Kolonialne miasta, dziewicze kaniony i tajemnicze ruiny pamiętające czasy cywilizacji prekolumbijskich – Meksyk zachwyca różnorodnością, która wykracza daleko poza rajskie tropikalne plaże na popularnym półwyspie Jukatan (Península de Yucatán). W małych wioskach nadal żywe są tradycje rdzennych ludów, a w codziennym rytmie życia przeplatają się historie o dawnych rytuałach.
Majowie wierzyli, że w Świętej Cenocie (Cenote Sagrado) mieszkał bóg deszczu i grzmotów Chac (Chaac). Składano mu ofiary z ludzi, żeby zapewnić sobie jego przychylność. Patrzę na tę jaskinię krasową w Chichén Itzá na Jukatanie i próbuję wyobrazić sobie moment, w którym ktoś tuż przed śmiercią staje na jej krawędzi. Wbrew temu, co wciąż powtarzają niektórzy przewodnicy, do świętej studni nie wrzucano tylko dziewic. Archeolodzy odnaleźli w niej szczątki chłopców, młodych mężczyzn i kobiet. Dzieci składano w ofierze przez ponad 500 lat. Dziś cenota jest zaniedbana, niemal zapomniana, ale dla Majów była przejściem – bramą między światem żywych a krainą umarłych, czyli Xibalbą.
Na Jukatanie nie ma rzek ani jezior. Deszcz pada rzadko. Woda, najcenniejszy dar, kryje się pod ziemią. Cenoty – leje zapadliskowe wypełnione krystaliczną wodą – były dla Indian jedynym źródłem życia. Są tak głębokie, że łączą się z wodami gruntowymi. Pod powierzchnią ziemi biegną korytarze o długości nawet kilkuset kilometrów. Cenoty występują niemal wyłącznie na półwyspie Jukatan. Nikt nie wie, ile ich jest, choć mówi się o tysiącach. Do najbardziej znanych należy Ik Kil. Jej pionowe ściany porasta bujna roślinność, a z góry zwisają długie pnącza, jakby natura próbowała zasłonić wejście do innego świata. Studnia ma ok. 60 m średnicy i 48 m głębokości.
Mnie jednak intryguje Cenote Sagrado. To tutaj odprawiano rytuały. Przed wiekami Chichén Itzá było nie tylko rozwiniętym miastem, lecz także centrum religijnym. Do dziś można tu zobaczyć największe w Mezoameryce Gran Juego de Pelota (mierzące ok. 168 m długości i 70 m szerokości), czyli boisko do świętej gry w ulamę (ullamaliztli), obserwatorium astronomiczne (El Caracol), Świątynię Wojowników (Templo de los Guerreros) i tzw. ścianę czaszek (tzompantli). Ale wzrok i tak przyciąga jedno miejsce – 30-metrowa Piramida Kukulkana (Zamek – El Castillo), stwórcy świata. Kamienna, monumentalna, doskonała w proporcjach, odzwierciedla kalendarz Majów. Ma 9 tarasów, po każdej ze stron znajdują się schody. Razem z górną platformą jest ich 365, czyli tyle, ile dni w roku. Stoję przed nią i czuję dreszcze. Z emocji.
Chichén Itzá przyciąga tłumy, podobnie jak Uxmal, Tulum czy Calakmul. Są też jednak w Meksyku miejsca cichsze i spokojniejsze. Edzná – kameralna, niemal pusta, z monumentalną Świątynią (Pałacem) Pięciu Pięter (Templo de los Cinco Pisos). Albo Palenque, ukryte w gęstym lesie, gdzie wśród licznych budowli wyróżnia się piramida schodkowa z 9 poziomami i ponad 22 m wysokości – Świątynia Inskrypcji (Templo de las Inscripciones). W środku budowli odkryto grobowiec Pakala Wielkiego (K’inich Janaab’ Pakal, 603–683) – władcy, który rządził tym miastem-państwem Majów przez 68 lat.
Niecałe 2 godz. drogi dzielą Palenque od wodospadów Agua Azul (Cascadas de Agua Azul) w stanie Chiapas. Ten specjalny rezerwat biosfery UNESCO (Área de Protección de Flora y Fauna Cascadas de Agua Azul) zachwyca lazurową barwą, krystaliczną czystością i kaskadami, których jest tu aż 500. Białymi grzywkami z impetem uderzają o lustro wody. Błękitny odcień jest zasługą minerałów, zwłaszcza wodorotlenku magnezu i węglanu sodu. Najintensywniejszy niebieski kolor wody można zobaczyć w porze suchej, więc najlepiej wybrać się tutaj między listopadem a majem. W małych wioskach, przy stoiskach z pamiątkami, można podziwiać wyroby wykonane przez rdzennych mieszkańców, spróbować ich kuchni czy po prostu kupić jakiś drobiazg, aby wspomóc lokalną społeczność. Odświeżeni i zrelaksowani, jedziemy dalej.
