ROBERT GONDEK
« „Safari” to słowo pochodzące z języka suahili (używanego głównie w Kenii, Tanzanii, Rwandzie, Ugandzie, Demokratycznej Republice Konga, Burundi i Sudanie Południowym) oznaczające „podróż” albo „wycieczkę”. Popularnie określeniem tym nazywa się także wycieczki samochodowe w poszukiwaniu zwierząt w afrykańskich parkach narodowych i rezerwatach przyrody. »
Wspominając kilkanaście dotychczasowych safari organizowanych w Afryce, wciąż się zastanawiam, które miejsce wywarło na mnie największe wrażenie. Kandydatów do tego miana jest naprawdę wielu: Góry Księżycowe w Ugandzie, urwiska w Górach Semien w Etiopii, góry Meru i Kilimandżaro w Tanzanii, wspaniałe rezerwaty i parki narodowe pełne zwierząt w Kenii, Tanzanii, Ugandzie i Rwandzie, piękne plaże na Zanzibarze, Mauritiusie i nad jeziorem Malawi, wodospady Wiktorii na rzece Zambezi na granicy Zimbabwe i Zambii, a może niesamowite wulkany – Ol Doinyo Lengai w Tanzanii, Dallol i Erta Ale w Etiopii i Karisimbi w Rwandzie. Gdybym miał wybrać tylko jedno miejsce, byłoby to niemożliwe.
Dlatego planując idealne safari dla bliskiej osoby, podczas którego miałbym pokazać piękno i różnorodność Afryki, za jego cel obrałbym nie jeden, a kilka krajów położonych w Afryce Wschodniej. A w planie znalazłyby się zarówno górskie wędrówki, jak i wyprawa na wulkan, poszukiwanie fascynujących zwierząt podczas wyprawy do kilku rezerwatów i parków narodowych oraz odpoczynek na rajskich plażach afrykańskich wysp. Safari marzeń mogłoby się rozpocząć w Etiopii, w jednym z najgorętszych miejsc na Ziemi.

Mauritius, wyżynna wyspa pochodzenia wulkanicznego
ETIOPIA – WULKAN ERTA ALE
Kilka lat temu, przygotowując się do wyjazdu do Etiopii, znalazłem w internecie zdjęcie chłopaka stojącego nocą przy kraterze wulkanicznym pełnym rozgrzanej do czerwoności lawy. Kilka metrów za nim bulgotało jezioro. Nie mogłem uwierzyć, że takie miejsce istnieje naprawdę.
Wulkan, przy którym zostało wykonane zdjęcie, nazywa się Erta Ale, wznosi się na wysokość 613 m n.p.m. i znajduje się w jednym z najaktywniejszych sejsmicznie i wulkanicznie rejonów świata –w Kotlinie Danakilskiej (zwanej Danakilem lub Afarem). Region ten zamieszkują w większości Afarowie (Danakilowie), niezbyt przychylnie nastawieni do nieznajomych. Dlatego okolica jest pod stałą ochroną wojska, a razem z turystami zawsze podróżuje kilku uzbrojonych afarskich policjantów. Wynika to z faktu, iż w styczniu 2012 r. rewolucjoniści z Afar Revolutionary Democratic Unity Front porwali tu, a potem zabili kilku zagranicznych turystów. Od tego czasu nikomu nie wolno podróżować po tym regionie bez ochrony.
Do wioski u podnóża wulkanu zwykle dociera się tuż przed zachodem słońca. W wieczornej wędrówce w kierunku krawędzi krateru Erta Ale oprócz turystów uczestniczy kilku przewodników, żołnierzy i policjantów. Gdy zapada ciemność, z daleka można dostrzec delikatną poświatę unoszącą się nad Erta Ale. Ścieżka prowadząca na wulkan wije się pomiędzy zastygłą lawą. Korowód osób z latarkami na głowach powoli przesuwa się coraz wyżej. Po trzech godzinach dochodzi się do osady położonej obok ujścia wulkanu. Można stąd dostrzec wulkaniczne jezioro.
Kilkadziesiąt metrów dalej stajemy na krawędzi krateru. Temperatura płynnych skał dochodzi tu nawet do 1200°C. Pomarańczowa lawa bulgocze, tryska i przelewa się w zbiorniku. Niewielkie odłamki wylatują na brzeg otworu.
Bez wątpienia wulkan Erta Ale jest jednym z najbardziej niezwykłych zakątków, które można znaleźć w Afryce. A tutejsze jezioro lawy należy do zaledwie kilku miejsc na świecie, gdzie zobaczymy to fascynujące zjawisko.
Afrykańskie safari marzeń rozpoczęło się od naprawdę mocnego akcentu. Nie wątpię, że kolejne miejsca podczas podróży będą równie ekscytujące.
KENIA – PARK NARODOWY AMBOSELI
Drugim celem wycieczki po Afryce Wschodniej będzie granicząca z Etiopią Kenia, w której przyda się odrobina znajomości suahili, będącego jednym z dwóch oficjalnych języków w tym kraju (obok angielskiego). Przed podróżą warto poznać kilka podstawowych słów i zwrotów: jambo – „cześć”, asante sana – „dziękuję bardzo”, baadaye – „do zobaczenia”, simba – „lew”, rafiki – „przyjaciel”, hakuna matata – „nie martw się”. Kenijczycy z pewnością docenią nasz wysiłek włożony w naukę tego języka.
W trakcie kenijskiego etapu safari spędzimy kilka dni w Parku Narodowym Amboseli u podnóża majestatycznego masywu Kilimandżaro – najwyższej góry Afryki (wierzchołek Uhuru – 5895 m n.p.m.). To właśnie z tego miejsca rozpościera się najpiękniejsza panorama na Dach Afryki, pieszczotliwie nazywany Kili.
