Snucie opowieści o Grecji jest niczym dyskusja o swoim ulubionym klubie piłkarskim. Emocje mieszają się z faktami, miłość niekiedy przykrywa rozsądek, a każda kolejna wizyta w Helladzie jest jak nowy mecz, nowy przeciwnik, nowe okoliczności, nowy sezon.
Różnorodność kolebki cywilizacji europejskiej pozwala na wielokrotne odwiedziny, i to z gwarancją kolejnych odkryć. Nie tylko w kontynentalnej części Grecji, ale i na licznych wyspach. A ponieważ siatka bezpośrednich połączeń z Polski jest już znacznie bardziej rozbudowana niż jeszcze kilkanaście lat temu – odwiedziny w ojczyźnie Sokratesa i Platona nie nastręczają żadnych trudności. Zwłaszcza że eksplorowanie Grecji – z pewnymi wyjątkami – nie nadwyręży zbytnio budżetu przeznaczonego na wakacyjne wyjazdy lub szybkie city breaki.
Czy obraz, który wielu naszych rodaków zna z serii filmów Moje wielkie greckie wesele, faktycznie odpowiada rzeczywistości? Co wybrać: tętniące życiem miasta czy nieśpieszną podróż po wyspach rozsianych po Morzu Egejskim, Morzu Jońskim, Morzu Kreteńskim? Na tak zadane pytanie nie ma jednej, poprawnej odpowiedzi.
Kos, czyli turysty los
Uważaj na warunki z wiatrem. Potrafi mocno przywalić, a wtedy twój latawiec, wraz z tobą, będziemy ganiać po Tigaki. Brodaty szef wypożyczalni sprzętu do wind- i kitesurfingu mógłby bez większej charakteryzacji zagrać w każdym teatrze rolę Zeusa, najważniejszego w panteonie greckich bogów.
Nikos, bo tak ma na imię ten posągowy dżentelmen, składa się z tubalnego głosu, zmierzwionej, gęstej brody, ogorzałej od słońca i wiatru twarzy oraz silnych i spracowanych rąk. Spogląda z góry, gdyż jest wyższy ode mnie (mierzę równe 180 cm) o przynajmniej głowę. Cała jego postawa wskazuje, że nie zaprasza do dyskusji.
On nie rozmawia. On oznajmia.
On wie wszystko. A ty, co najwyżej, możesz mu przytaknąć.
Jestem w Marmari na greckiej wyspie Kos. Od kilku dni bawię się w coś, do czego nie jestem zbytnio przyzwyczajony: słodkie lenistwo. Śniadanie, plaża, woda. Obowiązkowa lektura książki (wziąłem ze sobą Niezłomny. Legendarna wyprawa Shackletona i statku Endurance na Antarktydę pióra Caroline Alexander). Obiad, deser, drzemka. Spacer, muzyka, kolacja. Impreza w lokalnej tawernie lub w hotelu. Sen. I kolejny dzień według tego samego scenariusza.
Całość brzmi jak „po tygodniu ci się znudzi”, nieprawdaż? I faktycznie, nie musiałem czekać nawet całego tygodnia. Efekt? Wczoraj wybrałem się w góry, do wioski Zia, żeby zjeść lokalnie przyrządzony gyros i zobaczyć zachód słońca z nieco wyższej perspektywy niż plaża. A dziś wymyśliłem sobie kitesurfing. No i wylądowałem w Marmari.
* * *
Trzy godziny później czuję, że ramiona mi płoną, a dłonie za moment rozpoczną strajk. Nikos miał rację, gdy opowiadał, że to najlepszy spot na całej wyspie Kos. I jednocześnie sugerował, aby uważać. Wiatr to zdradliwy żywioł, nie tylko tutaj, przysłowiowy rzut beretem od wybrzeży Turcji.
