AGNIESZKA PUSZCZEWICZ

www.puszczewicz.eu

Oman – najbardziej eleganckie z państw arabskich, jakie odwiedziłam. Skupiony na tradycji, a jednocześnie ciepły i serdeczny. Uprzejmie uśmiechnięty. Bezpieczny. Pachnący orientalnymi perfumami, kadzidłem, solą morską, rozgrzanym piaskiem i kardamonem w kawie.

Uwielbiam morze. Nie przeraża mnie jego ogrom. Czuję wszechogarniający szacunek i zachwyt nad wszelkimi możliwymi odcieniami kolorów wody. W Omanie mam świadomość, że Morze Arabskie to część nieokiełznanego Oceanu Indyjskiego. Bezkresny horyzont niezmiennie skłania mnie do refleksji, a szum fal wprawia w dobry nastrój.

Dlatego też moje pierwsze wrażenie z Omanu to delikatny, słony wiatr i obłędny zachód słońca nad Morzem Arabskim. Feeria barw na niebie. Morze było zupełnie ciche. Jakby mówiło, że mogę spokojnie położyć się spać. I że obudzi mnie szumem fal na wschód słońca. Posłuchałam, bo w Omanie wszystko ma swój czas i miejsce. O świcie coś się okropnie tłukło za oknem – morze mówiło mi dzień dobry.

Zapach poranka w Salala (Salalah)

Kawa o poranku to mój rytuał. Tym razem intensywnie pachniała kardamonem. Z maleńką, misternie wykonaną czarką w dłoni cieszyłam się porannym spektaklem. Niebo powoli zmieniało kolory, z ciemnogranatowego przechodziło w odcienie różu, pomarańczu i złota. Otulała mnie przyjemna dla ucha cisza. Nic nie zagłuszało przyrody. Słońce nie zaspało.

Zaskoczyło mnie, że nikt nie siedzi na długiej i szerokiej piaszczystej plaży. Nikt nawet po niej nie spaceruje. Ktoś przejechał samochodem (sic!), ktoś przebiegł (szaleniec!) i w końcu przejechał konno (zazdrość!). Na moje pytanie o przyczynę, miejscowi tylko się uśmiechnęli – nie ma tu takiego zwyczaju. Z plaż korzystają rządni słońca goście i to pod warunkiem, że znajdują się w wyznaczonych strefach hotelowych. Oman jest mocno konserwatywny. Nie wypada tutaj biegać w bikini ani z nagim torsem po publicznej plaży.

Spodobały mi się te bezkresy białego, drobnego piasku. Chodzenie po nim jest jak stąpanie po miękkim dywanie. W okolicy Salala rozciąga się mnóstwo unikatowych plaż. Kto chce odciąć się od codzienności i po prostu pobyć z morzem, bez trudu znajdzie tu swoje miejsce. Absolutnie warto pojechać na plażę Mughsayl. Przy odrobinie szczęścia zobaczycie wodę wyrzucaną przez szczeliny skalne, do złudzenia przypominające gejzery. Na ten spektakl natury nie trzeba biletów.

Jak już tu będziecie, obejrzyjcie zachód słońca na usytuowanej kilka kilometrów dalej plaży Fazayah. To kwintesencja morskiej soli, wiatru, 50 odcieni błękitu i szumu fal.

Po drodze możecie spotkać wszechobecne wielbłądy, które chętnie zapozują do fotografii. Ale nie dajcie się zwieść – jeśli się przestraszą, mogą kopnąć lub ugryźć. Zdjęcia lepiej robić z dystansu. Ja, dzielnie, bo z samochodu, fotografowałam wielbłąda, który sam podziwiał widoki na plażę Iftalqoot (Eftalquot). 

Bezkres plaż stanowił jedynie przyczynek do mojego kolejnego zachwytu. Tym razem dotyczył on omańskiej pustyni.

Zapach pustyni Ar-Rab al-Chali (Rub’al Khali)

W Omanie znajduje się jedno z najbardziej tajemniczych i surowych miejsc na Ziemi – Pusta Ćwiartka (Empty Quarter), czyli Ar-Rab al-Chali (Rub’al Khali). To największa piaszczysta pustynia na świecie. Zajmuje ok. 650 tys. km2 podzielonych pomiędzy Arabię Saudyjską, Oman, Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) i Jemen.