Amboseli to drugi pod względem popularności obszar chroniony w Kenii (najczęściej odwiedzany jest rezerwat Masai Mara – Maasai Mara National Reserve). Słynie przede wszystkim z możliwości obserwacji potężnych, żyjących na sawannie słoni afrykańskich na tle ośnieżonego masywu Kilimandżaro. Ten park narodowy, uznany w 1991 r. przez organizację UNESCO za rezerwat biosfery, znajduje się w południowej części Kenii w pobliżu granicy z Tanzanią. Jego powierzchnia wynosi ok. 392 km2, z czego znaczną część stanowi okresowe jezioro Amboseli, zasilane wodami z topniejących śniegów Kili. To właśnie dzięki wodzie w Amboseli można ujrzeć lwa, geparda, słonia, hipopotama, żyrafę masajską, hienę cętkowaną, zebrę równikową, bawoła afrykańskiego, gnu pręgowane, gazelopkę sawannową (gazelę Thomsona), impalę zwyczajną i wiele innych zwierząt Afryki.
Szczególnie pasjonujące jest spotkanie ze wspomnianym afrykańskim słoniem sawannowym, przedstawicielem jednego z trzech gatunków tych zagrożonych wyginięciem ssaków (oprócz słoni sawannowych na świecie żyją również afrykańskie słonie leśne oraz słonie indyjskie). Słonie sawannowe (w języku suahili nazywane tembo lub ndovu) są zdecydowanie największe i najliczniejsze. Ich masa osiąga nawet 7 t, a wysokość przekracza 3,3 m. To właśnie w Parku Narodowym Amboseli można wytropić jedne z największych i najstarszych zwierząt z potężnymi ciosami.
Słonie żyją w stadach, w których każdy osobnik jest ze sobą spokrewniony. Grupie przewodzi zazwyczaj najstarsza samica, nazywana matriarchą. Oprócz niej w skład rodziny wchodzi kilka młodszych matek oraz ich potomstwo w różnym wieku. Średnio co 4 lata samice rodzą po ok. 22 miesiącach ciąży jedno słoniątko ważące nawet ponad 100 kg, które już po kilku godzinach potrafi samodzielnie chodzić.
Największe zainteresowanie wzbudza słoniowa trąba, czyli nos. To jeden z najważniejszych organów tych pięknych zwierząt. Za jej pomocą słonie oddychają, wąchają, wydają dźwięki, chwytają przedmioty i pokarm oraz używają jej do… pieszczot. Nie znajdziemy w niej kości ani nadmiaru tłuszczu. Jest za to niezmiernie umięśniona – składa się z ponad 150 tys. powięzi mięśniowych. Pozwala to słoniom na precyzyjne wykonywanie wielu czynności i skuteczne manipulowanie przedmiotami.
Za pomocą nosa zwierzęta te mogą podnieść zarówno niewielkie liście, jak i rzeczy ważące ponad 350 kg. A z racji swojej długości (ok. 2 m) trąba pozwala na zrywanie wysoko rosnących roślin. Umożliwia również dotarcie do wody, znajdującej się w głębokich na kilka metrów dziurach, skąd słoń za jednym razem może nabrać nawet ok. 10 l życiodajnego płynu.
Charakterystycznym elementem słoniowego ciała są też okazałe uszy, których długość dochodzi do półtora metra. Służą one nie tylko do słuchania i straszenia, ale także do termoregulacji. I nie chodzi jedynie o możliwość wachlowania się nimi, ale również o fakt, że podczas machania nimi słonie usuwają nadmiar ciepła ze swojego organizmu.
Kolejny charakterystyczny element słoniowego ciała stanowią ciosy, będące niczym innym niż dwoma wyjątkowo długimi i ciężkimi zmodyfikowanymi zębami (siekaczami), osiągającymi nawet 3 m długości i ciężar 100 kg. Pomagają one w drążeniu dziur w ziemi w poszukiwaniu wody, korowaniu i znakowaniu drzew, zaznaczaniu terytorium, przesuwaniu przeszkód, jedzeniu, a także podczas walki.
Aby nasza podróż po Afryce Wschodniej była zróżnicowana i pozwoliła zobaczyć naprawdę najpiękniejsze miejsca, w jej kolejnym etapie wybierzemy się do Ugandy na wędrówkę po malowniczych Górach Księżycowych.
UGANDA – GÓRY KSIĘŻYCOWE
Na zachód Ugandy do miejscowości Nyakalengija, gdzie zwykle rozpoczyna się trekking na Szczyt Małgorzaty (5109 m n.p.m.) na Górze Stanleya w Górach Księżycowych (zwanych też masywem górskim Ruwenzori), dostaniemy się z Kenii kilkoma afrykańskimi autobusami. Niektóre z nich będą całkiem nowoczesne i wygodne, a inne to typowe minibusy zabierające najczęściej więcej pasażerów, niż wynikałoby z dostępnych miejsc siedzących. Podróż takimi pojazdami bywa często prawdziwą przygodą.
Trekking w Górach Księżycowych trwa zazwyczaj ok. 7 dni. Podczas wędrówki dość często pada uciążliwy deszcz, a sama trasa wiedzie przez liczne i głębokie bagna. Nierzadko nic nie widać, szczyty toną we mgle, a na dodatek podczas podejścia na najwyższą górę w Ugandzie trzeba korzystać ze sprzętu wspinaczkowego (ze względu na lodowiec). Gdy takie informacje znajdujemy w przewodnikach i słyszymy w relacjach osób, które były tam wcześniej – nie brzmi to zbyt zachęcająco. A jednak zdarza się, że podczas wyprawy panują zgoła odmienne warunki, dające szansę na podziwianie niesamowicie kolorowych gór. I na to liczymy podczas wędrówki ugandyjskimi szlakami.
W czasie trekkingu najczęściej korzystamy z usług jednego z lokalnych biur podróży, które organizuje całą wyprawę i pokrywa w naszym imieniu koszty koniecznych opłat, transportu, wyżywienia, noclegów, wynagrodzenia przewodników, kucharzy i tragarzy. Dzięki turystycznemu zainteresowaniu wspaniałymi ugandyjskimi górami wielu mieszkańców sąsiadujących z nimi wiosek i miasteczek ma okazję znaleźć pracę. Przykładowo, aby w trakcie siedmiodniowej wędrówki obsłużyć troje turystów, zatrudnionych zostaje aż 17 osób (tragarze, kucharze i przewodnicy).