ŁODZIĄ PRZEZ KANION SUMIDERO
Silnik warczy cicho, echo odbija się od skalnych ścian. To jedyny sposób zwiedzania kanionu Sumidero (Cañón del Sumidero) – z wody. Rzeka Grijalva (Río Grijalva, Río Mezcalapa, Río Grande de Chiapas) płynie w stronę Zatoki Meksykańskiej (Golfo de México). Na brzegu leżą krokodyle meksykańskie. Nieruchome, jakby wyrzeźbione z kamienia. Podpływamy bliżej, za blisko – myślę – ale one nawet nie drgną. Wygrzewają się w palącym słońcu. Tu przyroda rządzi się własnymi prawami. Na skałach dostrzegam jasnoróżowe nacieki – ślady minerałów wypłukiwanych przez wodę. Mój wzrok przyciągają poruszające się gałęzie drzew. To małpy (czepiaki czarnorękie) urządziły swoje harce.
Kanion Sumidero liczy 30 mln lat. Skały w najwyższym miejscu mają ponad 1 km wysokości. W czasie panowania Hiszpanów rdzenni mieszkańcy skakali z nich prosto do rzeki i ginęli na miejscu. Wybierali śmierć zamiast niewoli.
Wieczór spędzamy w górskim, blisko 200-tysięcznym mieście San Cristóbal de Las Casas, położonym na wysokości ok. 2200 m n.p.m. Założył je w 1528 r. (jeszcze jako Villa Real de Chiapa) konkwistador Diego de Mazariegos y Porres (1501–1576). Brukowane uliczki i kolorowe, jednopiętrowe kamienice tworzą tutaj wyjątkowy klimat. Przy głównym placu znajdują się zabytkowa katedra (Catedral de San Cristóbal de Las Casas) i ratusz miejski (Antiguo Palacio Municipal). Najpiękniejszą świątynią jest Kościół św. Dominika (Iglesia de Santo Domingo) z bogato zdobioną barokową fasadą. Miejscowość uchodzi za kulturalną stolicę stanu Chiapas, a meksykański Sekretariat ds. Turystyki (Secretaría de Turismo – SECTUR) w 2003 r. włączył ją do prestiżowego programu tzw. magicznych miasteczek (Pueblos Mágicos). Z powodu położenia noce bywają tu wyjątkowo chłodne, a w wielu hotelach nie ma ogrzewania. Nam to jednak nie przeszkadza. Ubrani w puchowe kurtki, ruszamy w miasto. W kameralnych pubach i kawiarniach panuje gwar. Można spotkać nie tylko miejscowych, lecz także wielu turystów. Dajemy się ponieść muzyce, a kilka sekund później już tańczymy z lokalnymi chłopakami.
Rano, po krótkiej dla nas nocy, dojeżdżamy do miasteczka San Juan Chamula. Żyjący tutaj Tzotzilowie (Tsotsilowie), podgrupa Majów, są wierni pradawnym obyczajom. Kobiety noszą długie, czarne sukienki z wełny. Nie uśmiechają się, rzadko rozmawiają nawet ze sobą. Patrzę na pomarszczoną twarz starej Indianki. Jej spojrzenie jest surowe, w pierwszej chwili mam wrażenie, że nawet wrogie. W jednej z uliczek zwracam uwagę na małą dziewczynkę w żółtym sweterku. Jest prześliczna. Gęste, ciemne włosy opadają na ramiona, a idealnie przycięta grzywka sięga brwi. Wyraz twarzy ma jednak mało dziecięcy. W oczach dziewczynki nie widać radości. Dziecko nie zdradza żadnych emocji. Na migi dogadujemy się z jej matką. Mała ma trzy lata. O dziwo, kobieta pozwala nam zrobić dziewczynce zdjęcie, co stanowi miłe zaskoczenie, bo mieszkańcy miasteczka nie życzą sobie fotografowania. Na wyciągnięcie aparatu reagują niechęcią, a czasem nawet agresją. I wcale się im nie dziwię. Też nie lubię, gdy ktoś robi mi zdjęcia znienacka, co często zdarza się np. w Azji.