Właśnie, Turcja. To ciekawa sprawa, nie tylko ze względu na geograficzne niuanse: bliskość sąsiada, z którym Grecję łączy trudna miłość. Historyczne niesnaski, konflikty, schematy wdrukowane w głowę. Przykład na to, że proste historie są tylko w kinie. To tylko sąsiad, nie mam złych emocji – mówi mi, wzruszając ramionami, Angelos, którego poznałem w barze nieopodal Lambi Beach. Doszedłem tutaj z miasta Kos, stolicy tej pięknej wyspy. To był przyjemny spacer, który rozpocząłem od Zamku Neratzia i słynnego Platanu Hipokratesa – wszystkie przewodniki z dumą podkreślają, że ojciec nauk medycznych urodził się na Kos. Nie wszystkie jednak wspominają, że dzieje tej greckiej wyspy to prawdziwy tygiel, w którym w roli chochelki mieszającej zawartość wystąpili nie tylko Achajowie, Imperium Rzymskie, Cesarstwo Bizantyjskie, Wenecjanie czy Joannici, ale również Turcy, Włosi, Niemcy, Anglicy…
Popołudniowe słońce praży niemiłosiernie. Myślami jestem przy jutrzejszej porannej wycieczce na zachodnią część wyspy, do Kefalos, oraz przy późniejszym rejsie na Nisiros, która jest (podobnie jak Kos) jedną z „dwunastu głównych składowych” archipelagu Dodekanez. Poznałem kiedyś parę Nisirian, chcę ich rewizytować w Mandraki. Ale na razie pijemy z Angelosem zimną lemoniadę. Oglądamy wybrzeże Turcji, która wydaje się na wyciągnięcie ręki. I rozmawiamy o piłce nożnej: Angelos to były piłkarz, który grał m.in. w lidze greckiej oraz w jednej z niższych hiszpańskich lig (Z twojego kraju znam Wisłę Kraków i taki zespół z dziwną nazwą, gdzie nasz Eftimis Kuluris gra, jak to szło, szpszszpszpsz?).
Drogi czytelniku, jak myślisz, jakie polskie miasto było takim „szeleszczącym” wyzwaniem dla mojego towarzysza na Lambi Beach? Uwolnię ciebie od tej zagadki: to… Szczecin. A klub to po prostu Pogoń Szczecin. Łatwizna, prawda?

Zia – beautiful mountain village with amazing view to coast scenery of paradise island Kos, Greece
Korfu. Nie tylko UNESCO
Następny grecki wyjazd? Mapa nie kłamie – to absolutnie drugi koniec Hellady, jeżeli spojrzymy na mapę i zaznaczymy Kos (wspomniane wyżej) i Korfu. Z południowego wschodu na północny zachód można poprowadzić jedną prostą linię, nad morzami, kontynentalną częścią Grecji, nad wyspami i małymi zatoczkami, niczym od uczniowskiej linijki.
Wysiadam z samolotu, z satysfakcją odnotowując fakt, że na Korfu można z Polski dolecieć tanio i wygodnie. Docieram do swojego hotelu, rzucam plecak i od razu wychodzę na gwarną ulicę, w mieście, które ma taką samą nazwę jak cała wyspa, ale zamiennie można używać pięknie brzmiącego określenia: Kérkyra.
Nie lubię wyliczanek atrakcji lub relacji z podróży, które sprowadzają się do opisów zabytków. Niech inni zagłębiają się w meandry encyklopedyczno-przewodnikowe danego miejsca. Dla mnie ważne są emocje. Obserwacja nieinterwencyjna. Łapanie chwil ulotnych. Zapach w powietrzu. Odcień błękitu wody w zatoczkach. Smak sera w lokalnej tawernie. Odpoczynek od tłumu – a na Korfu takich możliwości jest sporo.
Nie wiem, skąd ta opinia, że u nas wszędzie są tłumy turystów. Jak kręcisz się po Starym Mieście w Kérkyrze, to nie dziw się, że nie będziesz tam sam. Ale wybierz się na południe wyspy, a znajdziesz miejsca tylko dla siebie i swoich myśli – śmieje się Joachim, który kilka lat temu przeprowadził się na Korfu z Niemiec. Pracuję jako grafik, zdalnie. Więc moim biurem może być dowolne miejsce na świecie, gdzie jest internet. A tutaj, na Korfu, mam ciszę i spokój. No, chyba że z pracy przyjdzie moja Eleni – mruga do mnie porozumiewawczo, a ja rozumiem już, że nie tylko plaże i słońce są powodem, dla którego Joachim wybrał życie na tej greckiej wyspie.
* * *
Napomknąłem o emocjach? Nadmienię więc tylko, że słońce, które przeszkadzało mi w zrobieniu dobrego zdjęcia, odbijając się od murów malutkiego obiektu sakralnego na wysepce Vlacherna, z Mysią Wyspą w tle – zapadło mi w pamięć nie jako coś złego, tylko jako dodatkowy smaczek, element potęgujący piękno tego ikonicznego pejzażu.
