaczego?
Kraj wyróżnia przede wszystkim bardzo silna gospodarka, która przyczynia się do wysokiej jakości życia mieszkańców. Do dominujących gałęzi należą rolnictwo, usługi, przemysł przetwórczy oraz turystyka. W tym wyspiarskim państwie bezrobocie utrzymuje się na poziomie ok. 5 proc., a rynek pracy jest bardzo przyjazny dla potencjalnego pracownika. Ma on do dyspozycji rocznie 32 dni płatnego urlopu, a minimalna stawka godzinowa brutto oscyluje wokół 24 dolarów nowozelandzkich (NZD), czyli w przybliżeniu 50 złotych.
Obecnie Nową Zelandię zamieszkuje ponad 5,3 mln osób, z czego powyżej 67 proc. ma pochodzenie europejskie, ok. 17 proc. – maoryskie, a mniej więcej 15 proc. – azjatyckie (głównie indyjskie, chińskie, japońskie, koreańskie, filipińskie i wietnamskie). Najważniejsze powody, dla których ludzie wybierają życie w tym kraju, to natura, wyluzowane podejście do życia oraz – co najistotniejsze dla wielu – możliwość godnej pracy. Również nasi rodacy przybywają do Nowej Zelandii, aby uczyć się angielskiego lub by studiować w tym języku, tudzież przylatują na tymczasowej wizie Working Holiday (WHV), która pozwala im zwiedzać i legalnie pracować. Prace na farmach owocowych czy przy strzyżeniu owiec to jedne z najbardziej poszukiwanych zajęć przez backpackerów, czyli młodych ludzi podróżujących niskobudżetowo, z niewielkim bagażem.
ZRÓŻNICOWANIE WYSP
Zgodnie z maoryską legendą Wyspa Północna (North Island) to ryba wyłowiona z oceanu przez mitycznego bohatera o imieniu Maui. Można powiedzieć, że była to naprawdę imponująca zdobycz. Dziś jako ta bardziej zaludniona z dwóch głównych nowozelandzkich wysp – z gęstością 35,8 os./km² – przyciąga podróżników różnorodnymi krajobrazami i licznymi atrakcjami turystycznymi. Tutaj znajduje się pięć z sześciu największych miast kraju: Auckland (ponad 1,5 mln mieszkańców), 210-tysięczne Wellington, 192-tysięczne Hamilton, 160-tysięczna Tauranga i blisko 115-tysięczne Lower Hutt. Wellington to najbardziej wysunięta na południe stolica na świecie. Tu znajdują się siedziby najważniejszych firm w kraju. Auckland, założone przez Brytyjczyków w 1840 r., nazywane jest City of Sails, czyli „Miastem Żagli”. Statystyki mówią, że posiada największą liczbę łodzi na jednego mieszkańca spośród wszystkich miast na naszym globie. Szacuje się, że co trzecie tutejsze gospodarstwo domowe ma własną jednostkę pływającą. Nie bez przyczyny woda spełnia w tym mieście tak ważną funkcję: od 1840 r. w ostatni poniedziałek stycznia w Auckland odbywają się regaty (Auckland Anniversary Regatta) – do portu zawijają tysiące łodzi, aby wziąć udział w zawodach i niezwykłym widowisku.
Podróżując przez Wyspę Północną, trafiamy na wiele wulkanów i obszarów geotermalnych. Nowa Zelandia jest krajem o bardzo dużej aktywności wulkanicznej i sejsmicznej, ponieważ leży na styku dwóch płyt tektonicznych: pacyficznej i australijskiej. Same wulkany odgrywają niezmiernie ważną rolę w kształtowaniu tutejszego krajobrazu i wpływają na żyzność gleb.
Wyspę Białą (ang. White Island, maor. Whakaari), zlokalizowaną w Zatoce Obfitości (Bay of Plenty), ok. 50 km od północnego wybrzeża Wyspy Północnej, tworzy czynny wulkan. Często organizuje się tu jednodniowe wycieczki, niestety w grudniu 2019 r. doszło do gwałtownej erupcji Whakaari, która zabrała życie 22 turystów.