W Ar-Rab al-Chali powietrze ma specyficzny zapach – suchy i mineralny. Piasek nagrzewa się do ekstremalnych temperatur i oddaje intensywną woń rozgrzanej ziemi, kurzu i kamieni. Beduini twierdzą, że to zapach słońca.

Jedziemy, żartując po drodze. Najpierw odwiedzamy kadzidłowce w Wadi Dawkah, dolinie na północ od Salali. Rosną tu na obszarze ponad 5 tys. m2, dlatego to unikatowe siedlisko (razem z pozostałościami oazy karawanowej Shisr/Ubar oraz portami Khor Rori i Al-Balid/Al-Baleed – jako tzw. szlak kadzidła) zostało wpisane w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Nawet ich kora ma ten wyjątkowo głęboki zapach – drzewny i lekko żywiczny. Drzewa kadzidłowca są kapryśne i – jak mówią miejscowi – trzeba wiedzieć, jak i kiedy je zaciąć, żeby oddały swój najcenniejszy skarb, czyli żywicę. Jak się obrażą, to nic z tego nie będzie. Im większe grudki, tym większy zarobek. To naturalne złoto, które zapewniło Omanowi bogactwo. Zapalone kadzidło otula nas swoim zapachem. Omańczycy palą je dosłownie wszędzie. My doświadczamy jego mocy na skraju pustyni.

Następnie docieramy do zaginionego Ubaru. Według arabskich legend to bogate, kupieckie miasto, które zostało zasypane podczas burzy piaskowej za nieposłuszeństwo Bogu. Niektórzy łączą je ze wspomnianym w Koranie i ukaranym przez Boga miastem ludu Aad (Ad). Przez stulecia pozostawało w sferze opowieści i domysłów, aż do lat 90. XX w., kiedy przeprowadzono tutaj pierwsze wykopaliska archeologiczne. Dzisiaj można oglądać dosłownie kilka budowli z miasta, które niegdyś było jednym z ważniejszych punktów na drodze karawan przewożących kadzidło w stronę Europy. Wszędzie dookoła jest piach. A powietrze pachnie tajemnicą.

Świeża i soczysta zielona trawa, uprawiana na pustyni dla wielbłądów, wprawia mnie w osłupienie. Na pytanie o wodę moi towarzysze odpowiadają, że pochodzi ona ze studni głębinowej i w ogóle, dlaczego się dziwię, bo przecież najlepsze wielbłądy muszą jeść coś dobrego. Za chwilę otula nas kolejny zapach: piżmo pomieszane z aromatem skóry i siana. Oznacza to, że wytropiliśmy Beduinów. Pokażą nam swoją dumę – wielbłądy. Kto je hoduje, ma wielką nadzieję, że będą dobrymi biegaczami i że nie tylko wystartują, ale i wygrają jeden z licznych biegów. Najlepiej w ZEA. To może pomóc hodowcy sprzedać pupila za sporą kwotę. Jutro lub za kilka dni Beduini pójdą dalej, do nowego miejsca, zgodnie ze swoją wielowiekową tradycją.

Bezkresna pustynia. Jazda po piasku przypomina trochę tę po lodzie. W końcu wdrapujemy się na wysokie wydmy. Przed nami rozgrywa się niezwykle malowniczy spektakl. Natrafiliśmy na zachód słońca. Wieje łagodny wiatr, który wpycha nam drobinki piasku wprost do oczu. Mam je pod powiekami, dosłownie. Słońce się z nami droczy, pięknie pozuje do zdjęć, po czym znika za horyzontem. Ciemność zapada błyskawicznie. Zmieniają się też zapachy, są bardziej surowe.

To czas, żeby zameldować się w obozowisku i zasiąść przy ogniu. Beduini palą kadzidło i oud (drewno agarowe, jeden z najcenniejszych składników perfum, znany jako „płynne złoto”), których zapachy w nocnym powietrzu mieszają się z wonią dymu z ogniska i aromatem parzonej herbaty. Są i gwiazdy. Nie da się ich policzyć. Takie trochę iskrzące się mrowisko na niebie. No i księżyc, który powoli wychodzi, próbując lekko zaćmić swoje niebiańskie koleżanki. Znowu te zapachy – zupełnie inne, tym razem smakowitych potraw i zimnego piasku. Jeszcze długo po powrocie do domu będę śnić, że jestem na pustyni.