I dodam, że rejs wzdłuż wybrzeża, z odwiedzinami w miejscowości Paleokastritsa i w licznych zatoczkach, z obłędnie błękitnym odcieniem wody, może sprawić radość nie tylko estetom czy miłośnikom kąpieli. Podobnie jak obcowanie z pomnikami historii: spora część centrum miasta Korfu (Kérkyra) wpisana jest od 2007 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.
Ale błędem byłoby sprowadzać Korfu tylko do zabytków, plaż i bliskości albańskiego wybrzeża, gdzie mogę się szybko i sprawnie przedostać, tworząc ze swojego planu wyjazdowego opcję „dwa kraje podczas jednych wakacji”. Kontrapunktem do leżenia plackiem nad wodą jest chociażby spacer do ruin Zamku Aniołów (Angelokastro) na wysokim wzgórzu, wraz z płoszeniem malutkich jaszczurek, które pierzchają na mój widok, gdy zdobywam kolejne metry wysokości.
* * *
To historia jednego zdjęcia. Tego, które zrobiłem na Korfu w pobliżu Porto Timoni. Tego samego, którego mogę używać w zabawie z moimi znajomymi, polegającej na odgadywaniu miejsca, regionu – lub chociaż kraju – w którym zdjęcie zostało wykonane.
To jednocześnie dowód na to, że Korfu potrafi pokazać zupełnie inne oblicze. Zdjęcie z Porto Timoni, z zatoką, plażami po obu stronach wąskiego pasa ziemi i zieleni, może służyć w powyższej zabawie jako mały dysruptor w talii łatwych do rozpoznania miejsc.
Gdy przylecicie na Korfu, lub dostaniecie się tutaj wygodnym promem z albańskiej Sarandy, spróbujcie znaleźć czas na odwiedziny magicznego miejsca w Porto Timoni. Zróbcie zdjęcie z góry. I podpuszczajcie swoich znajomych, wysyłając im je z podpisem: „Jesteśmy w Tajlandii, jest super!”

Aerial view of Vikos Gorge, a gorge in the Pindus Mountains of northern Greece, lying on the southern slopes of Mount Tymfi, one of the deepest gorges in the world. Zagori region, Greece.
Tam, gdzie mieszkali Tytani
Spóźniłem się! Gapa ze mnie. Przegapiłem e-maila od moich znajomych, którzy wybierali się na Półwysep Chalcydycki w jednym, konkretnym celu: odwiedzin w słynnej Republice Mnichów, czyli Autonomicznej Republice Góry Athos. To owiane nimbem tajemniczości miejsce, gdzie kobiety nie mają wstępu, a mnisi żyją tak jak dawniej. Chłopaki uwinęli się ekspresowo z formalnościami, uzyskali specjalne pozwolenie (diamonitirion) i odliczają dni do swojego wyjazdu.
A ja? Pozostaje mi aplikowanie na inny termin, zbierając grupę znajomych. Nie chcąc zostawić w próżni pomysłu eksplorowania tej części Grecji, wykroiłem dla siebie szybki kilkudniowy plan. Jego składowe? Chalkidiki + spacery + rower + okoliczne lasy. A potem, zamiast powrotu do Polski, przemieszczenie się do Salonik. Tych samych, które nieczęsto goszczą w kajetach wyjazdowych naszych rodaków, w rubryce z podkreślonym zdaniem: „muszę tam dotrzeć”.
Kilka tygodni później siedzę w tawernie w miejscowości Sarti (to Sithonia, czyli „środkowy palec” całego półwyspu), wcinam grillowane kalmary, poprawiam sałatką z pomidorów – i czuję, że mój poziom zadowolenia dobija do górnej części skali.
To inna Grecja.
To inny klimat niż hałaśliwe Ateny lub popularne wśród backpackerów wyspy.
Tutaj króluje spokój, małe zatoczki i brak ciśnienia na „muszę”. Przeważa slow life i to nieuchwytne coś, co sami Grecy nazywają siga siga. W sumie im zazdroszczę: mawiają, że życie w nieco wolniejszym tempie pozytywnie wpływa na jego długość i jakość.