Dziewczynka stoi cierpliwie, ale nie reaguje na nasze uśmiechy ani na serdeczne gesty. Po chwili zmierzamy w stronę głównego placu, gdzie mieszkańcy sprzedają lokalne produkty. Choć turystów z każdym rokiem jest tu coraz więcej, miejscowi nie nagabują do zakupów, nie witają ich z otwartymi ramionami. Żyją swoim życiem, według własnych zasad i wierzeń. Tutejsi Tzotzilowie z sakramentów uznają jedynie chrzest, słyną z bogatego folkloru, mieszania katolicyzmu i tradycji prekolumbijskich. Ich życie, ubiór i zachowanie są autentyczne, do bólu prawdziwe. Na głównym placu stoi Kościół św. Jana Chrzciciela (Iglesia de San Juan Chamula). Z zewnątrz wygląda zwyczajnie. Ot, białe ściany, normalne wejście, ale w środku… Wewnątrz jest już zupełnie inny świat…
INDIANIE W TRANSIE
Nie mogę oderwać oczu od szamanki. Ubrana w kolorowe szaty starsza kobieta sprawia wrażenie jakby znalazła się w innej rzeczywistości. Zapach roztopionych świec i igliwia unosi się w powietrzu. Wierni siedzą na zimnej posadzce wyścielonej sosnowymi igłami i popijają pox – mocny lokalny alkohol wyprodukowany z kukurydzy oraz trzciny cukrowej. Smakuje jak bimber. Setki płomyków rozświetlają panujący w świątyni półmrok. Rdzenni mieszkańcy nie zwracają na nas uwagi, dzięki czemu spokojnie możemy przyglądać się rytuałom, być ich częścią. W tym niezwykłym kościele pradawne wierzenia mieszają się z chrześcijańskimi, a sacrum z profanum.
Siadamy w siadzie skrzyżnym obok wiernych. Starsza kobieta z fantazyjnie zaplecionymi długimi warkoczami szepce modlitwy i polewa świece alkoholem. Intensywny zapach uderza w nozdrza. Rozsypane po podłodze igły i gałązki sosen gdzieniegdzie sięgają kostek. Przyglądam się młodej dziewczynie, która zapala przed sobą kilka świec i przykleja je do posadzki kościoła. Patrzę na te migoczące płomienie i zastanawiam się, jakim cudem nie doszło tutaj jeszcze do pożaru.
Kobieta w średnim wieku uderza woreczkiem z kurzymi jajami o kark siedzącego przed nią mężczyzny. Jajko podobno oczyszcza duszę. Mieszkańcy w skupieniu modlą się przed posągami konkretnych świętych. Ich postrzeganie jest jednak inne niż u nas. Często są to bogowie prekolumbijscy, których imiona pochodzą od biblijnych postaci. I tak np., jak tłumaczy nam przewodnik, Maryja Dziewica symbolizuje Matkę Ziemię. Nie ma tu konfesjonału, krzeseł ani ławek. Nie ma nawet księdza – miejscowi sami dbają o swoją świątynię. Kapłan pojawia się kilka razy w roku – głównie na chrzcinach. Ostatnią mszę świętą odprawiono tu ponad 40 lat temu. Mieszkańcy uważają, że nie potrzebują nikogo do kontaktowania się z Bogiem. Robią to sami. Modlą się przed posągami świętych – nie zawsze bezinteresownie. Przynoszą dary, składają ofiary z kur. Ale gdy święci nie spełniają próśb, narażają się na gniew mieszkańców, którzy przestają dbać o ołtarzyki, a nawet zdzierają z posągów szaty.
W centralnej części kościoła stoi Jan Chrzciciel – patron miasteczka. Przyglądam się figurom św. Augustyna, św. Sebastiana i św. Antoniego. Zastanawiam się, których prekolumbijskich bogów uosabiają. Ubrani są w haftowane szaty, naszyjniki z nasion i lusterka mające odbijać złe spojrzenia. Święci z największą ilością ozdób i stojący najbliżej ołtarza uchodzą podobno za najskuteczniejszych.
Ogromnie żałuję, że w kościele nie wolno robić zdjęć, ale trzeba to uszanować. Mieszkańcy miasteczka za opłatą wpuszczają do świątyni turystów, choć na swoich zasadach. Przyglądam się rytuałom jak zaczarowana. To chyba najbardziej niezwykłe miejsce, jakie widziałam. Czuję euforię z powodu przebywania tak blisko innej, żywej kultury. Jest namacalna, prawdziwa. Mogłabym tutaj spędzić cały dzień.
Oprócz alkoholu rdzenni mieszkańcy popijają Coca-Colę, którą uznają za święty napój. I nie jest to żart. Bąbelki powodują głośne odbijanie, a według lokalnych wierzeń to wtedy zły duch opuszcza ciało i oczyszcza organizm. Tzotzilowie piją więc Coca-Colę litrami.