Wiele wulkanów Nowej Zelandii jest aktywnych, ale również sporo uważa się za uśpione, takie jak słynny Egmont (Mount Taranaki – 2518 m n.p.m.) na Wyspie Północnej. Świadczy to o dynamicznej i złożonej aktywności wulkanicznej kraju, który leży w strefie Pacyficznego Pierścienia Ognia (Okołopacyficznego Pasa Sejsmicznego). Nigdy nie można być pewnym, czy któryś z wulkanów nie wybuchnie. Nie da się wykluczyć nieoczekiwanych erupcji (mimo pracy wulkanologów).
Tam, gdzie wulkany, tam liczne zjawiska geotermalne i gorące źródła, ponieważ aktywność wulkaniczna podgrzewa wody gruntowe. Miasto Rotorua w centralnej części Wyspy Północnej uważane jest za centrum tych naturalnych cudów. Moczenie się w bogatych w minerały wodach termalnych to nie tylko uciecha dla ciała, ale przede wszystkim niezwykły kontakt z naturą. Na pewno warto zarezerwować czas na skorzystanie z takich dobrodziejstw podczas podróżowania po Nowej Zelandii. Polecam szczególnie odwiedzenie geotermalnego parku Te Puia, w którym doświadczymy kultury Maorysów, podejrzymy nielota kiwi w jego naturalnym środowisku oraz popatrzymy na wspaniałe gejzery i bulgoczące błoto.
Na Wyspie Północnej trzeba też zobaczyć Wai-O-Tapu – prawdziwą termalną krainę czarów z wieloma niezwykłymi krajobrazami – istny raj dla miłośników fotografii. Ujrzycie tutaj tzw. Basen Szmaragdowy, którego intensywny zielony kolor wynika z obecności arsenu. Woda w Basenie Szampańskim (Champagne Pool) złotym kolorem oraz bąbelkami upodabnia się do musującego trunku. Z kolei słynne jezioro siarkowe Devil’s Bath (Roto Karikitea) swoją nazwę zawdzięcza odcieniowi neonowej zieleni, przypominającemu toksyczne bramy piekła. Co interesujące, codziennie o godz. 10.15 w parku geotermalnym Wai-O-Tapu wybucha gejzer Lady Knox. Erupcja jest inicjowana przez obsługę, która dodaje do otworu specjalny związek chemiczny (surfaktant) i wywołuje w ten sposób wybuchy gorącej wody na wysokość nawet 20 m. Robi to niezwykłe wrażenie! Nazwa gejzeru pochodzi od Lady Constance Knox (1885–1964), drugiej córki 15. gubernatora Nowej Zelandii – Uchtera Knoxa (1856–1933). To gorące źródło odkryto dopiero na początku XX w. Nie ma więc ono maoryskiej nazwy, w przeciwieństwie do niemal wszystkich innych zjawisk termalnych w kraju. W 1901 r. utworzono w Wai-O-Tapu pierwsze więzienie o minimalnych środkach bezpieczeństwa, którego celem było zapewnienie zakwaterowania lepiej zachowującym się więźniom. To właśnie grupa skazanych odkryła polanę, na której znajduje się gejzer. Gdy do gorącej wody dodali oni mydło, aby wyprać swoje ubrania, zauważyli, że można w ten sposób wywołać erupcję źródła.
Wyspa Południowa, chociaż większa o ok. 37 tys. km² od Północnej, jest bardzo mało zaludniona, przez co innych podróżników mija się tutaj na drodze rzadko. Surowy krajobraz ukształtowały ruchy tektoniczne, lodowce oraz erozja. Wzdłuż wyspy ciągną się Alpy Południowe (Alpy Nowozelandzkie), a scenerię urozmaicają głębokie polodowcowe doliny, fiordy, jeziora i strome zbocza. Wybrzeże zostało poszarpane przez prądy morskie i fale, dlatego klify i plaże Wyspy Południowej są niezmiernie malownicze.
