Anna Kłossowska
italiannawdrodze.blogspot.com
« Siena, Volterra, Piza, San Gimignano i oczywiście wisienka na torcie, czyli Florencja – tym szlakiem najczęściej prowadzę grupy turystyczne jako pilot. A na Elbie – wypoczywam. »
Wymienione powyżej miasta są najczęściej ujmowane przez nasze biura podróży w programach mających przybliżyć Polakom Toskanię. Palio w Sienie, Krzywa Wieża w Pizie, „średniowieczny Manhattan” w San Gimignano, wampiry i alabaster w Volterze, Dawid i Most Złotników (Ponte Vecchio) we Florencji – te hasła działają na wyobraźnię wybierających wycieczki do Włoch.
Moim zadaniem jako pilotki, a także autorki aż trzech przewodników po Italii jest uświadomienie turystom, że Toskania to znacznie więcej i warto czasem „wyskoczyć” poza utarty szlak. Przykładowo do Teatru Ciszy (Teatro del Silenzio) Bocellego umiejscowionego pośród wzgórz otulających średniowieczne Lajatico. A może w najbardziej spopularyzowane na Instagramie pocztówkowe miejsca na Elbie?

TROCHĘ GEOGRAFII
Toskania położona jest w środkowych Włoszech. Brzegi regionu oblewają morza Liguryjskie i Tyrreńskie. Zajmuje on obszar w większości pagórkowaty (66,5 proc. terenu) i właśnie wyłaniającym się łagodnie spośród szachownicy pól oraz winnic wzgórzom ukoronowanym średniowiecznymi miastami i miasteczkami Toskania zawdzięcza swój wyjątkowy, malowniczy charakter. Nie kojarzy się jednak z górami (zajmującymi aż jedną czwartą jej terytorium), choć przez jej ziemie przechodzi „kręgosłup” Włoch, czyli Apeniny, a ściślej – ich część określana mianem Apeninu Toskańsko-Emiliańskiego, łączącego, a zarazem oddzielającego Toskanię od „sąsiadki” z północy, Emilii-Romanii. Do niego, a nie do Alp, mimo mylącej nazwy, należy wyjątkowo malowniczy mały łańcuch Alp Apuańskich, rozciągnięty między dolinami rzek Magra i Serchio. Oglądany z piaszczystych plaż północnej Toskanii, z Marina di Pietrasanta czy słynącego z ludycznych pochodów karnawałowych Viareggio, wprawia w zdumienie wyjątkową urodą, zwłaszcza gdy jego szczyty nawet latem pokryte są czapeczkami ze śniegu. Założony na terenie Alp Apuańskich Park Regionalny (Parco Regionale delle Alpi Apuane) stanowi prawdziwy raj dla speleologów mogących penetrować ponad 1,3 tys. grot rozmaitych rozmiarów i kształtów. Nieopodal, w Massie i Carrarze, od wieków wydobywany jest marmur, z którego powstały najwybitniejsze rzeźby z Dawidem Michała Anioła na czele. Toskania graniczy też od północy z Ligurią, na wschodzie z Umbrią i Marche, a na południu z Lacjum. Jej stolicą jest 370-tysięczna Florencja, a przez to słynne miasto renesansu przepływa najdłuższa rzeka regionu – Arno (241 km). Do Toskanii należą również Wyspy Toskańskie (Arcipelago Toscano) z największą Elbą na czele (223,5 km² powierzchni), a także Montecristo, Capraia, Gorgona, Pianosa, Giglio i Giannutri.

Teatr rzymski w Volterze odkryto dopiero w latach 50. XX w., datuje się go na koniec I w. p.n.e.
GENIALNI ETRUSKOWIE
Według greckiego „ojca historii” Herodota z Halikarnasu (ok. 484–ok. 426 r. p.n.e.) Etruskowie przybyli na ziemie między Arno a Tybrem z Lidii w Azji Mniejszej. Z kolei rzymski historyk z Patavium, czyli dzisiejszej Padwy, Tytus Liwiusz (59 r. p.n.e.–17 r. n.e.) obstawał, że ich ojczyzną była Europa Środkowa. Najnowsze badania DNA dowodzą jednak, że Etruskowie, którzy między IX a I w. p.n.e. stworzyli potężną, wszechstronnie utalentowaną cywilizację, byli po prostu kuzynami Latynów, jednego z plemion italskich żyjących w regionie ujścia Tybru i Gór Albańskich, od którego pochodzi nazwa Lacjum (wł. Lazio). Etruskowie, choć wylano na nich morze atramentu, nadal pozostają ludem owianym legendą. Niektóre ich obrzędy czy wierzenia przypominają celtyckie i inkaskie. Byli przekonani, że każde zjawisko naturalne to wyraz woli bogów. Najważniejszym z nich, bogiem-stworzycielem była Uni, Matka Ziemia (odpowiednik greckiej Hery i rzymskiej Junony), a jej kultem przesiąknięta jest cała przebogata sztuka etruska: architektura, freski, rzeźby (również nagrobkowe), sztuka złotnicza. Sześć miast z dwunastu, jakie tworzyły etruską dodekapolis, znajduje się w Toskanii: Chiusi, Vetulonia, Volterra, Cortona, Arezzo i Fiesole, „poprzedniczka” Florencji. Od nazwy historycznej krainy, Etruria, Tuscia pochodzi nazwa dzisiejszej Toskanii (wł. Toscana).