Społeczność mieszkająca w San Juan Chamula posługuje się tzotzil (tsotsil), należącym do rodziny języków majańskich. Ponad połowa dorosłych mieszkańców nie mówi po hiszpańsku. Nie uznają meksykańskiego prawa, mają własną administrację, a wykładnią jest dla nich to, co powie ich przywódca. Podobno zdarza się, że dziewczynki wydaje się za mąż już w wieku 13 lat.

ŚWIĘTA CZEKOLADA I PIECZONE MRÓWKI
Z Chiapas ruszamy do stanu Oaxaca. Oba regiony słyną z plantacji kawy, a Oaxaca – również z upraw kakaowca. Xocolatl, czyli „gorzka woda”, był w przeszłości napojem dostępnym tylko dla elit. Czekoladę pili m.in. wojownicy i kapłani.
Dominuje zieleń – widać gęste krzewy rosnące w cieniu drzew. Mijamy wiele rodzinnych plantacji. W jednej z nich, na hamaku, odpoczywa mała Indianka. Dziecko uśmiecha się do nas przyjaźnie. Jej rodzice także spoglądają z sympatią. To miła odmiana po zachowaniu lokalnej społeczności w San Juan Chamula. Wręczam dziewczynce widokówkę z Polski. Po chwili ruszamy w dalszą drogę. Podróżowanie po stanie Chiapas nie zawsze jest jednak łatwe. Wielu rdzennych mieszkańców nie uznaje władz Meksyku. Blokady dróg czy protesty miejscowej ludności są tutaj na porządku dziennym.
Wreszcie dojeżdżamy. Oaxaca de Juárez – 260-tysięczna stolica stanu – jest zadbanym miastem kolonialnym. Kolorowe kamienice ciągną się wzdłuż urokliwych uliczek. Najważniejsze zabytki to katedra z XVI w. (Catedral de Nuestra Señora de la Asunción) i dawny klasztor dominikański. Spaceruję kameralnymi alejkami, próbując lokalnych specjałów tej kulinarnej stolicy Meksyku. Można spróbować tu nawet kurczaka w sosie czekoladowym (mole poblano), choć nie przypadł mi do gustu. Zaskakuje mnie za to smak pieczonych mrówek i chapulines – chrupiących koników polnych z ostrą papryczką w środku.
Miasto usytuowane jest na średniej wysokości ok. 1560 m n.p.m. Otacza je malownicze pasmo Sierra Madre del Sur. Kontury gór rysują się wyraźnie na tle błękitnego nieba, a szczyty pokrywa często delikatny woal chmur. Nasza trasa wiedzie przez malowniczy krajobraz, w którym dominują wysokie kaktusy. Wzdłuż drogi rozstawione są stragany z lokalnym jedzeniem. Robimy sobie krótki postój. W toaletach brakuje klasycznych spłuczek – zamiast tego wodę trzeba nabierać z dużej beczki ustawionej na zewnątrz.
Po drodze podjeżdżamy do miasteczka Santa María del Tule, gdzie znajduje się najgrubsze drzewo na świecie – o średnicy prawie 14,5 m. Faktycznie, jest ogromne, ale z powodu ogrodzenia nie możemy się nim nacieszyć z bliska. Odjeżdżamy lekko zawiedzeni.
ZAGADKOWI TANCERZE
Wchodzimy na Białą Górę (Monte Albán). To tutaj powstało jedno z największych miast starożytnej Mezoameryki. Najstarsze budynki pochodzą z okresu do I w. p.n.e. Na rozwój ośrodka wpływ miało wiele kultur (Olmekowie i Mistekowie), ale największy rozkwit przeżywało w czasach Zapoteków. Do dziś trudno uwierzyć, że rdzenne społeczności ścięły wierzchołek góry i na wypłaszczonym terenie zbudowały ogromny plac. Na tej płaskiej powierzchni powstały piramidy, pałace, a także boisko do gry w ulamę, która miała wymiar przede wszystkim religijny. Uważano, że rozgrywki na boisku odzwierciedlają starcie między siłami dobra i zła, życia i śmierci. Piłka, wykonana z mieszanki gumy i żywicy, nie mogła spaść na ziemię. Podbijano ją biodrami i udami, dozwolone były podobno także łokcie i kolana. Zawodnicy musieli przerzucić piłkę przez kamienny pierścień zawieszony na murze, na wysokości kilku metrów. Po zakończeniu meczu w ofierze bóstwom składano kapitana. Do dziś naukowcy spierają się, czy był to kapitan przegranej, czy zwycięskiej drużyny, bo u wielu ludów prekolumbijskich śmierć dla bogów była zaszczytem.