Za najpopularniejszy i najpiękniejszy fiord w Nowej Zelandii uchodzi Zatoka Milforda, słynąca z setek małych wodospadów, które najliczniej ukazują się po ulewnych deszczach. Statystycznie pada tu przez 180 dni w roku. To jedno z najbardziej deszczowych miejsc w kraju. Aby ujrzeć jego zapierającą dech w piersiach majestatyczność, najlepiej wybrać się w rejs statkiem wycieczkowym. Cały ten region – Fiordland (Kraina Fiordów) – wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (jako część rezerwatu przyrody Te Wahipounamu w południowo-zachodniej Nowej Zelandii) i uznaje się za ósmy cud świata. Nad fiordy prowadzi droga krajowa nr 94, a dookoła rozciągają się iście pocztówkowe krajobrazy: jeziora, zielone łąki i porośnięte mchem drzewa, paprocie i skały. Nic dziwnego, że jest to najczęściej fotografowane miejsce w całej Nowej Zelandii.
Największe miasto Wyspy Południowej (i drugie w kraju) to zielone Christchurch (zamieszkiwane przez ponad 400 tys. ludzi), nazywane The Garden City, czyli „Miastem Ogrodów”, a najbardziej znane – 30-tysięczne Queenstown, popularne na całym świecie jako centrum turystyki i sportów ekstremalnych. Jedną z niezwykłych przygód, które można tu przeżyć, stanowi trekking na lodowce Franciszka Józefa (Franz Josef Glacier) lub Fox. W tym celu można odbyć krótki lot helikopterem na ich szczyt, a następnie stamtąd rozpocząć przejście w rakach po lodzie. Można też wybrać widokowy przelot nad samymi lodowcami. Ponieważ masy lodowe z roku na rok się cofają i zmniejszają swoją objętość, nie ma już możliwości przejścia na nie prosto z pobliskiej doliny.
Obydwie wyspy oferują setki kilometrów pieszych szlaków i zapewniają niezapomniane przeżycia. Jedna z najbardziej znanych tras – Milford Track – liczy ponad 53 km, a piechurowi pokonanie jej w całości zajmuje ok. 4 dni. Szlak prowadzi przez wspomniany już malowniczy Park Narodowy Fiordland. Kolejną fascynującą trasę, którą warto polecić, stanowi Tongariro Alpine Crossing, licząca ok. 19,5 km, do przejścia w 6–8 godz. Po drodze czekają nie tylko aktywne wulkany, lecz także turkusowe jeziora i fantastyczne formacje skalne.
AUTEM PO NOWEJ ZELANDII
Miejsca kempingowe są tu idealnie przygotowane, a toalety – na każdym kroku, darmowe i czyste. Co może rzucić się w oczy, to brak koszy na śmieci. W wielu parkach, rezerwatach i innych miejscach popularnych wśród turystów po prostu ich nie ma. Wszyscy kierują się zasadą pack in, pack out, czyli co pakujemy ze sobą na szlak (jedzenie, picie, opakowania, chusteczki, śmieci etc.), musimy zabrać z powrotem. Innymi słowy, leave no trace but footprints, czyli z angielskiego „nie zostawiaj po sobie nic oprócz śladów stóp”. Środowisko naturalne należy pielęgnować, i w tym kierunku od zawsze szli tutejsi mieszkańcy.
Podróżując po Nowej Zelandii samochodem lub kamperem, koniecznie zatrzymajcie się przy lokalnych stoiskach z owocami lub warzywami. Ciekawostką będzie brak sprzedawcy. Jedyne, co zobaczycie oprócz świeżych produktów, to skarbonka z napisem honesty box, czyli „pudełko uczciwości”. Wybieramy produkt i płacimy, zostawiając wyznaczoną sumę. Nie znajdziecie nigdzie indziej świeższego ani tańszego owocu czy warzywa! Tak właśnie wygląda zaufanie w Nowej Zelandii. Z drugiej jednak strony na stacjach benzynowych obowiązuje zasada prepaid, czyli najpierw należy zapłacić, a potem zatankować, nawet jeśli dokładnie nie wiadomo, ile paliwa wejdzie do baku.

Mount Ngauruhoe (volcano) played Mount Doom in „Lords of the Rings” trilogy. Seen from Tongariro Alpine Crossing, which is said to be the most popular one day hike in New Zealand.