PRECZ Z WAMPIRAMI!
Tak się paradoksalnie złożyło, że Volterra „awansowała” do topowych atrakcji turystycznych regionu wcale nie dzięki swojej urodzie i bogatej historii. Traf chciał, że nazwa tego miasta dobrze „zabrzmiała” amerykańskiej pisarce Stephenie Meyer, która wybrała je na siedzibę głównego rodu wampirów, Volturich, w jednej z części młodzieżowej sagi Zmierzch – Księżyc w nowiu. Cykl powieści okazał się bestsellerem, szybko go sfilmowano, a przy okazji zyskała również Volterra. I nieważne, że pani Meyer nigdy w niej nie była, a zdjęcia do filmu Saga „Zmierzch”: Księżyc w nowiu (2009 r.) kręcono gdzie indziej – w Vancouver w Kanadzie oraz toskańskim Montepulciano. Nagle „na Volterrę” ruszyły tłumy czytelników szukających w niej wampirów. Oczywiście żadnego krwiopijcy nie znaleziono, odkryto za to niespotykaną nigdzie indziej aurę tajemniczości, jaką pozostawili w spadku ojcowie-założyciele, czyli Etruskowie. Jako Veláthri, jedna z dwunastki dodecapolis, musiała być imponująca. Otaczał ją liczący aż 7,3 tys. m mur, który chronił nie tylko centrum, ale też okoliczne pastwiska i osiedla ludzkie. Niestety nie jest to ten, który widzę dziś, podjeżdżając pod Volterrę, gdyż powstał on znacznie później. Jednak mój podziw dla sztuki budowlanej Etrusków budzi sam wybór miejsca na miasto na stromym wzgórzu, posiadającym naturalne walory obronne. Z czasów etruskich pozostała jednak brama, Porta all’Arco, której łuk okalają potężne, prostokątne bloki skalne z lokalnego, polnego kamienia. Przejście przez nią funduje mi swoistego rodzaju teleportację do średniowiecza, zwłaszcza że Volterra, w porównaniu do innych toskańskich miasteczek, może sprawić na pierwszy rzut oka dość ponure wrażenie. Jednak pośród szarych domów i plątaniny uliczek czeka sporo niespodzianek. Przykładowo wyjątkowo położony – dobrych kilka pięter w dół – pod murami z drugiej strony miasta obszar wykopalisk archeologicznych. Jego centralny punkt stanowią ruiny rzymskiego teatru z I w. p.n.e. (kiedy Rzymianie panowali już nad tymi terenami) z kilkoma zgrabnymi kolumnami, które tworzyły front budynku scenicznego przypominającego pałac, oraz częściowo zachowaną widownią z kamiennych stopni. Tuż obok znajdują się pozostałości term. Cały kompleks jest wyjątkowo dobrze zachowany, a oblany promieniami zachodzącego słońca pozwala na grę wyobraźni, która zaludnia zarosłą trawą scenę postaciami z mitów. W samym centrum Volterry rozciąga się Plac Priorów (Piazza dei Priori) z dominującym nad nim Pałacem Priorów (Palazzo dei Priori), siedzibą średniowiecznych władz administracyjnych, prawdopodobnie starszą od słynnego Palazzo Vecchio we Florencji. To obowiązkowy przystanek dla turystów, którzy przysiadłszy w tutejszych restauracyjnych i kawiarnianych ogródkach, mogą chłonąć atmosferę średniowiecza i renesansu. Podobnie rzecz się ma z rozrzuconymi po całym mieście, choć teraz już mniej licznymi niż ongiś, warsztatami rzemieślników wytwarzających rozmaite cacka z alabastru: misy, lampy, figurki czy owoce (dają one złudzenie zdjętych prosto z drzewa!). Na potrzeby przyjezdnych mistrzowie wykonują pięciominutowe pokazy i w tym czasie z prostokątnego klocka wyczarowują np. zgrabny wazonik. Z wydobycia i obróbki alabastru Volterra słynie od czasów Etrusków, którzy w tym minerale, będącym drobnoziarnistą odmianą gipsu, a przypominającym marmur, dosłownie się zakochali. Jego nazwa pochodzi najprawdopodobniej od staroegipskiego miasta Alabastron lub greckiego słowa alabastros, bo Grecy już wcześniej odkryli „moc” alabastru. Ponad 600 urn pogrzebowych z alabastru, ale też tufu i terakoty gromadzi jedno z najstarszych publicznych muzeów w Europie, Museo Guarnacci w renesansowym Palazzo Desideri-Tangassi. Zbiory założycielskie obejmują bibliotekę oraz pozostałości cywilizacji etruskiej, ofiarowane nowo powstałemu