W kompleksie znajdują się również budynki służące jako obserwatoria astronomiczne (Edificio J i Edificio P), co świadczy o zaawansowanej wiedzy Zapoteków w dziedzinie nauk przyrodniczych, w tym o kosmosie. Na zboczach góry, na niewielkich tarasach, w domach zbudowanych z suszonej na słońcu cegły (hiszp. adobe), mieszkała biedniejsza społeczność. W przeszłości miasto musiało robić duże wrażenie. Ze względu na swoje położenie przez wiele stuleci było nie do zdobycia. Każdy budynek miał tu znaczenie. Całość zaplanowano tak, żeby tworzyła harmonijną przestrzeń łączącą ludzi z bogami. Ruiny świątyń pozostają kamiennymi świadkami ceremonii religijnych i ofiar z ludzi.
Nierozwiązaną zagadką pozostają tzw. Tancerze (Los Danzantes) – kamienne płyty przedstawiające mężczyzn w nienaturalnych pozach. W XIX w. uważano, że są to postaci wykonujące rytualny taniec. Teraz naukowcy skłaniają się ku hipotezie, że ukazują one jeńców złożonych w ofierze bogom. Ich rysy przypominają afrykańskie, co według lokalnego przewodnika może świadczyć o tym, że czarna ludność przypłynęła do brzegów Ameryki Łacińskiej wcześniej, niż sądzono. Płyty nie powstały za panowania Zapoteków, ale znacznie wcześniej (ok. 500–200 r. p.n.e.). Przypisuje się je Olmekom (ze względu na specyficzne rysy twarzy – szerokie nosy, grube wargi) – ludowi, od którego prawdopodobnie wywodzą się wszystkie kultury Mezoameryki.
Zatrzymuję się na chwilę, aby spojrzeć ze wzgórza na dolinę Oaxaca. Widok zapiera dech w piersiach. Kiedyś musiał robić wrażenie na zapoteckich władcach. Uważa się, że zbadano zaledwie 10 proc. tej starożytnej metropolii. Monte Albán przez kilkaset lat było najważniejszym miastem Zapoteków. To tutaj biło serce ich cywilizacji. Szacuje się, że w szczytowym okresie w tym ośrodku mieszkało ponad 25 tys. osób. Nie wiadomo, dlaczego ok. IX w. miasto zostało opuszczone, a ludność przeniosła się do pobliskiej Mitli. W kolejnych stuleciach teren Monte Albán wykorzystywali Mistekowie, głównie jako miejsce pochówku zmarłych.
ŚWIĘTA ŚMIERĆ
Przez Meksykanów nazywana jest „Chudzinką” (La Flaquita, La Flaca). Najczęściej nosi długi, czarny płaszcz z kapturem. I podobno czyni cuda. Spełnia też prośby, ale nie za darmo. Co w zamian? Najchętniej przyjmuje jedzenie, napoje i używki. Nie stroni od słodyczy, papierosów, alkoholu (tequili), narkotyków, a nawet ofiar ze zwierząt. Jej kult szerzy się już w całym kraju, mimo iż początki miał w półświatku, wśród złodziei i gangsterów. „Święta Śmierć”, czyli Santa Muerte (a właściwie Nuestra Señora de la Santa Muerte) ma już ok. 12 mln wyznawców (w Meksyku, Ameryce Środkowej i Stanach Zjednoczonych) i własne kościoły – mimo sprzeciwu Watykanu. Jeden z nich znajduje się w mieście Puebla (Puebla de Zaragoza, Puebla de los Ángeles) – blisko 1,7-milionowej stolicy stanu o tej samej nazwie.
Wejście jest niepozorne. Z daleka nie rzuca się w oczy. Tylko plakat z personifikacją śmierci wisi przy drzwiach. Można by pomyśleć, że znajduje się tu jakaś tematyczna kawiarnia nawiązująca do bohaterów z horrorów. Ale nie. W środku osobliwego kościoła, nazywanego Santuario de la Santa Muerte en Puebla, panuje kompletna cisza. Spoglądam na ołtarz i boczne kapliczki. Wszędzie widzę posągi „Chudzinki”. Wygląda to trochę upiornie. Na ołtarzykach pełno świeżych kwiatów i puszek po Coca-Coli. Jedna z figurek ma w ustach cygaro. Wyznawca zapewne próbował wkupić się w łaski kostuchy. Ciekawe, czy skutecznie… Meksykanie ze śmiercią są bardziej oswojeni niż my. Wielu z nich uważa, że światy się przenikają. Choć jej wizerunki można spotkać wszędzie – na koszulkach, kubkach, bransoletkach – to miejsce kultu ma jednak w sobie coś, czego nie da się znaleźć w sklepach z pamiątkami.