RAJ DLA ODWAŻNYCH
Adrenalina? To drugie imię Nowozelandczyków. Ich kraj uchodzi za mekkę sportów ekstremalnych, i to przy dość przystępnych cenach. Nic dziwnego, że mają tu one tak wielu entuzjastów. Kiedy tylko serce zaczyna bić normalnym rytmem, natychmiast pojawia się jakiś szalony pomysł. To właśnie w Queenstown w 1988 r. pierwszy raz zorganizowano komercyjne skoki na linie z mostu, czyli bungee jumping! A dzisiaj czekają takie sporty ekstremalne jak spływy rzeczne (rafting), staczanie się po stoku w nadmuchanych piłkach (zorbing) czy zejście po 100-metrowej linie w głąb jaskini. Na wypadek gdyby zwykły bungee jumping okazał się mało ekscytujący, wymyślono helibungee, czyli skok na linie z helikoptera. Codziennie turyści z całego świata pokonują barierę strachu, decydując się na przeżycie niezapomnianej przygody.
Zimą warunki na Wyspie Południowej są idealne do uprawiana sportów zimowych. Stąd też wziął się kolejny szalony pomysł – heliskiing, czyli nic innego jak zjazd na nartach ze stoku poza wyznaczonymi trasami. Narciarz jest transportowany helikopterem, w asyście licencjonowanego przewodnika, na szczyt góry, aby mógł na pełnej adrenalinie zjechać na sam dół. To forma narciarstwa nie tylko dla odważnych, lecz także dla bardzo doświadczonych miłośników białego szaleństwa.

Aerial footage of hot sulphur springs at sunrise, showing colour splashed geothermal reserve of boiling water and steam evaporating in North Island of New Zealand
LOST WORLD
Osobiście doświadczyłam jednej z najbardziej niezwykłych (moim skromnym zdaniem) atrakcji Wyspy Północnej. Co ciekawe, namówiłam na nią również swoich rodziców oraz innych turystów z Polski w dość zaawansowanym wieku. Zaginiony Świat (Lost World) to wyprawa w głąb jednej z jaskiń nieopodal miejscowości Waitomo. Inne groty na tym terenie można zwiedzać, przepływając przez nie łodziami, a my zjechaliśmy do tej konkretnej po 100-metrowej linie… To dopiero było przeżycie! Na początku każdy uczestnik otrzymał specjalny kombinezon, kalosze i kask z latarką oraz karabinek wspinaczkowy. Zostaliśmy przeszkoleni z podstawowych zasad bezpieczeństwa i zaprowadzeni na platformę. Długa deska z kilkoma zwisającymi linami znajduje się w totalnie abstrakcyjnym miejscu. Dookoła bujna zieleń niczym z lasu deszczowego, a w dole widać już tylko ciemność. Wszyscy spoglądali na siebie z niepokojem i czuć było napięcie sięgające zenitu. Każdy został przyczepiony do swojej liny i opuszczony w otchłań… To było niezwykłe uczucie. Otaczająca nas soczysta zieleń wydawała się jakby prosto z filmu Park Jurajski (1993 r.), a my na linach – jak z Mission: Impossible (1996 r.). Im niżej, tym było coraz ciemniej. Na samym dole musieliśmy już włączyć latarki. Przejście przez jaskinię odbywało się w ciemności, a w jednym miejscu ujrzeliśmy świecące robaczki – glowworms, które emitują niebieskie światło bioluminescencyjne. Są to larwy muchówki Arachnocampa luminosa z rodziny grzybiarkowatych. Droga prowadziła między skałami. Było bardzo wilgotno i dość chłodno. W trakcie tej niesamowitej przygody przewodnik zaskoczył nas słodkościami. Na samym końcu wyprawy czekała na nas pionowa drabina. Jej szczeble były mokre i wyjście okazało się najtrudniejszą częścią tej atrakcji. Na górze każdy uczestnik poczuł niezwykłą ulgę i wielką radość z tego przeżycia. Nowa Zelandia pokazuje, że wiek nie stanowi żadnej przeszkody, aby pokonywać swój strach. Zgodnie stwierdziliśmy, że moglibyśmy to powtórzyć choćby nazajutrz.
