KAROLINA SYPNIEWSKA

 

<< Papua-Nowa Gwinea stawia przed podróżnikiem wiele wyzwań. Nie jest to kraj na odbycie pierwszej dalekiej wyprawy za granicę. Niedostępna informacja turystyczna, niezbyt stabilna sytuacja polityczna i korupcja nie wróżą najlepiej początkującym globtroterom. To właśnie dlatego zdecydowałam się wybrać ten kierunek na moją kolejną egzotyczną podróż. W państwie, w którym praktycznie nic nie zostało przygotowane na przyjęcie turystów, każde doświadczenie będzie niezmiernie autentyczne. Za cel wyjazdu postawiłam sobie poznanie uderzająco pięknej przyrody i obcowanie z przedstawicielami lokalnej ludności, niezwykle niejednolitej pod względem kulturowo-etnicznym. >>

 

Nowa Gwinea, położona na północ od Australii, to druga co do wielkości wyspa na świecie zaraz po Grenlandii (ma aż 786 tys. km²). Jej obszar należy do dwu krajów: zachodnia część znajduje się w granicach Indonezji, a wschodnia stanowi terytorium Papui-Nowej Gwinei. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że w tym ok. 7-milionowym państwie mówi się w ponad 820 językach (to ok. 12 proc. języków świata) i nie są to bynajmniej dialekty. Można więc śmiało uznać je za najbardziej zróżnicowane pod względem lingwistycznym na ziemi. Niestety, co jakiś czas kilka z nich wymiera, a w wielu wioskach pierwotną mowę znają tylko najstarsi.

Tutejszy oficjalny pidżyn (tok pisin) nazywa się potocznie łamanym angielskim. Bliskie podobieństwo do tego europejskiego języka sprawiło, że po kilku dniach pobytu na wyspie mogłam już przeprowadzić krótką rozmowę z jej mieszkańcami, którą zdobyłam ich serca. Niestety, nie ze wszystkimi poszło mi tak łatwo…

 

Biała twarz na szlaku

Uzyskanie zaufania dzieci to czasami nie takie proste zadanie. Podczas moich podróży po świecie niejednego malca doprowadziłam do płaczu samą swoją obecnością. W wielu regionach Papui-Nowej Gwinei widok białego człowieka szokuje. Moje zielone tęczówki, biała skóra i krótkie blond włosy budziły niepokój wielu maluchów, które wielkimi, czarnymi, zapłakanymi oczami spoglądały na mnie zza spódnicy matki. W tym kraju nigdy nie byłam sama. Zawsze ktoś obserwował każdy mój ruch. Niejednokrotnie wiązało się to również z dbaniem o moje bezpieczeństwo. Papuasi swoich gości nie opuszczają na krok, gdyż wiedzą, że w dużych miastach samotnie podróżująca kobieta bywa często celem napastników.

Papuaska, ponad 300-tysięczna stolica – Port Moresby cieszy się złą sławą. Dochodzi w niej do gwałtów, zabójstw i codziennych kradzieży. Praktycznie wszystkie domy mają wysokie płoty, a niektóre – nawet ogrodzenia pod napięciem elektrycznym. Lepiej nie zatrzymywać się tu na dłużej, lecz potraktować Port Moresby jako punkt tranzytowy. Najtańszym sposobem na dostanie się do Papui-Nowej Gwinei, jaki udało mi się znaleźć, był lot z Brisbane (Australia) australijskimi liniami lotniczymi Virgin Australia Airlines. Uzyskanie wizy na lotnisku (Jacksons International Airport) nie stanowi problemu, jeśli posiada się zarezerwowany bilet na wylot z kraju. Ja zaplanowałam sobie, że drogą lądową dotrę potem do Indonezji, zatem po przylocie anulowałam rezerwację i wyruszyłam na wędrówkę na północny zachód.

 

Na brzegu Sepiku

Większość mojego czasu w Papui spędziłam w jej północnej części zafascynowana kulturą regionu rzeki Sepik, ciągnącej się przez 1126 km. Ten rejon zachwyca nietkniętą przez cywilizację naturą oraz prostotą życia i niezwykłymi obrzędami jego mieszkańców. Znajdziemy tu wielką liczbę plemion, wymierające języki i najpiękniejsze wyroby rękodzielnicze w całym kraju. Jedynym środkiem transportu do poruszania się po okolicy są długie łodzie zwane kanu. Z pomocą Cyrila, lokalnego przewodnika mieszkającego w Wewak, zorganizowaliśmy 3-dniowy spływ rzeką Sepik do jego rodzinnego miasteczka.