Byłem kiedyś nad waszym morzem, w czerwcu, na konferencji. Zimno jak cholera – wspomina Dimitrios, którego dom, w miejscowości Kasandria, udekorowany jest dużą grecką flagą, powiewającą dumnie na maszcie. Zaczepił mnie, wołając Leeeewandowski na widok biało-czerwonej naszywki na mojej koszulce, gdy przechodziłem nieopodal i robiłem zdjęcie.
U nas jest 300 słonecznych dni w roku. Nie zamieniłbym się z tobą – przekomarza się. I jak mu odpowiedzieć, chcąc być jednocześnie polskim patriotą i szczerym rozmówcą? Że w Polsce nie musimy podpinać się pod trend coolcation (wyjazdy do chłodnych miejsc, w kontraście do pobytu w rozpalonych letnim żarem rejonów w południowej Europie), który w ubiegłym sezonie był modny – ponieważ coolcation mamy nad Bałtykiem praktycznie przez cały rok?
* * *
Półwysep Chalcydycki to nie tylko ciepła woda w Morzu Egejskim, doskonałe położenie dla tych, którzy zaczynają swoją wycieczkę w Salonikach oraz odległości tak niewielkie, że w ciągu jednego dnia można zmienić klimat podróży kilka razy. O tajemniczej górze mnichów (Athos) już wspomniałem. O pogodzie i licznych plażach, marinach oraz możliwościach – również. To wręcz niewiarygodne, ale Chalkidiki może poszczycić się aż 110 miejscami z prestiżowym oznaczeniem Błękitnej Flagi (Blue Flag).
Jesteście ciekawi, ile takich plaż i marin mamy w Polsce? Spieszę z odpowiedzią: 35. Ponad trzy razy mniej. W całym naszym pięknym kraju.
Wciąż żałując, że nie było mi dane odwiedzić Autonomicznej Republiki Góry Athos, dorzucę jeszcze trochę profanum do tego sacrum: spragnieni rozrywki spod znaku tawern, muzyki na żywo, gwaru rozmów, nie muszą czuć, że są na imprezowej pustyni. W miejscowościach Kaliteia czy Nea Moudania znajdziecie tego aż nadto, a wrodzona nieśmiałość nie pozwala mi na podanie adresu, pod którym grecka gościnność i chęć biesiadowania, rozmów, zabawy, zmieniła moją noc w poranek.
Oczywiście, nie jest to poziom Magaluf czy El Arenal na Majorce. Próbuję po prostu przekazać, że Chalkidiki to alternatywa dla bardziej popularnych wśród polskich turystów rejonów Grecji. Ważnym aspektem jest również stosunek jakości do ceny. Pamiętając poziom wydatków w mieście Mykonos czy na Rodos, mój portfel był miło zaskoczony, gdy przyszło do płacenia rachunku za kolację. To również jest argument nie do przecenienia.
Wracam do swojego hotelu, kończy się dzień. Jednocześnie kończy się miesiąc. Co to oznacza? Ni mniej, ni więcej, tylko to, że jutro, od bladego świtu, wszędzie w Grecji – nie tylko na Półwyspie Chalcydyckim – słychać będzie καλό μήνα (kalo mina) z ust każdej napotkanej osoby. Czy to nie jest piękne? Czy w Polsce nie moglibyśmy również przyjąć tego zwyczaju, życząc sobie pięknego nowego miesiąca?
Kalo mina, moi drodzy!

Aerial view of Porto Timoni, Afionas region, Corfu
Epir pachnący książką
To będzie najkrótszy akapit w tym reportażu. Naznaczony pamięcią o lekturze pewnej niezwykłej książki, która towarzyszy mi przez całe życie.
– Ty byłeś w Janinie? To niepodobna!
– Kochany Albercie, oto mój paszport, spójrz, gdzie wizowany: Genewa, Mediolan, Wenecja, Triest, Janina. Czy wierzysz teraz?
[…]
– Płynęliśmy ku wyspie, na środku jeziora się znajdującej, na której od dawna było przygotowane schronienie. Była to grota, znajdująca się w skałach, zwana Karaphygion.
To fragmenty z Hrabiego Monte Christo autorstwa Aleksandra Dumasa. Książki, która traktuje nie tylko o zdradzie, niesłusznym uwięzieniu i misternie zaplanowanej zemście. Jednym z jej elementów jest sugestywny opis upadku Janiny pod rządami Alego Paszy.