NIEODKRYTA PERŁA
Usytuowanie Nowej Zelandii z dala od większości innych państw przez wiele lat ograniczało liczbę odwiedzających i chroniło tę piękną ziemię przed nadmiernym wykorzystaniem. Kraj, który wzdłuż osi północ–południe można przejechać w kilka dni (rozciąga się na ok. 1,9 tys. km), a wszerz (maksymalnie mniej więcej 400 km) – w ciągu kilku godzin, miał swoje grono wielbicieli, które diametralnie powiększyło się dzięki pewnej produkcji filmowej. Peter Jackson – Nowozelandczyk, reżyser hitu Władca Pierścieni (2001–2003 r.) – pokazał milionom bogactwo natury skrywane przed resztą świata. Do dziś dostępne dla zwiedzających są takie lokacje jak Mordor (w Parku Narodowym Tongariro) czy Hobbiton (Wioska Hobbitów). Filmowa trylogia została zrealizowana niemal na całym terytorium Nowej Zelandii. Mimo wielu komputerowych sztuczek i udoskonaleń gołym okiem widać, które miejsca skradły serca reżyserowi i producentom. Ogromne obszary filmowych Mordoru i Gór Mglistych można podziwiać z pokładu turystycznej awionetki. Z lotu ptaka idealnie rozpościera się widok na Górę Przeznaczenia, a w rzeczywistości wulkan Ngauruhoe (2291 m n.p.m.) – jeden z trzech szczytów dominujących w krajobrazie Parku Narodowego Tongariro (obok 1978-metrowego Tongariro i Ruapehu – 2797 m n.p.m.). Inna charakterystyczna lokacja z Hobbitonu to budowla Bag End, a raczej jej duże, frontowe drzwi. Okolice tej prywatnej posesji są równie zielone jak w filmie i doskonale przypominają sielski region Shire ze stworzonej przez J.R.R. Tolkiena (1892–1973) mitologii Śródziemia. Wiele scen kręcono na terenie samego miasta Wellington, skąd filmowano szczyt Góry Victoria (196 m n.p.m.). W Nowej Zelandii oprócz słynnej trylogii Władca Pierścieni nakręcono też inne hollywoodzkie hity, m.in. Hobbita (2009–2014 r.), serię Avatar (2009–2025 r.), Opowieści z Narnii (2005–2010 r.), Mission: Impossible – Fallout (2018 r.) czy Ostatniego samuraja (2003 r.). Zwiedzając to wyspiarskie państwo na południowo-zachodnim Pacyfiku, bez wątpienia można poczuć się niczym na planie filmowym.
NIEZWYKŁA KULTURA
Pierwszymi mieszkańcami Nowej Zelandii, podróżującymi na tradycyjnych łodziach waka przez Ocean Spokojny, byli Maorysi. Dotarli na tutejsze wyspy z dalekiej Polinezji, w kilku falach migracji między 925 a 1280 r., zakładając własną cywilizację przed przybyciem Europejczyków. Dziś stanowią oni ok. 17 proc. populacji kraju, podczas gdy ponad 67 proc. Nowozelandczyków ma pochodzenie europejskie. Wciąż jednak widuje się przepięknie zdobione maoryskie domy spotkań (wharenui) czy wspomniane już tradycyjne łodzie w kształcie canoe (waka). Do dzisiaj rozgrywki narodowej drużyny rugby rozpoczynają się od zagrzewającego do boju tańca haka (haka peruperu), którego obowiązkowy element stanowią srogie miny: nadnaturalne wytrzeszczanie oczu, prezentowanie języka, nadymanie policzków i dmuchanie czy syczenie przez zęby.
Inną pozostałością dziedzictwa Maorysów w kulturze Nowej Zelandii są tatuaże, tzw. moko (tā moko), wykonywane tylko na twarzy. Uznawano je za znak piękna oraz wyższości. Zwyczaj moko był wyrazem statusu społecznego, m.in. ze względu na dość wysoki koszt, dostępny jedynie dla wodzów plemiennych i znamienitych wojowników. W różnych miejscach na terenie Oceanii tatuaże wskazywały, skąd człowiek pochodził i jaką klasę społeczną reprezentował. Maoryscy wojowie ozdabiali całe twarze za pomocą specjalnego dłuta uhi, które rozcinało skórę. Następnie w miejsca nacięć wprowadzano ciemny pigment, co podczas gojenia tworzyło charakterystyczny wypukły efekt.