muzeum w 1761 r. przez Maria Guarnacciego (1701–1785), literata i archeologa urodzonego właśnie w Volterze. Najbardziej fascynujące i pozostające w pamięci są właśnie urny, jakże różniące się od dzisiejszych „pojemników” na prochy. Te etruskie, przywodzące na myśl sarkofagi, składają się z dwóch części – w dolnej przedstawia się sceny z życia albo mitologii, podczas gdy górną zdobi postać lub postacie zmarłych, zawsze ujęte w ten sam sposób: spoczywające lewym bokiem na łożu, jakby właśnie uczestniczyły w jakimś spektaklu w pałacu. W ich twarzach nie ma ani krztyny lęku czy refleksji nad śmiercią, one żyją i z reguły patrzą odważnie, nawet butnie na zwiedzających, a niekiedy na siebie. Skrajny przykład stanowi najsłynniejsza z urn (stworzona z terakoty) nazwana przez muzealników Urna degli sposi, na której tytułowi małżonkowie spoglądają na siebie… Przyznam, że miesiąc temu, przyglądając się tej rzeźbie po raz kolejny, znów miałam problem z określeniem rodzaju uczuć oddanych dłutem: czy jest to czułość i wzajemne oddanie, czy wręcz niechęć?

Portoferraio wznosi się amfiteatralnie nad portem
AMFITEATR BOCELLEGO
Dotarłam do niego dopiero w tym roku, w pierwszej połowie maja wraz z grupą, a przywiozła nas tutaj znakomita przewodniczka po Volterze, Pizie i okolicach, historyk sztuki z wykształcenia, Ewa Klajbor. Teatro del Silenzio, czyli Teatr Ciszy, jest wspólnym projektem architekta Alberta Bartaliniego i światowej sławy tenora, Andrei Bocellego. Ten urodzony w miasteczku Lajatico koło Volterry śpiewak (22 września 1958 r.) – właśnie pośród tutejszych zielonych wzgórz zrealizował swoje wpisane w naturę dzieło. Całe założenie składa się z kilku części. Dojechać do niego można na dwa sposoby – albo polną, wyboistą drogą, albo przez samo Lajatico. Słysząc słowo „teatr”, wyobrażałam sobie coś monumentalnego, a tymczasem ustawione na niewielkim wzniesieniu kamienne bloki tworzą tylko zarys budowli, jedną, ujętą w półokrąg ścianę. Ze środka wynurza się nowoczesna rzeźba – więcej egzemplarzy współczesnej sztuki ustawionych jest poniżej. Tę ekspozycję zmienia się co jakiś czas, w ten sposób Bocelli promuje działających obecnie twórców. Pośrodku sceny znajduje się sadzawka – podobnie jak mur pełni funkcje akustyczne. Jak duże – zdradzają to kumkające sobie spokojnie w tym stawie żaby. Zbocze wzgórza naprzeciwko stanowi naturalną widownię. Tylko kilka razy w roku zapełnia się tłumem przybyłych na koncerty organizowane przez Bocellego z udziałem największych gwiazd, nie tylko tzw. muzyki poważnej. Najbliższy koncert zaplanowany jest na 28 lipca i będzie to już 17. edycja wydarzenia „Andrea Bocelli in Concerto”. Staram się sobie wyobrazić muzykę przenikającą przez ten idylliczny krajobraz. Zachwyca mnie subtelny sposób, w jaki zrealizowano cały projekt, począwszy od skromnego parkingu, posypanego szutrem placu na zaledwie kilka, kilkanaście samochodów, który ginie pośród pagórków. Dalej jest jakby teatralny hall, którego symboliczne wejście znaczy zwykły, polny kamień z nazwą „Teatro del Silenzio”, delikatną płaskorzeźbą przedstawiającą dwie maski sceniczne i wierszem wyrażającym w prostych słowach przywiązanie do rodzinnej ziemi: Widzę tę ziemię, czuję, jak ugina się pod moimi stopami. To moja ziemia. Ziemia, która kocha ciszę, tak jak ja ją kocham. Jeśli więc przerywam tę ciszę moim głosem, czynię to w hołdzie tym miejscom i mojemu ludowi. Muzyka przenika ziemię, przebiega ją i ulatuje daleko. To posłanie miłości. Po drugiej stronie „wejścia” widnieje duże zdjęcie uśmiechniętego Bocellego, a już w samym „holu” stoją duże fotografie artystów promowanych przez mistrza. Potem schodzi się na widownię kwietną łąką, a dalej mieści się już scena. Za woalem delikatnej mgiełki, w oddali majaczą wieże Volterry. Jak to dobrze, że to miejsce oddalone jest od turystycznych traktów! Siadam na łące i odtwarzam w sobie dźwięki jednego z największych przebojów artysty: Con te partirò, przetłumaczonego nieco niezręcznie na język polski jako Podążę za Tobą. Treść tego utworu koresponduje doskonale z miejscem, gdzie się właśnie znajduję, stanowiącym idealny punkt startowy do marzeń. Śnię w ciszy, z dala od natrętnej, śmierdzącej spalinami i rozdartej rykiem klaksonów cywilizacji…