I właśnie ten opis, ta książka, te emocje sprawiły, że chciałem tutaj kiedyś zawitać. Do Janiny. Spojrzeć na jezioro, chłonąć pejzaż Epiru, nie myśleć o zabytkach, meczecie, rezerwacie geologicznym. Nie skupiać się na smaku kawy, wypitej na deptaku, z widokiem gór w tle, przeglądających się w tafli wody. Zamknąć oczy i przypomnieć sobie lekturę, którą znam praktycznie na wyrywki.
To ważne, aby szukać swoich podróżniczych ścieżek. W Grecji i w Szwecji. W Omanie i w Sudanie. W „daleko” i w „całkiem blisko”. I móc konfrontować swoje obrazki w głowie ze stanem faktycznym.
* * *
A samą Janinę i Epir bardzo polecam. Masyw Pindos, niesamowite lasy, kanion Vikos, liczne szlaki piesze i rowerowe. Całość może być podlana nutką przygody spod znaku kajaków, wspinaczki, raftingu. A co dla tych nieco mniej aktywnych, którzy wolą opalanie i dobrodziejstwo zestawu: słońce + piasek + morze?
Zajrzyj do Ammoudi, na plażę. Zrozumiesz – słyszę poradę od taksówkarza w Prewezie.
Zajrzałem. Zrozumiałem. I już wiem, dlaczego niektórzy nazywają ją „karaibskim zakątkiem w Grecji”.
Saloniki: koty, zabytki i imprezy
To nie musi być gorąca miłość od pierwszego wejrzenia. To nie musi być w ogóle miłość, tylko serdeczna przyjaźń i satysfakcja z dobrego wyboru. Wszak uczucia to skomplikowana materia, a pierwsze wrażenie nie zawsze bywa tym najlepszym. Północna Grecja potrafi zaskoczyć w zupełnie inny sposób niż jej południowe rubieże lub wyspy – a Saloniki i okolice tego wibrującego życiem miasta są doskonałym przykładem na potwierdzenie powyższej tezy.
Okoliczności na (kolejne) odwiedziny regionu Macedonii Środkowej pojawiły się niespodziewanie, wraz z zaproszeniem na wyjazdowe posiedzenie największej polskiej organizacji sektora travel. Jak wyżej: to nie jest moja pierwsza wizyta w Salonikach. Poznałem to miasto już wcześniej. Moczyłem nogi nad Zatoką Termajską, nasłuchiwałem gwaru rozmów na nadmorskiej promenadzie, obserwowałem turystów, studentów, mieszkańców, którzy przesiadywali w kawiarniach i barach.
Wąchałem Saloniki po swojemu, włóczyłem się po dzielnicy rozrywki i szukałem cienia w pobliżu bizantyjskich budowli. I właśnie te doświadczenia, które nabyłem kilkanaście – i kilka – lat temu, pozwalają mi spoglądać z wysokości Ano Poli (Górnego Miasta) na grecki miszmasz z nieco innego punktu widzenia.
My naprawdę mamy czym kusić turystów. To nawet nie jest kwestia zabytków i historii, która wylewa się z każdego kąta. To coś więcej: życie nocne, kulinarne atrakcje, klimat, położenie, ludzie, możliwości. W Salonikach nie sposób się nudzić – opowiada mi Viky Chatzivasileiou, której oficjalny tytuł (Deputy Regional Governor for Tourism of the Region of Central Macedonia) jest równie długi jak lista rzeczy, których można doświadczyć w tym drugim co do wielkości greckim mieście.
Rozmawiamy w ratuszu miejskim, uśmiecham się do przedstawicieli władz regionu, obok nas przemyka Dimitris Vassiliadis, dyrektor polskiego oddziału Greckiej Narodowej Organizacji Turystycznej. W powietrzu czuć atmosferę turystycznego święta.
* * *
Saloniki to brama do północy Grecji. I jednocześnie obszar, który może stanowić turystyczną odpowiedź na pytanie: „Gdzie jechać na nieoczywisty miejski wypad, jeżeli byliśmy już w Paryżu, Londynie, Barcelonie, Neapolu czy Budapeszcie?”. W podjęciu decyzji o ewentualnym wyjeździe mocno pomaga dostępność komunikacyjna: do Salonik wygodnie możemy dostać się m.in. dzięki bezpośrednim lotom z Polski.