Podczas wyprawy po ugandyjskich Górach Księżycowych warto mieć ze sobą wodery, kilka kompletów odzieży przeciwdeszczowej, raki, czekan, karabinki, uprząż, linę, a nawet aparat fotograficzny odporny na dużą wilgoć (jeśli ktoś lubi fotografować). Wynika to oczywiście z panujących na trasie warunków pogodowych.
Turyści najczęściej spodziewają się braku spektakularnych widoków, brzydkiej pogody i grząskiego błota. Czasem jednak zdarzają się niespodzianki. Tak było podczas jednej z moich wędrówek. Przez siedem dni z nieba nie spadła ani jedna kropla deszczu. Opadów nie było już zresztą od dłuższego czasu. Błoto i bagna przeschły, a wodery okazały się niepotrzebne.
Dzięki temu wiem, że góry w Ugandzie należą do najpiękniejszych na świecie. Podczas sprzyjających warunków pogodowych widoki są oszałamiające. Góry Księżycowe to jedno z najbardziej kolorowych miejsc w Afryce. Szare skały porośnięte są żółtymi i brunatnymi mchami, trawami, porostami, zielonymi senecjami i pojedynczymi, kilkumetrowymi lobeliami wielkimi. Błękit nieba i biel obłoków unoszą się nad widniejącymi w oddali lodowcami. Nie znam piękniejszych gór w Afryce. Pięknych, a jednocześnie trudnych, bo w trakcie siedmiodniowego marszu podchodzimy na wysokość ponad 5100 m n.p.m. I dodatkowo w drodze na szczyt musimy pokonać lodowiec, który w ciągu dnia roztapia się szybko w promieniach równikowego słońca. Podczas podejścia kluczy się pomiędzy licznymi szczelinami i skacze ponad nimi. Bezlitosne słońce uwalnia z lodowca pojedyncze kamienie, które stanowią dodatkowe zagrożenie.
Warto też dodać, że ze względu na ocieplający się klimat lodowiec w Ugandzie znika. Jego topnienia prawdopodobnie nie da się powstrzymać. Za kilkanaście lat może już go nie być.
Wędrówka na Szczyt Małgorzaty na ostatnim odcinku to często walka z własnymi słabościami i zadyszką, skutecznie hamującą zbyt szybki marsz. W chwili gdy stajemy na wierzchołku, nikt nie kryje łez wzruszenia, że udało się dokonać czegoś niezwykłego i pokonać chwile załamania. Z zachwytem na twarzach rozglądamy się dookoła. Jesteśmy na najwyższym szczycie Ugandy i Demokratycznej Republiki Konga, w najładniejszych krajobrazowo górach w Afryce.
Po trudnym i niezapomnianym trekkingu warto nieco odpocząć. W kolejnym etapie wymarzonego safari polecam więc przenieść się do Rwandy, do Parku Narodowego Wulkanów, aby zobaczyć wspaniałe goryle górskie, największe małpy człekokształtne – jeden z najbardziej zagrożonych wyginięciem gatunków zwierząt na świecie.

Srebrne plecy to najbardziej charakterystyczna cecha samców goryla, których średnia waga wynosi 168 kg
RWANDA – PARK NARODOWY WULKANÓW
Aby zobaczyć jedną z rodzin goryli górskich żyjących w rwandyjskim Parku Narodowym Wulkanów, niezbędne jest uzyskanie zgody na obserwację, która aktualnie kosztuje aż 1500 USD (dziennie wydaje się maksymalnie 96 pozwoleń). Przed wyjściem w góry sprawdza się, czy nie mamy objawów żadnej infekcji, żeby nie zarazić zwierząt. Nie można też mieć ze sobą jedzenia ani jaskrawych ubrań, aby nie przyciągać uwagi stada. Każda grupa składa się maksymalnie z ośmiu turystów oraz dwóch pracowników parku.
W zależności od rodziny goryli, którą zamierzamy zobaczyć, poszukiwania stada trwają od pół godziny do nawet czterech godzin. W pobliżu tych dużych małp należy poruszać się powoli, bez gwałtownych ruchów, zachowując ciszę. Można obserwować i fotografować. Nie wolno jednak podchodzić do goryli na odległość mniejszą niż siedem metrów. Każdy krok bliżej mógłby spowodować gwałtowną reakcję dominującego w stadzie samca. Na obserwacji zwierząt można spędzić maksymalnie godzinę.
Emocje związane ze spotkaniem z gorylami górskimi są ogromne. Kilka lat temu podczas wyprawy dostrzegłem samca (srebrzystogrzbietego), który przewodził grupie. Nie wolno było patrzeć mu prosto w oczy, ponieważ mógłby to zinterpretować jako wyzwanie. Stałem dość blisko niego. Gdyby goryl stanął na dwóch nogach, byłby nieco wyższy ode mnie (ok. 180 cm). Jego waga przekraczała moją dwukrotnie (ok. 160 kg). Jeśli zrobiłbym gwałtowny ruch albo podszedłbym zbyt blisko, samiec mógłby poczuć zagrożenie z mojej strony. Wówczas w charakterystyczny sposób zacząłby uderzać pięściami w klatkę piersiową albo gwałtownie ruszyłby ostrzegawczo w moim kierunku.
Na wspomnienie tamtej chwili cieszę się, że miałem okazję spotkać te niezwykłe zwierzęta. I z wielką radością wybiorę się na ich obserwację po raz kolejny podczas safari marzeń w Afryce Wschodniej.
Po emocjonujących chwilach spędzonych w Rwandzie kolejnym etapem afrykańskiej podróży byłaby Tanzania, safari w kraterze Ngorongoro i wędrówka na nieco mniej popularną niż Kilimandżaro, drugą najwyższą górę Tanzanii – Meru.