ZIELONE PŁUCA FLORENCJI
Miasteczko Fiesole zajmuje szczyty wzgórz noszące imiona świętych – Apolinarego i Franciszka (oczywiście tego z Asyżu, „Biedaczyny”). To satelita odległej o zaledwie 6 km Florencji, którą widać stąd jak na dłoni. W pocztówkowy pejzaż z rzędami cyprysów, gajów oliwnych i lasem wkomponowane są umiejętnie eleganckie domy i wille zamożniejszych florentczyków, szukających tu skutecznego schronienia przed nieznośnym upałem miasta nad Arno. Założone przez Etrusków Fiesole (jako Vipsul lub Visul), choć troskliwie pielęgnuje przeszłość, czego dowód stanowi strefa archeologiczna z pozostałościami teatru rzymskiego i świątyni etrusko-rzymskiej, praktycznie, acz niesłusznie (!), pomija się w programach polskich wycieczek do Toskanii. Z kolei pobliska Florencja, określana jakże słusznie mianem „perły renesansu” – to absolutne must-see.
Nazwę miasto zawdzięcza Floraliom (Ludi Florales), ponieważ właśnie podczas tego starożytnego święta (obchodzonego od 28 kwietnia do 3 maja) ku czci rzymskiej bogini kwiatów i wiosny Flory założyli je Rzymianie w 59 r. p.n.e. Istnieje też hipoteza, że nazwę wybrano ze względu na obfitość rosnących tu lilii. Dziś ten piękny kwiat jest symbolem toskańskiej stolicy, kontynuując tradycje heraldyczne przeszłości.
Od Florencji rozpoczyna się lub kończy wyprawy do Toskanii, zwłaszcza gdy podróżuje się samolotem lądującym na florenckim Aeroporto di Firenze-Peretola „Amerigo Vespucci” (FLR), nazwanym imieniem urodzonego w tym mieście słynnego nawigatora, kupca, podróżnika i kartografa. Amerigo Vespucci (1454–1512), który miał przygotować drugą i trzecią wyprawę Kolumba, w swoich listach chwalił się jakoby pierwszy przed odkrywcą z Genui zobaczył brzegi Ameryki Południowej. Lubię to niewielkie lotnisko, z którego wygodny tramwaj z siedzeniami zamontowanymi pod ścianami (przez co jest więcej miejsca dla osób stojących), meandrując ulicami nowych dzielnic, przewozi mnie i grupę w pół godziny do samego centrum. I choć ostatni przystanek sąsiaduje z wyjątkowej brzydoty główną stacją kolejową Santa Maria Novella (według baedekerów, serii przewodników, stanowi „arcydzieło” włoskiego racjonalizmu lat 30. XX w.), to niewątpliwy atut tego miejsca stanowi bliskość zabytkowej części Florencji. Najwyżej kwadrans i docieram na Piazza del Duomo (Plac Katedralny), a na „wejściu” zniewala mnie marmurowa fasada Katedry Santa Maria del Fiore z imponującą kopułą Brunelleschiego (Filippo Brunelleschi, florencki rzeźbiarz i architekt, 1377–1446). Obok pnie się w górę smukła Dzwonnica Giotta, a poprzedza ją Baptysterium św. Jana z Porta del Paradiso, którą bez przesady nazwano Drzwiami Raju. Nad tymi najsłynniejszymi z trzech wrót prowadzących do Baptysterium ich autor, Lorenzo Ghiberti (1378–1455) pracował aż 27 lat, przedstawiając w 10 obrazach sceny ze Starego Testamentu. Na dekoracyjnym obramowaniu drzwi, po lewej stronie Ghiberti umieścił swoją podobiznę (czwarta głowa od góry w prawym pasie). Z kolei 16 lat zajęło Filippo Brunelleschiemu umieszczenie na katedrze kopuły będącej nie tylko symbolem Florencji, ale też sztuki renesansu i humanizmu. Jej potężne rozmiary (średnica 45,5 m i 54,8 m zawieszenia nad posadzką) sprawiły, że wielu mistrzów przed nim nie podjęło się tego wyzwania na miarę kopuł starożytnych budowli – rzymskiego Panteonu i Hagia Sophia w Stambule. Notabene – latarnia na jej szczycie stanęła dopiero w latach 60. XV w.