 

Krokodylowa skóra

W wielu malowniczych osadach poczesne miejsce zajmuje haus tambaran – dom duchów, w którym odbywa się bolesny rytuał inicjacji, czyli przeobrażenia chłopca w mężczyznę. W jego trakcie ostrym narzędziem nacina się w charakterystyczny wzór krokodylowej skóry całe plecy i tors młodzieńców. Ich krzyki zagłuszają rytualne bębny i śpiewy. Kobiety nie mają wstępu do tego przybytku, choć w niektórych wioskach młode dziewczyny przechodzą ten sam obrzęd ozdabiania pleców w tzw. łuski. Na nacięcia nakłada się olej drzewa tigaso (Campnosperma brevipetiolata) oraz błoto, po czym przechodzący inicjację siada przy ogniu. Dym powoduje infekcję ran, które nabrzmiewają, w efekcie czego skóra staje się podobna do krokodylowej. Cyril zaproponował mi wykonanie takiego znaku na pamiątkę, ale grzecznie odmówiłam.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PLCharakterystyczna krokodylowa skóra

 

Nad Sepikiem krokodyle postrzega się jako przodków tutejszej rdzennej ludności. Te gady licznie zamieszkują rzekę. Łapie się je za pomocą sieci i spożywa na obiad bądź sprzedaje. Przed wieloma drewnianymi chatami również hoduje się te zwierzęta w małych zagrodach. Obok nich wisi cennik zachęcający do kupna. Czym okaz dłuższy, tym droższy, a cena skóry 2-metrowego i ważącego 35 kg 10-letniego krokodyla wynosi 400 kina, czyli ok. 500 zł. Dziś jednak wciąż króluje tu handel wymienny. Miejscowi za te gady otrzymują w zamian od ludzi z miast wołowinę bądź niedostępne w tym regionie owoce, takie jak orzechy palmy betelowej (areka katechu). Towarem przetargowym bywają także żółwie rzeczne czy przepiękne wyroby z drewna, sprzedawane za grosze w Papui, a kupowane za duże pieniądze za granicą.

 

SURFING I BEZPIECZEŃSTWO W PAPUI-NOWEJ GWINEI

Kiedy myślimy o najlepszych miejscach surfingowych na świecie, przychodzą nam na myśl na ogół m.in. Hawaje, Australia, Meksyk, Kalifornia czy Portugalia. Jednak na mapie miłośników tego sportu znajduje się jeszcze jeden punkt, nieodkryty, nieprzewidywalny, nieskażony cywilizacją, piękny i niezmiernie egzotyczny. Stanowi on idealny cel podróży, pozwalający na ucieczkę przed zimową szarugą i mrozami, dla surferów z Europy. To odległe i położone na uboczu najważniejszych tras turystycznych miejsce zaskoczy nawet największego sceptyka rzucającymi wyzwanie wspaniałymi falami, rozbijającymi się z łoskotem o rajskie plaże i dziewicze rafy koralowe. Tylko nieliczni wiedzą o jego istnieniu. Europejskie biura podróży rzadko oferują wyprawy w tym kierunku, co sprawia, że ten zniewalający zakątek świata jest marzeniem każdego wielbiciela surfingu. Miejsce, o którym mowa, to Papua-Nowa Gwinea (PNG), leżąca w większości na wyspie Nowa Gwinea oraz licznych wysepkach przy jej brzegu. Posiada granicę lądową jedynie z Indonezją, ale w najbliższym otoczeniu znajdują się również Australia i Wyspy Salomona. Ten kraj w Oceanii oblewają wody Oceanu Spokojnego, Morza Bismarcka (Nowogwinejskiego) oraz Morza Koralowego. Surfing jako sport pojawił się w tym państwie w połowie lat 80. XX w. Nad jego rozwojem czuwa Stowarzyszenie Surfingu Papui-Nowej Gwinei (Surfing Association of Papua New Guinea – SAPNG, www.sapng.com). Instytucja ta wprowadziła system Surf Management Plan (SMP), zgodnie z którym lokalne społeczności są właścicielami klubów surfingowych i biorą bezpośredni udział w zarządzaniu nimi w ścisłej współpracy z SAPNG. Sezon na uprawianie tego sportu w tym rejonie świata trwa od października do kwietnia. Związane jest to z napływającymi wówczas z Hawajów tzw. dużymi martwymi falami. Najpopularniejszymi miejscami wśród miłośników surfingu są tutaj Kavieng, Wewak i Vanimo. Na uwagę zasługują także Madang oraz wyspy Manus i Bougainville’a. Obozowiska dla surferów znajdują się najczęściej na terenie papuaskich wiosek. Zaprojektowano je w tradycyjnym stylu, co pozwala na lepsze poznanie życia codziennego tubylców. SAPNG promuje mocno ekoturystykę. Poprzez wspomniany już Surf Management Plan reguluje maksymalną liczbę amatorów surfingu przebywających w danym obozie. Nie może być ich więcej niż 20. Zapewnia to swobodę na falach i wyklucza walkę o najlepsze miejsca.