Rano stoimy z kubkami słodkiej, parującej herbaty w dłoniach i wypatrujemy wschodu słońca. Czekamy i czekamy, a słońce tym razem zaspało. Zamiast delikatnie się budzić, zrobiło hop i nagle znalazło się na niebie! Pora wracać do rzeczywistości.

Zapach miasta w Nizwie

Czas opuścić gościnne południe i przenieść się na bardziej energetyczną północ. Trudno zdecydować się na jeden jej zapach. Ostatecznie wybieram Nizwę, należącą do najstarszych miast Omanu, która leży u podnóża zielonych gór Al-Dżabal al-Achdar (Jebel Akhdar), byłą stolicę państwa (w VI i VII stuleciu). To kwintesencja handlu, rzemiosła, kultury i religii.

Mój pierwszy kontakt z Nizwą to ogromny fort rozbudowany w XVII w. dla dynastii Ja’aribi (Ya’rubi, Ya’rubids). Jego główny punkt stanowi 30-metrowa wieża w kształcie walca do połowy wypełniona piaskiem i zabezpieczona wieloma wymyślnymi (i w efekcie pewnie dramatycznie bolesnymi) pułapkami na tych, którzy chcieli zdobyć ten zamek. Co szczególnie pamiętam z tego miejsca? Tradycyjny męski taniec z podrzucaniem mieczy, wdzięcznie wyginających się i świszczących w locie. Małe dzieci, które bawiły się w omańską wersję zabawy znanej w Polsce jako „chodzi lisek koło drogi”. Starą bibliotekę. Księżyc na bezchmurnym niebie, pozujący przy kopule meczetu. I wszechobecny zapach eleganckich perfum.

Droga z twierdzy poprowadziła mnie na targ. Zapach miasta mieszał się z delikatnym dymem palonego kadzidła. Był jak zaproszenie do podróży w czasie i przestrzeni. Z radością dałam się prowadzić zmysłom, błądząc po labiryncie wąskich uliczek. Mijałam tradycyjne gliniane domy, których ciepłe, ziemiste ściany zdawały się emanować zapachem przypraw. Nos zaprowadził mnie wprost do sklepu z daktylami. Jedne były małe i miękkie, drugie duże i włókniste. Jedne bardziej słodkie, drugie o mniej intensywnym smaku. Moje kubki smakowe oszalały. W drugiej części targu przywitał mnie wszechobecny zapach przypraw, tradycyjnej kawy z kardamonem i słodkiej halwy – omańskiego przysmaku z soku z daktyli, ale o konsystencji polskiego kisielu. Jak to zwykle bywa z tego typu smakołykami, każda rodzina ma nie tylko swoją ulubioną wersję halwy, lecz także specjalny składnik, który do niej dodaje. Moja ulubiona to ta z grubym brązowym cukrem… Po prostu palce lizać!

W każdy piątkowy poranek w Nizwie zapachy są jednak zupełnie inne. Zimne podmuchy wiatru z gór zderzają się tutaj z intensywną wonią siana i zwierzęcym ciepłem. Od wczesnych godzin miasto ożywia się rytmem słynnego targu kóz. Wtedy królują tu te zwinne, charakterne zwierzątka, które mają wyjątkowo piękne, wielokolorowe, długie futra i niewinnie oklapnięte uszy. Rządzą w Nizwie aż do pierwszej kawy, a później miasto cieszy się już niespiesznym trybem wolnego dnia.

Zapach zielonych gór

W kontraście do pustynnych rejonów Omanu, Al-Dżabal al-Achdar (dosł. Zielone Góry) zachwycają rześkim, chłodniejszym powietrzem, przesyconym zapachem roślinności. U podnóża gór rozciągają się gaje palmowe, a wśród nich wznoszą się tradycyjne domy zbudowane z gliny i słomy.

Gdyby setki lat temu nie wymyślono systemu irygacyjnego, transportującego wodę ze źródeł i podziemnych warstw wodonośnych do pól uprawnych, czyli afladż (aflaj), nic by tutaj nie urosło. Z szacunkiem pochylam się nad inżynieryjnym mistrzostwem dawnych mieszkańców Omanu. Podziwiam stary Faladż al-Chatmajn (Falaj Al-Khatmeen) w wiosce Birkat Al Mouz (Birkat Al-Mawz), który nie tylko znajduje się od 2006 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, lecz także cały czas zasila lokalne uprawy. Warto w tym miejscu wspomnieć, że systemy irygacyjne afladż funkcjonują w Omanie już od V w. n.e.  