Stolica Toskanii jest przyjazna turystom pod tym względem, że jej największe zabytki znajdują się na zaledwie 1 km² powierzchni. Z Piazza del Duomo blisko więc na Piazza della Signoria z Palazzo Vecchio, historyczną siedzibą Signorii, najwyższej władzy cywilnej w dawnej Florencji, i do Galerii Uffizi, Ponte Vecchio (Mostu Złotników) czy Kościoła Santa Croce, gdzie spoczęli snem wiecznym m.in. Ghiberti, Michał Anioł, Galileusz, Dante Alighieri, Gioacchino Rossini i Niccolò Machiavelli, ale także dwie Polki: Zofia z Zamoyskich Czartoryska (1778–1837) i Zofia z Kickich Cieszkowska (1796–1818). Ja jednak na czas wolny polecam moim podopiecznym, zmęczonym po kilku godzinach zwiedzania upałem „wiszącym” w ciasnych, wiekowych uliczkach, „zielone płuca” Florencji położone po drugiej stronie rzeki Arno: Pałac Pittich z ogrodami, choć znacznie lepiej zadbany jest sąsiedni renesansowy Giardino Bardini. To ok. 4 ha lasu, ogrodów i sadów owocowych, które otacza średniowieczny mur miejski. Według mnie stąd właśnie roztacza się najbardziej romantyczna, spowita kobiercami kwiatów panorama Florencji.
IGRZYSKA KONI
To miasto na trzech wzgórzach, spływających ku placowi w kształcie muszli, Piazza del Campo, na którym rozgrywa się słynne Palio di Siena, również założyli niegdyś Etruskowie. Jednak zgodnie z lokalną legendą podwaliny pod gród położył Senio, syn legendarnego Remusa. Wraz z bratem Askaniuszem (Aschio) mieli uciec z Rzymu przed prześladowaniami Romulusa, który zamordował ich ojca. Stąd w herbie miasta, podobnie jak stolicy Włoch, pojawiła się wilczyca kapitolińska karmiąca bliźnięta. Z kolei palio, gonitwa czy jak kto woli, wyścig koni, ma według tradycji upamiętniać konną ucieczkę chłopców. Pierwszy historyczny dokument wymieniający Saena Julia pochodzi już z czasów panowania Rzymu (70 r. n.e.). W Sienie zwiedzanie z grupą pod egidą lokalnego przewodnika rozpoczyna się zazwyczaj pod murami Fortezza Medicea, fortu wzniesionego przez księcia Kosmę I Medyceusza (1519–1574) na kilka lat przed tym nim został on koronowany w 1569 r. przez papieża Piusa V (1504–1572) na wielkiego księcia Toskanii. Forteca służyła niegdyś celom obronnym, dziś jej solidne, budzące respekt ceglane mury rozbrzmiewają dźwiękami koncertów, ale też goszczą ciekawe imprezy enogastronomiczne. Stąd także roztaczają się wspaniałe widoki na miasto, a zielone otoczenie sprzyja rekreacji. Niestety zwykle twierdza stanowi tylko punkt spotkania z cicerone (przewodnikiem), skąd w tempie presto podąża się ku wybranym atrakcjom. Pierwszą z nich jest Bazylika św. Dominika, zwana również Bazyliką Katarzyńską ze względu na liczne pamiątki związane z tą sieneńską świętą. Masywna budowla sakralna wyraźnie wyróżnia się w panoramie miasta. Św. Katarzyna pochodząca z rodu Benincasa urodziła się w 1347 r., jako przedostatnie, dwudzieste czwarte dziecko sieneńskich tkaczy czy też, jak podają inne źródła, farbiarzy. Zwiedzając jej dom, który znajduje się w pobliżu, trudno nie zastanowić się nad niezwykłością Bożych planów, które sprawiły, że to właśnie ona, analfabetka, 389 podyktowanymi listami skierowanymi do najbardziej wpływowych osobistości ówczesnej Europy skłoniła papieża Grzegorza XI (1329–1378) do powrotu w 1377 r. z Awinionu do Rzymu. W Bazylice, w ołtarzu Kaplicy św. Katarzyny przechowywane są relikwie głowy i kciuka. O jednym z fresków zatytułowanym Ekstaza św. Katarzyny tak przewrotnie pisał Jarosław Iwaszkiewicz (1894–1980) w swoich Podróżach do Włoch (1977 r.): stary zbereźnik Sodoma nie oparł się pokusie pokazania ciała świętej, przeświecającego przez habit, uszyty z powiewnej materii. Mając w pamięci te słowa, przyjrzałam się ostatnio rzeczonemu freskowi i nie dostrzegłam żadnej nagości. Być może Iwaszkiewicz dał się zwieść cieniowi, jaki artysta umieścił właśnie na podołku szaty świętej? Jest też akcent polski – obraz przedstawiający św. Jacka Odrowąża (1183–1257), przechodzącego suchą nogą Dniepr. Malowidło datowane jest na przełom XVI i XVII stulecia.