TANZANIA – KRATER NGORONGORO
Tanzański etap wycieczki zaczniemy od obserwacji zwierząt w kraterze Ngorongoro wpisanym w 1979 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i uznawanym za jeden z Siedmiu Naturalnych Cudów Afryki i jednocześnie jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na tym kontynencie. Jego nazwa jest onomatopeją i pochodzi od dźwięków wydawanych przez masajskie dzwonki pasterskie (ngoro ngoro).
Ngorongoro to największa na świecie nieaktywna, nieuszkodzona i niewypełniona kaldera, która powstała ok. 2–3 mln lat temu po wybuchu potężnego wulkanu. Jego wysokość szacowana była nawet na 5800 m n.p.m. Wulkan eksplodował i zapadł się, tworząc krater o głębokości 610 m i powierzchni dna, leżącego na wysokości 1800 m n.p.m., wynoszącej ok. 260 km².
Podczas safari do wnętrza kaldery Ngorongoro mamy szansę zobaczyć m.in. nosorożca czarnego, bawoła afrykańskiego, lwa, gnu pręgowane, zebrę równikową, elanda, gazelkę masajską, gazelopkę sawannową, koba śniadego, geparda, hienę cętkowaną, wiele gatunków ptaków, a także hipopotama nilowego, który uznawany jest za najbardziej niebezpiecznego ssaka afrykańskiego.
Słowo hipopotam pochodzi od starogreckiego hippopótamos oznaczającego „rzecznego lub wodnego konia”. Zwierzęta te nie mają wiele wspólnego z końmi. Mają za to dość dużo fizycznych podobieństw do świń i innych parzystokopytnych, a ich najbliższymi żyjącymi krewnymi są walenie – wieloryby, delfiny i morświny. Hipcie to trzecie pod względem wielkości zwierzęta lądowe na świecie. Wyprzedzają je tylko słonie oraz nosorożce białe. Waga samca hipopotama nilowego (większego z dwóch gatunków – drugim jest dużo mniejszy hipopotam karłowaty) wynosi przeciętnie ok. 1,8 t, chociaż zdarzają się osobniki ważące nawet niemal 4,5 t.
Ze względu na rozmiary, siłę oraz często nieprzewidywalną agresywność uchodzą za jedne z najniebezpieczniejszych zwierząt świata. Mimo iż kiboko (hipopotam w języku suahili) nie jest wymieniany wśród ssaków należących do Wielkiej Piątki Afryki, to właśnie z powodu agresji z ich strony ginie rocznie ok. 500 osób – najwięcej w porównaniu z ofiarami innych dużych afrykańskich zwierząt lądowych.
Liczebność hipopotamów na kontynencie wynosi nie więcej niż 150 tys. osobników. Najliczniej występują w Zambii (ok. 40 tys.) oraz Tanzanii (ok. 31 tys.).
Spędzając większość dnia w wodzie lub pod jej powierzchnią, hipopotamy są w stanie wytrzymać aż pięć minut bez konieczności oddychania. Mało tego! W czasie snu wynurzają się, aby zaczerpnąć powietrza i zanurzają się ponownie bez przebudzenia.
Tak długi czas, który spędzają w środowisku wodnym, wynika z posiadania niezmiernie delikatnej skóry narażonej na działanie słońca. Jest ona wprawdzie dość gruba (ma ok. 6 cm, co stanowi mniej więcej 25 proc. masy zwierzęcia) i zapewnia dobre zabezpieczenie przed pokąsaniem i drapieżnikami, ale łatwo ulega pękaniu, gdy hipopotam zbyt długo pozostaje poza wodą. Dzieje się tak pomimo tego, że skóra wydziela naturalną substancję przeciwsłoneczną. Wydzielina ta nosi nazwę „krwawego potu”, ale oczywiście nie jest ani krwią, ani potem. Bardzo szybko zmienia jednak kolor i z początkowo bezbarwnej staje się czerwonopomarańczowa (stąd wzięło się określenie „krwawy”), a następnie brązowa. Znajdują się w niej pigmenty hamujące rozwój bakterii chorobotwórczych i dające ochronę przeciwsłoneczną, która niestety nie jest wystarczająca dla skóry. W związku z tym hipopotamy w ciągu dnia drzemią i odpoczywają w wodzie.
Dopiero wieczorami wychodzą na brzeg w poszukiwaniu pożywienia. Każdej nocy są w stanie pokonać nawet kilkanaście kilometrów, rozglądając się za przysmakami. Ich dieta składa się głównie z różnego rodzaju traw i niewielkiej ilości roślin wodnych. Ze względu na potężną masę dziennie spożywają średnio ok. 35 kg pożywienia.
Hipopotamy potrafią otworzyć pysk pod kątem prawie 180°. Gdy zajrzymy do środka, od razu zwrócimy uwagę na ogromne dolne siekacze (do 40 cm długości) i kły (do 50 cm długości). O ile samcom rosną one przez całe życie, trwające przeciętnie 40–50 lat, to samicom przestają rosnąć w wieku ok. 25 lat, osiągają wtedy maksymalną długość. Kły i siekacze służą do walki i nie odgrywają żadnej roli w odżywianiu.
Hipopotamy potrafią też bardzo szybko biegać. Trudno to sobie wyobrazić. A jednak te potężne zwierzęta na króciutkich nóżkach są w stanie rozpędzić się do prędkości 30 km/godz.
Widoku pędzącego hipopotama doświadczyłem podczas pobytu w Parku Narodowym Serengeti w północnej Tanzanii, gdy przejeżdżaliśmy samochodem obok bagien. Powoli zapadał zmrok. Zatrzymaliśmy się, żeby zrobić kilka zdjęć. Nagle z traw wychylił się potężny hipopotam i bez wahania rozpoczął szarżę. Dzięki refleksowi kierowcy natychmiast ruszyliśmy. Zwierzę biegło za autem przez kilkadziesiąt metrów. Na liczniku mieliśmy blisko 30 km/godz. Zresztą szybciej nie dało się jechać ze względu na wyboistą drogę. W pewnym momencie hipcio po prostu zwolnił i po chwili stanął.