Wychodzimy na ulicę w samym centrum Puebli. Według legendy jej lokalizację i kształt wyznaczyli aniołowie. W mieście wznosi się ok. 1 tys. kolorowych budynków kolonialnych i – jeśli wierzyć przewodnikom – ponad 70 świątyń. Mój wzrok przyciągają oryginalne murale, elegancki ratusz, a także ozdobione płytkami ceramicznymi talavera pałace. Na głównym placu stoi konsekrowana w 1649 r. imponująca barokowa katedra (Catedral Metropolitana de Puebla). Kopuła kościoła została zaprojektowana na wzór Bazyliki św. Piotra w Rzymie. Zadbane uliczki prowadzą do ukrytych zakątków pełnych cichych podwórek i malowniczych placów.
Powoli zapada zmierzch. Kawiarnie i restauracje ożywają subtelnym blaskiem setek malutkich lampek. Miękkie światło tworzy ciepłą, przytulną atmosferę. Dla mnie Puebla to jedno z najpiękniejszych miast w Meksyku. I choć podobały mi się także poznane wcześniej Campeche i Mérida, to Puebla stanowi miejsce, do którego wrócę najchętniej.

ALE MEKSYK!
Jesteśmy w chaotycznym molochu, miejskiej dżungli pełnej kontrastów. Już sam wjazd do Mexico City (Ciudad de México) w niedzielne popołudnie dłuży się w nieskończoność. Wielokilometrowe korki, spowodowane nie tylko weekendowymi powrotami, lecz także nagłymi opadami deszczu, skutecznie paraliżują ruch. Studzienki kanalizacyjne nie są przygotowane na tak ogromne ilości wody. Panuje ograniczona widoczność, miasto tonie w strugach deszczu i nie robi dobrego pierwszego wrażenia. W oczy rzucają się zaniedbane blokowiska kontrastujące z nowoczesnymi budynkami. Meksykańska stolica jest ogromna (zajmuje powierzchnię 1495 km²) – aby przejechać z południa na północ, trzeba pokonać ok. 70 km.
Gdy docieramy do hotelu, jest już kompletnie ciemno. Miasto, poza historycznym centrum i głównymi ulicami, nie może się pochwalić dobrym oświetleniem. Nocujemy w samym sercu Mexico City, przy jednej z najważniejszych ulic – ruchliwej Paseo de la Reforma. Wychodzimy na wieczorny spacer. Pięknie podświetlony Pałac Sztuk Pięknych (Palacio de Bellas Artes) z pokrytą marmurem fasadą przyciąga wzrok już z daleka. W pobliżu można zobaczyć nowoczesny, 182-metrowy wieżowiec Torre Latinoamericana. Stąd też rzut beretem do chińskiej dzielnicy (Barrio Chino) i na Plac Garibaldiego (Plaza Garibaldi). Nie jest to rynek Centro Histórico, ale słynie z występów mariachi. Grajkowie ubrani w tradycyjne stroje i z sombrero na głowach rozpoczynają koncerty późnym wieczorem. Plac uchodzi za dość szemrane miejsce. Policji jest wszędzie dużo, także na koniach, ale my nie czujemy zagrożenia, choć oczy mamy szeroko otwarte. W pobliskich zaułkach kręci się wielu bezdomnych. Tu zawsze trzeba uważać.
Rano pogoda okazuje się łaskawsza, a zza chmur czasami nawet wychodzi słońce. W kilkanaście minut dochodzimy do historycznego centrum, którego serce stanowi Plac Konstytucji (Plaza de la Constitución, Zócalo). Przed wiekami było to najważniejsze miejsce w azteckiej stolicy Tenochtitlán. To właśnie na jej ruinach powstało Mexico City. Dziś można tutaj zobaczyć pozostałości kompleksu świątynnego Templo Mayor z XIV/XV w. Składano w nim m.in. krwawe ofiary z ludzi w celu przebłagania bogów i zapewnienia pomyślności społeczeństwu Azteków.