Sieneńskie uliczki przedziwnie meandrują, a jednocześnie jakby same prowadzą ku centralnemu punktowi historycznej części miasta – Piazza del Campo. Po drodze mija się kolejne contrade – tym mianem określa się 17 dzielnic, na jakie podzielono Sienę w XII w. Każda z nich posiada swoją nazwę, herb, godło, chorągiew, emblematy i kolory, własny ratusz, kościół i świętego patrona. Noszą one przeważnie nazwy odzwierzęce, jak Orzeł (Aquila), Smok (Drago), Żyrafa (Giraffa), Wilczyca (Lupa), Gęś (Oca), Pantera, Sowa (Civetta) czy Żółw (Tartuca), choć są też dzielnice nazwane Wieża (Torre), Muszla (Nicchio) czy Fala (Onda). Dziesięć z nich, w drodze losowania, ma zaszczyt uczestniczyć w Il Palio. Pochodzenie Palio sięga czasów (…) prawdopodobnie rzymskich lub etruskich. Pierwszy udokumentowany wyścig odbył się w Sienie w 1231 r. Początkowo zawody te organizowano ku czci św. Bonifacego, pierwszego patrona miasta, jednakże kiedy w 1260 r. sieneńczycy zwyciężyli florentczyków pod Montaperti, miasto zostało poświęcone Najświętszej Maryi Pannie – przypomina Tessa Capponi-Borawska w Dzienniku toskańskim. Palio w Sienie organizowane jest dwa razy do roku – 2 lipca na cześć Madonny z Provenzano, której obraz miał uratować miasto przed epidemią dżumy w 1348 r., oraz 16 sierpnia z okazji Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.
PIZA I ANNA
To miasto automatycznie kojarzy się ze słynną Krzywą Wieżą. Nierzadko turyści z Polski dziwią się, że oprócz tej atrakcji istnieje cały Plac Cudów – Piazza dei Miracoli. Również i w tym przypadku nazwa nie jest na wyrost – widok kompleksu wspaniałych marmurowych budowli wyrastających z zielonej murawy wywołuje zawsze u nowoprzybyłych westchnienia zachwytu.
Gdy jednak pozostaje czas wolny, zawsze namawiam do bliższego poznania miasta, np. z drugiej strony Arno. Wówczas turysta zaskoczony dostrzega, jak pierwszy rząd domów naprzeciwko, położonych tuż nad rzeką, wyraźnie się zapada. W ten sposób łatwiej zrozumieć fenomen Krzywej Wieży, która stała się ofiarą miękkiego, gliniastego podłoża. Inną moją propozycją jest Piazza dei Cavalieri, czyli Plac Rycerzy, gdzie zawsze sama się udaję, aby spojrzeć na pałac o tej samej nazwie – Palazzo dei Cavalieri, zwany także Palazzo della Carovana. Wyróżnia go fasada bogato zdobiona techniką sgraffita o tematyce zodiakalnej i alegorycznej. Zaprojektował ją mój ulubieniec, Giorgio Vasari (1511–1574) przy okazji przerabiania wcześniej stojącego tu Palazzo degli Anziani, co zabrało mu dwa lata (1562–1564). Ślady dawnych domów-wież stanowiących część średniowiecznego budynku można jeszcze dostrzec na bokach pałacu. Zamykam oczy i próbuję wyobrazić sobie wnętrza Pałacu Starszych Ludzi, bo tak w wolnym tłumaczeniu brzmi stara nazwa poprzednika Palazzo dei Cavalieri. Myślę również o tym, jaki wydawał się ten gmach zaledwie 14-letniej Piastównie, blondwłosej i wedle kronikarzy nad wyraz powabnej Annie Świdnickiej (1339–1362) latem 1354 r., która tu właśnie przybyła po uciążliwej podróży z Pragi, gdzie nałożono jej koronę królowej Czech, a następnie Akwizgranu, bo tam, w mieście Karola Wielkiego, koronowano ją na królową rzymską. W Pizie miała dołączyć do świeżo poślubionego małżonka, Karola Luksemburskiego (1316–1378), który przebywał już w Italii, a następnie wraz z nim poprzez Sienę dotrzeć do Rzymu. Tam, w Bazylice św. Piotra w kwietniu 1355 r. odbyła się z ogromną pompą koronacja cesarska – od tej pory Karol IV stał się cesarzem rzymskim. To był ogromny awans dla Piastówny niebędącej wszak córką króla. Jej ojciec, Henryk II Świdnicki, pochodził ze świdnicko-ziębickiej linii Piastów. Był młodszym synem księcia świdnickiego Bernarda, który poślubił ok. 1310 r. Kunegundę – córkę przyszłego króla Polski, Władysława Łokietka (1260/1261–1333). Anną, która jako dziecko straciła ojca (między 1343 a 1345 r.), zajęła się troskliwie Agnieszka Habsburżanka, żona brata Henryka, księcia świdnickiego, Bolka. Ten zwany Małym ze względu na bardzo niski wzrost miał jednak wielkiego ducha – jako jedyny z książąt śląskich do końca pozostawał wierny królowi Polski, synowi Władysława Łokietka, Kazimierzowi Wielkiemu (1310–1370), odpierając zakusy Czechów do własnej ziemi. To dlatego Anna, wychowywana przez bezdzietną parę w Świdnicy jak własna córka, zyskała