Kto wie, może podczas safari w tanzańskim kraterze Ngorongoro również będziemy mieli okazję zobaczyć biegające hipopotamy… Mamy na to dość dużą szansę, gdyż ostatnio liczba tych zwierząt wzrosła w całym kraju do ponad 31 tys. (z 23 tys. w 2014 r.).

Zanzibar należy do największych na świecie eksporterów alg morskich, których uprawą zajmują się kobiety
TANZANIA – MERU
Chcąc urozmaicić dość długą podróż po Afryce, na koniec safari w kontynentalnej części Tanzanii wybralibyśmy się na kolejną wędrówkę górską. Tym razem naszym celem byłaby druga najwyższa góra Tanzanii (Meru, 4566 m n.p.m.). To drugie najlepsze miejsce (pierwsze stanowi Park Narodowy Amboseli w Kenii), z którego niemal o każdej porze dnia i nocy świetnie widać Kilimandżaro.
Wędrówka na wulkan Meru często organizowana jest jako aklimatyzacja przed próbą zdobycia Kili. Trekking odbywa się na terenie Parku Narodowego Aruszy, a całość zajmuje trzy lub cztery dni. Widoki, szczególnie o wschodzie słońca, należą do najpiękniejszych w Afryce. Nocujemy w drewnianych chatach, a w wyprawie towarzyszy nam przewodnik, kucharz, tragarze oraz strażnik ze strzelbą. Ranger ma nas chronić przed ewentualnym atakiem zwierząt. Podczas wędrówki wkraczamy przecież na terytorium słoni, żyraf, lwów i przede wszystkim bawołów afrykańskich. Z ich strony istnieje największe zagrożenie.
Słynną panoramę Kilimandżaro w promieniach zachodzącego słońca udaje się zobaczyć pod koniec pierwszego dnia wędrówki, wkrótce po dojściu do chaty Miriakamba (2514 m n.p.m.). Od tego momentu widok Dachu Afryki towarzyszy nam niemal non stop, pod warunkiem że Meru ani Kili nie są akurat zasnute chmurami.
Drugiego dnia marszu dochodzimy do chaty Saddle (3570 m n.p.m.). Służy ona jako baza wypadowa przed wejściem na Meru. Aby lepiej się zaaklimatyzować, tego samego dnia, późnym popołudniem warto wybrać się na pobliski szczyt Little Meru (3820 m n.p.m.). Dzięki temu nieco lepiej przygotujemy nasz organizm do pobytu na większej wysokości, w strefie z obniżoną zawartością tlenu w powietrzu.
Dość często zdarza się, że nocą nad Meru przetacza się burza z ulewnym deszczem i gradem. W takich momentach głośne grzmoty, intensywne opady i kule gradowe sprawiają wrażenie, jakby za chwilę miały rozbić blaszany dach nad naszymi głowami. Takie warunki nie sprzyjają odpoczynkowi i bardzo często ciężko zmrużyć oko choćby na chwilę, szczególnie że pobudka nastąpi jeszcze przed północą.
Podejście na szczyt rozpoczyna się w całkowitej ciemności w kilkustopniowym mrozie. Wieczorny intensywny opad deszczu często powoduje, że szlak jest oblodzony. Na niektórych odcinkach skalnych może się nawet okazać konieczne użycie liny zabezpieczającej. Wędrujemy gęsiego, wolnym, równym tempem, oświetlając drogę czołówkami. Przesuwamy się krok po kroku, wciąż pod górę.
Na szczyt najczęściej dochodzi się w ciągu 5–6 godzin od wyruszenia z chaty. Na koniec dostrzeżemy blaszaną czterokolorową tanzańską flagę (zielono-żółto-czarno-niebieską) i napis: Congratulation. You are now at the summit of Mount Meru 4566 m amsl – 5th highest mountain in Africa. Jeżeli jesteśmy na szczycie przed wschodem słońca, warto chwilę zaczekać, aby zobaczyć jeden z najpiękniejszych poranków w afrykańskich górach. Podczas bezchmurnej pogody ujrzymy wyłaniające się zza masywu Kilimandżaro wschodzące słońce. Niebo i wszystko dookoła mienić się będzie barwami pomarańczy, żółci i błękitu. Ten przepiękny widok zostanie w naszej pamięci na zawsze.
W ten sposób dobiegnie końca podróż po kontynentalnej części Afryki Wschodniej. Po zdobyciu Meru czekają nas leniwe chwile, błogi odpoczynek i relaks na Zanzibarze i Mauritiusie.
ZANZIBAR
Na początek wybierzemy się na Zanzibar. Bardzo często właśnie w ten sposób wyglądają programy układane przez biura podróży i indywidualnych turystów. Najpierw jest ekscytujące safari w poszukiwaniu zwierząt i wysiłek podczas trekkingu, a na koniec relaks, np. na Zanzibarze.
Na jednej z kilku głównych wysp wchodzących w skład archipelagu Zanzibar (najczęściej na największej wyspie Unguja, popularnie zwanej Zanzibarem, zajmującej powierzchnię 1666 km² i zamieszkanej przez ponad 900 tys. ludzi) spędzimy kilka dni, starając się zobaczyć najciekawsze zakątki tej wyspiarskiej, autonomicznej części Tanzanii. Niektórym wystarczą plażowanie, basen i kąpiel w Oceanie Indyjskim. Aby jednak doświadczyć egzotyki tego archipelagu, warto wybrać się do kilku fascynujących miejsc.
Jednym z nich jest jedyny park narodowy na Zanzibarze – Jozani Chwaka Bay National Park, zajmujący obszar 50 km². Słynie on przede wszystkim z rzadkich gerez trójbarwnych, endemicznych małp, które można zobaczyć wyłącznie w tutejszym Jozani Forest. Obowiązkowym punktem każdej wycieczki po parku jest również spacer drewnianymi kładkami pośród niezwykłego namorzynowego lasu, gdzie można spotkać ponad 40 gatunków ptaków.