Na środku placu stoi maszt z meksykańską flagą. Znajdują się tu m.in. dawny ratusz miejski (Antiguo Palacio del Ayuntamiento) i Pałac Narodowy (Palacio Nacional), w którym mieści się siedziba władz kraju. Można w nim zobaczyć murale malarza Diega Rivery (1886–1957), męża Fridy Kahlo (1907–1954). Budynek zbudowano w miejscu dawnego pałacu azteckiego władcy – Montezumy II (ok. 1466–1520). Najważniejszym zabytkiem na Placu Konstytucji jest Katedra Metropolitalna Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny (Catedral Metropolitana de la Asunción de la Santísima Virgen María a los Cielos, Catedral Metropolitana de la Ciudad de México) z bogato zdobionym ołtarzem. Ufundowano ją 13 marca 1570 r., kamień węgielny położono w 1571 r., jednak prace rozpoczęły się formalnie w 1573 r. Ukończono je wewnątrz w 1667 r., a na zewnątrz – dopiero w 1813 r. Zajmuje powierzchnię aż 7752 m². Przybliżone wymiary tej świątyni to 61 m szerokości, 128 m długości i 67 m wysokości, liczonej do szczytu wież. Katedra należy do najwybitniejszych dzieł architektury hiszpańsko-amerykańskiej. Uznaje się ją zarazem za jedną ze 100 najbardziej zagrożonych budowli na świecie. W mieście wielu budynkom grozi zawalenie. Wszystko przez grząski grunt dawnego jeziora Texcoco, a także częste trzęsienia ziemi.
Przed świątynią lokalni rzemieślnicy oferują swoje usługi. Na brak klientów nie narzekają pucybuci. I choć znajdujemy się przed katolickim kościołem, to tuż obok miejscowy szaman, najprawdopodobniej przebieraniec, oferuje rytuał oczyszczenia. Za jedyne 10 pesos (równowartość 2 zł) obiecuje wypędzić z ciała złe moce, nie wzbudza jednak większego zainteresowania.
Piorunujące wrażenie robi na mnie Narodowe Muzeum Antropologiczne (Museo Nacional de Antropología) z bogatymi zbiorami kultur prekolumbijskich, w tym Olmeków, Azteków, Majów i Tolteków. Budynek jest bardzo nowoczesny, a i okolica przyjemna. Muzeum zbudowano w sercu blisko 870-hektarowego Parku Chapultepec (Bosque de Chapultepec).
Zwiedzamy też Bazylikę Matki Bożej z Guadalupe (Basílica de Santa María de Guadalupe) na wzgórzu Tepeyac (Cerro del Tepeyac). To tu 9 grudnia 1531 r. Maria Panna miała ukazać się św. Juanowi Diego (1474–1548) i poprosić go o wybudowanie kościoła. Według relacji z objawienia na jego płaszczu miał pojawić się wizerunek Matki Bożej, co zostało uznane za cud. Stara bazylika nie przetrwała, ale na jej miejscu wzniesiono w latach 70. XX w. nową świątynię. Bazylika Matki Bożej z Guadalupe to dziś najważniejsze miejsce kultu maryjnego na świecie.
Wsiadamy do metra i podjeżdżamy 10 stacji. Tu zawsze panuje ogromny tłok. Choć w Mexico City działa 12 linii metra, to i tak wagony są przepełnione. Docieramy do Coyoacán – bogatej dzielnicy kolonialnej, w której znajduje się m.in. Palacio de Cortés – dom hiszpańskiego konkwistadora Ferdynanda Corteza (Hernán Cortés, 1485–1547), który w rzeczywistości nigdy w nim nie mieszkał. Nas jednak najbardziej interesuje Casa Azul – niebieska willa sławnej malarki Fridy Kahlo, obecnie muzeum meksykańskiej artystki. Niestety okazuje się zamknięta. W Coyoacán można zobaczyć także grób oraz dom rosyjskiego komunisty Lwa Trockiego (1879–1940) – Museo Casa de León Trotsky. Rewolucjonista przebywał w Mexico City na wygnaniu (od stycznia 1937 r.) i tutaj został zamordowany. Miał krótki romans ze słynną malarką, która pozwoliła mu nawet przez jakiś czas mieszkać w swojej willi.
Dzielnica jest bezpieczna i niezwykle zielona. Nic dziwnego, że zadomowiło się w niej wielu artystów. Po ciężkim dniu można odetchnąć w jednej z licznych przytulnych kawiarenek. To miła odskocznia od zatłoczonego i betonowego centrum miasta.

TU LUDZIE STAWALI SIĘ BOGAMI
Wchodzimy na teren starożytnego miasta Teotihuacán, które w czasach swojej świetności było jednym z największych i najbardziej wpływowych ośrodków w Mezoameryce. W szczytowym okresie liczba mieszkańców mogła wynosić nawet 200 tys. Otacza nas przestrzeń, którą kiedyś wypełniały tysiące ludzi: handlowców, kapłanów, rzemieślników, a także wojowników. Do dziś nie wiadomo, która cywilizacja zbudowała to miasto ani kiedy dokładnie to nastąpiło. Naukowcy szacują, że pierwsze budowle mogły powstać już w II w. p.n.e., choć część z nich uważa, że miało to miejsce w kolejnym stuleciu. Obecną nazwę Teotihuacán zawdzięczamy Aztekom, którzy odkryli zapomniane miasto. Można ją przetłumaczyć jako „miejsce, z którego pochodzą bogowie”, „miejsce, gdzie rodzą się bogowie” lub „miejsce, w którym ludzie stają się bogami”.