protektora w postaci samego króla. Najpierw wysłano ją na niezwykle europejski dwór w Budzie, na którym niepodzielnie panowała Elżbieta Łokietkówna (1305–1380), siostra Kazimierza Wielkiego. Tam skora do nauki dziewczynka nauczyła się nie tylko pisać i czytać, co i tak jak dla damy w tamtych czasach było już znacznym osiągnięciem. Wiedza z różnych dziedzin ją fascynowała i to zbliżyło ją do przyszłego męża, Karola, który choć dobijał już czterdziestki i raczej nie powalał urodą, miał szerokie horyzonty, był politycznym wizjonerem i znawcą sztuki. Jemu Praga zawdzięcza Hradczany, słynny Most Karola i uniwersytet noszący jego imię oraz Plac Wacława, który jednak za czasów swojego założyciela tak się nie nazywał. Z kolei dla Karola mariaż z Anną był szansą na uzyskanie w przyszłości dla Czech księstw świdnickiego i jaworskiego. W przypadku bezpotomnej śmierci Bolka, co zresztą nastąpiło w 1368 r., Anna i jej przyszłe dzieci miały przejąć to dziedzictwo. Wracając z koronacji w Rzymie, para znów zatrzymała się w Pizie we wspomnianym pałacu. Niestety pewnej majowej nocy w mieście wybuchły zamieszki i tymczasową rezydencję Karola i Anny podpalono. Ogień rozprzestrzeniał się tak szybko, że cesarz miał ponoć wsadzić na konia małżonkę w samej koszuli nocnej i kazał jej uciekać z Pizy, dokąd wróciła, gdy tumult już ustał. Opisuje te sceny barwnie Barbara Faron w książce Piastówny na tronach Europy, wspominając, że nasza Anna nawiązała podczas podróży znajomość z samym Franceskiem Petrarką (1304–1374), z którym potem korespondowała. Anna Świdnicka była trzecią, najbardziej ukochaną żoną Karola IV, ponieważ dała mu nie tylko córkę Elżbietę, ale i syna Wacława. Zmarła w Pradze w wieku zaledwie 23 lat, wydając na świat martwego, drugiego syna.
LAS WIEŻ
Mianem „średniowiecznego Manhattanu” określane jest często San Gimignano, którego historyczne centrum od przeszło 30 lat figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Skąd wzięło się skojarzenie z Nowym Jorkiem? A stąd, że z trzewi tego zaledwie 7,5-tysięcznego miasteczka strzela w niebo 14 kamiennych wież – w średniowieczu miało być ich aż 72. Stawiały je, aby dowieść swojego bogactwa i popisać się przed innymi, najlepiej sytuowane rody. Jednocześnie wieże te w razie ataków z zewnątrz, a te były częste w okresie krwawych walk włoskich państw-miast, pełniły funkcje obronne, skutecznie chroniąc zamkniętych w środku mieszkańców. Przepadam za San Gimignano, zawsze przenosi mnie do przeszłości.
Gdy przekraczamy bramę w XIII-wiecznych murach, cofamy się od razu mniej więcej osiem stuleci wstecz dzięki doskonale zachowanej architekturze. Tylko liczne sklepiki na parterach domostw – głównie z pamiątkami i regionalną żywnością – na chwilę wybudzają nas ze średniowiecznego „zadurzenia”. Ich oryginalnymi „wizytówkami” są nierzadko głowy lub też całe korpusy wypchanych dzików. Nic w tym dziwnego, gdyż Toskańczycy namiętnie zajadają się dziczyzną. Lansuje się tutaj także lokalne produkty: szafran i białe wino Vernaccia di San Gimignano, które jako pierwsze w Italii, w 1966 r. zostało opatrzone kategorią DOC (Denominazione di Origine Controllata – Kontrolowane Oznaczenie Pochodzenia), co stanowi gwarancję pochodzenia winorośli i zgodności metod produkcji z przepisami regulującymi wytwórstwo wina. Na zwiedzenie tego miasteczka zawsze jest za mało czasu. Pół godzinki, w najlepszym razie godzina i w dalszą drogę… Wystarcza na dojście z parkingu na Piazza della Cisterna (Plac Cysterny) i zjedzenie porcji wyśmienitych lodów w „Gelateria Dondoli”. Musimy być gotowi na znaczną kolejkę pod tym wielokrotnie nagradzanym w światowych konkursach zakładem. Pracujące w nim dziewczyny są jednak tak operatywne i sprawne językowo (rozumieją już nawet zamówienia po polsku!), że nie czeka się zbyt długo na upragniony rożek czy coppettę. Być może dlatego ten „Manhattan średniowiecza” kojarzony jest najbardziej właśnie z doskonałymi lodami. Ja jednak zawsze zachęcam do girovagare – powłóczenia się po uliczkach, zajrzenia do zakładzików lokalnych rzemieślników, wytwarzających często ciekawą biżuterię czy malujących wcale niebrzydkie landszafciki. A gdy ktoś pragnie odpocząć od gwaru, idealne miejsce stanowią krużganki (chiostro) romańsko-gotyckiego Kościoła św. Augustyna.