Do ciekawostek związanych z Zanzibarem należą liczne podwodne plantacje alg morskich. Uprawiane poletka tworzą charakterystyczny przybrzeżny krajobraz wyspy. Podczas odpływu (dość silnego w tym rejonie) spod wody wyłaniają się całe pola alg. Zajmują się nimi przede wszystkim kobiety. Piękne i czyste wody Oceanu Indyjskiego oblewające Zanzibar oraz odpowiednia temperatura tworzą doskonałe warunki do uprawy „zielonego złota”. Zanzibarskie kobiety pielęgnują, poprawiają, podwiązują, zbierają i sadzą na nowo dojrzewające przez mniej więcej sześć tygodni w naturalnych warunkach algi morskie. Na brzegu można dostrzec suszące się na słońcu „zielone złoto”, które przybiera różne odcienie w zależności od stopnia wysuszenia. Warto przysiąść nieco z boku, przyjrzeć się czynnościom wykonywanym przez kobiety i pomyśleć o ich ciężkiej pracy. Być może po powrocie z podróży do Polski zauważymy, że w składzie stosowanych przez nas kosmetyków znajdują się właśnie algi morskie z Zanzibaru.
Zapewne okaże się również, że w kuchni używamy przypraw z tej tanzańskiej wyspy. To miejsce słynie z aromatycznych dodatków kulinarnych. Podczas zwiedzania Zanzibaru możemy wybrać się na jedną z pokazowych plantacji, gdzie zobaczymy, jak wyglądają przyprawy, które w Polsce najczęściej widzimy już w znacznym stopniu przetworzenia. Dowiemy się, jak rosną pieprz, goździki, gałka muszkatołowa, kardamon, kurkuma, imbir, wanilia czy cynamon.
Zanzibar otaczają piękne rafy koralowe. Dzięki temu naszą podróż możemy urozmaicić podziwianiem podwodnego świata. Aby tego doświadczyć, nie trzeba będzie nurkować. Do obserwacji wystarczy nawet zwykła maska do snorkelingu. Ale jeśli chcielibyśmy zdobyć nowe umiejętności, możemy zapisać się do jednej z wielu miejscowych szkół nurkowych i zdobyć niezbędne uprawnienia.
Zanim ruszymy na ostatni etap wycieczki po Afryce, zwiedzimy Kamienne Miasto (Stone Town), które w 2000 r. zostało umieszczone na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To zabytkowa (nazwijmy ją historyczną) część miasta Zanzibar, będącego stolicą archipelagu. Mieszają się tu wpływy wielu kultur, spośród których każda pozostawiła widoczny do dziś ślad w architekturze, sztuce, zwyczajach, a nawet słownictwie. Na każdym kroku można dostrzec odniesienia do kultury Suahili, perskiej, arabskiej, indyjskiej czy europejskiej.
Gdy wędrujemy wąskimi uliczkami, zwykle niedostępnymi dla samochodów, mijamy niewysokie domy, place, bazary, meczety. Wszędzie dostrzegamy elementy każdej z kultur, które w przeszłości miały wpływ na to miejsce. Uwagę zwraca także materiał używany do budowy większości obiektów w tej części Zanzibaru. To koralowiec, którego charakterystyczną czerwonawą barwę widać szczególnie wyraźnie zaraz po deszczu. Możemy go dostrzec m.in. na murach Domu Cudów (House of Wonders), czyli jednego z najbardziej znanych budynków w Stone Town. Wybudowany w 1883 r., był jednym z pierwszych tak wysokich i nowoczesnych gmachów w Afryce. Już w XIX w. zainstalowano w nim oświetlenie elektryczne, doprowadzono bieżącą wodę, a nawet zamontowano pierwszą w Afryce Wschodniej windę. Niestety pod koniec grudnia 2020 r. uległ on częściowemu zawaleniu.
MAURITIUS
Podczas ostatniego etapu afrykańskiej podróży wybierzemy się na Mauritius, który jest jednym z najmniejszych państw Afryki, zajmującym powierzchnię zaledwie 2040 km2. Mniejsze od niego są tylko Wyspy Świętego Tomasza i Książęca (1001 km2) oraz Seszele (blisko 460 km2). Kraj zamieszkuje ok. 1,4 mln ludzi posługujących się w prawie 85 proc. językiem kreolskim (morisien, morisyen). Większość społeczeństwa stanowią Hindusi (66 proc.) oraz Kreole (ok. 28 proc.). Pomimo stosunkowo niewielkiej liczby mieszkańców Mauritius jest najgęściej zaludnionym krajem w Afryce ze średnią wynoszącą 644 osoby na 1 km2.
Do największych atrakcji tego małego wyspiarskiego państwa należą liczne piękne plaże, charakterystyczne dno morskie, ukształtowane w wyniku działalności fal i prądów morskich, sprawiające wrażenie podwodnego wodospadu (widoczne jedynie z góry), Piton de la Petite Rivière Noire – najwyższa góra na Mauritiusie (828 m n.p.m.), Park Narodowy Black River Gorges (Parc National des Gorges de Rivière Noire), Île aux Cerfs, malowniczy bazaltowy monolit Le Morne Brabant (556 m n.p.m.) czy jezioro wulkaniczne Grand Bassin (Ganga Talao). Bez wątpienia warto zobaczyć wszystkie te miejsca. Ale nie są to jedyne tutejsze atrakcje.
Podczas naszej podróży wybierzemy się również do gęstego lasu równiny Chamarel, aby zobaczyć przepiękny wodospad o tej samej nazwie. Nie licząc „podwodnego wodospadu” w pobliżu półwyspu Le Morne Brabant, Chamarel jest najokazalszą kaskadą na Mauritiusie. Woda z trzech niezależnych strumieni zasila rzekę Saint-Denis, która po dotarciu do bazaltowego klifu spada z wysokości 83 m, formując wodospad. Przyglądając się otoczonej bujną zielenią huczącej kaskadzie, bez problemu dostrzeżemy też latające w pobliżu rudawki mauritiuskie.