Co ważne, potencjał tego połączenia został dostrzeżony nie tylko przez niskokosztowe linie lotnicze, lecz także przez naszego narodowego przewoźnika. Oficjalny komunikat podkreśla status nowego kierunku. Dzięki temu połączeniu LOT nie tylko ułatwia dostęp do jednej z najpiękniejszych części Grecji, ale również sprawia, że wymarzone wakacje lub krótki city break są na wyciągnięcie ręki – przez cały rok – czytam w notatce prasowej. I od razu mogę ją skonfrontować z rzeczywistością: prezes zarządu PLL LOT towarzyszy naszej polskiej grupie podczas oficjalnych części programu wyjazdu, wskazując na całoroczność kierunku; to nie jest tylko letnia ciekawostka w rozkładzie.
Zimą trasa będzie obsługiwana cztery razy w tygodniu: w poniedziałki, środy, czwartki i niedziele. Z kolei latem będziemy latać do Salonik z Warszawy codziennie – opowiada mi Michał Fijoł, podkreślając znaczenie dynamicznego rozwoju siatki połączeń. Ale Saloniki to nie tylko pomysł na city break. To coś znacznie więcej.
Dla każdego coś miłego
Dziwny stan: świadomość, że w Polsce to jesienny czas solidnych warstw ubrań, pracowicie nakładanych na siebie. W Salonikach? Właśnie zakończyłem sesję nicnierobienia na leżaku przy hotelowym basenie, mając świadomość, że temperatura wody jest idealna do złapania równowagi między „czas na relaks” a „bądźmy nieco aktywni”.
20 min później jestem gotowy do ponownego zwiedzania miasta, które każdy kibic sportowy w Polsce kojarzy z triadą: Aris, Iraklis, PAOK.
Znacie to uczucie, gdy jakieś miejsce od samego początku nie jest dla was „letnie” i jednolite w odbiorze? W Salonikach tego typu wieloznaczności łapią mnie na każdym kroku. Trudna historia miasta, które doświadczyło nie tylko czasów prosperity, ale i potwornego pożaru, woła do mnie z mijanych budynków, z pozostałości czasów minionych, z miejsc, które są pomnikiem obecności wielu nacji na przestrzeni wieków. Imperium Osmańskie, Bizancjum, diaspora żydowska, Grecy… listę można rozwijać.
Cieszymy się słońcem i wolnym czasem. Przyjechaliśmy z okolic Aten, zostaniemy tutaj kilka dni – opowiada mi para dwudziestokilkulatków, napotkana na promenadzie nieopodal ikonicznych „Parasolek”, czyli rzeźby-dzieła sztuki autorstwa Georgesa Zongolopoulosa (1903–2004). Tutaj jest spokojniej niż w Atenach, nawet w knajpach czuć większy luz – dodają moi tymczasowi przyjaciele, mrużąc oczy w słońcu, które nienachalnie operuje na niebie nad Salonikami.
* * *
Z tym luzem, cóż, w pełni zgoda. Saloniki uchodzą za najlepsze miejsce do łapania chwil ulotnych, wędrując po kolejnych dzielnicach w poszukiwaniu nowych wrażeń muzycznych, kulinarnych, estetycznych lub po prostu dla rozrywki.
Chodzę więc po mieście, robię zdjęcia kotom, przebijam się przez grupki młodych ludzi. Jest ich masa, Saloniki wyglądają niczym miasteczko studenckie, a wraz z nimi cały ten jazz: bary, kluby i miejsca, które otwierają się późno i zamykają… no właśnie nie wiadomo, czy w ogóle się zamykają.
Co mógłbym rekomendować turyście z Polski? Zacząć swój imprezowy tour po Salonikach od Ano Poli, łącząc widoki na wieczorne miasto z nieco wolniejszym tempem niż w szalonych okolicach Valaoritou, gdzie królują koktajlbary i miejsca do tańczenia. Dla miłośników spokojniejszego spędzania czasu rozwiązaniem jest jedna z winiarni na nabrzeżu (Nea Paralia) lub wręcz kluby z tarasami, z których widać zatokę.
A ja? Cóż, zakotwiczyłem nieco dłużej w okolicy Ladadika. I nie żałowałem ani chwili.