ELBA NA INSTAGRAMIE
O tej największej i najsłynniejszej z Wysp Toskańskich pisałam w poprzednich numerach magazynu All Inclusive dość dużo. Starałam się odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście wszystko na Elbie „kręci się” nadal wokół Napoleona (1769–1821), który obrał ją sobie na miejsce wygnania (od 4 maja 1814 do 26 lutego 1815 r). W czasie zaledwie 10-miesięcznego pobytu dokonał rzeczy dla tubylców kluczowej – połączył drogami dotąd odseparowane od siebie części wyspy. Opisywałam także miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć. Tym razem podążę więc podobnym tropem – przewertowawszy wiele podróżniczych instagramów, wyłowiłam z nich najczęściej fotografowane ze względu na ich wielką urodę zakątki Elby. Również ich nie można pominąć, choć nierzadko znajdują się z boku głównych szlaków turystycznych. Jednym z takich instagramowych klejnocików jest plaża Padulella (spiaggia della Padulella) na północnym wybrzeżu stołecznego Portoferraio – zasypana białym piaseczkiem i kamykami, usytuowana u podnóża majestatycznych klifów, przy których szemrze lazurowe morze. Padulella stanowi też symbol krystalicznie czystej wody, wykorzystywany w reklamie wyśmienitych lokalnych perfum Acqua dell’ Elba (Woda Elby).
Drogę Mleczną w całej jej okazałości można podziwiać z kamiennej wieży Torre del Giove, zwanej także Torre del Giogo, wieńczącej szczyt Monte Giove (855 m n.p.m.). Pozostałości tej militarnej budowli z 1459 r. dominują nad znajdującymi się w dole miniere di Rio Marina – najstarszymi kopalniami na wyspie. Dziś na tym terenie mieści się interesujący Park Minerałów Wyspy Elby (Parco Minerario dell’Isola d’Elba). Niegdyś Etruskowie wydobywali tutaj rudę żelaza, hematyt, limonit i piryt. Zgodnie z lokalną legendą pierwszą wieżę na Monte Giove wzniósł Rzymianom sam bóg Jowisz (stąd jej nazwa), ale zastąpiła ją późnośredniowieczna konstrukcja o charakterze militarnym. Piazzetta del Cotone w stareńkim datą miasteczku Marciana Marina, nazywanym piccola Marsiglia („małą Marsylią”), to urokliwe miejsce ocienione drzewami, z których zwisają donice z kwiatami i lampiony. Podobne donice zapełniają „kocie łby” placyku. Rozciąga się stąd iście pocztówkowy widok na port. Amatorzy fotografii z radością uwieczniają też położone amfiteatralnie Portoferraio, największe miasto na Elbie (zamieszkiwane przez 12 tys. osób), a zarazem port, do którego dobijają statki i promy z kontynentalnej części Italii oraz francuskiej Korsyki. Choć nazwanie go miastem wydaje się być nieco na wyrost ze względu na jego kameralne rozmiary – potężne są jedynie górujące nad nim forty: Forte Stella i Forte Falcone. Poniżej, piętrowo schodzą domy o piaskowych frontonach i zielonych, drewnianych okiennicach, kościoły, pnące się ostro w górę uliczki – trzeba mieć nie lada kondycję, aby się po nich wdrapać wyżej. A warto, gdyż zarówno z fortów, jak i ogrodów rezydencji Napoleona, Palazzina dei Mulini (Villa dei Mulini), można podziwiać bezkres morza. Nieopodal brzegu Elby, kilka kilometrów od wioski rybackiej, renomowanego kurorciku Procchio, znajduje się jeszcze jedna iście instagramowa atrakcja – Isola Paolina. Lilipucia, skalista wysepka czy raczej skała wystająca z wodnej toni nazwana została na cześć siostry Napoleona, Pauliny Bonaparte (1780–1825), która lubiła na nią spoglądać, siedząc na niewielkiej plaży, dziś określanej również jej imieniem (spiaggia della Paolina). W tym jednym z najbardziej romantycznych miejsc Toskanii kończę moją niebanalną podróż.