                Surferzy przebywający w obozowiskach (surf campach) znajdują się pod opieką mieszkańców wioski. Papuasi słyną z wielkiej gościnności, ciepła i otwartości. Chętnie wprowadzają przybyszów w tajniki życia codziennego lokalnej społeczności. Natomiast tutejsi wielbiciele surfingu z przyjemnością pokazują najlepsze miejsca do uprawiania tego sportu swoim kolegom z całego świata. Ostrożność zaleca się za to w większych miastach, takich jak np. stolica Papui-Nowej Gwinei – Port Moresby, a także Lae, Mount Hagen czy Goroka. Z kolei w papuaskich wioskach pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo gości przyjmują na siebie ich mieszkańcy, którzy podchodzą do tego niezmiernie poważnie.

                W australijskim Cairns ma swoją siedzibę biuro podróży No Limit Adventures (www.nolimitadventures.com.au), kierowane przez Polaków, jedyny oficjalny przedstawiciel SAPNG na Europę, który cieszy się jednocześnie tytułem specjalisty od organizacji turystyki w Papui-Nowej Gwinei – tzw. Wantok Specialist, nadanym mu przez Papua New Guinea Tourism Promotion Authority, czyli Urząd Promocji Turystyki Papui-Nowej Gwinei. W tym samym mieście w Australii, w stanie Queensland, rozpoczęła się w 2001 r. historia obecnej firmy Kangur Tour (www.kangurtour.com), również polskiej, mogącej pochwalić się bogatą ofertą wyjazdów do krajów Oceanii, także PNG.

 

Odpoczynek nad brzegiem Morza Bismarcka

Odpoczynek nad brzegiem Morza Bismarcka

 

Papuaska guma do żucia

Widok niektórych Papuasów na samym początku mojego przyjazdu na wyspę wzbudzał we mnie strach z powodu ich krwistych uśmiechów i ceglastych plam, jakie zostawiali po sobie na ziemi. Otóż narodową używkę w Papui-Nowej Gwinei stanowią orzechy palmy betelowej. Ciągłe ich żucie barwi zęby, usta i język na intensywnie czerwony kolor, ale również odświeża, relaksuje oraz zmniejsza uczucie głodu. Niestety, ta papuaska guma do żucia powoduje też utratę uzębienia i raka. Miejscowi podchodzą jednak do higieny w osobliwy sposób. Nad Sepikiem kąpałam się przed domem w błotnistej wodzie rzeki. Często zastanawiałam się, czy aby na pewno wyjdę z niej czystsza. Myśl o tym, że zarówno obok w zagrodzie, jak i gdzieś w okolicy na wolności znajdują się krokodyle, podnosiła mi za każdym razem poziom adrenaliny we krwi. Dlatego czym prędzej kończyłam toaletę, chociaż wokół mnie spokojnie toczyło się codzienne życie: żona Cyrila myła naczynia, córka łowiła ryby…

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PL

Gdy rzeka Sepik zalewa okoliczne wioski, ryby łowi się między domami

Gdy rzeka Sepik zalewa okoliczne wioski, ryby łowi się między domami

 

Egzotyczna Wielkanoc

Najważniejszym dla mnie przeżyciem stał się pobyt na rajskiej wyspie Mushu, gdzie spędziłam swoją pierwszą Wielkanoc za granicą. Przed wyjazdem do Papui-Nowej Gwinei nigdy nie słyszałam o istnieniu tego miejsca. Na szczęście portal internetowy couchsurfing.org pomaga kontaktować się turystom z tubylcami. Poznana w Goroce sympatyczna Priscilla zaprosiła mnie do wioski swojej rodziny. W tym kraju działa wantok system (od angielskiego one talk), który polega na tym, że ludzie związani ze sobą pokrewieństwem są zobowiązani pomagać sobie nawzajem. Dalekie kuzynostwo czy wujostwo w każdej chwili może zapukać do drzwi i poprosić np. o przenocowanie. Priscilla wiedziała, że dla mnie jedynym sposobem zaobserwowania miejscowych zwyczajów będzie kilkudniowy pobyt w papuaskim domu. Okazało się, że jej rodzina przyjęła mnie jak swoją i zaczęła nazywać mindua wale tagua, co w lokalnym języku mushu oznaczało „biała kobieta wyspy Mushu”.