Smaki Północnej Grecji
Będę szczery: nie da się pisać o Salonikach bez dość konkretnego planu jedzeniowego. Najlepiej takiego, który zakłada, że jemy cały czas, a zwiedzamy przy okazji – śmieje się jeden z moich łódzkich kolegów, który jest duszą towarzystwa. Cóż, dla smakoszy – i miłośników trunków wszelakich, zwłaszcza bezalkoholowych – to prawdziwy raj. Saloniki jawią się jako jedno z tych miast, gdzie „wyskoczyć coś zjeść” oznacza solidną wyprawę szlakiem kolejnych pyszności, kryjących się pod niewinną postacią meze na talerzykach.
Chcąc przełamać hotelowy standard śniadaniowy, nie mogłem odmówić sobie absolutnego klasyka, czyli bougatsy. Mój nos zaprowadził mnie w okolice Placu Arystotelesa, do cukierni, w której kawa plus bougatsa oznaczała smaczne i pożywne śniadanie.
Cóż to takiego ów opisywany specjał, zapytacie? Najprościej mówiąc: cienkie, chrupiące ciasto filo, a w środku słodki krem budyniowy posypany cukrem pudrem i cynamonem. Nie wiem jak inni, ale ja preferuję wersję wytrawną z serem i mięsem. Co kto lubi, „bougatsa” to nasz lokalny skarb, podobnie jak „trigona panoramatos” – mruga do mnie uliczny sprzedawca, namawiając do powrotu w boczne uliczki wokół centrum w godzinach popołudniowych, na street food w wersji lunchowej.
No i namówił! Na szczęście byłem ze znajomymi. Więc w różnorodności siła: nasze żołądki zostały potraktowane specjałami, które były tanie (i błyskawicznie przyrządzone): gyros, suwlaki, koulouri. Wszystko było pięknie przełamane dodatkowymi sałatkami i serem. W myślach zapisuję sobie, aby spróbować odwiedzić któryś z polecanych przez naszych greckich przyjaciół targów: Kapani albo Modiano.
* * *
Saloniki to miasto, które próbuję czytać jak książkę, będącą napisaną na wielu kartkach jednocześnie. I biegam po „rozdziałach”: Plac Arystotelesa, nabrzeże, Aleja Nikis, Biała Wieża. Ten ostatni punkt trudno ominąć, mam przy nim (a raczej przy niej) mnóstwo zdjęć z każdych odwiedzin w tej okolicy.
Ta niepozorna, masywna budowla, przez wieki pełniła różne funkcje: od fortyfikacji, przez więzienie, aż po muzeum. Dziś? To idealny punkt widokowy, z którego można spojrzeć na miasto z góry i zrozumieć, jak bardzo jest ono „rozlane” i różnorodne: z jednej strony nowoczesne blokowiska, z drugiej ciasne, stare dzielnice, wspinające się po wzgórzach.
Kolejne elementy układanki składającej się na plan zwiedzania? Zdjęcia kotów, które są dosłownie wszędzie, konkurując z tureckim Stambułem w kategorii: najbardziej fotogeniczne zwierzęta w miejskiej scenerii. A potem szybki spacer i już jestem niedaleko rzymskiego Łuku Galeriusza. Obowiązkowa chwila zadumy nieopodal Rotundy, która zdążyła już być kościołem, meczetem, mauzoleum i miejscem wystaw. Równie obowiązkowe zdjęcie pod „Parasolkami”, o których już wspominałem – i owiany morską bryzą biegnę w okolice Agory Rzymskiej.
No właśnie, Agora. Trochę schowana, niekiedy niedoceniana… Dla mnie namacalny dowód na to, jak ważnym miastem było to miejsce w czasach starożytnych. Staję z boku, zaglądam do lokalnej kawiarni, słucham opowieści przygodnego przewodnika o Bazylice św. Dymitra (Agios Dimitrios) i Górnym Mieście, czyli Ano Poli.
Kilka godzin wcześniej – odbywam serię spotkań z przedstawicielami sektora turystyki w Salonikach. Włodarze miasta zdają sobie sprawę z tego, jak ważnym komponentem rozwoju jest branża travel. Rozmawiamy więc o hotelach (w tym tych luksusowych, przeznaczonych dla turystów z nieco większym budżetem wyjazdowym), o rejsach, o przewodnikach turystycznych, transporcie, turystyce kulturalnej, wystawach.