Wystarczy kilka chwil, aby dotrzeć do znajdującej się w pobliżu kolejnej atrakcji – przedziwnej formacji geologicznej Seven Coloured Earths (Terres des Sept Couleurs), która wygląda jak wybryk natury. W środku lasu, na jednym ze wzgórz przyroda zabarwiła ziemię aż siedmioma kolorami: czerwienią, brązem, fioletem, żółcią, purpurą, błękitem i zielenią. Wyglądająca niczym tęczowe wydmy geologiczna osobliwość jest jedną z najpopularniejszych atrakcji na Mauritiusie i przy okazji jednym z najczęściej fotografowanych miejsc w tym kraju.
W pobliżu unikatowej wielokolorowej ziemi znajduje się również zagroda z żółwiami olbrzymimi z rodzaju Aldabra (Aldabrachelys) żyjącymi średnio ok. 150 lat (na wyspie istnieje więcej takich hodowli). Mieszka tutaj kilka wielkich gadów. Nie są to niestety żółwie żyjące na wolności. Nie są to też gady, które występowały dawniej na Mauritiusie. Zostały przywiezione z atolu Aldabra na Seszelach. Są jedynie „kuzynami” gigantycznych gadów z rodzaju Cylindraspis żyjących na wyspie do końca XVIII w. Właśnie wtedy mauritiuskie żółwie wyginęły. Do ich zagłady w znacznym stopniu przyczynił się niestety człowiek.
Wizyta na Mauritiusie, w miejscu, gdzie można zobaczyć żółwie olbrzymie, zakończyłaby pełne różnorodności safari w Afryce Wschodniej. W jego trakcie mielibyśmy okazję zobaczyć sawannowe słonie afrykańskie, goryle górskie, hipopotamy nilowe, gigantyczne żółwie, gerezy trójbarwne, lwy, żyrafy, hieny i wiele innych fascynujących zwierząt, z których słynie Afryka. Zdobylibyśmy w Tanzanii górę Meru, ugandyjski Szczyt Małgorzaty w nieprawdopodobnie kolorowych Górach Księżycowych oraz w północno-wschodniej Etiopii niezwykły wulkan Erta Ale z jeziorem bulgoczącej w jego kraterze lawy. Na koniec zasłużylibyśmy na błogi relaks i odpoczynek na Zanzibarze i Mauritiusie.
Aby zrealizować ten bogaty plan, na safari musielibyśmy przeznaczyć ponad miesiąc, co niestety dla wielu osób jest niemożliwe. Pisząc baadaye („do zobaczenia”), życzę jednak każdemu, aby mimo wszystko mógł wybrać się przynajmniej do kilku z opisanych miejsc i samemu doświadczyć wspaniałej różnorodności Afryki Wschodniej.
Madagaskar potrafi zachwycić
Gdy za sprawą filmu animowanego o przygodach zwierząt z nowojorskiego zoo Madagaskar stał się bardziej rozpoznawalny na świecie, zaczął kojarzyć się z wesołymi lemurami katta. Choć nie są one oczywiście jedynymi mieszkańcami wyspy, to z pewnością dobrze reprezentują jej największe bogactwo – wspaniałą przyrodę. Tu, w izolacji od pobliskiej Afryki, flora i fauna miały szansę rozwinąć się w niespotykany nigdzie indziej sposób. Przeważająca większość gatunków miejscowych roślin i zwierząt to endemity, co oznacza, że nie spotkamy ich w innych regionach naszej planety.
Madagaskar leży w zachodniej części Oceanu Indyjskiego. Znajduje się u południowo-wschodnich brzegów Afryki. Jest czwartą największą wyspą na świecie (zajmuje powierzchnię ok. 587 tys. km²). Należy do kraju również noszącego nazwę Madagaskar. Jego stolica, 1,3-milionowa Antananarywa, to najważniejsze i największe tutejsze miasto. Turyści jednak nie odwiedzają raczej wyspy ze względu na miejskie życie. Przyciąga ich na nią przede wszystkim niezwykła przyroda.
Na Madagaskarze istnieje kilkadziesiąt parków narodowych i rezerwatów. Warto wspomnieć, że w 1990 r. jeden z nich trafił na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mowa o Ścisłym Rezerwacie Przyrody Tsingy de Bemaraha (Réserve Naturelle Intégrale du Tsingy de Bemaraha). Wyjątkowy charakter nadają mu wapienne formacje tsingy zakończone ostro niczym igły i zebrane w skupiska przypominające las. Podobne skalne twory można oglądać też w Parku Narodowym Ankarana (Parc National de l’Ankarana, Réserve Spéciale Ankarana). Poza tym w 2007 r. UNESCO objęło ochroną na Madagaskarze także fragmenty lasu deszczowego rozciągające się wzdłuż wschodnich brzegów wyspy w regionie Atsinanana. Taki wilgotny las równikowy porasta m.in. Park Narodowy Ranomafana czy górzyste parki Andringitra, Marojejy i Andohahela.
Wspomniany lemur katta nie jest jedynym przedstawicielem lemurokształtnych zamieszkujących wyspę. Występują tutaj również sifaki, indrisy, lepilemury, prolemury, lemurie, wari czy maki. Jednymi z najmniejszych są mikruski, które prowadzą nocny tryb życia. Oprócz małpiatek Madagaskar słynie też z kameleonów. Ich różnorodność gatunkowa jest w tym regionie ogromna. Niedawno odkryto tu najmniejszego kameleona na świecie (zwanego nanokameleonem i mieszczącego się w całości na opuszce palca), najprawdopodobniej jednocześnie najmniejszego gada na naszym globie.
Wyspa zdecydowanie stanowi krainę kontrastów: z jednej strony spotkamy na niej niewielkich rozmiarów zwierzęta, a z drugiej… ogromne baobaby. Na turystach spore wrażenie robią szczególnie te z okolicy miasta Morondava. Niedaleko niego znajduje się aleja majestatycznych baobabów Grandidiera (Allée des baobabs). Gdy podziwia się je o zachodzie słońca, nietrudno zachwycić się Madagaskarem.
Mafia – raj z dala od świata
Na południe od Zanzibaru znajduje się wyspa Mafia. Nie należy ona do obszaru autonomicznego jak Unguja (Zanzibar) czy Pemba, ale stanowi jeden z dystryktów tanzańskiego regionu Pwani, położonego nad Oceanem Indyjskim. To główna wyspa niewielkiego archipelagu o tej samej nazwie (w jego skład wchodzą jeszcze m.in. Juani, Chole, Jibondo czy Bwejuu).