Rosną tu, w mało sprzyjających górskich warunkach, nie tylko owoce, lecz także i róże. Niektóre z plantacji współpracują z najbardziej prestiżową firmą perfumiarską w kraju – Amouage. I znowu mój nos oszalał z radości. Zapach kwiatów unosił się nad tarasowymi plantacjami, mieszając się z chłodnym górskim powietrzem i wilgocią porannej rosy. Wiosną całe zbocza toną w tym delikatnym, słodkim aromacie.

Al-Dżabal al-Achdar kryją w sobie również jedno z najbardziej niezwykłych miejsc w Omanie – Wielki Kanion Arabii (Grand Canyon of Arabia). Górujący nad wszystkim najwyższy szczyt kraju – Dżabal Szams (Jebel Shams) – nazywany jest Górą Słońca. Trudno jednak o wiarygodne dane – jego wysokość jest różna w zależności od źródła (waha się od 2980 do 3075 m n.p.m.), podobnie zresztą z samym kanionem. Nie zmienia to faktu, że to spektakularne miejsce nikogo nie pozostawia obojętnym.

Piję mocną, aromatyczną kawę z widokiem na Wielki Kanion Arabii z niezwykłej glinianej filiżanki. Tym razem nie towarzyszą mi ulubione daktyle, a wyjątkowo pyszny sernik. Przede mną rozciąga się potęga natury – ostre, surowe krawędzie skał i bezkresny błękit nieba. Rześkie, prawie zimne powietrze wypełnia moje płuca. Dopijam kawę i wiem, że ta chwila zostanie ze mną już na zawsze.

Zapach omańskiej gościnności

Omańska gościnność mogłaby uchodzić za wzór do naśladowania. Nikomu nie sprawia tu trudności powiedzenie do obcej osoby „dzień dobry”. Dla Omańczyków nie jest problemem uśmiechnąć się, być miłym i uprzejmym. Jako kobieta już dawno nie czułam się tak bezpieczna i dobrze przyjęta.

Wszędzie towarzyszą mi zapachy. Kadzidło rozpalane w omańskich domach czy w recepcjach hoteli. Przyprawy w aromatycznym jedzeniu. Ludzie, za którymi zawsze ciągnie się smużka dobrych perfum.

Przyglądam się miejscowym, widzę piękne rysy twarzy i niejako czarno-biały świat. Ludzi ubranych w tradycyjne stroje: w białe – mężczyzn, w czarne – kobiety. Zastanawiam się jedynie, ile tu warstw szarości, bo przecież nic w życiu nie jest po prostu czarno-białe.

Przybyła ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich moda zamieniła historyczne kolorowe stroje Omanek na czarne abaje, ale mimo iż wszystkie wyglądają na pozór tak samo, to zasadniczo różnią się materiałem, z którego zostały wykonane, oraz marką. Panie doskonale wiedzą, jaki detal wyeksponować i jak to zrobić, aby było wiadomo, że należą do wyższej klasy. Panowie chodzą w tradycyjnych białych diszdaszach (kandurach) z pięknie haftowaną kummą, czapeczką na głowie. To oficjalny męski strój.

W Omanie nowe próbuje wypchnąć stare. Podziwiam geniusz nieżyjącego już sułtana Kabusa ibn Sa’ida (1940–2020), który z dramatycznie zacofanego państwa w 50 lat zrobił nowoczesny kraj. Można powiedzieć, że łatwo budować, mając pieniądze z ropy i gazu. To fakt, ale trzeba mieć i wizję, aby dobrze wykorzystać posiadane zasoby dla dobra ogółu. Omańczycy, mimo iż garściami korzystają ze zdobyczy techniki, z wielkim szacunkiem odnoszą się do starszych i nie kryją swojego przywiązania do tradycji.

Dobre emocje

Oman to kraj, którego się doświadcza zmysłami. To zapach kadzidła, smak kardamonowej kawy, ciepło słońca na skórze i szum fal Morza Arabskiego. To miejsce, które na długo pozostaje w pamięci i do którego chce się wracać.

Gliniana filiżanka z Al-Dżabal al-Achdar przyjechała ze mną do Polski i stanowi kawałek Omanu w moim domu. Napełnia mnie nieustająco dobrymi emocjami, jak to leżące na Półwyspie Arabskim państwo i ludzie, których tam spotkałam.