Moi koledzy nawiązują kontakty z profesjonalistami reprezentującymi m.in. biura podróży, a ja uciekam myślami do słów, które padły z ust osób zarządzających Organizacją Turystyczną Salonik (Thessaloniki Tourism Organization): Mamy mnóstwo do zaoferowania turystom z Polski – twierdzą, mając ku temu solidne podstawy.
Góra Bogów
A może by tak uciec od wielkomiejskiego szumu? Wszak nie samym oddechem wielkiego miasta turysta żyje. Wracam myślami do mojej poprzedniej wizyty na północy Grecji. Saloniki potraktowałem jako bazę noclegową w drodze na Riwierę Olimpijską, łącząc pobyt z próbą (dodam: udaną) zdobycia mitycznej góry bogów, czyli Olimpu (2917 m n.p.m.). Ważna uwaga: to nie tylko sam szczyt, ale również duży park narodowy, który przyciąga piechurów i tych, którzy chcą po prostu dotknąć legendy.
Podróż w stronę Olimpu to zmiana tempa. Z miejskiego zgiełku wjeżdżam w krajobraz, który staje się coraz bardziej zielony, coraz bardziej górski. I nagle pojawia się Litochoro: niewielka miejscowość u stóp masywu, coś pomiędzy miasteczkiem turystycznym a spokojną, grecką osadą. Szybki posiłek, łyk kawy – i biegnę do Centrum Informacyjnego Parku Narodowego Olimp. To nie tylko praktyczne miejsce, gdzie można po prostu dowiedzieć się, jakie szlaki są otwarte i jaka pogoda panuje wyżej. To również małe muzeum przyrody i historii regionu, łącznie z niewielką salą, w której odbywa się projekcja filmowa.
Podczas zwiedzania wciąż w głowie rezonują mi nowe informacje, wszak Olimp to nie tylko mitologia, lecz także unikatowy ekosystem, w którym spotykają się różne strefy klimatyczne. To również dobra chwila, podczas której, szukając cienia pod rozłożystym drzewem, uświadomiłem sobie, że tutaj przyroda i kultura od stuleci przeplatają się ze sobą niczym w słowiańskim warkoczu.
* * *
Plan na pozostałą część dnia? Z przyjemnością zahaczyłem o Park Archeologiczny Dion. To obszar, który setki lat temu, gdy obecne ruiny starożytnego miasta były tętniącym życiem miejscem – stanowił ważny ośrodek religijny. To właśnie tutaj składano ofiary bogom przed wielkimi wyprawami wojennymi. A ponieważ odczuwałem niedosyt zwiedzania Macedonii Środkowej, kilka kolejnych godzin poświęciłem na wizytę w winnicach Pantoulis i Klasztorze św. Dionizego.
Nie musimy mieć tutaj nadmiaru turystów, nie jesteśmy Wenecją, nie pragniemy overtourismu. Niech przyjeżdżają ci, którzy docenią nasz klimat, nasze otoczenie, nasz styl życia i warunki, które im oddajemy – słyszę z ust recepcjonisty w Mediterranean Village w Paralia Katerinis. Wychodzę ze szklanką soku pomarańczowego wprost na plażę. Spoglądam na spokojną toń wody, pod stopami przesypują się ziarnka piasku. Tak mało i tak dużo, jednocześnie.
* * *
Głośno myślę: w sumie to chyba sztuka, żeby napisać reportaż bazujący na wielu wyjazdach do Grecji… jednocześnie nie wspominając o Atenach, Meteorach, Rodos, Krecie, Santorynie czy Zakintos. Nie pisząc o rejsach po greckich akwenach, o historii sprzed ponad 2 tys. lat, o kulturze.
Cóż, byłem w tych wszystkich miejscach. I z rozmysłem – tym razem – pominąłem najbardziej znane turystyczne rejony (biorąc jednak poprawkę na Kos, Korfu i Półwysep Chalcydycki). Dlaczego? Aby skierować waszą uwagę w nieco inną stronę. I pokazać, że Grecja jest wielobarwna i (nie)zwykła.
A wspomniane wyżej greckie evergreeny? Spokojnie, na nie też przyjdzie czas. Jak to mawiają Grecy: και αύριο μέρα είναι – „jutro też jest dzień”.
Paweł Kunz