Mafia była niegdyś ważnym punktem na szlaku handlowym między Afryką Wschodnią a Azją. Znajdowała się pod kontrolą kolejno średniowiecznego Sułtanatu Kilwa, Portugalczyków, Arabów z Omanu, Niemców i Brytyjczyków. Nie zachowało się tu zbyt wiele śladów dawnego osadnictwa. Na południowo-zachodnim krańcu wyspy, w okolicy Ras Kisimani (Kisimani Mafia) można natknąć się na ruiny jej najstarszego miasta. Jego początki datuje się na ok. XI w. Dziś część pozostałości po tym ośrodku miejskim kryją wody oceanu, a to, co zachowało się na lądzie, pokrywa roślinność. Z kolei na wysepce Juani można obejrzeć ruiny średniowiecznego miasta kultury Suahili na terenie stanowiska archeologicznego Kua.
Dla odwiedzających dziewiczą Mafię nie bez znaczenia jest fakt, że ma ona zupełnie inny charakter niż modny pobliski Zanzibar, zdecydowanie mniej turystyczny. Tutaj główną rolę odgrywa ocean i bajeczne królestwo kryjące się pod jego powierzchnią. Aby je ochronić, założono w 1995 r. Mafia Island Marine Park obejmujący część wybrzeża wyspy i niektóre sąsiadujące z nią mniejsze wysepki (zajmujący łącznie powierzchnię 822 km²). Ze względu na ogromną różnorodność okoliczne wody przyciągają miłośników nurkowania i snorkelingu. Miejscowe rafy koralowe słyną z bogatego podwodnego życia, odwiedza je mnóstwo gatunków ryb, a w pobliżu archipelagu spotyka się nawet uznane za zagrożone rekiny wielorybie.
Podczas pobytu na Mafii koniecznie trzeba wybrać się na wycieczkę łodzią i zacumować przy jednej z niewielkich, urokliwych, pustych plaż na chociaż krótki odpoczynek, aby móc nacieszyć się rajskim spokojem. Nieodkryta jeszcze przez tłumy wczasowiczów wyspa jest zresztą idealnym miejscem dla osób, które chcą zboczyć z utartych turystycznych szlaków. Nie ma na niej dyskotek ani wielkich luksusowych resortów, są za to klimatyczne bungalowy i domki usytuowane tuż nad brzegiem oceanu i otoczone zielenią. Mieszkańcy Mafii trudnią się głównie rybołówstwem, uprawiają warzywa i owoce, prowadzą sklepiki w Kilindoni (największej tutejszej miejscowości) albo zajmują się ekoturystyką. Życie płynie im nieśpiesznie, co sprawia, że odwiedzający wyspę szybko przestawiają się na rytm dnia miejscowych, całkowicie inny niż ten, który znamy z naszej codzienności wypełnionej po brzegi zadaniami i pilnymi sprawami. Tu można po prostu usiąść na dziewiczej plaży i na chwilę zapomnieć o całym bożym świecie.
Afryka Wschodnia w książkach
Gdyby ktoś zapytał lubiącego czytać Polaka, jaka książka kojarzy mu się z Afryką Wschodnią, to istnieje duża szansa, że w odpowiedzi padłby tytuł reportażu-powieści Ryszarda Kapuścińskiego Cesarz z 1978 r. Autor we właściwy dla siebie sposób kreśli tu obraz dworu etiopskiego władcy Hajle Syllasje I (1892–1975). Można się spierać co do trafności zastosowanej przez reportażystę perspektywy, ale jego twórczość jest ważną częścią polskiej literatury. Inną książkę kojarzoną powszechnie przez czytelników z Afryką Wschodnią stanowi Pożegnanie z Afryką (1937 r.) napisane przez Dunkę Karen Blixen (1885–1962). Jej historia o życiu na farmie w ówczesnej brytyjskiej kolonii (dzisiejszej Kenii) stała się popularna dzięki filmowi z 1985 r. o tym samym tytule, z Meryl Streep i Robertem Redfordem w rolach głównych.
Obecnie w księgarniach znajduje się całkiem sporo pozycji dotyczących tego regionu świata, więc zainteresowani mają w czym wybierać. Warto zwrócić uwagę np. na Dotyk Afryki. Opowieści podróżne (z 2021 r.) Beaty Lewandowskiej-Kaftan, która od ponad 20 lat podróżuje na i przez ten kontynent. Książka oddaje jej spojrzenie na Afrykanów i ich życie, opisuje doświadczenia i spotkania autorki z miejscowymi. Światowym bestsellerem stała się autobiograficzna pozycja Marzyłam o Afryce Kuki Gallmann, założycielki Ol Ari Nyiro – Laikipia Nature Conservancy, wydana w tłumaczeniu na polski w 2017 r. Przedstawia jej życie w hrabstwie Laikipia w Kenii, na ranczu, w którego okolicy znajduje się utworzony przez nią rezerwat przyrody. Z kolei o Zanzibarze w zajmujący sposób pisze Małgorzata Szejnert w książce Dom żółwia. Zanzibar (2011 r.), gdzie wspomina wiele bardziej i mniej znanych postaci związanych z wyspą. Ten, kto preferuje lekturę lekką, nie stroniącą od humoru, może sięgnąć po Banany i cytrusy, czyli leć do Afryki Artura Malka (z 2018 r.), nietypowy przewodnik turystyczny. Jeszcze inny charakter ma O chłopcu, który ujarzmił wiatr autorstwa Williama Kamkwamby i Bryana Mealera (wydanie polskie z 2019 r.). Książka ta opowiada o tym, jak Kamkwamba, jako młody chłopak, żyjący w wiosce w Malawi, zbudował turbinę wiatrową, co pozwoliło mieszkańcom osady uniknąć klęski głodu związanej z suszą. Mimo biograficznej fabuły przypomina wciągającą powieść przygodową.