Unikatową sztukę tatuaży można zobaczyć na zmumifikowanych maoryskich głowach (mokomokai). Te skomplikowane, spiralne wzory opowiadały historię, status i pochodzenie właściciela, symbolizując jego mana, czyli duchową siłę, oraz przynależność plemienną. Tradycja nakazywała zabieranie głów pokonanych wrogów. Wystawiano je potem na pokaz jako znak hańby. Z kolei głowy bliskich przechowywano jako symbol żałoby i pamięci. Proces mumifikacji pozwalał na zachowanie ich w dobrym stanie – wraz z włosami, skórą i zębami. Niekiedy prezentuje się je jako artefakty w muzeach, niestety bez należytego szacunku dla wierzeń Maorysów. W ostatnich latach rząd Nowej Zelandii odzyskał wiele zmumifikowanych głów, które były przechowywane w instytucjach prywatnych i państwowych na całym świecie. Już w 1990 r. nowozelandzkie władze zainicjowały program ściągania do kraju szczątków rdzennej ludności.
Sztuka Maorysów bogata była w motywy religijne, nawiązujące do bogów oraz duchów przodków. Wierzono, że istoty boskie mieszkają w otaczającej przyrodzie, a ludziom, przedmiotom oraz elementom natury przypisywano szczególną wewnętrzną moc, czyli wspomnianą mana. Dzięki tej nadprzyrodzonej sile można m.in. osiągnąć prestiż, wywrzeć wpływ na innych czy zdobyć władzę. Jej obecność w życiu Maorysów była niezwykle ważna. Kto to zrozumie, ten zrozumie ich obyczaje i sztukę.

Matamata, New Zealand – December 09 2017 : The Bag End an iconic famous Hobbiton holes (Bilbo & Frodo house) in Hobbiton movie set in Matamata, New Zealand.
KIWILAND
Nowa Zelandia to prawdziwy raj dla pasjonatów przyrody. Można tu spotkać unikatowe gatunki zwierząt i roślin, a nawet endemity, których nie zobaczy się nigdzie indziej na świecie. Symbol kraju stanowi niewątpliwie nielot kiwi. Kiedy Maorysi dobili na swoich łodziach do dzisiejszej Nowej Zelandii, zobaczyli brązowego ptaka z długim dziobem, przypominającego im znanego z innych archipelagów kulika alaskańskiego (Numenius tahitinensis), którego nazywali kivi od wydawanego przez niego odgłosu. Niektórzy także w wołaniu kiwi słyszą podobne dźwięki. Te stworzenia tak przystosowały się do specyficznych warunków ekologicznych Wyspy Południowej i braku drapieżników, że zrezygnowały z latania na rzecz innych umiejętności. Kiwi to drobne, brązowe ptaki, które mają tak małe skrzydła, że nie pozwalają im one na wzloty. Zamiast tego potrafią niezwykle szybko biegać i posiadają silny zmysł węchu, który pomaga im lokalizować ukryte w ziemi przysmaki. Dziś Nowozelandczycy mówią o sobie z dumą Kiwis, podczas gdy już dla Maorysów ptaki te miały szczególne znaczenie, a z ich piór wytwarzano stroje wodzów.
Kiwi to również bardzo smaczny owoc. Nowa Zelandia to jego drugi największy producent (po Chinach) i pierwszy eksporter, odpowiadający za ok. 30 proc. światowego rynku. Kiwi cieszy się dość dużą popularnością, m.in. z uwagi na swoje wartości odżywcze. Zawiera więcej witaminy C niż pomarańcza, jest też źródłem witamin A, B oraz K. Potas obecny w tych owocach może pozytywnie wpływać na osoby, które zmagają się z wysokim ciśnieniem krwi. Cynk w połączeniu z witaminą C ma szansę spowolnić proces starzenia się skóry. Z kolei luteina i zeaksantyna korzystnie wpływają na nasze oczy, zmniejszając np. ryzyko zaćmy.