W gościnie u krewnych mojej znajomej mogłam dokładnie przyjrzeć się życiu tutejszej ludności. Brak elektryczności czy bieżącej wody nie był dla mnie zaskoczeniem. Zdziwił mnie natomiast fakt, że nikt w wiosce, liczącej ok. 800 osób, nie używa pieniędzy. Na całej wyspie nie założono ani jednego sklepu, bowiem jej mieszkańcy wszystko, czego potrzebują, mają w zasięgu ręki: ryby łowią w morzu, owoce i warzywa oraz drewno na budowę domów przynoszą z dżungli. Jedyny targ odbywa się raz w miesiącu i obowiązuje wtedy głównie handel wymienny. Niezmiernie silne są tu więzi rodzinne. Nastolatki opiekują się swoim młodszym rodzeństwem, a ono zajmuje się jeszcze mniejszymi dziećmi. Te maluchy właśnie codziennie wchodziły do mojej chaty i przyglądały się wielkimi od zdumienia oczami, jak mindua wale tagua śpi, budzi się i w co się dziś ubierze.

FOT. KAROLINA SYPNIEWSKA/WWW.KAROLINASYPNIEWSKA.PLWielodzietna rodzina z wyspy Mushu

 

Już w pierwszy dzień pobytu na Mushu dowiedziałam się, że na sąsiedniej wyspie mieszka ksiądz Paweł ze Słupska. Polscy ojcowie pallotyni działają w Papui-Nowej Gwinei od ponad 20 lat, a Polska jest mieszkańcom kraju dość znana i dzięki ich pomocy bardzo ceniona. Pierwszy raz na Niedzielę Palmową przyniosłam ze sobą najprawdziwszy liść palmy. Procesji towarzyszyły śpiewy i szepty Papuasów. W kościółku, czyli szałasie bez ścian, przy malutkim ołtarzyku ksiądz Paweł, wysoki blondyn w białej sutannie, odprawiał mszę dla wiernych ubranych w tradycyjne stroje z liści palmowych. Na wyspie nie hoduje się kur, więc aby zrobić niespodziankę moim gospodarzom, kupiłam kilkanaście jajek poza Mushu. Jakże zdziwieni byli, gdy polskim zwyczajem chciałam podzielić się nimi w Wielkanoc.

 

„No worries sista”

Poruszanie się po Papui-Nowej Gwinei stanowi wielkie wyzwanie. Operują tu na trasach wewnętrznych jedynie trzy linie lotnicze. Najpopularniejszą z nich, lecz – niestety – dość drogą, jest Air Niugini. Istnieją także Airlines PNG i od niedawna Travel Air PNG. Przelot samolotem Virgin Australia Airlines z Brisbane do Port Moresby kosztował mnie tyle samo, co podróż Air Niugini ze stolicy Papui-Nowej Gwinei do miasta Goroka.

Opóźnienia na lotniskach zdarzają się często, ale tutaj nikt czasu nie liczy. Lot z Wewak do Vanimo (tuż przy granicy z Indonezją) trwał zaledwie godzinę, ale na pokład nie spakowano ani jednego bagażu głównego. Na moje pytanie, co się stało, otrzymałam spokojną odpowiedź pracownika linii lotniczych: no worries sista, too many holes on the runway, too many people („nie przejmuj się, siostro, za dużo dziur, za dużo ludzi”). Otóż pas startowy wypełniały dziury, a pasażerów zebrało się tak dużo, że jedynym wyjściem okazało się pozostawienie dodatkowego balastu. Ta trasa nie jest zbyt popularna i na kolejny lot z moim plecakiem czekałam 5 dni w przygranicznym miasteczku tylko z aparatem fotograficznym i dokumentami. Po raz kolejny uratował mnie wtedy wantok system. Przygarnęła mnie ciotka sąsiada Davida z wyspy Mushu.

Poza samolotami po kraju można poruszać się busami międzymiastowymi i statkami transportowymi. Gdy płynęłam z Madang do Wewak, do celu dotarliśmy 24 godz. później niż mieliśmy w planach. Kapitan tłumaczył się zablokowaną kotwicą, brakiem ciężaru na statku i silnymi falami, a zresztą no worries sista

Podróż po Papui-Nowej Gwinei wspominam jako jedną z najbardziej autentycznych w moim życiu. Spotkania z miejscowymi były zawsze miłe, a to dla nich tam pojechałam. Sztuką jest wierzyć w ludzi podczas swoich wędrówek i pamiętać, że za jeden uśmiech dostajemy 10 następnych. Papuasi przypomnieli mi też o wartości i sile rodziny, o którą trzeba dbać zawsze bardziej niż o samego siebie.