Tak naprawdę wciąż niewiele wiemy o tej prekolumbijskiej metropolii. Źródła podają rozbieżne daty powstania budowli, różnią się też ich wymiary. Badacze nie są również pewni, co doprowadziło do upadku Teotihuacán. Wśród hipotez pojawiają się te dotyczące zmian klimatu, chorób, karczowania lasów, a także niewystarczającej ilości pożywienia. Wiadomo, że w VII w. dużych zniszczeń dokonał pożar, a w X stuleciu miasto zostało opuszczone przez ostatnich mieszkańców – choć i w tym przypadku można natknąć się na różne daty. Upadek Teotihuacán stanowi jedną z jego największych tajemnic, tym bardziej że przez wiele wieków było samowystarczalne. Bogactwo zawdzięczało pobliskim złożom obsydianu, stosowanego do wyrobu narzędzi i broni, figurek, biżuterii i masek. W posągach bóstw osadzano nawet obsydianowe oczy.
W tutejszej Cytadeli (La Ciudadela) trafiam na Piramidę Pierzastego Węża (Pirámide de la Serpiente Emplumada), w nahuatl, głównym języku Azteków – Quetzalcoatla, jednego z najważniejszych bogów w mitologii Mezoameryki, uważanego za współtwórcę świata. Mury świątyni ozdobione są jego wizerunkami. Co szokujące, pod piramidą znaleziono szkielety ok. 200 osób. Byli to głównie mężczyźni ze związanymi rękami, prawdopodobnie złożeni w ofierze wojownicy z naszyjnikami z ludzkich zębów.
Idziemy wzdłuż Alei Zmarłych (Calzada de los Muertos). Ta szeroka 4-kilometrowa ulica była przed wiekami centralną arterią Teotihuacán. Dawniej znajdowało się przy niej ponoć ponad 200 budowli, platform i piramid. Aztekowie nadali jej taką nazwę, gdyż wierzyli, że liczne kopce po bokach alei są grobowcami. W oddali dostrzegam dwie piramidy – Księżyca i Słońca. Tę drugą – Pirámide del Sol – uważa się za trzecią największą w Mezoameryce (po 70-metrowej Świątyni IV, Świątyni Dwugłowego Węża w Tikal w Gwatemali i 66-metrowej Gran Pirámide w Choluli w stanie Puebla). Szacuje się, że jej budowę rozpoczęto w I w. n.e. Ma 65 m wysokości, a jej długość z każdej strony wynosi 225 m. Piramida robi ogromne wrażenie. Jej schody (obecnie 238, niegdyś 260) prowadzą ku niebu, ale wejście na szczyt jest zabronione. Budowla została objęta ochroną, żeby zachować jej niezwykłą strukturę i zapobiec dalszym zniszczeniom. Stojąc przed piramidą, czuję się malutka.
Mój wzrok przyciąga Piramida Księżyca (Pirámide de la Luna), mniejsza, ale równie imponująca. Ma ponad 45 m wysokości i podstawę 140 na 150 m. Budowano ją etapami, prawdopodobnie między 100 a 450 r. n.e. – choć i w tym przypadku padają różne daty. Część źródeł podaje, że to najstarsza piramida w mieście, a jej konstrukcja ruszyła już w I w. p.n.e. Świątynia na jej szczycie poświęcona była kultowi Wielkiej Bogini (Chalchiutlicue) – opiekunki wody i urodzaju, patronki porodów.
Nie sposób opisać emocji, jakie mi towarzyszą podczas zwiedzania Teotihuacán. To miasto na długo zostanie w mojej pamięci. A do Meksyku wrócę z pewnością. Oczy mi błyszczą już na samą myśl o ponownej wizycie w tym kraju. W końcu zostało tak wiele do zobaczenia. Na terenie tego państwa znajduje się aż ponad 50 tys. zarejestrowanych stanowisk archeologicznych. Spośród tej ogromnej liczby Narodowy Instytut Antropologii i Historii (Instituto Nacional de Antropología e Historia – INAH) nadzoruje i utrzymuje 187 głównych stref, które są dostępne dla zwiedzających przez cały rok.
Agnieszka Wasztyl
www.agnieszkawasztyl.pl