Kraj słynie również z produkcji i eksportu wysokiej jakości win, w tym przede wszystkim tych ze szczepu sauvignon blanc (zwłaszcza region Marlborough). Nowozelandzkie szlachetne trunki wyróżniają się m.in. świeżym, intensywnie owocowym aromatem i wyrazistym charakterem. To efekt wyjątkowych warunków naturalnych: zróżnicowanego krajobrazu, młodej geologicznie gleby oraz dużej liczby słonecznych dni.
W Nowej Zelandii znajdziecie też jezioro z najczystszą naturalną wodą na świecie, o przejrzystości porównywalnej do wody destylowanej, sięgającej 70–80 m – Blue Lake (po maorysku Rotomairewhenua, co oznacza „jezioro spokojnych krain”) w Parku Narodowym Nelson Lakes na Wyspie Południowej. To miejsce o wyjątkowym znaczeniu przyrodniczym oraz kulturowym dla Maorysów.
Czy wiecie, że Nowa Zelandia może się pochwalić wpisaną do Księgi rekordów Guinnessa najdłuższą nazwą geograficzną, która liczy aż 85 liter?! Taumatawhakatangihangakoauauotamateaturipukakapikimaungahoronukupokaiwhenuakitanatahu to wzgórze na południu Wyspy Północnej, osiągające wysokość 305 m n.p.m. Lokalni mieszkańcy mówią na nie po prostu Taumata Hill, czyli Wzgórze Taumata. Jego niezmiernie długa nazwa pochodzi z języka maoryskiego i oznacza „szczyt wzgórza, gdzie Tamatea, mężczyzna o wielkich kolanach, zdobywca gór, pożeracz ziemi i podróżnik, grał na flecie dla swojej ukochanej”.
Nowa Zelandia była poza tym pierwszym krajem na świecie, który przyznał kobietom, w tym Maoryskom, prawo do głosowania w wyborach parlamentarnych. Stało się to w 1893 r. i rozpoczęło proces równouprawnienia w innych państwach.
CO WARTO PRZYWIEŹĆ?
Nie pakujcie za dużo do walizek – warto zostawić w nich miejsce na nowozelandzkie pamiątki, np. przepiękne rękodzieło inspirowane tradycjami Maorysów, takie jak rzeźby czy biżuteria. Szczególną popularnością cieszą się wyroby z wielobarwnych, opalizujących muszli pāua czy jadeitu – zielonego kamienia marzeń i szczęścia. Naturalne kosmetyki, zwłaszcza te zawierające olej z awokado lub ekstrakty z kiwi, również są często przywożone z Nowej Zelandii. Na pewno wiele osób słyszało o niezwykłych właściwościach prozdrowotnych miodu manuka, produkowanego właśnie w tej części świata i nazywanego często nowozelandzkim złotem, a także o wspomnianym już winie – najlepiej z regionu Marlborough, słynącego ze szczepu sauvignon blanc. A koce czy swetry z tutejszej owczej wełny to kolejne wysokiej jakości produkty, które szczególnie przydadzą się w zimowe dni w Polsce.
KONIEC ŚWIATA
Aby dostać się do Nowej Zelandii z Europy, musicie pokonać ogromny dystans, często przekraczający 19–20 tys. km. Wymaga to długich, trwających łącznie ponad 24 godz. lotów i zazwyczaj jednej, dwóch przesiadek, głównie w Azji (np. w Singapurze, Hongkongu czy Bangkoku) lub na Bliskim Wschodzie (w Dubaju), a czasem nawet i w Australii. Ta podróż na sam koniec świata mogłaby zniechęcić niejednego wygodnego turystę. Dla wielu bywa męcząca, ale jedno jest pewne: ktokolwiek tu dotrze, nie pożałuje. Różnorodność atrakcji i intensywność doznań sprawiają, że trudy drogi szybko schodzą na dalszy plan. Niejeden podróżnik zaczyna planować powrót tutaj, zanim jeszcze opuści bajkową Nową Zelandię…
Karolina Sypniewska-Wida



